Spotkanie

Osoby:
Maureliusz – literat, człowiek zagubiony (w czasie i przestrzeni)
Anna – kobieta obyczajów lekkich (ale nie na tyle lekkich, by nazwać ją dziwką)
Gospodyni – z racji domagania się należności niezbyt lubiana

2013 rok


AKT I

Duży pokój. Nie ma rzeczywistych ścian, ale poruszanie się bohaterów i rozmieszczenie sprzętów jasno wyznaczają obręb pomieszczenia. Na środku stoi masywne biurko, na nim pełno książek, papierów. Z prawej strony, ale nie przy ścianie, stoi prosty regał wypełniony książkami. W kilku miejscach sterty książek ułożonych po kilkanaście sztuk. Z lewej strony drzwi wolnostojące, na prawo od nich mała komoda.
Maureliusz otwiera drzwi. Od razu po naciśnięciu klamki wchodzi Anna.


MAURELIUSZ

Jak tu trafiłaś?

ANNA
(Bardzo nerwowo) Myślałeś, że cię nie znajdę? Że możesz tak sobie uciec, wyjść, zostawić mnie?
(Stopniowo jej głos mięknie) Mnie? Biedną Anię? (Podchodzi do Maureliusza i zaczyna go przytulać) No już dobrze, Ania się nie gniewa, mmm.
(Zaczyna go obejmować, całować. Maureliusz się wyrywa)

MAURELIUSZ
Ale o co chodzi?

ANNA

O co chodzi? (Znowu się denerwuje) Jak mogłeś mnie tak zostawić? Mnie! Mnie!

(Przez otwarte drzwi wchodzi Gospodyni, Anna stoi przodem do drzwi, Maureliusz tyłem)

GOSPODYNI
No właśnie! Jak pan może tyle czasu nie płacić czynszu?

ANNA

No tak! Jak możesz tyle czasu się nie odzywać?

GOSPODYNI

Jak panu nie wstyd?

ANNA

Jak ci nie wstyd? (Reflektuje się) A pani właściwie w jakiej sprawie?

GOSPODYNI

A pani? To pan nie wie, że sprowadzanie dziwek w mojej kamienicy jest zabronione?

ANNA

(Oburzona) Wypraszam sobie! Nie jestem żadną dziwką!

MAURELIUSZ
A pani myśli, że jak literat, to od razu dziwki sprowadza?

GOSPODYNI

A nie?!

MAURELIUSZ

Nie, Anna jest bliską memu sercu osobą… i proszę nie wnikać w moje życie uczuciowe!

GOSPODYNI
Jakie tam dziwki mają uczucia? Pfff.

ANNA

Maurelku, kim jest ta pani? To twoja matka?

MAURELIUSZ

Jaka matka?! To stara gospodyni. Szefowa kamienicy. Lenin naszego penthauzu!

GOSPODYNI
A wiesz (z pogardą) Aniu, kim jest twój literat? Gołodupcem, obszczymurem, który nie płaci za mieszkanie już siódmy rok!

MAURELIUSZ

Poszła! Bo cię siekierą potraktuję. (W tym samym czasie wyciąga z komody siekierę i grozi Gospodyni)

GOSPODYNI

Ha, Raskolnikow się znalazł. Rodion srodion mojej willi! (Wychodzi)

ANNA

Dziwna ta twoja gospodyni. (Wchodzi w głąb pokoju)

MAURELIUSZ

Stare próchno, nie ważne zresztą. Po co tu przyszłaś?

ANNA

Bo chciałeś.

MAURELIUSZ

Ja?!

ANNA

Tak, mówiłeś „już zawsze będziemy razem”, w rytm ruchów frykcyjnych wyznawałeś przecież „Już-cię-ni-gdy-nie-o-pu-szczę!”.

MAURELIUSZ

I dlatego tu przyszłaś?

ANNA

Jasne. (Wchodzi w głąb pokoju i wskazując, mówi ekspresyjnie) Tu wstawimy stół, to biurko się wyrzuci, tu można by postawić ściankę, żeby oddzielić sypialnię od salonu, co ty na to? (Nie oczekując odpowiedzi, kontynuuje. Podnosi dwoma palcami książkę za okładkę z obrzydzeniem) Fuu! Takie ohydne kurze! Te książki wyrzucimy, nie będą nam potrzebne. (Rzuca książkę przez drzwi)

GOSPODYNI

(Zza drzwi krzyczy uderzona książką) Ała!

ANNA

Tu się wstawi telewizor.

GOSPODYNI

Chcesz mnie naprawdę nikczemniku zabić?

MAURELIUSZ

To ona! (Wręcza Gospodyni siekierę) Niech ją pani nauczy szacunku!

ANNA

Myśli pani, że czterdzieści dwa czy pięćdziesiąt?

GOSPODYNI

Ale co?

ANNA

Cali, ile? Czterdzieści dwa czy pięćdziesiąt?

GOSPODYNI

Czterdzieści pięć.

ANNA

Nie ma takich!

GOSPODYNI

Czterdzieści pięć tysięcy wisi mi on! Już siedem lat nie płaci.

ANNA

Maurelku, czy to prawda?

MAURELIUSZ

A czy ja jestem w stanie to spamiętać? Myślicie, że nie mam innych problemów? Matka mi umarła, mam inne zmartwienia.
(Zapada niezręczna cisza)

ANNA

Oj, Maureliuszku, nie wiedziałam, kiedy to się stało?

MAURELIUSZ

Jak byłem dzieckiem, dwadzieścia dwa lata temu.

ANNA

I dalej cię to przytłacza? Po dwudziestu dwóch latach?

MAURELIUSZ

A co, po dwudziestu dwóch latach to już nie ważne? Po dwudziestu dwóch latach człowiek czuje inaczej? Matka się staje nikim, a jej śmierć niczym?

GOSPODYNI
(Zmieszana)
Rosół na gazie zostawiłam, pójdę. Może mi pan na razie nie płacić. Poczekam. (Po cichu) Byle nie siedem lat.

ANNA
(Przytula Maureliusza)
Mój kochany, mój biedny Maurelek.

MAURELIUSZ
W zasadzie to gdybyś ty też umarła, nic by się nie stało. Nawet w sumie to rozwiązałoby moje problemy. Może za siedem lat gospodyni znów odpuści mi czynsz. (Wyciąga pistolet, strzela do Anny. Może ją zabija, a może nie. Może żałuje, a może nie. Widz się nie dowiaduje, bo światło gaśnie, kurtyna opada)

KONIEC

Hubert Kopacz