Siła piosenki (Die Kraft der Musik)

– No to na trzy do góry. Raz, dwa, trzy! – i cały nasz rząd zadarł głowy do góry. A za nami większa część widzów w naszym sektorze. Na scenie tańczyła i śpiewała jakaś Rosjanka – pewnie gość honorowy – to nas wtedy mniej interesowało. I ona też w ostatniej chwili pohamowała się, by pójść zgodnie z odruchem za naszym przykładem. Ale byłaby heca! Jednak wytrzymała. Dobry trening. Wiadomo: radziecki człowiek. Dziewczyny piszczały z rozbawienia i trzeba było je uspokoić, żeby siły porządkowe nie usunęły nas wszystkich z koncertu. Mieliśmy bilety na końcowy, najważniejszy koncert, Koncert Przyjaźni, i baliśmy się, że mogą nas zapamiętać. Większość z nas była studentami, a to wiadomo element niepewny, a już na pewno nieobliczalny.

Po koncercie poszliśmy na piwo do ulubionej „Bieriozki” i wśród śmiechu przeżywaliśmy nasz supergag. Zawsze funkcjonował. Bo na człowieka jako takiego zawsze można liczyć. Jest niezawodny w swoich stadnych odruchach. Krzysiek, który zawsze podawał hasło do akcji, tym razem nie śmiał się razem z nami. Siedział w kącie i patrzył w swój kufel piwa, jak by na jego dnie szukał robaka albo odpowiedzi na dręczący go problem. Nie zagadywałam go, wiedziałam, dlaczego jest taki. Ale nie wszyscy o tym wiedzieli.

– He, Krzysiek, co się tak smucisz? – Romek rzucił w niego pudełkiem zapałek.
Krzysiek pochwycił je w locie, ale nie odpowiedział.
– Daj mu spokój. Jakbyś nie wiedział, eh! – dodałam.
– Aldona?
– Mhm – cicho przytaknął i dał mi forsę za swoje piwo. –
Krzysiek, no co ty? Zapłacę. Ty przejmiesz kolejkę innym razem.

Krzysiek wstał, machnął ręką na pożegnanie i wyszedł.
– Elka, no mów. Co jest?
– Nie udawaj, że nie wiesz. Aldona brała udział w eliminacjach i ją zdyskwalifikowali.
– Jak to? Idioci! Taką laskę? Z takim głosem?!
– Mhm.
– Bo im za dużo machała łapkami, co?
– Tak powiedzieli.
– Czy oni są chorzy?
– Może? A może nawet na pewno.
– Taka laska – Romek pokiwał głową. – I to ma być komisja złożona z fachowców? Palanci! – rozsierdził się na dobre.

Aldona była ładną i zgrabną dziewczyną. Jej czarne włosy spływały falami do pasa. Czasem spinała je klamrą, lecz miała ich tyle, że niektóre słabsze plastikowe konstrukcje nie wytrzymywały i pękały po kilku dniach. Wtedy związywała je gumką, toporną gumką wyciętą z opony rowerowej. Ta trzymała długo. Tylko na występy Aldona rozpuszczała włosy, ale wtedy podtrzymywała je aksamitną niebieską opaską, jasnoniebieską jak jej oczy. Wyglądała cudownie. A potem, gdy tak stawała przed mikrofonem, zaczynała czarować – głosem, oczami, mimiką i, niestety, ramionami. A czasem nawet, o zgrozo, ruszała się lekko w biodrach. Głośne oburzenie pań w komisji mieszało się z uśmiechami niektórych panów, którzy potem jednak dołączali pełni skruchy do oburzenia pań. Jak ksiądz, który obejrzał się za ładnym chłopcem, a potem się, przerażony, przeżegnał. Obłudnicy. Zawsze mnie podkręcała taka obłuda. Dziewczyna miała temperament, ale przecież nie robiła nic nieprzyzwoitego. Ona cała żyła swoją muzyką.

– Jasne – Romek przerwał moje rozmyślania.
– Oni chcą, żeby wszytkie baby stały przed tym mikrofonem jak kołki, łapki grzecznie w dół i ani ich nie rusz. A jak już, to tylko jedną i to tylko do mikrofonu. A po co? Przecież i tak stoi. Żadnych tam takich emocjonalnych gestów. Fachowcy! – obruszył się.

Zawsze się złościł, jak krytykowali Aldonę. Może się w niej podkochiwał. Kto wie. Ale Aldona była super i miała w nas wiernych do samej śmierci fanów płci obojga.
– Dobra, ludzie. Muszę do domu. Spróbuję zadzwonić do Aldony. Powiem wam potem, co tam się stało naprawdę.

Wróciłam autobusem do domu i od razu wykręciłam numer telefonu do Aldony, ale nikt się nie zgłaszał. Spróbowałam jeszcze kilka razy, ale w końcu dałam za wygraną. Albo nie było jej w domu, albo...


