Atrybuty

Pogoda miała najwyraźniej głęboko w poważaniu to, co działo się w kalendarzu. Na zewnątrz wciąż panowało lato. Było nieprzyzwoicie ładnie i ciepło jak na połowę października. Zbliżające się Święto Zmarłych miało upłynąć, jak zapowiadały wyrocznie z programów meteorologicznych, w bardzo przyjemniej atmosferze.
T. nieco zagubiony w życiu, przygnieciony odpowiedzialnością pójścia do pracy i zarobienia na siebie własnych pieniędzy, wynajęcia mieszkania, a może nawet, o zgrozo, znalezienia sobie potencjalnej przyszłej żony, matki jego dzieci, postanowił odłożyć na chwilę swoje zobowiązania wobec „prawdziwego” życia i wykorzystać słoneczne dni. Wybrał się w niedzielę, tuż po śniadaniu, na spacer do pobliskiego lasu. Chciał tam znaleźć dla siebie trochę spokoju, miejsce do kontemplacji i poukładania chaosu w swojej głowie. Wziął ze sobą jabłko, sok z ciemnych owoców, książkę (zamierzał oddać się przyjemności czytania w jakimś ustronnym miejscu, gdzie nie będzie musiał spotykać i patrzeć na ludzi), dowód osobisty (w razie gdyby przydarzył mu się jakiś niefortunny wypadek i trzeba było zidentyfikować jego zwłoki) oraz chusteczki higieniczne i aparat fotograficzny. Stary Zenith zaopatrzony wewnątrz w czarno-białą kliszę.

Ruszył spacerowym krokiem, uzbrojony w krótki złamany kij, którym chciał się w razie czego obronić przed pijakami, zboczeńcami lub natrętnymi psami. W lesie nigdy tego nie brakowało. Na szczęście znał go jak własną kieszeń (tak naprawdę T. nie miał zielonego pojęcia co kryło się w jego kieszeni, ale był głęboko przekonany o tym, iż ani las, ani jego kieszeń nie są dla niego żadną tajemnicą).

T. wzdychał co jakiś czas. Jego miękkie i wrażliwe serce nie potrafiło sobie dać rady z nadmiarem okru- cieństwa wymierzonym wobec jego osoby przez otaczający go świat. Maszerując pośród drzew skupił się na swoim cierpieniu. Porzucając poszukiwania pomysłów na owocną przyszłość.

Po drodze minął grupę starszych panów, którzy nie szczędzili przykrych słów na swoje żony, kilku rowerzystów, podejrzanego grubszego jegomościa, który siedział niecierpliwie na ławce i przyglądał się torom kolejowym, które biegły wzdłuż lasu, a także młodą parę, którą obfotografowywało dwóch mężczyzn. Kobieta miała na sobie prostą, białą suknię, a mężczyzna zdecydowanie za duży, szary frak. Panowie z wycelowanymi w nich obiektywami aparatów, niczym lufy broni palnej, nawoływali by ci okazywali sobie miłość, jakby od tego zależało ich życie, a oni sztywno się obejmowali, całowali i uśmiechali. Była niedziela, już po weselu, może mieli kaca, albo byli już tak zmęczeni własnym szczęściem, że trudno było im wykrzesać prawdziwe uczucia, które zaciągnęły ich przed ołtarz. O ile były prawdziwe.
Trzy błyszczące pary szyn kolejowych ciągnęły się na wschód, ciasno przytulone do skraju lasu, jednak jedna z nich odbijała w pewnym momencie w głąb. Zarośnięta i zapomniana prowadziła w nieznane pośród krzewów i drzew. Swego czasu, gdy T. nie wiedział dokąd prowadzą, miały w sobie niewiarygodne pokłady magii i tajemniczości. Jednak wraz z nabytą przez T. wiedzą odnośnie okolic, magia wyparowała. T. przeszedł na drugą stronę, przezornie spoglądając to w prawo, to w lewo. Co prawda był dzień wolny, a Huta Aluminium rzadko z nich korzystała, a jeśli nawet, to pociągi te poruszały się w ślimaczym tempie obwieszczając co rusz donośnym trąbieniem o swojej obecności, ale ostrożności nigdy za wiele. Nie chciał, aby jednak jego dowód osobisty na coś się przydał podczas tej wyprawy. Po drugiej stronie, po ścieżce dreptała odwrócona do niego plecami, ubrana na biało, starsza pani. T. zatrzymał się i zrobił jej zdjęcie.

Za torami drzewa były przerzedzone, a w oddali znalazł dla siebie swój azyl spokoju. Powalony konar drzewa leżący zaledwie parę metrów od torów. Rozsiadł się tam zadowolony i wyjął lekturę.

