Tęsknota do śladów stóp

Kurczak z połamanymi nóżkami

Literatura nie jest demokratyczna. Na sukces w tej dziedzinie nie można sobie zasłużyć tak po prostu – na przykład przez zwykłą pracowitość. Nie zawsze pomaga długa obecność na tzw. rynku literackim. Często zdarzają się sytuacje, że w zapomnienie idą całe generacje pisarzy będących w swej epoce na czele stawki, a wyścig o nieśmiertelność wygrywa ktoś z dalszych szeregów. Najbardziej znanym takim przypadkiem w polskiej literaturze jest Norwid. Ważne odkrycie ostatnich lat stanowi poezja Janusza Szubera z Sanoka. Takim twórcą może okazać się również Ryszard Smolak, autor zaledwie jednego tomu wierszy, za to jakich!
Poeta urodził się w zabitej dechami wsi Wola Przybysławska pod Garbowem, na Lubelszczyźnie. Był pierwszym synem Marianny i Mieczysława Smolaków. W trzecim roku życia stwierdzono u niego nieuleczalną chorobę – zanik mięśni.
– Zawsze byłem jakiś niemrawy. Ledwie zacząłem dobrze chodzić, a już musiałem przestać – żartuje, chociaż nazwa choroby brzmiała jak wyrok. Zwłaszcza na wsi.
– Jak kurczak z połamanymi nóżkami, tak się czułem – mówi.
Chodził tak długo, jak było to możliwe – bez pomocy laski, opierając się o ściany i domowe graty. Do odległej o jakieś trzy kilometry podstawówki rodzice nosili go na plecach, a gdy podrósł – był wożony rowerem lub furmanką. Pomagało młodsze rodzeństwo – brat i dwie siostry. Wszyscy w domu cieszyli się z każdej dobrej oceny Ryśka. Tylko nauka była jego szansą, żeby nie stracić dystansu do pełnosprawnych rówieśników.
– Przestałem chodzić, będąc nastolatkiem – wspomina poeta, reprezentujący zanikający nurt chłopski.
– Z tym że mentalnie nadal chodziłem i to właśnie było moją tragedią. Wciąż miałem nadzieję, że zacznę chodzić. Każdy zastrzyk, nawet z penicyliny czy witamin podtrzymywał mnie w tej ułudzie. Bez wątpienia, wczesna młodość to najtrudniejszy dla mnie okres.
Zaczął jeździć na wózku inwalidzkim. Potem, w miarę słabnięcia mięśni rąk, przesiadł się na wózek elektryczny.

Dziadkowie

Smolak rozkłada na stole stare fotografie.
– Z dzieciństwa najlepiej pamiętam swoich dziadków. Obaj mieli na imię Stanisław. Ten ze strony matki, syn Ludwika, wraz ze swymi genami przekazał mi nigdy niezaspokojoną zachłanność na wszystko, na co w życiu można się natknąć. Miałem siedem lat, kiedy kazał mi czytać na głos artykuły z dostarczanych przez Instytut Sadownictwa w Puławach publikacji. „Przykładowy”, jak siebie określał – wielobranżowy gospodarz, ciągle starał się doskonalić jako rolnik. Ale nie tylko praca na roli się dla niego liczyła. Na każde Pańskie Przemienienie kupował mi na odpuście nowe organki, na których musiałem mu grać.
Na fotografii widnieje zgarbiony staruszek w dziarsko przekrzywionym na bok kapeluszu na tle nowoczesnej młocarni. Drugie zdjęcie przedstawia zakład tkacki, a w nim – drugiego dziadka poety, też Stanisława, syna Pawła.
– Był najzdolniejszym w całej okolicy tkaczem pachnącego lnem płótna. Pamiętam, jak pracował od świtu do nocy. Czasem próbowałem ulżyć dziadkowi, dobierając do poszczególnych czółenek odpowiadające również dziadkowi kolory nawijanych na nie, tworzących wzór, tasiemek. Potem chwalił mnie przy odbierających gałgano-dywaniczki klientkach: „Łoj, bedzies ty, mój pirsy wnuku, najpirsom w łokolycy tkacom-artystu!”. Mogę stwierdzić, że obaj wywarli wielki wpływ na moje życie.

