Oczekiwanie (fragment powieści)

Autorka snuje losy bohaterek II wojny światowej. Przedstawia losy młodych kobiet, które przed wybuchem wojny wiodły beztroskie życie, a działania wojenne bezpowrotnie przerwały ich dobry los…

Czurhuny
Wóz lekko kołysał się, a konie parskały i uderzały kopytami o mokrą ziemię. Były to głuche uderzenia o zwilżoną po nocnej ulewie polnej drodze. Mijane drzewa miały jeszcze na sobie pożółkłe liście, a stojące w polu jarzębiny czerwieniły się obfitymi kiściami jagód. Powietrze było rześkie, ale jeszcze nie mroźne. Rozalia otulona w ciepły pled, mająca za oparcie nieduży kufer, rozmyślała nad swoją przeszłością. Za jej długiego życia wydarzyło się na świecie i w bliskim otoczeniu wiele zmian. Urodziła się w polskiej rodzinie, jeszcze w carskiej Rosji w majątku rodzinnym na Ukrainie. Skończyła szkołę „Biełych Manaszek” – Białych zakonnic. Przebywały tam dziewczęta z bogatych i arystokratycznych rodzin. Uczono je nie tylko przedmiotów, obejmujących program ogólnego nauczania w Rosji, ale również obcych języków, dobrych manier i gry na fortepianie. Wcześnie wydano ją za mąż za Bogusława Cisłę współwłaściciela dużej cukrowni niedaleko Odessy. Mieszkało tam duże skupisko Polaków, którzy trzymali się razem, więc życie towarzyskie kwitło. Małżeństwo ich było udane. W 1910 roku przyszedł na świat syn, któremu dano na imię Leopold, a w 1918 (już na wygnaniu) urodziła im się Marysia. Z początkiem rewolucji nastały ciężkie czasy. Rodzina musiała uciekać z dworu przylegającego do cukrowni. Bogusław dając łapówki wielu ówczesnym funkcjonariuszom wystarał się o powrót do Polski. W tę trudną podróż wyruszyli w 1924 roku. Jazda koleją wówczas była bardzo niebezpieczna. Na pociągi napadali bolszewicy, anarchiści i wszelkiego rodzaju rozbójnicy podszywający się pod nową władzę. Musieli więc udawać ubogich skromnie ubranych podróżnych, a ona miała na sobie biżuterię o niskiej wartości, przeznaczoną na łapówki dla kolejarzy. Kosztowną biżuterię i złote monety wszyte były w palto Marysi, a akcjami amerykańskich kolei zawinięte zostały kanapki na drogę. Po długiej podróży znaleźli się w Wilnie, gdzie siostra matki Bogusława miała duże ładne mieszkanie na pierwszym piętrze luksusowej kamienicy, którą przepisała swojemu siostrzeńcowi zaraz po ich przyjeździe. Sama zaś już bardzo leciwa i mająca wiele dolegliwości zdrowotnych zamieszkała u sióstr zakonnych, ofiarowując im spory majątek w gotówce. Mieszkanie, które dziedziczył Bogusław od ciotki Hortensji (bo tak miała na imię), było całkowicie urządzone. Pachniało w nim wieloma zapachami, łącznie z lawendą, walerianą i naftaliną, a meble, bibeloty, obrazy i dywany świadczyły o zamożności byłej mieszkanki. Rozalii i Bogusławowi, którzy przyjechali bez żadnych rzeczy, zachowując życie i mając świadomość, że wielu Polakom to się nie udało, byli szczęśliwi. Wilno swoim pięknem ich oczarowało. Bogusław, jako specjalista od rolnictwa, dostał posadę w banku rolnym. Pensja była skromna, więc musieli pozbywać się amerykańskich akcji, a nawet biżuterii, by utrzymywać dom na przyzwoitym poziomie. Rozalia w prowadzeniu domu miała dwie osoby do pomocy. Najbardziej zżyła się z Litwinką mieszkającą w suterenie tej samej kamienicy – Grażyną, zwaną przez domowników Graźką. Do rąbania i przynoszenia drewna i węgla na opał był jeszcze dorywczo zatrudniony starszy mężczyzna. Dużo pieniędzy pochłaniały korepetycje z języków obcych, a później czesne w prywatnym gimnazjum, do którego uczęszczał Leopold. Wydatki na kształcenie Marysi również były pokaźne. Korepetycje z języków obcych, nauka gry na fortepianie i czesne w szkole SS Nazaretanek wymagały sporych nakładów. Mimo trudności finansowych był to najszczęśliwszy okres w ich życiu. Często z Bogusławem chodzili na koncerty i spektakle w Reducie. W domu rozlegał się wesoły gwar dzieci i przychodzących do nich rówieśników. Ta sielanka skończyła się nagłą śmiercią Bogusława. W 1935 roku pochowany został obok ciotki Hortensji w rodzinnym grobowcu na Rossie. Świat dla niej nagle się zawalił. Myślała, że tego nie przeżyje. Wiedziała, że musi wziąć się w garść, gdyż dzieci potrzebowały jej wsparcia i troski. W tym też roku Leopold zrobił dyplom lekarza. Został zatrudniony w klinice na Antokolu i wyprowadził się z domu. Rozalia mogła jego pokój wynająć, co stanowiło dodatek do skromnej, wdowiej renty. Oddaliła kucharkę i sama zajęła się gotowaniem posiłków dla siebie i Marysi. Zaczęły żyć bardzo skromnie. W 1937 roku Marysia zrobiła maturę. Wstąpiła na filologię przy Uniwersytecie Wileńskim i zaczęła udzielać korepetycji z języka francuskiego i angielskiego. Dobre i wczesne podstawy, które otrzymała z domu teraz bardzo się jej przydały. Rozważania Rozalii przerwał cieniutki głosik, siedzącej przy jej nogach, Kamilki: – Babciu, chce mi się pić – patrzyły na nią dwie „niezapominajki” wielkich oczek wnuczki, w których była prośba i zarazem filuterność zmuszająca babcię na zwrócenie na nią uwagi. Tak naprawdę pić jej się nie chciało, ale długą jazdą była znudzona i chciała, by się ktoś nią zajął. Wnuczka była jedyną radością rozświetlającą smutne jej życie. Patrzyła w oczy Kamilki, widząc wielkie jej podobieństwo do Leopolda. Wnuczka urodziła się w styczniu 1940 roku. Było to już po śmierci jej ojca, który zginął w pierwszych tygodniach wojny, pełniąc funkcję wojskowego lekarza. W namiot sanitarny uderzyła bomba, zabijając rannych i personel medyczny. Tym razem Rozalia i ten cios przeżyła, ale uśmiechu na jej twarzy nie było. Pojawiał się tylko wówczas, kiedy miała kontakt z wnuczką. Wjechali w las, który jarzył się kolorami jesieni, a promienie słońca igrały na różnobarwnych liściach. Ten zachwycający widok nie poruszył zbolałego serca Rozalii. Wyjeżdżała z Wilna w nieznane, jak się później okaże, by nigdy do niego nie powrócić.

alt
Izabela Januszkiewicz