Mój prawdziwy ojciec

Na biurku w pokoju matki zawsze stało jego zdjęcie. Nie chciała nigdy powiedzieć, kto to jest. Myślałem, że to jakiś wujek albo inny krewny. Kiedy pytałem, o co z tym zdjęciem chodzi, machała zniecierpliwiona ręką i powtarzała: „Kiedyś zrozumiesz”. Mój ojciec patrzył na tę fotografię z nienawiścią – w końcu zaczął pić. Kłócili się o to często. Ale matka nie zgodziła się zdjąć fotki ze swego biurka.

Kiedy tylko zacząłem dobrze chodzić, matka wypędzała mnie na boisko, żebym grał w piłkę. Wolałem czytać książki, ale ona się uparła. Graj w nogę, no czemu siedzisz w domu? Na boisko, ale to już! Więc grałem. Moje pierwsze treningi odbywały się na błotnistym boisku za naszą starą stodołą. Schodzili się inni mali gracze z sąsiedztwa i graliśmy całymi popołudniami. Z czasem już nie trzeba mnie było na boisko ciągnąć, sam szedłem. Tylko ojciec się wściekał, gdy widział mnie z piłką przy nodze. Gonił mnie wtedy do roboty w polu albo w oborze.

Wiele żonglowaliśmy, urządzaliśmy slalom z piłką między pachołkami, ćwiczyliśmy przyjęcie piłki nogami, klatką piersiową i głową. Od początku najbardziej imponował mi Diego Maradona. Potrafił strzelić gola z niczego. Niestety, nie przypominałem go stylem gry. Nie byłem nazbyt szybki, nie miałem bajecznego dryblingu ani atomowego uderzenia. Zwykle kręciłem się gdzieś w okolicy pola karnego i czyhałem na okazję do zdobycia bramki. Zazwyczaj coś wpadało. Moje bramki to były zwykłe „szmaty”. Niektórzy twierdzili, że nie powinno się ich w ogóle uznawać. Bo co to za gol, jak piłka ledwie co wtoczy się za linię bramkową? Matkę szczególnie cieszyło moje upodobanie do gry podczas deszczu. Jak tylko była brzydka pogoda, sędzia zastanawiał się, czy dopuścić do meczu, wtedy wiedziałem, że będę groźny dla obrony i bramkarza przeciwników.

Z boiska za stodołą trafiłem do ligi regionalnej, a stamtąd, pod koniec liceum – do Korony Kielce, która gra obecnie w Ekstraklasie i walczy o Mistrzostwo Polski. To już było prawdziwe granie. Niestety, w wieku 19 lat doznałem poważnej kon- tuzji lewego kolana, która sprawiała, że odechciało mi się profesjonalnego futbolu. Zwłaszcza, że klub nie chciał sfinansować mojego leczenia. Próbowałem wrócić na boisko parokrotnie, ale nigdy nie dałem sobie prawdziwej szansy.