Narodziny twórcy

Spędził rok w sanatorium w Śremie, gdzie zdobył dwa zawody: kaletnika i zabawkarza. Kolejne trzy i pół roku przebywał w Górniczym Centrum Rehabilitacji Leczniczej i Zawodowej w Reptach Śląskich, gdzie wyuczył się introligatorstwa. Podróżował sam – na rehabilitację zabierał go ze wsi helikopter kolumny transportu sanitarnego.
– Marzyłem o tym, żeby na rowerze, z plecakiem zwiedzać świat i uczyć się języków obcych, gdy tymczasem coraz trudniej było mi obracać kołami mojego wózka. Wtedy powoli zaczęło do mnie docierać, że moje życie nie musi się ograniczać wyłącznie do spraw związanych z chorobą. Mieszkając jeszcze na wsi, wspólnie z przyjaciółmi stworzyłem coś w rodzaju kabaretu. Pisałem teksty, które potem wystawialiśmy. Była to także prosta droga do pisania wierszy.
Napisał wówczas: „Zawarłem układ tajemny/ z tęsknotą do śladów stóp”.
Mimo postępującej niesprawności podjął starania o jak najlepsze przystosowanie się do życia. Pierwszym krokiem do samodzielności była przeprowadzka do Puław. Dla młodego poety była to ważna decyzja.
– Zamieszkałem zupełnie sam, będąc już na wózku, ze słabymi kończynami górnymi, bez windy oraz telefonu, na wysokim parterze, ale za to z dużą grupą ludzi wokół, którzy nie dopuścili do tego, żebym sobie siedział sam i odpoczywał. Kiedy odważyłem się na moją samodzielność w mieście, ojciec w ukryciu płakał i zamartwiał się, jak sobie sam poradzę. Niestety, nie dożył mojego wózka elektrycznego ani mojej windy hydraulicznej, ale był szczęśliwy, kiedy widział, jak sąsiedzi znoszą mnie ze schodów. Zdobycie tego mieszkania kosztowało mnie wiele trudu, ale teraz nie muszę się tułać po domach opieki czy hospicjach. Nie myślę o starości, chociaż ta już blisko. Staram się skupić na tym, o czym jeszcze mogę napisać.

Rękawice ochronne i pianino


Początkowo, przez siedem lat, Smolak zarabiał na życie jako chałupnik w Spółdzielni Inwalidów „Zjednoczenie” w Lublinie. Następnie, już jako rencista, przez dwadzieścia następnych lat pracował na pół etatu w puławskiej Spółdzielni Inwalidów, gdzie szył rękawice ochronne. Za swoje pierwsze zarobione pieniądze kupił jedyne w gminie pianino, które nieco później przydało się jego młodszej, wykształconej muzycznie siostrze. Próbował również malować. Zrezygnował, ponieważ „przeszkadzały” mu w tym coraz bardziej słabnące ręce. Zdążył narysować kilkadziesiąt, rozdanych właścicielom portretów.
– Ale przekazałem również z sukcesem i tę pałeczkę, swojej drugiej siostrze, absolwentce Akademii Sztuk Pięknych. Obdzieliłem je, myślę, że sprawiedliwie, swoimi niemogącymi dojrzeć we mnie, talentami – dodaje z nieskrywaną satysfakcją.
Całe dnie spędzał w niewielkiej kuchni na parterze przy maszynie do szycia, nie mogąc opuścić mieszkania.
– Szycie rękawic to była harówka, cały dzień przy maszynie. Chociaż nie przynosiło mi to żadnej satysfakcji, ani duchowej, ani materialnej, to byłem zadowolony, że mam zajęcie. Jedyną możliwość oderwania się od tej mojej beznadziei dawała mi praca społeczna – wspomina. – Zdarzało się, że wyglądałem przez okno i wyłem jak pies, bo nie było nikogo, kto mógłby mnie wynieść na dwór.

