Szeptuchy w Czeremsze

Czeremcha to duża wieś w powiecie hajnowskim, tuż przy granicy z Białorusią (nie mylić z Czeremchą leżącą przy granicy ze Słowacją, opodal przejścia granicznego w Barwinku). Czeremcha, do której się udajemy, to wieś z tradycjami carskimi. Zawdzięcza swą rozbudowę carowi Rosji, który uczynił w tym miejscu duży węzeł kolejowy. Do jego obsługi ściągnięto tutaj ludzi z całej okolicy, dojeżdżali nawet z odległego o półtorej godziny drogi Białegostoku. W najlepszym dla stacji momencie pracowało tutaj 2000 ludzi. „Car założył kolej w Czeremsze, wszystko rozbudował, a Polska kapitalistyczna zniszczyła” – powiedział przez telefon Mirek Samosiuk, który nas tutaj zaprosił.
Z Puław do Czeremchy okazało się całkiem blisko. Myślałem, że trzeba jechać przez Warszawę, Białystok i Hajnówkę, a tymczasem znalazłem znacznie krótszą drogę – przez Łuków i Siedlce. Po drodze mijaliśmy takie egzotyczne nazwy jak Mordy, Niemojki, Nurzec. Kiedy byłem po raz pierwszy na Podlasiu, w 2011 roku, w Sokółce, też tak się zachwycałem nazwami tutejszych miejscowości. Choćby Krynki, sama poezja. Żył tutaj wybitny białoruski pisarz, zmarły niedawno Sokrat Janowicz.
Do Czeremchy docieramy w mroźną marcową noc. Dworzec jest imponujący, chociaż wygląda na opuszczony. Pociąg dalej nie pojedzie. Kiedyś jechał na Białoruś, ale Białorusini rozebrali tory. Prawdziwy koniec Europy. Idziemy gigantycznym pomostem nad torami. Z góry, w dole, widać wiele wagonów. W większości zardzewiałych, zniszczonych. Kierujemy się do Gminnego Ośrodka Kultury, na zaproszenie którego tutaj przyjechaliśmy. Trzeba zgodzić się z tym, co powiedział przez telefon Mirosław Samosiuk, mąż dyrektorki GOK – ośrodek leży w samym centrum osady i stanowi tutaj ważny punkt odniesienia, nie mniej ważny niż pobliskie kościół i cerkiew. GOK co roku, od prawie dwudziestu lat, organizuje Festiwal Wielu Kultur i Narodów „Z wiejskiego podwórza”. Piękna nazwa. Świetne miejsce, żeby następnego dnia pokazać tutaj wiejski film, jakim jest Księstwo.
alt
W drzwiach do ośrodka grupka roześmianej młodzieży. Dobrze, że stoją tutaj, a nie w wiacie dworca. W GOK-u działa jedyna kawiarenka we wsi, ma być też pizzeria. GOK niedawno został wyremontowany, za pieniądze z Unii, które zmieniły polską, a zwłaszcza podlaską wieś. Tutaj nie zostały zmarnowane. Kwaterujemy się w pokoju gościnnym, jednym z wielu, w których dom kultury gości uczestników swych imprez folkowych i nie tylko, a także wynajmuje robotnikom za niewielkie kwoty, bo z agroturystyką tutaj ciągle słabo, mimo że okolica piękna, „pogańsko-prawosławna”, cokolwiek to znaczy. Słyszeliśmy co nieco o szeptuchach, podlaskich wiedźmach, trzeba się mieć na baczności.
W przytulnym pokoju czeka na nas laptop podpięty do internetu. Pospiesznie sprawdzam wynik meczu Polska–Ukraina, który właśnie rozgrywany jest na Stadionie Narodowym w Warszawie – o awans na mundial, który odbędzie się za rok w Brazylii. Spodziewam się kłopotów, pamiętając, jak dobrze Ukraińcy grali podczas zeszłorocznego Euro (pechowy mecz z Anglią) i jak kiepsko grali Polacy (dwa wymęczone remisiki z Grecją i Rosją, bezradność z Czechami). Ta bezradność zdaje się być kontynuowana przez ekipę prowadzoną przez Waldemara Fornalika. Polacy już do przerwy przegrywają 3:1. Oby tylko nie było pogromu, martwię się. Ostatecznie przegrywamy 3:1 i bardzo sobie utrudniamy drogę do Brazylii. Tylko po co tam jechać w takiej dyspozycji? Dlaczego chłopaki z Borussii z łatwością niszczą potężny Shachtar Donieck, a dostają od tych samych piłkarzy baty jako reprezentanci Polski? Coś tu nie gra. Ktoś tu nie gra.