Do gry wróciłem w wieku 30 lat. Pracowałem nad scenariuszem filmu „Transfer” – o korupcji w polskim futbolu i zacząłem grać, żeby sobie przypomnieć zapach szatni. To był klub z lubelskiej klasy A – KS Drzewce, spod Nałęczowa. Początko- wo kiepsko mi szło, bo przerwa była zbyt długa. Ale wiosnę 2009 miałem udaną i za 5 piłek marki UMBRO trafiłem do klubu MKS Puławiak Puławy. W okresie przygotowawczym zrobiłem błyskawiczne postępy – w meczu z KS Zaborze, wygranym 12:5, zdobyłem 5 goli! Niestety, moja rosnąca dyspozycja strzelecka wzbudziła zazdrość kolegów z drużyny. Przed pierwszym meczem w oficjalnym sezonie poszarpałem się z jednym z nich. Ptaku myślał, że jak pisarz, to w mordę nie da. Miał po czterdziestce, a ciągle nie mógł dorosnąć. Żona prowadzi kwiaciarnię, interes idzie dobrze, bo żona ma talent do układania wiązanek i bukietów. Dzięki temu Ptaku może grać w piłkę, pić piwo z kolegami. Kiedy przyszedłem do klubu, trafił go szlag. Chciał mnie ośmieszyć, sprowadzić do zera. On zaczął, ja skończyłem. Powiedziałem w szatni: „Jeszcze raz coś do mnie powiesz, skomentujesz, kopnę cię w łeb, aż się potoczy po boisku.” Zdębiał. Trener Bojek posadził mnie na ławce rezerwowych. Wszedłem na ostatni kwadrans. I od razu zdobyłem gola na 3:1, potwierdzając nasze zwycięstwo. Pokazałem Ptakowi międzynarodowy znak przyjaźni. Koledzy z drużyny wołali na mnie „Redaktor”, bo innych piszących nie znają. Podczas meczu nie było dla mnie taryfy ulgowej – krzyczeli: „Zap...dalaj, Redaktor!” Jeszcze gorzej traktowali mnie kibice – gdy coś zawaliłem, robiło się wulgarnie. Ktoś może zapytać, po co mi ta piłka? Użeranie się z Kropą (układacz asfaltu) czy Gzymsem (budowlanka)? Otóż jak zostanę zbluzgany przez kibiców lub kolegów, to czuję jakbym wrócił tam, gdzie kiedyś zaczynałem. I mało brakło, gdzie mogłem skończyć. Ostatecznie we wszystkich 29 meczach, w jakich wystąpiłem, zdobyłem 21 goli i pomogłem w awansie drużyny do wyższej ligi.

Niespodziewanie, w czerwcu 2011 roku z Puławiaka trafiłem do BKS Roztocze Krasnobród. Miałem spotkanie autorskie w tutejszym domu kultury i dowiedziałem się przypadkiem, że powstaje klub piłki błotnej. Okazało się, że to dość popularny sport, głównie w Skandynawii, ale też w Brazylii i Chinach. Byłem ciekaw, jak się w to gra. Jak zachowuje się piłka podczas gry, czy pomagają umiejętności z normalnej nawierzchni.

Gramy pierwszy mecz, z Arsenalem Lublin, i co? Nie mogłem się odnaleźć, tak jak chciałbym – nogi grzęzły w błocie, nie dało się właściwie ustawić stopy, wyjść w tempo na pozycję. Parę okazji, które na zwykłej murawie wykorzystałbym z zamkniętymi oczami, tutaj zmarnowałem. Byłem kompletnie zagubiony. Wszędzie błoto i woda. Z czym mi się to kojarzyło? I wtedy nagle przypomniał mi się mecz Niemcy-Polska z 1974 roku. Mecz na wodzie! Wszystko zaczęło się od ulewy, przez co boisko stało się jedną wielką kałużą. Błotem. Kałuże wody uniemożliwiały Polakom szybką grę, która była do tej pory ich najmocniejszą stroną. Atakowaliśmy, a Niemców przed stratą bramki ratował jedynie Sepp Maier. Jednak to Biało-Czerwoni przegrali, a jedynego gola niespełna kwadrans przed końcem zdobył Gerd Müller. Potwór błotny.

I nagle wszystko stało się dla mnie jasne! Ta fotografia na biurku mojej matki przedstawiała Gerda Müllera! Matka jako młoda dziewczyna wyjeżdżała do pracy w Niemczech. Niedługo po jednym z takich powrotów wyszła za mojego ojca i się urodziłem. Tak, w tym przebłysku wszystko stało się dla mnie jasne! To Gerd Müller jest moim ojcem! Mistrz w graniu na wodzie, na błocie! Jestem jego nieodrodnym synem! Więc to jest ta rodzinna tajemnica, która doprowadziła mojego ojca do pijaństwa. To dlatego matka kazała mi grać w piłkę, a ojciec – zabraniał! Gerd Müller, podobny do mnie wzrostem i sylwetką, i stylem gry. Mój prawdziwy niemiecki ojciec, mistrz gry na błocie.

Nagle lepiej zacząłem uderzać z przewrotki, ustawiać się do piłek wyrzucanych przez bramkarza, dogrywanych przez kolegów. I zdobywałem gola za golem. Zostałem najlepszym strzelcem drużyny, niedługo później wywalczyłem z Roztoczem Mistrzostwo Polski i koronę Króla Strzelców. A fotografia Gerda Müllera stoi teraz na moim biurku.
Zbigniew Masternak