Wizyta w czytelni

Kwietniowy, sobotni poranek przywitał całe miasto piękną, wiosenną pogodą. Niebo było prawie całkowicie bezchmurne, a promienie ciepłego słońca odbijały się od czerwonych dachów zielonogórskich kamienic. Grzesiu już od czterech semestrów wynajmował kawalerkę na rynku i ze swojego okna mógł podziwiać właśnie takie widoki. Stał i patrzył przez okno, popijając poranną, mocną kawę. Przyglądał się jeszcze nielicznym o tej porze spacerowiczom, którzy przechodzili wokół ratusza i gołębią, które wydłubywały pożywienie spomiędzy szczelin szarego bruku. Po wielu miesiącach zima w końcu odpuściła i takie poranki sprawiały, że znów chciało się żyć.
Zajęcia na uczelni skończyły się już w czwartek po południu, jednak były tak wymagające, że wolne dni spędzał w większości na ślęczeniu nad podręcznikami. Przyjeżdżając i dostając się na swój wymarzony kierunek, nie sądził, że będzie tak ciężko. Od najmłodszych lat uwielbiał historię i jak na razie poświęcił dla niej dość sporo swojego życia. Starał się nie zmarnować czasu i pieniędzy, które zainwestowali w jego naukę rodzice. Pochodził z niewielkiej miejscowości pod Zieloną Górą, a studia w tym mieście były jego życiową szansą. Jeszcze do końca nie wiedział, czym dokładnie chce się zająć po obronie pracy magisterskiej, ale głód wiedzy, jaki go ogarniał, wskazywał, że jego studia mogą się przedłużyć. Myśląc o tym czasami, wcale nie miał nic przeciwko związaniem się dłużej z uniwersytetem. Już teraz miał dość dobre stosunki z wykładowcami i doktorantami, których poznał w czasie ostatnich semestrów. Spotykali się wspólnie na zajęciach, wykładach i seminariach, na których regularnie starał się bywać. Dość często wymieniali też poglądy i informacje mailowo, lub na wspólnym forum. Łączyła ich pasja, której oddawali całą duszę.
Grzegorz dopił kawę i poszedł do łazienki na poranną toaletę. W myślach układał sobie plan zajęć na dzisiejszy dzień. Wieczorem miał spotkać się ze znajomą koleżanką z rusycystyki, wcześniej jednak musiał zrobić podstawowe zakupy i zajść do księgarni. Pozostawało kilka godzin na odwiedzenie biblioteki i zrobienie początkowego rozeznania do ważnego referatu. Historia Zielonej Góry to był konik jednego z jego ulubionych profesorów. Nie raz chwalił się on podczas wykładów swoimi publikacjami na ten temat. Dostał to zagadnienie i wiedział, że musi stanąć na wysokości zadania i zrobić to naprawdę porządnie. Zresztą temat wydawał się dość zajmujący i nie widział przeszkód, żeby się w nim nie zagłębić. To miasto powoli stawało się też jego miastem, więc warto dowiedzieć się o nim coś więcej.
Po kilku minutach wyszedł z łazienki i usiadł na krześle przed komputerem. Sprawdził pocztę i odpisał na kilka pilnych wiadomości. Otworzył jedną z szuflad, w poszukiwaniu ołówka i natknął się na starą, pogniecioną paczkę z dwoma papierosami. Nie palił już kilka miesięcy i zupełnie zapomniał już o tym nałogu. Wyjął jednego i powąchał. Po chwili zakaszlał. Od razu przypomniały mu się momenty, w których nie mógł powstrzymać się przed paleniem. Nie, nie zrobię tego – pomyślał, zgniótł paczkę i poszedł do kuchni ją wyrzucić. Zapakował do torby zeszyt z poczynionymi wczoraj wieczorem notatkami, ubrał się i zamknął mieszkanie.
Na dworze było zadziwiająco ciepło, jak na tą porę roku. Na twarzach mijanych ludzi widać było z tego powodu zadowolenie i radość. Nastrój udzielił się również jemu i szedł, uśmiechając się do całego otaczającego świata. Postanowił najpierw odwiedzić swoją ulubioną księgarnię, później pójść do czytelni, a wracając zrobić spożywcze zakupy. Z koleżanką umówiony był już wcześniej, więc nie musiał już potwierdzać tego spotkania.