W Czeremsze prawie wszyscy trzymają za swoimi… Ukrainą. Większość tutejszych to Ukraińcy z pochodzenia, prawosławni, chociaż jest też kościół katolicki. Dominują nazwiska o końcówce -uk, Kowalczuk, Lewczuk, Sawczuk, czy nasi gospodarze, liderzy zespołu Czeremszyna – Samosiuk. Trudno jednoznacznie stwierdzić – Białorusini czy Ukraińcy? Bo czy ktoś wie, kto to prawdziwy Białorusin? Aż 80% słów języka białoruskiego jest tożsamych ze słowami ukraińskimi. Mój znajomy poeta i prozaik białoruski, Siarhiej Pryłucki, gdy miał kłopoty w swoim kraju (na Białorusi to częste zjawisko), wyemigrował do Kijowa, gdzie z powodzeniem pracował dla ukraińskich gazet, pisząc po ukraińsku.
Myślę o piłkarzach z Ukrainy. Znam jednego z Puław – Nazara Lituna, wychowanka Karpat Lwów – grałem z nim często. Facet trenuje dwa razy dziennie, to na Ukrainie standard. Jak Andrij Szewczenko poszedł z Dynama do Milanu, też sobie zażyczył drugi trening, bo Włosi ćwiczyli tylko raz dziennie. Może naszym tego brakuje? Dlatego nie starczyło im ogrania i sił na mecz z Ukrainą?
Zjadamy kolację czekającą w lodówce, przygotowaną przez gościnnych gospodarzy (Samosiuk pojechał do Warszawy na mecz) i kładziemy się spać, bo jesteśmy z żoną zmęczeni podróżą, a następny dzień będzie pracowity.
alt

Zaczynamy od śniadania – Mirek zawozi nas do swego domu. To prawdziwa pracownia artystów. Gdy chwalimy dom, Mirek mówi, że pracuje na dobrobyt na czterech etatach – jako kolejarz w Polskich Liniach Kolejowych, prezes klubu Kolejarz Czeremcha, basista folkowego zespołu Czeremszyna oraz szef Stowarzyszenia Miłośników Folkloru. Jego żona także gra i śpiewa w Czeremszynie, którą założyła, oraz jest dyrektorką domu kultury, organizuje również festiwal „Z wiejskiego podwórza”. Cóż za pracowitość jak na ludzi Wschodu, łamanie stereotypów funkcjonujących w Polsce.
Jemy lekkie śniadanie – zupa grzybowa z prawdziwków zebranych jesienią w pobliskim lesie, należącym do otuliny puszczy Białowieskiej – czasem się zdarza, że zapuszczają się tutaj żubry.
Rozmawiamy o tutejszej młodzieży.
– Młodym się tutaj nudzi – mówi Mirek. – Najgorsze są młode dziewczyny, jeszcze gimnazjalistki. Dużo się teraz w Czeremsze buduje, za unijne pieniądze. Przyjeżdża sporo robotników z całej Polski. Dziewczyny się puszczają. Z nudów i dla pieniędzy.

Na warsztaty scenariuszowe przyszło sześcioro dzieciaków. Opowiedziałem im trochę o swojej drodze w świat z małej świętokrzyskiej wsi, jeszcze mniejszej niż ich wioska, a potem – o sztuce pisania scenariuszy. Następnie kazałem napisać swój pomysł na scenariusz filmu, którego akcja rozgrywałaby się w Czeremsze bądź okolicach. Taki synopsis na maksymalnie półtorej strony. O dziwo nie mieli pytań, chociaż jak wcześniej zapytałem, ile może kosztować produkcja filmu w Polsce, to jeden z dzieciaków odpowiedział, że 100 zł… Scenarzystów współczesnych też nie znali, ale tych w Polsce nikt nie zna (niektórzy kojarzą Łepkowską). Lubię takie warsztaty, bo szukam talentów do rozwijania. Ktoś kiedyś poświęcił swój czas Justynie Kowalczyk i Adamowi Małyszowi, dzięki czemu mamy w Polsce sporty zimowe. Może ja rozwinę w Polsce scenarzystów? Rocznie mam między 70 a 100 takich spotkań, zwykle w małych miejscowościach. Niekiedy zaskakują pomysłami. Najlepsze mieli we wsi Waksmund pod Nowym Targiem. Na 15 aż sześć tekstów było rewelacyjnych.