Posiedział tam może raptem kilka minut, gdy jego spokój został zakłócony. Starsza pani w bieli, którą widział wcześniej przedzierała się przez nierówne podłoże lasu, depcząc suche liście ułożone w brązowy dywan i robiąc przy tym sporo hałasu. Zdawała się czegoś szukać. T. nie mógł się skupić. Czytał te same zdania, starając się ignorować staruszkę, skupiając całą swoją uwagę na pożółkłych kartkach. Na próżno.

Staruszka zbliżała się do niego, a gdy stanęła tak blisko, że nie mógł jej dłużej lekceważyć, podniósł wzrok znad książki i spojrzał na nią.

– Zgubiłam torebkę – powiedziała. Osobliwe było zobaczenie jej eleganckiej, w białym kostiumie, z wielkimi perłami na szyi, starannie ułożonymi białymi włosami i umalowanymi na jaskrawy róż ustami pośród drzew, pożółkłych liści, babiego lata, pajęczych pułapek i żołędzi lecących co chwilę z drzew lub rzucanych przez wiewiórki. Pasowała bardziej na salony niż w głuszę. Opierała się o imponujący kij, który był niewiele niższy od niej. Był lepszy niż jego własny skromny patyczek.

– Ale pani ma torebkę. – Śmiał zauważyć widząc szarą gustowną torbę, którą staruszka trzymała w lewej ręce.

– Och nie! Miałam jeszcze jedną. – Zaczęła wyjaśniać. – Przewróciłam się, poszłam dalej i nagle się zorientowałam, że jej nie mam. Musi tu gdzieś leżeć. Płócienna taka, jasna.

T. zamknął książkę, licząc się z tym, że w najbliższym czasie raczej jej już nie otworzy. Rozejrzał się dookoła – staruszka pewnie miała marny wzrok i chyba problemy z pamięcią (zaczęła się powtarzać: „Biała torba. Przewróciłam się, gdzieś niedaleko.”) – mając nadzieję, że jasny materiał rzuci mu się w oczy.

Drzewa rosły tam rzadko, ale podłoże było tak wyboiste że T. wcale nie dziwiło, że staruszka się przewróciła. Sam miał problemy z chodzeniem, gdy zaproponował, że pomoże w poszukiwaniach.

– Nie było tam nic ważnego, ale chyba miałam tam dowód. Pani tak lubi sobie posiedzieć w lesie? – zapytała staruszka.
T. wiedział, że ma androgeniczną urodę. Często mylono go z kobietą.
– Pan – powiedział głośno i wyraźnie, żeby nie było wątpliwości co do jego płci. – Pamięta pani dokładanie gdzie upadła?
– Ach, przepraszam. Ta dzisiejsza moda – rzekła próbując usprawiedliwić swoją pomyłkę. – Tu upadłam. Tu. Powtarzała jednak co chwilę gdzie upadła i gdyby T. chciał jej wierzyć na słowo to praktycznie czołgałaby się po lesie, bo według niej upadała wszędzie. Przeczesali dokładnie okolicę, a także zarośnięty kawałek wzdłuż torów, gdy staruszka oświadczyła, że z pewnością to było gdzieś koło torów, ale torba się nie znalazła.

Kobieta była coraz bardziej zmęczona. Nie przeszkadzało jej to jednak w opowiadaniu jak to właśnie szła z cmentarza okrężną drogą, jak się przewróciła, że ma tam dowód, że mieszka koło wiaduktu i że tobyło gdzieś tutaj. Na pewno gdzieś tutaj. W końcu, gdy się pogodziła z utratą torby powiedziała, że idzie do domu. T. oznajmił, że przeszuka teren jeszcze raz. –
Tak?
– Jak ją znajdę to ją pani odniosę. Mieszkam niedaleko.
– Wie pan gdzie mieszkam. – Powiedziała to tak jakby byli starymi dobrymi znajomymi, albo co najmniej sąsiadami.
– Właściwie to nie.
Wytłumaczyła mu, że mieszka w wieżowcu przy targowisku, siódemce, w środkowej klatce. T. wiedział gdzie to jest. Podała mu nawet swoje nazwisko: Naczas.
– To idę. Dziękuję.
– Do widzenia.

Starsza pani w bieli zniknęła pośród drzew i trawy zmierzając do swojego wieżowca przy targowicy, podczas gdy T. jeszcze przez jakiś czas chodził w kółko. Srebrne nici pajęczyn oplotły jego spodnie. Do butów wpadły mu kamyki i grudy suchego szarego piachu. Dostał kilka razy żołędziem w głowę.