Księgarnia dopiero co otworzyła swoje podwoje, więc Grzegorz był tam zupełnie sam, co mu bardzo odpowiadało. Przywitał się z obsługującą dziewczyną i skierował na dział dotyczący historii. Nienawidził tłumów i przeciskających się klientów, którzy go rozpraszali i irytowali. Starał się więc bywać we wszelkiego rodzaju sklepach w godzinach porannych. Mógł wtedy spokojnie zastanowić i ewentualnie zdecydować na zakup. Przystanął i obejrzał kilka nowości, ale nic go na dłużej nie przyciągnęło. Schylił się więc i zaczął szukać czegoś na najniższej półce, gdzie już nie raz znalazł kilka interesujących pozycji. Wyciągnął kilka książek i zaczął czytać. Niestety, to nie było to, o co mu chodziło. Na jego twarzy odmalował się grymas zniechęcenia. Zaczął więc wędrówkę po innych działach księgarni z nadzieją, że coś wpadnie mu w oko. Romans, obyczaj, coraz bardziej promowany i komercyjny kryminał. Chodził w kółko pomiędzy regałami. W końcu przystanął. A może komiks? Wziął do ręki jeden z zeszytów i zaczął go wertować. Dawno już nie miał do czynienia z tego typu literaturą. Oczywiście w latach młodości czytał wiele komiksów, ale od tamtego czasu, ten gatunek również zmienił się i ewoluował. Ciekawe, ciekawe – mruczał do siebie, przeglądając kolejne kartki.
Po chwili zauważył ruch przy regale po lewej stronie. Przerwał czytanie i spojrzał w tamtą stronę. Przy półkach z fantastyką stała długowłosa blondynka. Niecierpliwie oglądała po kolei każdą pozycję. Miała ładny profil, a jej twarz zdobiły okulary w grubych, pomarańczowych oprawkach. Ubrana była w przewiewne spodnie i buty na niskim obcasie. Złapała kolejną książkę, ale tym razem zatrzymała się na niej chwilę dłużej. Trudno przegapić taką okazję – pomyślał Grzegorz i podszedł powoli do zaczytanej nieznajomej.
Gra Endera, klasyka science fiction – odezwał się, uśmiechając jednocześnie.
– Tak? – odparła, ledwo spoglądając na niego.
– Może pomóc w wyborze? Trochę znam się na tym.
– Czytasz fantastykę? – spytała.
– Nawet sporo. Naprawdę mogę ci coś polecić – nie dawał za wygraną.
Dziewczyna w końcu oderwała wzrok od książki i spojrzała mu prosto w oczy.
– Dzięki za dobre chęci, ale powiem ci, że czytasz żałosną literaturę.
Grzesia zamurowało i stanął jak wryty. Stał i bez słowa patrzył, jak jego obiekt podrywu bierze książkę z półki, płaci w kasie i w końcu nawet bez spojrzenia w jego kierunku wychodzi z księgarni. Na jego twarzy znów pojawił się grymas i to większy niż kilka minut wcześniej. Nie mógł zaliczyć tego poranka do udanych. W końcu zezłoszczony na siebie złapał przy wyjściu Magazyn „Gazety Lubuskiej”, zapłacił i szybko wyszedł.
Gdy znalazł się na zewnątrz, uspokoił się trochę i po chwili maszerował leniwie, chwytając po drodze promienie ciepłego słońca. Przyszło mu na myśl, że najchętniej przysiadłby na jednej z wielu ławek i oddał się w pełni delektowaniu dzisiejszej pogody. Jednak próżniactwo nie było w jego naturze i były to tylko chwilowe impulsy. Zdawał sobie sprawę, że musi popracować i przyłożyć się do zadanego referatu. Po kilku minutach stał już w drzwiach budynku miejskiej biblioteki.
Wszedł do holu i podszedł do znajdującej się po lewej stronie szatni. Oddał kurtkę i torbę, wyjmując z niej wcześniej notatniki. Odwrócił się i spojrzał na znaną mu już przestrzeń, która dziś zastawiona była stelażami. Podszedł z zainteresowaniem i zaczął oglądać prezentowane zdjęcia. Często spędzał tu kilka minut nad różnego rodzaju wystawami. Zazwyczaj były to fotografie bądź rysunki mniej lub bardziej znanych autorów.