Czyniąc dobro

W 1990 roku powstało Towarzystwo Przyjaciół Ludzi Niepełnosprawnych „Misericordes”. Rysiek został pełnomocnikiem Zarządu, a niedługo potem – wiceprezesem.
– Do dziś jednak drażnią mnie pytania w stylu: „czy pogodziłeś się ze swoim kalectwem?”. Nie, nie pogodziłem się i nigdy się nie pogodzę. Nie można się pogodzić z taką chorobą, ale można ją zrozumieć, można się nauczyć z nią żyć.
W 1997 roku, razem z cierpiącą na rozszczepienie kręgosłupa żoną Hanną, podjęli walkę o normalniejsze życie. Wystarali się o dofinansowanie przez lubelski oddział PFRON remontu ich kawalerki pod kątem jej przystosowania do potrzeb osób niepełnosprawnych. W roku 2000 przy balkonie pojawiła się hydrauliczna winda, dzięki której Rysiek może samodzielnie wydostać się na ulicę.
– Zwykle nikt nie zdaje sobie sprawy, jak wiele barier do pokonania mają osoby niepełnosprawne. Dla osoby poruszającej się na wózku i mającej tak jak ja słabe ręce, przeszkodą nie do pokonania może być nawet zwykły krawężnik o wysokości pięciu centymetrów, który każdy pieszy, nawet małe dziecko, przeskakuje bez najmniejszych problemów. Od trzydziestu lat toczę boje z różnymi instytucjami. Wspólnie z kolegami z zarządu „Misericordes” oraz innymi osobami z mojego środowiska, spotykaliśmy się i rozmawialiśmy z wieloma ludźmi odpowiedzialnymi na przykład za budowę podjazdów. Bo często się zdarza, że pochylnia owszem – jest, ale tak stroma, że ani ja, ani większość znanych mi niepełnosprawnych nie byłaby w stanie z niej skorzystać.

Radny

W 2002 roku Ryszard Smolak wystartował na radnego Rady Miasta Puławy i wygrał, pokonując dziecięciu kontrkandydatów. W 2010 roku został wybrany na drugą kadencję. Natomiast już trzeci raz przewodniczy Powiatowej Społecznej Radzie ds. Osób Niepełnosprawnych. –
To, że zostałem dwukrotnie wybrany na radnego, oznacza, że ludzie zaufali środowisku, które reprezentuję. Jakiś ślad zostawiłem i zostałem zauważony, pomimo takich a nie innych warunków fizycznych. Jestem dumny z tego zaufania – mówi radny Smolak. Przyznaje, że przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi zwróciło się do niego kilka różnych ugrupowań z propozycją startu z ich listy. – Jest pewna „moda na niepełnosprawność” – dodaje – na pewno znaleźliby się ludzie, którzy chcieliby, żebym był marionetką w ich rękach, bo teraz na czyjejś niepełnosprawności można zyskać. Jednak nie jestem głupi. Wiem, że jeśli zgodziłbym się na coś takiego, byłby to mój koniec jako człowieka i jako radnego.

