Jesień

Wiatr
Uroczystość odchodzenia, która nie sprawia zawodu. Jak rok temu te same krótkie dni, mniej światła, liście, mgła, chłodne powietrze. W ludziach prawie niezauważalny lęk, bo dociera do świadomości, że apogeum lata (apogeum egzystencjalne, bo o to tu chodzi) już było. Ptaki odleciały. I co teraz? To, co było jasne, mocne i dobre w zasobach lata, weszło w przemijanie. Progi z każdym dniem większe. Ciemności potwierdzone. Przed barem Turysta, w którym niekiedy jem fasolową, w oczach bezdomnych niepokój. Oni wiedzą najlepiej, jaki to czas. Życia etap. Uderza chłód, wieje wiatr. Ławki zimne. Mokre. Doskwiera brak grosza, pojedynczo, po dwóch stoją na chodniku, widać ich czekanie z daleka, chcą kupić talerz gorącej strawy. A nie ma jak. Znają smak życia, które teraz dotkliwie przenika ostateczność. Życie zdaje się powiadamiać, że nic nie możesz, bo wszystko może właśnie ów wiatr.

Tokarska
 Po rozstaniu się z mężem, przez całe dalsze życie mieszkała na poddaszu w domu przy placu Słowiańskim. Długo jej nie widziałem. Ostatnimi laty już tylko bardzo sporadycznie pojawiała się publicznie na spotkaniach literackich. Miała fobię przed tego typu bywaniem. Czuła się wtedy bezradna i zagubiona. Jakoś zakłopotana. Zawstydzona. Speszona. Nie znosiła oficjalności, a zwłaszcza bycia w centrum uwagi. Po śmierci napisano w internecie, że była animatorką życia kulturalnego w Zielonej Górze, a to jest nie za bardzo prawda. Zawsze pracowita, ale nie na pierwszym planie, a w zaciszu życia. W zaciszu pokoju. W pokornej zgodzie i w wycofaniu. Cała istota jej poezji i jej funkcjonowania oparta jest/była na kameralności usposobienia i ściszonym głosie, w którym bez jakiegokolwiek uciekania się w natarczywość lub epatację wyrażała siebie, swoje nastroje, zaskoczenia życiowe i uczucia. Także chwiejność swojego ja. Nie dbała o pozycję literacką, zwłaszcza w późniejszych latach. Raz po raz widywałem ją, prowadzącą od Elżbietanek pod rękę staruszkę-zakonnicę. Szły bardzo wolno. Potrzebowała być potrzebną. Komuś pomagać, z kimś rozmawiać. Trzeba było od niej wiersze wręcz wydobywać, jeśli się chciało coś Anny Tokarskiej wydrukować. Inna rzecz, że pisała mało, zapewne przeświadczona i przeniknięta dystansem do ich wartości. Liryzm jej wierszy, zwłaszcza nawiązujących do mowy potocznej, w których rezygnuje z uroczystej, lekko klasycyzującej retoryki, brzmi autentycznie. Tam najpełniej można ją samą odnaleźć, z jej codziennością, samotnością, kruchością życia, i cenieniem rzeczy prozaicznych tudzież drobnych. Z jej zdziwieniem. Dozą prostoty, trochę franciszkańską, która mogła się podobać. Myślę teraz, że przez całe życie zmagała się z poczuciem niespełnienia i nietrwałości podmiotowego stanu posiadania. Oczywiście próbowała pójść czasami do końca. Miała jeden z rzadkich darów, dar wysłuchiwania ludzi, o czym kilka razy mogłem się przekonać

Mietek
Z Mietkiem spotykam się mniej lub więcej regularnie. Już nie w Palomie, bo kawiarni nie ma. Umówiliśmy się przy kinie Nysa i zaledwie zdążyłem. Szyby zaciągnęły się przez noc mrozem i musiałem się szybko z tym uporać, by jechać. Na domiar złego nie było miejsca na parkingu. Zostawiłem auto na chodniku bez opłaconego biletu. Lekko spóźniony dobiegłem na miejsce. Poszliśmy do klubu dziennikarza. Mietek lubi piwo, a poza tym ma szerokie rozeznanie w wielu sprawach. Pogadaliśmy o aktualnych drobiazgach, telefonach od Ł., kłopotach ze zdrowiem, wspominaliśmy chęć napisania dramatu, co Mietek pamiętał, ja już nie. Trochę o literaturze, o Papuszy, redakcjach, redaktorach, dyrektorach, kolegach, życiu bez pieniędzy (to zawsze dobry temat), zdrowiu (gdy nie masz siły), i mimowolnie o śmierci bliższych lub dalszych poetów, pisarzy. I poszliśmy. Spod wycieraczki wyjąłem mandat za nieopłacony bilet, który na moment zdołował mnie psychicznie, w Bibliotece Ewa dała autorskie egzemplarze najnowszego „Pro Libris”. Minęły dwie godziny.

Papusza

Sława Papuszy utrwala się. Teraz każde jej słowo lub biograficzny epizod jest na przysłowiową wagę złota. Mitologia postaci służy rosnącemu zainteresowaniu jej wyjątkową poezją i życiowym losem. A przy okazji kulturą i taborową egzystencją Cyganów. Wszystko tu jest owiane tajemnicą oraz dozą niezwykłości. Nie można sobie wyobrazić lepszej sytuacji dla żadnego artysty. Niektórzy celowo dążą do stworzenia takiej sytuacji, ale w przypadku Papuszy nie było żadnej kombinacji. Po prostu było jak było, jak podyktowało samo życie. Tego już nic nie wymaże ani nie unieważni. Jej miejsce w encyklopedii jest pewne. Pola interpretacji jednak są ograniczone. Rola Ficowskiego w miarę wyjaśniona. Jej maleńki, czysty lirycznie, przejmujący, smutny wierszyk Piosenka był jednym z pierwszych utworów poetyckich, jaki na początku swej drogi literackiej czytałem nie jeden raz.