Po chwili spojrzał na zegarek i postanowił jednak przerwać oglądanie. Czekało na niego dość sporo pracy i nie mógł dziś pozwolić sobie na dłuższą ucztę duchową. Postanowił w myślach, że zajdzie tu w tygodniu i obejrzy zdjęcia jeszcze raz.
Skierował się więc żwawo na pierwsze piętro, na którym znajdowała się czytelnia. Przywitał się z bibliotekarką, którą znał już z widzenia i która często zza biurka posyłała mu namiętne spojrzenia. Gdyby nie dzieląca ich spora różnica wieku, pewnie już dawno zaprosiłby ją na kawę. Z uśmiechem odebrał od niej zamówione wczoraj materiały i rozejrzał się po sali. Na szczęście nie było dziś wielu osób i jego ulubione miejsce było wolne.
Chwilę później sadowił się przy biurku, które usytuowane było na końcu, tuż przy oknie. Miał tutaj dobre oświetlenie z okien po lewej stronie i pełne spojrzenie na to, co dzieje się w całym pomieszczeniu. Rozłożył notatki i zaczął wertować pierwszą z książek.
Praca pochłonęła go całkowicie i pierwszą przerwę zrobił dopiero po dwóch godzinach, gdy musiał pójść do toalety. Przy okazji napił się też kupionej w automacie, mocnej i gorzkiej kawy. Po piętnastu minutach był już z powrotem przy biurku.
alt
Po czterech godzinach spędzonych na intensywnym studiowaniu podręczników poczuł lekkie zmęczenie i znużenie. Tekst zaczął mu się lekko rozmazywać, a myśli biegły już wolniejszym torem. Wyprostował się na krześle i przetarł zmęczone oczy. Poczuł też lekki głód, ale postanowił, że zje coś później. Musiał maksymalnie wykorzystać dzisiejszą wizytę w czytelni. Po chwili wrócił więc do pracy.
Czuł się jednak zmęczony i zupełnie nie szło mu wyszukiwanie potrzebnych informacji. Przewracał kolejne strony ociężale, zmuszając się do intelektualnego wysiłku.
Swój zmęczony wzrok zatrzymał dłużej, na stronie jednej z książek, która przedstawiała rycinę z czarownicami. Jej cierpiący i krzyczący wyraz twarzy wydawał mu się nieziemsko prawdziwy. Wpatrywał się długo w rysunek, wyobrażając sobie to wydarzenie. Czasy średniowiecza, kamienne zamki, rycerze i wojny, w których uczestniczyli. Słyszał też odgłosy kajdan, palącego się stosu i torturowane kobiety.
Nie wiedząc kiedy, stracił poczucie rzeczywistości. Ogarnęło go zmęczenie i senność.
Obudził go dźwięk zepsutego startera w jarzeniówce, która paliła się nad jego biurkiem. Spojrzał zaspanym wzrokiem na czytelnię. Była pusta. Nie było śladu po bibliotekarce ani po żadnym czytelniku. Zauważył też, że za oknem zrobił się już wieczór. Trochę wystraszony wyjął z kieszeni telefon. Wcisnął szybko przycisk zasilania. Wyświetlacz pozostawał jednak wciąż zgaszony.
– Co jest?! – krzyknął, ściskając ze złości komórkę.
W tej samej chwili zgasły wszystkie światła w pomieszczeniu. Zapanował mrok, który rozświetlały tylko uliczne lampy, znajdujące się na zewnątrz budynku. Nagle całe pomieszczenie nabrało złowrogiego wymiaru. Cienie przeskakiwały pomiędzy biurkami, tworząc niespotykane figury. Grzesiu zamarł na krześle, nie wiedząc co zrobić. Patrzył w ciemność, wsłuchując się w odgłosy wciąż działającej wentylacji.
W końcu powoli wstał i powoli zaczął iść w stronę wyjścia. Cały czas trzymał się lewej strony, przy oknach, skąd padało odrobinę światła. Czuł wewnątrz, jak wzbiera w nim strach i panika. Zupełnie nie wiedział, co się dzieje i co ma zrobić.