Niewykorzystany potencjał


Wielu niepełnosprawnych skarży się, że ich sytuacja znacząco pogorszyła się w ciągu ostatnich 25 lat. Radny Smolak jest tego świadomy.
– Środowisko okazało się zupełnie nieprzygotowane na działanie mechanizmów demokratycznych wymuszających samodzielność i oddolną aktywność – mówi. – Kapitalizm, w najbardziej pejoratywnym tego słowa znaczeniu, doprowadził do likwidacji wielu Spółdzielni Inwalidów, które stanowiły zaplecze materialne osób niepełnosprawnych. Teraz czują się niepotrzebni i bezwartościowi. Żeby to zmienić, konieczne jest przede wszystkim podejmowanie wspólnych działań. Większość osób ze środowiska cieszy się, że ma swego reprezentanta w radzie miasta. Cóż, są i tacy, którzy zazdroszczą. Wszelkie niesnaski, konkurencja i zawiść pomiędzy nami działają na szkodę nas wszystkich. W środowisku ludzi z dysfunkcjami tkwi ogromny, niewykorzystany potencjał.
Nie będąc jeszcze radnym, jako wiceprezes Zarządu „Misericordes” zaangażował się w tworzenie Centrum Integracyjno-Rehabilitacyjnego w Puławach.
– To była walka z czasem i bój o środki, ale było warto – wspomina. – Nasze puławskie Centrum działające od 2001 roku to prawdziwa perełka. Skupia siedemnaście stowarzyszeń, działających na rzecz osób przewlekle chorych i z dysfunkcjami – diabetyków, u których postępująca cukrzyca powoduje często kalectwo, niewidomych, głuchoniemych, chorych na SM oraz inwalidów różnego rodzaju. Dzięki wspólnym działaniom wielu osobom niepełnosprawnym udało się wyrwać z izolacji.
Kontakty z osobami głuchoniemymi czy niewidomymi były dla radnego Smolaka zaskoczeniem.
– Zauważyłem, że ich problemy są często o wiele poważniejsze, niż myślałem. Moją obecną względną sprawność zawdzięczam technice – jestem całkowicie zależny od windy hydraulicznej i od wózka elektrycznego, bez których nie mógłbym nic zdziałać, jednakże oni są w znacznie gorszej sytuacji i mają często możliwości znacznie bardziej ograniczone od moich.

Przechowalnia bagażu

W jego skromnym mieszkaniu w bloku przy ulicy Polnej bez przerwy dzwoni telefon, daje znać o swoim przepełnieniu poczta elektroniczna w usadowionym na jedynym w jego „przechowalni bagażu” – jak nazywa swoją kawalerkę – stole kuchennym, laptopie.
– Cieszę się z rozmów z osobami, które są mi wdzięczne za załatwienie czegoś tam, ale jeszcze bardziej cieszę się z krytyki, która konstruuje moje poczynania w przyszłości. Zaufanie ludzi – myślę o moich wyborcach – wykorzystuję do wykonywania czynności, które nie byłyby możliwe, gdybym nie był radnym.
Pojawienie się radnego na wózku w budynku puławskiego magistratu zostało dobrze przyjęte przez uczestników życia samorządowego.
– Gdy się zjawiłem w Ratuszu, nie było zdziwienia ani niczego, co tworzyłoby jakiekolwiek trudności dla mnie. Wręcz przeciwnie. Na przykład posiedzenia komisji zwykle odbywały się na pierwszym piętrze, ale ze względu na to, że nie ma tam windy, przenieśliśmy się na parter.
To paradoks, ale choroba umożliwiła mu osiągnięcie pozycji, dzięki której jest w stanie pomagać innym ludziom, nie tylko niepełnosprawnym.
– Wózek pomaga mi w wielu momentach, ale też często przeszkadza, bo jestem z nim utożsamiany. Chciałbym, żeby inni patrzyli na mnie przede wszystkim jako na człowieka a nie jako na „człowieka na wózku”. Chcę być radnym a nie „radnym na wózku”, poetą a nie „poetą na wózku”. Wolałbym, żeby także sami niepełnosprawni nie tworzyli sobie gett i w nich się nie umieszczali.