* * *
– Proszę państwa artystów, prosimy przygotować się do próby. Pani Marysiu, pani rozda program próby, żeby wiedzieli, kto kiedy występuje.

Aldona nerwowo przełykała ślinę i spoglądała na swojego guru. Miał na imię Jerzyk, akompaniował jej na fortepianie i uczył wszystkiego, co związane było ze śpiewem profesjonalnym. Miał wieloletnie doświadczenie, ale przede wszystkim genialny słuch i wyczucie, głosu i słowa.

– Aldona. Nie denerwuj się, bo znowu zaplą-zesz się we własne słowa. Pamiętaj, wymawiaj je wyraźnie. To takie ważne. One powiedzą ci, jak dobrać mimikę i gest. Nie jesteś kukłą. – Powtarzał za kulisami.
– Aldona Wasiek! – Aldona wzdrygnęła się i popchnięta przez Jerzyka, wyszła szybkim ene gicznym krokiem na scenę. Podeszła do mikrofonu i ukłoniła się grzecznie. Panie i panowie jurorzy uśmiechnęli się dobrotliwie, lecz Aldona, choć było to środek wiosny, poczuła powiew zimy. Wzruszyła lekko ramieniem i spojrzała w stronę pianisty. Dał sygnał głową.

Aldona popłynęła głosem mocnym, dźwięcznym, pewnym – aż do refrenu. Uniosła lekkoramiona, jakby chciała wznieść się na fali melodii. Wszyscy znieruchomieli.
„Hej, hej, hej! Kiedy serce ściska, wtedy z nami, z nami tańcz! kogda serdce placzet, dawaj s nami tancewac!

Aldonę poniosło w refrenie, skocznym, wesołym, zachęcającym do tańca. Jerzyk otworzył szeroko oczy, spojrzał przerażony na Aldonę, lecz ta szybowała już, skakała, jak nakręcona laleczka.

Jury zesztywniało.
– Nie no, co to za pajac? Kto ją tu zaprosił? – kręciła nosem jurorka, pani Basia z numerem 4.
– Nie mogę na to patrzeć. Wstyd. Skąd ona jest? – numer 7.
– Czy ona piła? – numer 1.

Aldona śpiewała i śpiewała aż do końca drugiej zwrotki. Przed wykonaniem refrenu powstrzymał ją przenikliwy głos pani Ani, numer 7:

– Stop! Stop. Bardzo dziękujemy! Proszę zejść ze sceny!

Aldona dopiero teraz spojrzała na jurorów, na Jerzyka i zbladła. Zrozumiała: to koniec. Łzy zakręciły jej się w oczach i szukając po omacku wyjścia, zatoczyła się lekko.

– No tak, piła. Mówiłam.
Satysfakcja czasem powoduje, że pozornie normalnie wyglądający człowiek nabiera wyglądu wściekłego dzikiego zwierza. Wściekłego lisa. Tak właśnie wyglądała teraz pani Zofia. Jej twarz ściągnięta w paroksyzmie obrzydzenia: małe, przymknięte oczka, zakręcony długi, lekko zaczerwieniony nos. Pod nim usta, wykrzywione w podkowę i wargi jakby wciągnięte pomiędzy niezbyt zdrowe zęby. Gdy je kiedyś kompletnie utraci, będzie mogła spokojnie dorabiać do renty, strasząc dzieci, a kto wie, może nawet osiedlowych pijaczków.

Pani Zofia to zasłużona działaczka kultury w powiecie, ale kompletnie pozbawiona talentu śpiewania. I nie potrzeba było do tego fatygować żadnego słonia, który z właściwym sobie wdziękiem nadepnąłby jej na ucho. Pani Zofia miała głos skrzekliwy, nie nadający się do odtwarzania subtelnych dźwięków, a ponadto nie czuła tempa.Wszyscy o tym wiedzieli, choć nikt jej nigdy nie słyszał śpiewającej. Chociaż kiedyś...

Na imprezach dopiero po wielu piwach wzmacnianych wódką niektórzy odważyli się czasem opowiedzieć anegdotę o tym, jak przyłapano panią Zofię na śpiewaniu, albo raczej na próbie śpiewania. Pewnie była pod wpływem, choć nikt tego nie wiedział na pewno. Towarzystwo zaśmiewało się wtedy do łez, a po imprezie nikt nie miał odwagi spojrzeć pani Zofii w oczy. To musiało być absolutne fiasko i pani Zofia nigdy, ale to nigdy nie wybaczyła panu Józefowi, że ją na tym śpiewie przyłapał. Jej zemsta była wielka i nieustająca. Pani Zofia wylewała swoją żółć zazwyczaj na eliminacjach do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Tak odbijała sobie własne beztalencie i karała za nie świat. Nie wiadomo, dlaczego była w jury, to znaczy wiadomo, ale nie było w tym elementu racjonalnego. Przed stu laty albo trochę wcześniej pani Zofia złożyła swoje życie w ręce sekretarza miejscowej organizacji jedynie słusznej rządzącej partii i dlatego też nikt nawet nie próbował poddawać w wątpliwość jej pozycji w jury. Od ilu to już lat? Bezpieczniej było tego nie dochodzić, gdyż małżonek wciąż cieszył się dobrym zdrowiem i takimiż układami. Krótko mówiąc, mimo iż jury składało się również z kompetentnych osób, w eliminacjach Aldona przepadła z kretesem. Kto wie, czy nie na zawsze.