Zaledwie po kilkudziesięciu minutach od rozstania ze staruszką znalazł torbę. Leżała, owszem niedaleko torów, ale tam gdzie staruszka stanowczo zaprzeczała jakoby tamtędy przechodziła. T. sprawdził czy w torbie nie ma dowodu osobistego starszej pani. Znalazł tam tępy, pordzewiały sierp, kilka wypalonych wkładów do zniczy, kalendarz z czarną okładką, ale żadnego dowodu. Na pierwszej stronie kalendarza brakowało danych. Tam gdzie powinny być adres, imię, nazwisko lub chociaż numer telefonu były tylko puste pola. W zamian na stronach kalendarza roiło się od personaliów różnych ludzi ze starannie zapisanymi i podkreślanymi godzinami, zapewne spotkań.

T. ruszył natychmiast w stronę, w którą podążyła starsza pani w bieli, w nadziei, że jeszcze zdąży ją dogonić. Poruszała się wolno i ostrożnie w swoich białych czółenkach, gdy przeczesywali las więc przypuszczał, że nie zaszła daleko. Ruszył szybko rozglądając się intensywnie, wypatrując niskiej postaci w bieli. Po drodze pytał się mijanych ludzi czy jej nie widzieli. Nikt jednak nie spotkał staruszki w bieli z różowymi ustami. Było to dziwne. Obawiał się że ją wyprzedził, albo że podążyła własnymi drogami, których nie mógł odnaleźć.

Wyszedł z lasu. Myślał, że to mu ułatwi znaleźć kobietę, ale się mylił. Nigdzie w zasięgu wzroku jej nie widział. Przeszedł na drugą stronę torów. Ruszył wałem w stronę targowiska i pierwszego wieżowca, wciąż kurczowo trzymając torbę.

Gdy dotarł do celu, stanął przed domofonem środkowej klatki i zadzwonił do pani Naczas. Nikt jednak się nie odzywał. Postanowił więc zaczekać na ławce. Wyjął książkę, ale nie mógł się skoncentrować na słowach, wciąż unosząc głowę znad kartek i szukając wzrokiem wśród przechodniów pani Naczas. Zaczął obawiać się, że staruszce coś się stało. Zasłabła albo upadła i umarła w lesie? Może pobłądziła? Czekał czterdzieści pięć minut. Głodny, z pełnym pęcherzem postanowił wrócić do domu, ewentualnie odwiedzić staruszkę kiedy indziej.
Następnego dnia nie zastał pani Naczas. Także następnego i również następnego dnia nie było nikogo, kto by się do niego odezwał, gdy praktycznie wciskał mały srebrny przycisk w ścianę. Nie rozumiał swojego uporu. Przejrzał jeszcze raz dokładnie znalezione rzeczy. Zwłaszcza kalendarz wertował w nieskończoność w poszukiwaniu jakiś wskazówek. Zaczął szukać ludzi zapisanych w kalendarzu. Odnalazł ich dużą część w książce telefonicznej. Kiedy zadzwonił do pierwszych pięciu osób jakich numery udało mu się znaleźć, ci albo nie odbierali, albo odbierali ludzie, którzy informowali go, że osoby te już nie żyją. W następnych przypadkach było podobnie.
– Przykro mi, ale mój ojciec nie żyje – powiedziała kobieta po drugiej stronie słuchawki. T. intensywnie przypatrywał się zapisanemu nazwisku w kalendarzu pod wielką trójką i nazwą miesiąca. Obok zmarłego wpisana była też godzina.
– Niech zgadnę – powiedział T. zanim się ugryzł w język. – Zmarł trzy miesiące temu o jedenastej zero sześć.
– Skąd pan wie? – rzekła kobieta z przerażeniem. – Co to ma znaczyć? Czego pan chce?
– Czy pani zna panią Naczas?
– Nie. Ta pani ma coś wspólnego z moim ojcem?
– Pani ojciec jej nie znał?
– Nie sądzę. Niech mi pan wytłu…

T. odłożył słuchawkę.
Pani Naczas figurowała w książce telefonicznej. T. próbował się do niej dodzwonić kilkakrotnie. Bezskutecznie.

Pogodził się z tym, że staruszka w bieli nie odzyska swojej torby. Długo myślał, czy ma ją zatrzymać, czy może dostać się jakoś do budynku i zostawić tobołek przed drzwiami lub u sąsiadów? Podjął ostatnią próbę. Wszedł do wieżowca za kobietą w czarnym dresie, która wyprowadzała psa. Wsiadł do windy i pojechała na trzecie piętro. Obliczył, że tam powinno się znajdować mieszkanie pani Naczas, ale pomylił się. Było poziom wyżej. Wszedł po schodach na górę.

Niemalże się z nią minął. Właśnie otwierała windę. Miała na sobie ten sam kostium, gdy spotkał ją w lesie. Miała tak samo ułożone włosy. Ten sam odcień różu na ustach.

– Właśnie pani szukałem – rzekł T. – Znalazłem pani torbę.
Uniósł do góry płócienną torebkę.
– Och, moje atrybuty – westchnęła z ulgi staruszka.