Proza życia poety

Po powrocie z obrad Rady znajduje jeszcze czas na pisanie wierszy.
– Poezja towarzyszyła mi od początku. Napisałem kilkadziesiąt wierszy, które wyszły w zbiorku Zastępczy życiorys i inne wiersze. To takie moje opus magnum.
Wiersze to znakomite. Jego twórczość kojarzy się z poezją innego poety na wózku – Janusza Szubera z Sanoka. Tomik Smolaka wydany nakładem lubelskiego Norbertinum został nominowany do nagrody głównej w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Anny Kamieńskiej. –
Jedyne, co mnie naprawdę martwi, to nieustannie pogarszający się stan mojego zdrowia. Z tym najtrudniej się pogodzić. Toczy mnie wiele obaw. Na przykład boję się, że spadnę z wózka i stracę przytomność. Ostatnio w czasie mrożącego krew ześlizgiwania się z wózka na tapczan, opadłem przodem tułowia na prześcieradło i leżałem tak z przytkniętą do tapczanu twarzą aż do rana, bo nie miałem przy sobie telefonu komórkowego. Dopiero o świcie podniosła mnie moja opiekunka, mój Anioł. Gnębi mnie też myślenie o przyszłości. No bo za co kupię wzmacniające mój organizm coraz droższe leki? Co będzie, kiedy nie będę mógł już wjechać wózkiem do windy, kiedy nie będę już mógł usiedzieć na wózku? W tej chwili samodzielnie nie jestem w stanie nawet się podnieść ani zejść z łóżka na wózek, nie mówiąc już o innych codziennych koniecznościach. Najtrudniej siąść na kibel. Ograniczyłem się do jednego posiłku dziennie. Staram się załatwiać swoje potrzeby raz na trzy-pięć dni. Czasem żartuję, że dokonałem jednej z najtrudniejszych – dla ogółu wręcz niemożliwych – rzeczy: udało mi się zapanować nad swoim tyłkiem. Na kibel – obok podnoszenia mnie z łóżka i ubierania – również sadza mnie mój Anioł. Nie jest to dla niej łatwe, bo ważę coraz więcej.

Na kalikę to każda poleci

– Jeszcze gorzej jest z czynnościami kuchennymi – wzdycha radny Smolak, który sześć lat temu rozwiódł się z żoną. – Nie daliśmy rady dzielić się swoją wzajemną niepełnosprawnością na dłuższą metę. Miało być łatwiej, ja kaleka, ona kaleka, ale nie udało się. Teraz żałuję, że jednak się nie odważyłem i nie związałem z osobą „zdrową”, bo były takie możliwości. Na kalikę to każda poleci. Jedna z ciekawości, druga z litości. – I tak to nie jeden raz jego inwalidzki wózek był nieźle sfatygowany. A to przez niewyżytą erotycznie sąsiadkę, a to przez pielęgniarkę na turnusie rehabilitacyjnym w Iwoniczu-Zdroju.
Temat seksualności osób niepełnosprawnych w Polsce to temat tabu. Mimo powodzenia u „normalnych” Smolak darzył je nieufnością. Z jednej strony pożądał ich i to z nimi najchętniej kładł się do łóżka. A z drugiej strony – kiedy postanowił się ożenić, wybrał dziewczynę podobnie jak on – kaleką. Choremu na stwardnienie rozsiane koledze tłumaczył w chwili depresji, że zrobił tak z obawy, iż normalna kobieta w końcu by go zostawiła, bo może nie sprostałby jej jako mężczyzna.

Społecznik od Kuronia i Szymborskiej

Poeta obawia się, że nie dożyje chwili, kiedy niepełnosprawność i problemy z nią związane przestaną być w społeczeństwie tematem tabu.
– Błędem jest selekcjonowanie ludzi na sprawnych i niesprawnych, tworzenie szkół specjalnych, w których często zdolne dzieci z dysfunkcjami ruchowymi marnują swoje talenty. Takie działania wynikają, jak sądzę, z przeświadczenia, że tylko zdrowy i sprawny człowiek jest wartościowy. Jeśli ktoś odbiega od „normy”, to trzeba go koniecznie „przystosować”. Nadal wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że zdrowie i sprawność nie są jedynymi wyznacznikami wartości człowieka. Dobrze jest je mieć, ale gdy ich nie ma, to nie znaczy, że ktoś jest przez to gorszy od innych. Jako członek Komisji Oświaty i Kultury jestem przeciwny realizacji programów czy imprez zamykających osoby niepełnosprawne w ich własnym kręgu. Nie rozumiem, jak można organizować np. konkurs poetycki dla osób niepełnosprawnych. Dany wiersz jest poezją lub nie jest – i nieważne, kto jest autorem.
Radny Smolak ma nadzieję, że samo słowo „integracja” nie będzie kiedyś w ogóle potrzebne, że stanie się ona dla wszystkich zdrową normą. Ale jednocześnie ma on świadomość, że droga ku temu jest długa i trudna.
– Pierwszym krokiem jest tutaj likwidacja barier architektonicznych, która pozwoli osobom niepełnosprawnym wyjść z domów i brać udział w życiu publicznym. To umożliwi stopniową likwidację blokad mentalnych i pozwoli na budowanie zdrowych struktur społecznych. Konieczna jest pomoc w zaspakajaniu rzeczywistych potrzeb osób niepełnosprawnych. Tymczasem Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej pozwala na nikomu niepotrzebne konferencje, seminaria i szkolenia. A integracja? Ona się wnet pojawi – dzięki roztropnie rozdzielanym środkom.
Za te wszystkie działania na rzecz polepszenia życia osób niepełnosprawnych Smolaka doceniła „Fundacja SOS – Pomoc Społeczna”, założona przez Jacka Kuronia i Wisławę Szymborską, nadając mu tytuł „Społecznika Roku 2005”.