– Aldona? – Jerzyk próbował mówić spokojnym głosem widząc rozpacz Aldony. – Co cię tak nagle poniosło? Przecież dobrze zaczęłaś.
– Ach, to taka wesoła, pełna życia piosenka. Chciałam dać jej trochę mojej radości, energii. Nie wiem, o co tym ludziom chodzi. To przecież nie pogrzeb.
– Nie, ale to też nie ten festiwal, a ty masz wygrywać festiwale. Wszystkie. I możesz. Twoim głosem możesz podbić nawet świat. Ale daj sobie trochę dyscypliny.
– Łatwo ci mówić, stary wygo.
– Tylko nie stary, tylko nie stary.
– Stary, ale jary – uśmiechnęła się pojednawczo Aldona.
– Ok, to kupuję – Jerzyk zrewanżował się uśmiechem, objął Aldonę ramieniem i pociągnął do wyjścia
.– Jak już nas wywalili, to chociaż zwiedzimy tę metropolię, co?
– Radom? – Czemu nie. Kawiarnie chyba mają, co?
– Ale potem muszę zadzwonić do Krzyśka. Martwi się. Ale co ja mu powiem? – Aldona zwiesiła głowę.
– Nie martw się tym teraz. Najpierw lody z bitą śmietaną, a potem zobaczymy, mhm? – pocieszył ją Jerzyk.


* * *
Mikrobus wjechał na parking za siedzibą TPPR–u i Krzysiek ujrzał wysiadającą z niego Aldonę. Odebrała torbę podróżną, którą podał jej Jerzyk, i pozwoliła się objąć na pożegnanie.
– Nie martw się, poradzimy sobie. To nie był ostatni raz. – Jerzyk zamachał jeszcze do niej ręką, ale Aldona nie widziała już jego gestu. Odwróciła się i powoli szła w stronę postoju taksówek.
– Aldona – Krzysiek podszedł do niej z tyłu. Aldona drgnęła zaskoczona.
– Ach, to ty?
– No a kto? Dzisiaj robię sam za komitet powitalny. Reszta mafii stuka do egzaminu. W końcu przyjechała nie lada gwiazda – próbował pocieszyć ją Krzysiek widząc, że łzy już zaczęły się kręcić w jej wielkich, jasnoniebieskich oczach.
– Ach, przestań. Jaka ze mnie gwiazda. Przecież wiesz, że mnie wyrzucili.
– Wyrzucili, bo nie mają pojęcia.
– Ale mają władzę. I to się teraz liczy.
– Może to się liczy, ale nie każdy myśli tak jak oni.
– Krzysiek. Chyba jesteś moim jedynym fanem i dziękuję ci, że mnie pocieszasz. Ale teraz nie mam nastroju.
– Nie oczekiwałem, że rzucisz mi się z entuzjazmem na szyję, ale lekki czerwony odcisk na ustach też by mnie zadowolił.
Aldona uśmiechnęła się smutno.
– Poczekaj – wyjęła z kieszeni szminkę, dwoma ruchami pociągnęła usta i pocałowała Krzyśka w oba policzki.
– A to co? Wujaszek twój jestem jakiś czy kto? – obruszył się Krzysiek i przywarł ustami do jej ust. Nie broniła się, przysnunęła się mocno do niego, jakby szukała w nim siły i energii.
– Uh! No, ehm. Ok, na razie wystarczy – pozornie obojętnie, choć oko błysnęło mu nieznacznie, Krzysiek uchwycił torbę Aldony i oboje ruszyli powoli do domu. Wieczór był ciepły, szkoda byłoby nim się nie cieszyć.
– Co robisz w sobotę? Znowu śpiewasz w „Bieriozce”?
– Mhm. Gdzieś muszę. A tu jest najlepiej. Lubię ich. Zyta jest ok, płacą dobrze i punktualnie. Może muszę po prostu przestać marzyć o wielkim występie, odkryciu, karierze i tak dalej.
– Przestań opowiadać takie głupoty. Zobaczysz, w końcu ktoś cię odkryje.
– Jasne. Uwaga uwaga, ma osiemdziesiąt lat i wciąż śpiewa! – Aldona wrzaskliwym głosem naśladowała cyrkowego naganiacza.
– Bla, bla, bla! Ja tam w ciebie wierzę i nie opowiadaj mi tu żadnych głupstw. – Dokończył i na potwierdzenie objął ją mocno.