Było jednak w tej uldze pewne rozczarowanie, którego T. nie starał się nawet zrozumieć.
Pani Naczas chwyciła swoją torbę i zajrzała do środka.
– Nie ma tam dowodu. Sprawdzałem – poinformował ją.
– Dziękuję panu bardzo – rzekła.

T. pokręcił głową i rzekł z uprzejmością, że nie ma za co. Staruszka powiedziała, że co prawda właśnie wychodziła, ale i tak musi się wrócić, żeby zanieść torbę, więc zaproponowała mu kawę. T. przyjął jej zaproszenie.

Mieszkanie starszej pani w bieli było ciasne, trochę zagracone, ale eleganckie, zadbane i gustowne, zupełnie jak sama pani Naczas. Udekorowane było w jasnych kolorach z przewagą bieli i ecru.

Starsza pani posadziła T. w saloniku na wygodnym fotelu i podała kawę. T. wcale nie chciało się pić kawy. Właściwie to nie pijał kawy w ogóle.

– Często chodzi pan do lasu? – zapytała staruszka.

Rozmowa, która się potoczyła, była wymuszona i nie bardzo się kleiła. Choć T. zauważył, że staruszka ma większą jasność umysłu, niż gdy błądziła po lesie. Ciągnął tę niezgrabną konwersację ponieważ nurtowało go pewne pytanie, które w końcu odważył się zadać pani Naczas.
– Proszę mi powiedzieć, dlaczego w tym pani kalendarzu jest zapisanych pełno martwych ludzi?
– Ponieważ to ja ich pozbawiłam życia.

Odpowiedź wcale nie wstrząsnęła T. jak się tego spodziewał.

– Chociaż uważam – mówiła dalej pani Naczas – że jestem już na to za stara, skoro gubię swoje atrybuty.

Uśmiechnęła się delikatnie.
– Myślę, że przydałaby mi się emerytura. – powiedziała rozmarzonym głosem. – Szczerze, sądziłam że będę mogła sobie odpuścić, nie mając czym pracować, ale nagle pan się pojawił z torbą.S
– Kim pani jest? – zapytał T. choć odpowiedź już zdążyła ukształtować się w jego głowie w postaci sześciu mrocznych liter.

Starsza pani w bieli wytłumaczyła, że zajmuje się śmiercią. Od dobrych pięćdziesięciu sześciu lat. Pierwszym uśmierconym był jej mąż – skurczybyk wszechczasów. Odbieranie życia było niezwykle zajmującym zajęciem, na pełen etat. A także nocki. Pani Naczas była bardzo efektywna. Jej piwnica była wypełniona kalendarzami, notatnikami, teczkami, zeszytami z jej osiągnięciami. Dwukrotnie zdobyła nagrodę za najskuteczniejszą śmierć, a raz otrzymała wyróżnienie za niezwykle wirtuozyjny zgon. Takich jak ona było wielu. Z reguły samotnicy, zamknięci w sobie i małomówni ludzie. Czasami spotykali się na zjazdach. Przebierali się za kostuchy, trupy, szkielety lub bogów i popisywali swoimi sukcesami. Opowiadali o swoich uśmierconych, wręczali sobie nawzajem dyplomy, ściskali dłonie w dowód uznania, poklepywali się po plecach, gdy czyjaś śmierć ich dotknęła. Oczywiście ich ulubionym świętem było Wszystkich Świętych.

Ludzie muszą umierać, a ktoś musi nad tym czuwać.

– Nadawałbyś się do tej roboty.
– Tak pani sądzi? – zdziwił się T.
– Nie wydajesz się zbyt zainteresowany życiem.
– Zakładam, że nie jest to takie proste.
– Owszem jest. Przecież to nie przypadek, że akurat ty mogłeś odnaleźć moje atrybuty.

Spojrzeli oboje na zawieszoną w przedsionku torbę. Niewinną, jasną, ekologiczną torbę skrywającą śmiercionośne narzędzia.

T. opuścił mieszkanie pani Naczas w godzinę po tym jak do niego wszedł. W ręku trzymał torbę, którą tak usilnie próbował oddać. Jej zawartość była niewiarygodnie lekka. Przerażająco lekka. Czekając na windę, która wolno zjeżdżała z dziesiątego piętra, wyjął czarny kalendarz i pod dzisiejszą datą zapisał panią Naczas. Jej dokładny adres, godzinę; znał nawet numer telefonu. W jego domu, w ciemni, suszyło się jej zdjęcie, które zdążył zrobić w lesie. Gdy drzwi windy zasuwały się, odgradzając go od dotychczasowego nudnego życia, pomyślał, że powinien sprawić sobie psa. Albo od razu trzy. Zdecydowanie też powinien zaopatrzyć się w osełkę.
Marta Kornalska