Znalazł się w końcu przy biurku bibliotekarki, które znajdowało się w centralnej części czytelni. Nie wiedział, dlaczego to robi, ale obszedł je ostrożnie, a po chwili usiadł przy nim. Poruszył myszkę i wbił wzrok w wybudzony ekran. Ktoś przeglądał jego biblioteczny profil, bo w systemie widniały wszystkie jego prywatne dane. Co tu się dzieje? To wcale nie jest śmieszne – pomyślał, spoglądając jeszcze raz na pogrążoną w mroku czytelnię. Po chwili zauważył w rogu biurka stacjonarny telefon. Złapał szybko za słuchawkę, ale usłyszał w niej tylko odgłos swojego przyspieszonego oddechu. Ze złości zaczął naciskać po kolei wszystkie cyfry telefonu, aż w końcu rzucił słuchawkę na biurko.
Czuł ogarniającą go niepewność i strach. Znajdował się sam, w pogrążonym w ciemności budynku, gdzie nie działał żaden telefon. Za oknem zapadła już noc, a on nie miał ochoty błąkać się po omacku, w poszukiwaniu wyjścia. Wszystko wyglądało teraz zupełnie inaczej niż za dnia, kiedy pomieszczenia wypełnione były przez krzątających się ludzi. Puste i ciemne przestrzenie przerażały swoją pustką i ciszą. Raz po raz słyszał odgłosy z rur i żyjącego swoim życiem budynku, które wcale nie były przyjemne.
Przypomniało mu się dzieciństwo, które spędził, mieszkając w bloku. Wtedy, zawsze przerażały go spacery po piwnicy, gdzie zwykle nie było oświetlenia. Podobnie jak teraz słychać było w niej wodę przepływającą w instalacjach wodnych i powietrze świszczące w tunelach wentylacyjnych. Największy strach budziło jednak spotkanie na swojej drodze szczurów. Pomimo, że co kilka metrów były rozsypywanie trutki, spotkanie z tym stworzeniem nie należało do rzadkości.
Teraz zdawał sobie sprawę, że raczej tych stworzeń nie spotka, ale ogarnęło go podobne uczucie. Nie wiedział, czego może się spodziewać. Przez ciało przeszedł mu dreszcz. Wzdrygnął się, siedząc nadal na fotelu i myśląc, co ma dalej zrobić.
Po kilku minutach wstał i skierował się niepewnym krokiem w stronę wyjścia. Otworzył drzwi i znalazł się na korytarzu. Od razu zauważył, że z parteru wydobywa się przytłumione światło. Oznaczało to, że ktoś musi tam być i w końcu pomoże mu się stąd wydostać. Zaczął ostrożnie i powoli schodzić z piętra, trzymając się dla pewności poręczy.
Będąc na ostatnich stopniach schodów, usłyszał odgłos pracującego urządzenia. Gdy znalazł się już na parterze biblioteki, zobaczył oddaloną o kilka metrów kobiecą sylwetkę, ubraną w niebieski roboczy fartuch. Postać była odwrócona do niego plecami i leniwie, jakby od niechcenia trzymała lewą ręką rurę od wielkiego, przemysłowego odkurzacza. Grzesiu powoli zbliżał się do niej, czując, że cała ta sytuacja jest dość dziwna. Po chwili znalazł się tuż za nią.
– Przepraszam panią – odezwał się na tyle głośno, żeby zwrócić na siebie uwagę.
Kobieta odwróciła się nagle, ale zupełnie nie była zaskoczona jego widokiem. Dopiero teraz dojrzał jej twarz. To była bibliotekarka, którą spotykał często, przesiadując w czytelni i która dziś wydawała mu książki. Na twarzy miała ciemny, wyzywający makijaż, kontrastujący z krwistą czerwienią na ustach. Uśmiechnęła się, ukazując swoje równe i białe zęby.
– Witaj, Grzesiu – odezwała się powoli, sącząc namiętnie słowa.
– Co tutaj się dzieje? Dlaczego nie ma światła? – zaczął pytać zdezorientowany.
Kobieta nie odpowiedziała od razu, tylko rzuciła rurę odkurzacza na podłogę, pozbywając się jej, jak dziecko niechcianej zabawki. Dopiero teraz zauważył, że w prawej ręce wciąż trzyma książkę. Włożyła zakładkę i zamknęła ją. Zdążył dojrzeć, że była to Czarodziejka z Kastylii Szaloma Asza.
– Nie wiem, co się dzieje. Ja tu tylko sprzątam. Boisz się? – odparła w końcu, patrząc mu prosto w oczy.
Grzesiu poczuł jej świdrujący wzrok w całym swoim wnętrzu. Był uwodzicielski, ale zarazem zimny i przerażający. Po raz kolejny poczuł strach, który zupełnie go unieruchomił.