Gdy pisali, zwiedzałem galerie. Dom kultury ma się czym pochwalić. Tutaj upamiętnia się lokalne tradycje. Kultywuje stare, ginące zwody jak tkactwo, garncarstwo, wyplatanie ze słomy. Organizowane są warsztaty ze starszymi ludźmi, którzy potrafią się tym zajmować, żeby przyuczali młodych, wydaje się specjalistyczne publikacje dotyczące znikających zwodów.
Rozmawiam z dzieciakami. Trochę im się tutaj nudzi, ale da się żyć. Szkoda, że nie ma liceum i trzeba dojeżdżać do Bielska Podlaskiego albo Hajnówki. Albo iść tam do internatu. Większość z tej szóstki ma nazwiska na -uk. Ale jeden chłopak nazywa się Navarro.
– Mój ojciec jest rodowitym Włochem – wyjaśnia. – Matka pojechała tam do pracy i wróciła ze mną. Chłopak zajmuje się hip-hopem. Dyrektorka domu kultury pomogła mu wydać dwie płytki. Mówię, że jak byłem w jego wieku, wiedziałem, że z mojej rodzinnej wsi wyrwę się tylko jak będę dobrym sportowcem, albo jak będę się uczył. Albo miał jakieś hobby, które stanie się moją pracą. Słucha mnie uważnie. Mimo że ubrany na hip-hopaka, jest inteligentny. Pisze pomysł o wojnie gangów w Czeremsze, pomiędzy osiedlami. Wyróżniam jego tekst oraz drugi, gimnazjalisty, o powrocie Hitlera do władzy. Albo hip-hop, albo fantastyka. W większości małych wsi i miasteczek dzieciaki piszą o depresji, niechcianych ciążach, samobójstwach, wyjazdach rodziców do pracy za granicą.
Wręczam dzieciakom dyplomy i zbieram się szybko, bo za pół godziny mam trening w miejscowym Kolejarzu Czeremcha. Przyjeżdża Mirek, który jest jego piłkarzem, a także prezesem. Opowiada o swojej przygodzie z piłką.
– Kiedyś byłem w technikum w Warszawie. Przez półtora roku grałem w Polonii Warszawa, w juniorach. Chcieli, żebym poszedł do seniorskiej drużyny. Wtedy się wypiąłem, powiedziałem, że wolę grać w Kolejarzu. Ale wiem teraz, że po prostu to była wymówka, strach przed tym, że sobie nie poradzę.
Szatnia Kolejarza mieści się – a jakże by inaczej, w przypadku klubu kolejowego – w wagonie, zaadoptowanym na potrzeby zawodników. Jest podniszczony, ale jeszcze w dobrym stanie. Podzielony na dwie szatanie, dla gości i gospodarzy. Brakuje WC i pryszniców.
W środku siedzi kilkunastu młodych chłopaków i około 50-letni mężczyzna, trener. Na dworze kilkunastostopniowy mróz. Boisko jest duże, są trybuny, pamiętające znacznie lepsze czasy. Przypomina mi się mój OKS Opatów.
– Kiedyś mieliśmy tutaj IV ligę, obecnie byłaby to III liga… – mówi Samosiuk. – Przeszedłem z tą drużyną od B-klasy, wszystkie szczeble. Dwa lata temu zostałem grającym prezesem. Załatwiłem chłopakom nowe dresy, mamy nawet torby treningowe z logo drużyny.
Rzeczywiście, tego brakuje w niejednym zespole z wyższych lig.
Mirek przedstawia mnie kolegom – że gram w Reprezentacji Polskich Pisarzy. Patrzą nieco podejrzliwie, jak niedawno patrzyli na mnie koledzy w MKS Puławiak Puławy.
– Powiedz im, że grałem kiedyś w Koronie Kielce, w kilku innych klubach – żachnąłem się, żeby przed młodymi nie wyjść na mięczaka.
– Nie chcę ich straszyć przed treningiem… – śmieje się Mirek.
Podczas rozgrzewki ucinam sobie z kilkoma z nich pogawędkę. Że kiedyś dla mnie piłka była szansą na ucieczkę ze wsi. Opowiadam o kontuzji. Mówię o Jacku Krzynówku, byłym zawodniku m.in. Bayeru Leverkusen i reprezentacji Polski, który jeszcze jako 18-latek grał w B-klasowym LZS Chrzanowice. Przed nimi też szansa, tylko trzeba próbować.