Niech bedzie Pochwoluny

Na wsi żyje ciągle jego stara matka, która mieszka z jego bratem, budowlańcem.
– Dawno już jej nie widziałem, bo nie mam tam jak dojechać. Autobus niskopokładowy dociera tylko do Pożoga. Za to często do niej dzwonię. Raz w tygodniu odwiedza mnie brat, jak wraca z pracy. Myślę niekiedy o tym, jak byłem młodym chłopcem i obdzielałem nadmiarem siana odwdzięczające mi się jeszcze ciepłym mlekiem krowy. Minęło tyle lat i nadal zajmuję się rozdzielaniem smakowitych kąsków… Dzielę PFRON-owskie środki pomiędzy niepełnosprawnych. Tylko z tą wdzięcznością w zamian jest znacznie gorzej – śmieje się. – Opuściłem rodzinną wieś, a ona wraca do mnie w snach, jak zaborcza kobieta. Och… Gdybym ja już wtedy tam miał, oprócz do dziś stojącego przed gankiem, ponoć odstraszającego muchy, orzecha, jeszcze przynajmniej względne do życia na wózku, warunki… Zostałbym tam… – wzdycha, po czym mruży oczy, jakby nasłuchiwał dawno już niesłyszanego brzęczenia pszczół i słyszał z gościńca „uzdrawiające” go: „Niech bedzie Pochwoluny”.

Życiorys zastępczy?

Mimo różnorakich kłopotów Smolak się nie poddaje.
– Po 45 latach siedzenia na wózku nabawiałem się żylaków. Przydałaby się operacja, ale wtedy musiałbym z miesiąc leżeć na brzuchu w łóżku. Mój Anioł poza mną ma jeszcze pracę i inne zajęcia. I kto wtedy by się zajmował takim jak ja niecierpliwcem? Któremu ani się myśli korzystać z przydzielonych przez MOPS opiekunek?
Smolak właśnie kończy pracę nad swoją biografią. A w zasadzie – będzie to powieść, którą można zakwalifikować do nurtu chłopskiego. Jest tam dużo o dzieciństwie na wsi, o postępującej chorobie, ale i o walce z nią – w ramionach pielęgniarek, podczas wyjazdów do sanatoriów.
– Ta powieść to tak naprawdę zbiór opowiadań, łączonych osobą głównego bohatera, czyli mnie. Wydałem tomik wierszy, teraz chcę spróbować swych sił jako prozaik. Książka powinna się ukazać w 2014 roku.
Ciekawe, jaki będzie tytuł. Bo ten dla tomiku – Życiorys zastępczy – chyba nie jest trafny. Mimo strasznej choroby jego autor od dziecka starał się żyć pełnią życia, intensywniej nawet niż jego rówieśnicy. Był też mądrzejszy od swoich kolegów z Woli Przybysławskiej, czym nadrabiał braki fizyczne. To było/ jest prawdziwe życie, żadna jego forma zastępcza.

Zbigniew Masternak