– Zawsze miałam na ciebie ochotę. Nikogo tu nie ma, możemy to zrobić nawet tutaj. Chyba, że ci się nie podobam? – pytała nadal bibliotekarka.
Grzesiu stał osłupiały i całkowicie zdezorientowany. Gdy kobieta zbliżyła się, poczuł jej kwaśny i odrzucający zapach, przypominający środki na owady, którymi latem spryskiwał sobie skórę. Skrzywił twarz i zrobił mały krok do tyłu.
– Nie chcesz mnie?! – krzyknęła, a uśmiech zniknął z jej oblicza. Rzuciła trzymaną w ręce książkę na podłogę.
Nagle z jej pełnych ust zaczęły wydobywać się czerwone, długie, oślizgłe robaki. Najpierw pojedyncze, a za chwilę całe stada, które powoli przemieszczały się w górę twarzy. Gdy znalazły się wokół oczu, zaczęły zjadać jej powieki, dostając się szybko do gałki ocznej i oczodołów. Krew sączyła się po jej całym ciele, spływając i tworząc na podłodze sporą kałużę.
– Gdzie jesteś? Nic nie widzę! – krzyczała kobieta, próbując złapać go rękoma.
Grzesiu szybko odszedł kilka kroków, nachylił się i zwymiotował. Nie był w stanie powstrzymać swojego obrzydzenia. Po chwili bibliotekarka była znów przy nim. Złapała go od tyły obydwoma rękoma za szyję i zaczęła dusić. Niewielkie dłonie okazały się wyjątkowo mocne i z niebywałą siłą oplotły gardło chłopaka.
Wczepiła w niego swoje długie, czerwone paznokcie. Ten poczuł, jak traci powoli przytomność. Przed oczyma widział dziwne, białe, pulsujące gwiazdy. Zdał sobie sprawę, że jeśli nie zdobędzie się na jakieś działanie, to będą jego ostatnie chwile.
W końcu, ostatkiem sił zdołał poluźnić ucisk i wstał z powrotem na nogi. Jego twarz była sina, a oczy nabrzmiałe i wyłupiaste. Złapał rękoma za głowę, uczepionej od tyłu postaci i zaczął ją potrząsać z całych sił. Stwór powoli tracił swoją energię, a jego ciało nie przypominało już człowieka. Robaki zżerały w szybkim tempie skórę twarzy i pozostałe części ciała.
Po kilku minutach walki Grzesiu zdecydował się na ostateczne uderzenie. Zrobił zamach i łokciem prawej ręki zadał silny cios w brzuch. Postać zachwiała się na moment i uwolniła ucisk. Na to właśnie czekał. Zerwał się z miejsca i pobiegł w stronę najbliższego pomieszczenia. Niestety, drzwi do czytelni prasy, oddalonej o kilka metrów były zamknięte. Odwrócił się i zobaczył, jak jego prześladowczyni otrząsa się i kieruje w jego stronę. Rzucił się więc w stronę wypożyczalni ogólnej, która znajdowała się po jego lewej stronie. Złapał rękoma uchwyt przezroczystych drzwi. Te również były zamknięte. Zupełnie opadł z sił i nadziei, że uda mu się z tego wyjść cało. Odwrócił się plecami do drzwi i zamknął oczy, w oczekiwaniu na swój koniec.

Ktoś trącił go za ramię. Otworzył powoli zaspane oczy. Stała nad nim bibliotekarka-potwór i po raz kolejny uśmiechała się do niego. Przestraszył się, nie wiedząc, o co chodzi.
– Proszę pana, za pół godziny zamykamy – powiedziała cicho i odeszła.
Grzesiu rozbudzał się, powoli rejestrując otaczającą go rzeczywistość. Czytelnia była w pełni oświetlona, a w niej jeszcze kilka osób kończących swoją pracę. Wyciągnął komórkę i włączył ją. Miał dwie wiadomości od koleżanki, z którą był umówiony na wieczór. Jak zwykle, przełożyła o pół godziny spotkanie. Pozostało mu jeszcze sporo czasu, żeby zrobić zakupy i podejść w umówione miejsce. Zebrał książki z biurka i ruszył w stronę wyjścia. Bez słowa położył książki i nie patrząc na bibliotekarkę, wymamrotał przy wyjściu „do widzenia”.

Marcin Radwański