Zaczynamy grę. Trochę niepokoję się o swoją formę, bo w tym roku mało trenowałem – jest jeszcze okres zimowy, głównie biegam po lesie. Ostatni mecz grałem z tydzień wcześniej, na zaśnieżonym, oblodzonym orliku. Zdobyłem chyba 11 bramek, a graliśmy do 30 goli, z młodzieżą KS Góra Puławska. Tutaj też radzę sobie przyzwoicie. Przegrywamy 10:7, ale zdobywam 4 gole, biorę udział w każdej akcji. Uczę tych młodych, z którymi gram, jak mniej kiwać, grać na jeden kontakt, co w takich warunkach jest naprawdę trudne. Nabierają do mnie respektu – jak do piłkarza, nie do pisarza.
Po treningu Mirek odwozi mnie do domu kultury, gdzie biorę szybki prysznic. I znowu do gościnnych Samosiuków – na bliny, bardzo mi smakują. Przy obiedzie słuchamy muzyki zespołu Czeremszyna, który gra ludową muzykę ukraińską, określającą tożsamość narodową ludzi, którzy tutaj żyją. Bo obywatelstwo mają polskie, ale większość deklaruje narodowość ukraińską. Jak był mecz Polska–Ukraina o awans na mundial w Brazylii, tutaj kibicowano Ukrainie.
Staje się dla mnie jasne, jak bardzo muzyka tego zespołu pomaga w podtrzymywaniu świadomości własnych korzeni wśród lokalnej społeczności. W każdym regionie Polski powinni znajdować się tacy animatorzy kultury, jak liderująca Czeremszynie rodzina Samosiukow. Są to ludzie z pasją i pomysłami, którzy pragną zachować i upowszechniać tradycję, kulturę, obrzędy, umiejętności i to, co najciekawsze zostało w danym miejscu.
Często do rdzennej, chociaż i tak już bardzo przetworzonej kultury, która może się przejawiać w sztuce czy muzyce, animatorzy dodają swoje inspiracje i fascynacje podobne w swoim charakterze do obrzędów z innych regionów świata. Najwyraźniej widać to w muzyce.
Muzyka ludowa, tak znakomicie przyswojona przez czeremszyńskich wykonawców, miksuje się w swych aranżacjach z muzyką węgierską i huculską, a nawet afrykańską i azjatycką (Czeremszyna gościnnie występowała w Nepalu i stąd inspiracje). Muzycy wybierają motywy przyswajalne dla ucha i dostosowane do możliwości wykonawców. Niekiedy zdarza się, że instrumenty zapożyczone z innych, odległych obszarów kulturowych (koboz albo djembe), na których opracowany został dany utwór, świetnie wkomponowują się w polską muzykę ludową, odnajdując swoje brzmieniowe podobieństwo.
alt
Myślę, że mimo powszechnej globalizacji, kultury różnych regionów świata są tak różnorodne, że z pewnością nie stracą swej wyjątkowości. Dlatego tak ważne jest, aby jak największej liczbie młodych osób przekazać tradycje. Możemy dokonywać tego właśnie dzięki takim festiwalom jak odbywający się rokrocznie w Czeremsze „Z wiejskiego podwórza” To właśnie podczas takich spotkań twórców, dzięki muzyce, sztuce, koncertom, przekazywaniu umiejętności poprzez warsztaty, dokonuje się transmisja treści kultury ludowej. Niebagatelną rolę w promowaniu rodzimej kultury odgrywają także lokalne media, takie jak radio i telewizja.
Należałoby się uczyć od naszych wschodnich sąsiadów – Ukraińców (tych, którzy niedawno pokazali nam, jak się gra w piłkę nożną). Tam muzykę tradycyjną, ludową czy też folkową, można usłyszeć w radio, w wielu knajpkach, a w dyskotekach gra się utwory rodzimych wykonawców. Dlaczego u nas (myślę o Kielecczyźnie) tak nie jest? Czyżbyśmy się wstydzili własnych korzeni? Granie kawałków spod Świętego Krzyża na kieleckim deptaku byłoby obciachem?
Wychowałem się na muzyce kieleckiej – chcąc czy nie chcąc. Mój ojciec był fanem przyśpiewek „Oj dana, oj dana”. Słuchaliśmy tej muzyki z kaset i radia – bodajże w niedzielę Polskie Radio Kielce emitowało kawałki kapel ludowych z okolic Świętego Krzyża. Ta muzyka musiała się gdzieś we mnie zakorzenić, zbudować świętokrzyską tożsamość. Nie znam kieleckich strojów i obyczajów, bo z tymi już niewielki miałem kontakt, znam muzykę.
Kieleccy pieśniarze śpiewają o sprawach powszechnie znanych, najchętniej o miłości – tej spełnionej i tej nieszczęśliwej. Ale dużo w ich pieśniach także o rodzinnej ziemi i ważnych dla niej wydarzeniach. Ludowe pieśni przywołują całe obrazy, które dzięki muzyce zapadają w pamięci. W różnych fazach życia wracają one jak refren. Wszystko się żytko zazieleniło, Rozszumiały się wierzby, Wesela nie będzie – oto tylko niektóre tytuły piosenek, które zawierają obserwacje zbierane przez kielecki lud przez pokolenia, przetworzone na muzykę.