Myśli
Myśli o przetrwaniu chlebem powszednim. Najważniejsze, by w domu nie było zimno. Nie zabrakło obiadu ani herbaty. Nie dopadła choroba. Ani samotność. Smutek. I poziom życiowego minimum był stabilny. Tyle tylko pośród wielu ważności. Są jeszcze inne ważności, ale z nimi można, gdy trzeba, dojść do kompromisowych uzgodnień.
alt
Różne
Ścierają się doznania. Śmierć i pragnienie życia, piękno i brzydota. Złoty dzień i ciemny, deszczowy. Czyjś dostatek i czyjaś bieda. Złość i uśmiech. Przyjaźń i jej koniec. Ostatni listek szarpie się na gałązce, jeszcze chce się utrzymać, lecz jego jutro jawi się groźnie. Póki co lęk, trwoga wzmagają pragnienie uwznioślenia każdej chwili. Ono ma być tarczą przeciw wszelkiej marności. A poza tym...?

Spojrzenia
Czyjeś spojrzenie otwiera, czyjeś zamyka. Czyni wyrwę. Wsącza noc. Teraz otwiera mnie spojrzenie mglistego, porannego światła, ledwo widocznych we mgle drzew, gdzieś przy drodze, wiodącej przez rozległe pola. Wysoko nad głową jednak błękit. Teraz wolę nic nie wiedzieć o spojrzeniu, które zamyka.

Około południa
Kolejny dzień. Doszedł mnie fluid jesiennego ciepła oraz wielkiej jasności. Nad drzewami, nad dachami. Jasność szeroko oddaje się oczom, jak to bywa w dobrych powieściach, na wielu stronicach, które nie domagają się szybkiego zakończenia żadnego z wątków. Nad równiną rozciąga się szeroka przestrzeń, która patrzącemu coś obiecuje. Ramiona niemal same wyrywają się ku niebu w dziękczynnym geście. Za wszystko. Taka to jesienna łaskawość chwili, po której zaraz zimne tchnienia. W radiu Niemen śpiewa wiersz Tuwima Mimozami…

Jesiennie

Noc jest wielka. Gwiazdy wysoko. Komputer otwiera się z trudem, coś go zatyka i spowalnia. Serce niedomaga. Ktoś się odwraca. Tak nagle. Kot ma katar i prycha. Mały kotek wtula się w drugiego, większego. Lubią ciepło. Pies całą księżycową noc biega po okolicy. Woda w wiadrze lodowata. (Włóżcie na kilka sekund rękę do takiej wody, odczujecie.). Rano mgła nasyca przestrzeń. Jesiennie. Szron na poręcze, na kamienie, na liście się pokładł. Cicho. Jest w tym jakieś piękno. Wolnym krokiem idzie zamyślony, nostalgiczny Vivaldi i dotyka niewidzialnych strun, które dzień zaopatrują w muzyczny sens. Słońce mgłę zabarwia na żółto. Niejaka D. jest nie 27 tylko stara, ale i przebiegle niesympatyczna ze swoim skrzywionym, nieżyczliwym spojrzeniem. To właśnie – w tym i w tamtym, i wszędzie – także jesień.

Jechałem

Jechałem wczesnym wieczorem, miałem przed sobą niskie słońce. Większe, jakby zatracające swoje granice w otaczającej je poświacie. Promienie zalewały cały krajobraz. Niebo łączyło się z ziemią. Kosmos i ocean światła obejmował znak równania. Na polach źdźbła oziminy jawiły się mocno zielono, a więc ich roślinna żywość była szczególnie intensywna. Zupełnie prześwietlona zieleń pól iluminowała. Nie widziałem horyzontu, ogarnięty światłem, czułem, tak, czułem, bo jak to inaczej określić, cudowność kończącego się dnia. Za nim zaraz czerń. Jechałem.

Mirek
Przysłał mi Mirek Kuleba wielkie, kilkusetstronicowe dzieło (1150 str.) pt. Enographia Thalloris, nad którym sporo czasu pracował. Szukał, więc znajdował. Tylko chwalić taki zapał i wytrwałość. Dzieło kolorowe, rzetelne, zachwycające. Najogólniej mówiąc, chwalące kulturę wina. Uprawę, wytwarzanie i sztukę, i poezję. Takiego dzieła tutaj jeszcze nikt wcześniej nie zrobił. Stronica po stronicy przeglądam, podczytuję i nikt mi tego nie odmawia. Jeśli robi się coś wielkiego, to jest szansa, że to się osiągnie. Trzeba chcieć.

Dzień
Dzień był dobry. Chmury odchodziły. Bieżące sprawy uregulowałem, popłaciłem co trzeba. Wysłałem list do Gdańska, kupiłem na złomie potrzebną mi starą rzecz, kupiłem worek węgla, popatrzyłem na niebo, na drzewa, na pola, pojechałem do urzędu po dokument urodzenia i go dostałem, zrobiłem udane zakupy, mimo że drobne, rozmawiałem z kolegą, potem z koleżanką, po latach niewidzenia się. Ktoś zadzwonił z radosną nowiną o ładnej okładce książki. Był telefon w sprawie posłowia do wielkiego i potrzebnego tomu poezji Zdzisława Morawskiego, który ukazuje się w Gorzowie. Napaliłem niezbyt późno w piecu, zajrzałem do poczty. Wieczorem nie miałem już sił cokolwiek literackiego pisać, ale światu było to obojętne. A poza tym dokonało się przebiegunowanie Słońca i żyjemy.


Czesław Sobkowiak