Winnice - historia nieznana

Pociąg ze Szczecina do Krakowa wjechał na stację Kraków Główny. Wsiadłem w Zielonej Górze pełen obaw o punktualność zgodną z rozkładem jazdy. W Zielonej Górze miał spóźnienie sięgające 15 minut, a przecież do Wrocławia można było liczyć na dalsze opóźnienie. Jednakowoż gdzieś za Wrocławiem przyspieszył gwałtownie i pod Wawelem znalazłem się zaledwie z pięciominutowym spóźnieniem. To prawie nic, wziąwszy pod uwagę stan podłoża, jakość taboru i nierówny bieg spowodowany robotami kolejowymi. Przy tym jeszcze rozliczne reorganizacje doprowadziły do powstania kilku gospodarzy na polskich kolejach.
Dajmy spokój dalszym rozważaniom, skoro jakimś cudem dotarliśmy do Krakowa prawie zgodnie z rozkładem.
Byłem tu wiele razy. W latach 50. uczestniczyłem w praktyce zawodowej w Zakładach Kotłów i Radiatorów im. Z. Szadkowskiego. Jakie są ich dzisiejsze losy – nie wiem.
Kilka razy, będąc przejazdem, zatrzymywałem się, starając wykorzystać przerwę w komunikacji, aby zajść na Wawel, podumać przy Smoczej Jamie, odwiedzić katedrę, pospacerować nad Wisłą.
Tym razem miałem do dyspozycji raptem dwie godziny, bo do Rabki mój środek lokomocji miał wyruszyć w dalszą podróż.
Dworzec Główny zrobił na mnie duże wrażenie. Ależ on się zmienił! Trochę zagubiony dotarłem do ulicy Basztowej. Było popołudnie; dzień po deszczu zrobił się całkiem ciepły i pogodny. Czuło się, że lato tuż, tuż.
Plantami snuł się całkiem pokaźny tłum. Część ludzi siedziała na ławkach – wiadomo Planty to corso Krakowa.
Na jednej z ławek zauważyłem siedzącą starszą samotną, kobietę. Zdało mi się, że jakaś siła pcha mnie w tym kierunku, aby siąść przy niej. Lubiłem te ławeczki – można było spojrzeć na spacerujących ludzi, ucieszyć od czasu do czasu oko. Tym bardziej że od ostatniego mojego pobytu minęło kilka lat. Po kilkunastu minutach wyjąłem bieżący numer „Gazety Lubuskiej”. Zabrałem go w podróż, ale jakoś nie było sposobności, aby go choćby przejrzeć.
Mimo woli pogrążyłem się w lekturze. Siedząca obok niewiasta parę razy zerknęła w moją stronę. Widać było, że nie może się powstrzymać, aby nie zainicjować rozmowy.
– To pan z Zielonej Góry? – zapytała w pewnym momencie.
– Tak – odpowiedziałem, nie przeczuwając, że mimo tej krótkiej zdawkowej odpowiedzi, rozmowa potoczy się dalej i mieć będzie tak niesamowity przebieg.
– Czy zechce mi pan poświęcić kilka minut?
Nie wiedziałem jak zareagować. Odłożyłem gazetę, co zapewne moja sąsiadka przyjęła za zachętę do dalszych zwierzeń.
Jeszcze chwilę milczała, jakby zastanawiała się, czy może nieznanemu przecież człowiekowi zawierzyć pamięć o swoich problemach.
– Był rok 1947 – zaczęła cicho. – Ojciec mój, oficer Wojska Polskiego został przeniesiony z Rzeszowszczyzny do Zielonej Góry. Były to trudne czasy. Żołnierze uczestniczyli jeszcze w działaniach militarnych przeciwko oddziałom nacjonalistów. Z drugiej strony stabilizacja kraju opóźniała się – dwie opcje polityczne prowadziły walkę na śmierć i życie. Obie uważały, że mają jedyną receptę na budowanie pokojowej, niepodległej Polski. Tylko patron obu tych opcji był inny. Ginęły tysiące ludzi, w tym i Bogu ducha winnych. Wielu ludzi przesiedlono; znaczną grupę ludności ukraińskiej na zachód Polski. Po latach potwierdziła się prawda, że racja zależy od tego, kto ma uprawnienia władcze. Nie wiem, jaką funkcję wojskową sprawował mój ojciec.
Tu przerwała na chwilę. Czułem, że nie chciała, lub nie mogła mówić o swoim rodzicu. Jej zamiarem było skierowanie wypowiedzi na inne tory.