Gdy wyruszyłem spod Świętego Krzyża w świat, tylko kielecka muzyka we mnie pozostała. Starałem się o niej zapomnieć, odrzucić, ale do mnie wracała. Bo odrzucając ją, odrzuciłbym ojca i matkę, i całe świętokrzyskie dzieciństwo. W końcu zrozumiałem, że najważniejsze jest to, żeby nie zatracić siebie i wiary w to, że nasze, to znaczy kieleckie jest dobre. To się liczy najbardziej. Żeby w głowie zostało choćby kilka nut z kieleckiej muzyki.

Następnie jedziemy na pokaz Księstwa. Jest już 20.00. trochę czuję się zmęczony, ale bywało gorzej. Na przykład jechałem całą noc do Wrocławia, a stamtąd na spotkanie na 10.00 do Pieszyc pod Dzierżoniowem. O 16.00 już byłem na pokazie Księstwa w bibliotece Dolnośląskiej, a o 18.30 w bibliotece w Wiszni Małej. O 22.45 wracałem już autobusem do Puław. W domu byłem około 5 rano. Trzy godziny snu i o 8.00 jechałem pod Kielce, do Końskich, na spotkanie z młodzieżą. Takie eskapady zdarzały mi się często, trzeba mieć kupę zdrowia, żeby w dzisiejszych czasach móc być pisarzem.
Przychodzi ze 40 osób, w różnym wieku, co jak na tak małą miejscowość, i w dodatku weekend, jest dobrym wynikiem. Nieraz w Warszawie miałem trzech-czterech czytelników. Ale bywało też lepiej – raz w Wąchocku przyszło ponad 200 osób. Ale to dlatego, że poprzedniego dnia byłem gościem Teleexpresu. Rozmawiam z człowiekiem, który przeniósł się tutaj za żoną spod Sandomierza, jest moim krajanem. Widzi tutejszych ostrzej od nich samych, ale jest nimi zachwycony. Jedna ze staruszek opowiada mi na korytarzu, jak się przygotowuje słomę do wyplatania koszyków.
alt
Zapowiadam film i jedziemy zwiedzać okolicę – Księstwo trwa prawie 2 godziny, jest czas, żeby obejrzeć kilka cerkwi w okolicy, jechać na przejście graniczne.
Najbardziej imponują mi cerkwie, zwłaszcza te stare, z XVII wieku. Odnowione za unijną kasę.
Potem jedziemy pogadać z miejscową wiedźmą – szeptuchą. Szeptuchy pomagają ludziom od setek lat, nie pobierając za to żadnych opłat, a jeżeli uzdrawiany uprze się by wynagrodzić im pracę, zgadzają się z oporami na symboliczny gest. Posiadają ogromną wiedzę na temat zielarstwa, którą przekazują z pokolenia na pokolenie, lub wybranej przez siebie osobie. Zdarza się, iż wiedza ta przekazywana jest także innym, którzy wykazują chęci zajęcia się tym rzemiosłem.
W skład wyposażenia takiej wiedźmy wchodzą głównie: świeca gromniczna święcona podczas Święta Gromnic oraz kłaczki lnu przypalane jej ogniem. Kłaczki te zwane są „lubczykami” od rosyjskiego słowa „liubow”, czyli miłość. Do obrzędów używane są także suche liście topoli, lipy i mięty. Wyjmowane są z bukietu święconego w cerkwi na Święto Jana Chrzciciela, siódmego dnia lipca. Babki są nie tylko lekarkami, lecz mogą też odczyniać lub oddalać uroki. Jednym ze sposobów oddalania uroków jest zaszywanie w ubrankach dziecięcych węzełka ze święconą solą i gałązką z drapaki, czyli miotły z brzozowych witek. Innym sposobem jest przypinanie agrafki lub broszki, lub zakładanie kaftanika na lewą stronę. W przypadku gdy dziecko wzbudza zachwyt i jest zbyt długo chwalone, należy pomyśleć taki odczyn: „sól w oczy a brzozową miotłę w bok na cały rok”.
Podjeżdżamy przed chałupę szeptuchy – stoi przed nią cały ciąg nowoczesnych aut na numerach z Warszawy i Białegostoku. I tak to tradycja miesza się w Czeremsze z nowoczesnością.

Zbigniew Masternak