Onirycznik

Jedni z nas są ustabilizowani, inni dążą do stabilizacji, jeszcze inni nie pragną jej wcale. Chociaż po części każdy jej potrzebuje, to niektórzy nie teraz, bo są młodzi i na drugie im – Spontaniczność. Z marzeń o stabilizacji zrezygnowałem, mając lat 25. Wiele wtedy myślałem, spałem jeszcze więcej. I codziennie budziłem się w innym miejscu. Niestety, nie było to efektem jakichkolwiek używek. Chcąc nie chcąc zasypiałem w Róklasie, a budziłem, dajmy na to, na obrzeżach Kanady.
Przypadłość moja była o tyle problematyczna, że jedyną możliwością stabilizacji, jaką posiadałem, była szansa utrzymania równowagi na własnych nogach. Zazwyczaj jednak nad doskonalenie techniki balansu przedkładałem przesiadywanie – hobby świetne, bo bezpłatne, bezpieczne i niewymagające obecności osób postronnych.
Niejednokrotnie budziłem się w wysokiej, kłującej trawie nad szerokim, bezludnym wybrzeżem jakiegoś morza czy oceanu. Nie wstanę, nie dziś – myślałem. Wpatrzony w niebo całkowicie zasnute szarymi chmurami, myślałem o samotności. Natura introwertyka została mi narzucona wraz z dziwaczną przypadłością sennego podróżowania. Niejednokrotnie budziłem się oddalony o kilkadziesiąt mil od najbliższego miasta, czy chociażby pojedynczego domostwa. Czasami z uporem brnąłem przed siebie, pragnąc kontaktu z drugim człowiekiem, jednak wyprawy takie nie zdarzały się często, w większości były bowiem bezowocne. Zawiedziony, przysiadywałem zazwyczaj pośrodku zupełnego pustkowia, na odosobnionym kamieniu czy pniu spróchniałego, pochylonego drzewa, i pozwalałem myślom szybować po najdalszych orbitach mojej świadomości, puszczałem wodze wyobraźni, wymyślając coraz to nowe historie i osobowości lub po prostu obserwowałem ptaki.
Ptaki mają w sobie niesamowitą lekkość, są skonstruowane idealnie, jakby Bóg każde z piórek delikatnie skleił w palcach, a później złączył je razem. Niekiedy porównywałem siebie do ptaka, przez tyle lat nauczyłem się nie przywiązywać do ludzi i miejsc, byłem wolny, jednak nie tak dobrze skonstruowany, moja ludzka postać wiązała się w jakiś sposób z ułomnością.
Szczęścia starałem się szukać w kontemplacji natury, dlatego z czasem umiłowałem sobie budzenie się w miejscach oddalonych od cywilizacji. Całymi dniami badałem roślinność i zwierzęta, uczyłem się charakteryzować klimat, w jakim akurat się znalazłem, podziwiałem różnorodność, którą mogłem poznawać, zmieniając miejsce pobytu przy każdym kolejnym przebudzeniu. Jak obliczyłem wiele lat później, w czasach mojego podróżowania zwiedziłem wszystkie kontynenty, w tym 134 państwa. W żartach nazywałem siebie onirycznym, mimowolnym Fileasem Foggiem.
Jak stwierdziłem wcześniej, sądziłem wtedy, że stabilizacja życiowa jest dla mnie nieosiągalna. Chociaż powoli przyzwyczajałem się do tej myśli i moja dusza stawała się w coraz to większej części duszą podróżnika, w głębi serca pragnąłem odnaleźć sposób dający mi szansę na życie zwyczajne, monotonne i bardziej ludzkie.
Pewnego wieczoru, mając 54 lata, przywiązałem się do łóżka. Następnego dnia obudziłem się w tym samym miejscu. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej? Choć pragnienie stabilizacji było niekiedy bardzo silne, bałem się go jednak, bałem się życia, które miałoby być tak inne od prowadzonego przeze mnie dotychczas. Od tej pory nie podróżuję, z czasem przyszła i owa stabilizacja, ptaki oglądam zza okna wynajętego mieszkania na szóstym piętrze w jednym z wieżowców Miasta. Moim przyjacielem i towarzyszem życiowej monotonii jest czarny kot Teodor, nieposiadający ogona. Piję dużo kawy i muszę uważać, żeby nie zdrzemnąć się ani na moment, kiedy jadę autobusem czy czekam w kolejce do lekarza, by nie obudzić się przypadkiem na środku pustyni Gobi czy Wielkiego Stepu.

Monika Widła