– Zamieszkaliśmy w opuszczonym przez Niemców domu przy ul. Krośnieńskiej nr 7. Pamiętam jeszcze tablicę zdjętą z budynku Lessener Strasse 7. Na południe od domu rozciągało się pole zajęte przez plantację winogron. Plantacja sięgała aż do granicy zajmowanej przez cegielnię. Całość obejmowała – jak pamiętam – 2-2,5 ha. Na ojca nie można było liczyć, że zajmie się pracą na plantacji. Póki co mama jeszcze nie znalazła zatrudnienia i cały czas poświęcała tej pracy. A pilne zajęcie się pielęgnacją krzewów było konieczne. Od trzech lat winnica nie odczuła skutków rzetelnej opieki. Poprosiliśmy Gerarda Brembera, sąsiada byłego właściciela naszego pola Keslera. Jak mówił – nasze winogrona to były krzewy Białego Burgundera. Drugą osobą, której zawdzięczamy stopniowe opanowanie sztuki uprawy winogron, była siostra mamy Ewelina. Przyjechała i zamieszkała z nami jako osoba samotna po śmierci męża w Powstaniu Warszawskim. W Zielonejgórze (tak się wtedy pisało nazwę miasta) po wojnie – jak mówił nasz sąsiad Gerard znajdowało się jeszcze ok. 700 hektarów winnic. Mój udział w pielęgnacji winorośli był raczej nikły – chodziłam wtedy do powszechnej szkoły podstawowej. Znaczna część plantacji opuszczona przez Niemców zmarniała i podobno – nie wiem kiedy – w latach 80. znalazła się w stanie szczątkowym. Miasto jednak corocznie świętuje Winobranie, co zapewne daje nadzieje na stopniowy powrót do tradycji winiarskich. Powinniście potraktować te próby jako okazje do dźwignięcia na wysoki poziom regionalizmu w Unii Europejskiej.
Zmieniła ton głosu, jakby z przyganą. Kontynuowała:
– Czytałam książki Mirosława Kuleby i Krzysztofa Fedorowicza, bo wciąż interesuje mnie ta problematyka. Podobno zmniejszenie obszaru upraw winorośli nastąpiło już przed wojną i to było skutkiem rozwoju przemysłu i linii komunikacyjnych. Można było sprowadzać dużo tańsze, dobre wino z zachodu i południa. Jeśli to prawda, to dlaczego tam, gdzie dobre wina produkowano, ten czynnik zupełnie nie zagroził producentom?
Zawiesiła głos, jakby czekając, aż podejmę próbę analizy tego zjawiska. Milczałem, bąknąwszy tylko coś, co można było odczytać, że nie jestem fachowcem od tych spraw. Tymczasem moja rozmówczyni zaczęła rozwijać problematykę winiarstwa – czułem, że jest fachowcem.
– Uprawa winorośli jest trudnym procesem. Decyduje nie tylko systematyczna praca. Trzeba dobrze dobrać gatunek winorośli do gleby, uwzględniać wpływ klimatu (mróz, opady), pasożytów, nawet ewentualnych grzybów, porę zbiorów, charakter przetwórstwa i przechowalnictwo. W czasie wolnym od zajęć Brember mówił o różnych przypadkach w historii winiarstwa. Tak np. w roku 1785 aż do 26 maja był mróz lub szron i zimno. Od 1 do 4 czerwca występowały przymrozki. Tego samego roku 29 września także zaszkodził roślinom mróz. W pamięci hodowców winogron długo pozostał dzień 13 sierpnia 1648, kiedy to niezwykłej siły i wielkości grad zniszczył niemal całkowicie zbiór.
Nie wiem, skąd czerpała ona te informacje i jak po wielu latach moja rozmówczyni je zapamiętała, ale zdążyłem zanotować, że zima 1727 była długa i mroźna, a mimo to zbiory winogron były tak wspaniałe, że zabrakło beczek do wina.
– W historii znane były także kontrowersje wynikłe z konkurencji winiarzy i spiwowarów. Czy pan wie, że winna latorośl do Zielonej Góry sprowadzili Flamandowie z Niderlandów i że w Zielonej Górze zdarzyła się nawet plaga szarańczy?
Nieznajoma zauważyła w tym momencie, że to odległa przeszłość i pora wrócić do czasów, które były jej udziałem.
– Lata 1947-1950 nie były złe dla plantatorów, choć zimy były ostre. Wie pan, ile było pracy związanych z podcinaniem pędów, nawadnianiem, zbieraniem, z uzupełnianiem kołków i podciągami pędów. Byłam w te prace stopniowo włączana.
Nagle ulicą przejechała karetka pogotowia. Jej hałas przerwał opowieść nieznajomej. Po krótkim zamyśleniu kontynuowała:
– I tak proszę pana nadszedł rok 1950. 12 czerwca w godzinach przedwieczornych wyszłam z mamą na plantację, aby pomóc mojej cioci, która pracowała przy hakowaniu krzewów. Jakie było nasze zdziwienie i przerażenie, gdy w pobliżu drewnianej szopy, w której przechowywaliśmy narzędzia i naczynia, zauważyliśmy leżącą bez życia Ewelinę. Na pierwszy rzut oka nie było widać ran na jej ciele – może tylko opuchlinę na twarzy. Ówczesne środki łączności nie pozwalały na niezwłoczne wezwanie pogotowia ratunkowego. Po pewnym czasie – dziś nie mogę powiedzieć jakim – lekarz stwierdził zgon. Jego zdaniem nastąpiło nagłe zatrzymanie pracy serca. Możliwości ówczesnej medycyny były bardzo ograniczone, a nikt, nawet prokurator nie podjął próby zbadania okoliczności i przyczyn zdarzenia. W kilka dni potem odbył się pogrzeb i poza nami, którzy przeżywaliśmy głęboką traumę, nikt nie oczekiwał, że dojdzie do ustalenia rzeczywistych przyczyn śmierci. I tak przyszło nam odtąd pogodzić się ze stratą bliskiej nam osoby. Miastem targały różne plotki. Ktoś mówił, że to może zemsta kogoś zbliżonego do dawnych właścicieli winnicy. Jakiś czas potem gruchnęła wieść, że to sprawka kogoś przesiedlonego ze wschodu. Nasilające się domysły i podejrzenia nie ominęły i mojego ojca. Mógł on przyczynić się do śmierci bezpośrednio lub pośrednio ze względu na przynależność do nowej zwycięskiej opcji politycznej. Ewelina mogła być powiązana z siłami obcymi, które miały interes nie dopuścić do rozwoju wydarzeń w kierunku pożądanym przez władze. Przełożeni ojca nie mogli dłużej tolerować fali domysłów i plotek. Sprawiedliwość, jeżeli tak można powiedzieć, była wówczas rychliwa. Ojca przeniesiono do Krakowa. Mieliśmy tam mieszkanie w bloku wojskowym. Skończyło się nasze bytowanie w otoczeniu tak interesującym przyrodniczo. Po wielu latach, mając dziecięce doświadczenie w uprawie winorośli, włączyłam się do pracy społecznej w Krakowskim Towarzystwie Winiarskim. Rodzice nie poprzestali na próbach wyjaśnienia tamtejszej śmierci Eweliny. Ojciec nawiązał kontakt z klinicznym szpitalem wojskowym. Jeden z jego przyjaciół, doktor medycyny zaproponował, aby wyjechać do Zielonej Góry i jeszcze raz rozpoznać miejsce, gdzie doszło do tragedii. Obaj spotkali się z nowym gospodarzem plantacji. W czasie rozmowy przyznał on, że przez kilka lat miał duże problemy z lęgnącymi się pod dachem szerszeniami. Jeszcze widać było zrujnowane gniazdo i osmalony w tym miejscu dach. I wtedy doszli do wniosku, który wydał się najbardziej prawdopodobny. Pracująca na plantacji Ewelina mogła odczuwać dyskomfort, mając za sąsiadów szerszenie. Mogła próbować je przepędzić, naruszając ich gniazdo. Wówczas jeszcze nie była dobrze znana agresywność tych owadów i skutki ich gromadnego ataku. Także objawy porażenia zaprezentowane przez ojca doprowadziły zespół lekarzy do przyjęcia koncepcji, że przyczyną śmierci mógł być atak szerszeni.
W tym momencie okazało się, że do mojego odjazdu pozostało raptem 15 minut. Wstaliśmy i moja rozmówczyni odprowadziła mnie na dworzec. W drodze przyjrzałem się jej dokładniej. Jej oblicze zdało mi się starsze, niż przypuszczałem. Czy to ważne?
Różne myśli lęgły mi się w pociągu. Jedna z nich układała się w zwątpienie, czy człowiek choćby nie wiem jak był samodzielny lub energicznie zaprzeczał, może w pełni pokierować swoim losem?
Corocznie składamy sobie z Panią Aleksandrą życzenia świąteczno-noworoczne. Jak długo jeszcze?

Zielona Góra, 20 marca 2013

Jerzy Szewczyk