* * *
– Halo? Cześć Elka. To co? Idziemy do „Bieriozki”, co? Musimy teraz trochę wesprzeć Aldonę na duchu. Jest załamana – tłumaczył Krzysiek przez telefon.
– Hm, mogę sobie wyobrazić.
– Nie, nie możesz i dlatego właśnie idziemy. Teraz będzie się dużo działo.
– Na którą?
– Na dziewiątą. Ja ją odbiorę z domu już o ósmej, ale wy dojdźcie potem.

To jasne, że dużo zrobiłabym dla Aldony. Była moją przyjaciółką od lat. I mimo, że przyjaźnie między dziewczynami kończą się wobec spojrzenia mężczyzny, a najpóźniej w jego łóżku, nasza przetrwała niejednego. To był chyba największy cud w moim dotychczasowym życiu.

Zadzwoniłam do ludzi z paczki. Mimo egzaminów nawet nie próbowali się wymigać. Wszyscy stali murem za Aldoną i jej piosenkarską karierą. Wiedzieliśmy, że na imprezach towarzyszących festiwalowi kręci się dużo różnych ludzi z branży. Może więc...?


* * *
„Bieriozka” była pełna. Ledwo dobiliśmy do Krzyśka, który zarezerwował dla nas stolik w pobliżu sceny. Jego wdziękowi pani Zyta nie była w stanie się oprzeć. Nigdy. Mieliśmy świetne miejsca, a i pani Zyta tak promieniała szczęściem, że już zaczynałam martwić się o Aldonę.

Pani Zyta należała już prawie do inwentarza „Bieriozki”. Przyjechała po wojnie sama do Zielonej Góry i ciężko pracowała w Polskiej Wełnie. Potem zrobiła kurs pracownika kultury i dostała w końcu pracę w „Bieriozce”. Odpowiedzialna była za program kulturalny, ale ponieważ nie nauczono jej na kursie delegowania zadań, więc większość wykonywała sama. Do utraty tchu i mimo szpecących jej, niegdyś szczupłe, łydki niebieskich siatek żylaków. Pani Zyta miała wielkie serce, szczególnie dla młodych ambitnych dziewczyn. Pamiętała swoje początki, i choć nikt nie znał jej marzeń, gdyż chroniła je konsekwentnie przez lata, czasem wydaje mi się, że sama chciała zostać piosenkarką. Ale nie starczyło jej odwagi. Właśnie jej.

– Cicho, cicho! – głośny szept przywoływał publiczność do porządku. – Aldona śpiewa!

Aldona wyszła na scenę, niepewnym krokiem, jakby smutna – to jeszcze bóle poeliminacyjne. Spojrzała na salę i dała znać muzykom. Gdy rozbrzmiały pierwsze takty, Aldona uśmiechnęła się lekko. A potem wszystko było już jak zawsze – sala pulsowała muzyką i głosem Aldony, mocnym, pełnym życia. Jak gdyby nic się nie stało. Jakby zapomniała porażkę na eliminacjach. Nie, jakby to wcale nie była porażka. Aldona porwała publiczność ze sobą w wibrujący świat muzyki i rytmu. Parkiet drżał pod nogami tańczących.

Gdy zamilkły ostatnie takty, burza oklasków nie pozwoliła Aldonie oddychać. Jak zahipnotyzowana stała przy mikrofonie i patrzyła na publiczność. Jej oczy połyskiwały łzami szczęścia, jakby do końca nie wierzyła, że zachwyt publiczności należy się właśnie jej. Krzysiek podszedł do niej, gdy schodziła ze sceny, objął ją i czule pocałował w słone od potu czoło.
– Byłaś najlepsza. Jesteś najlepsza – szeptał.
– Przepraszam, przepraszam! Proszę mnie przepuścić – usłyszałam głos jakiegoś faceta, który przebijał się przez tłum gości w stronę Aldony. Dotarł do niej i widziałam, że się przedstawił, wskazał ramieniem w tył sali – pewnie pokazywał jej kogoś, kogo ja nie mogłam zlokalizować – i powiedział jej coś, na co roześmiała się. Było w tym śmiechu niedowierzanie. Obserwowałam reakcję Krzyśka. Był sprężony, traktował obcego jak intruza, który zakłóca im bycie we dwoje wśród tłumu ludzi.

Aldona kiwnęła głową przytakując, Krzysiek rozwarł szeroko oczy, chyba chciał zaprotestować, ale ona położyła mu rękę na policzku i pod wpływem jej dotyku Krzysiek zdawał się uspokoić. Z jego twarzy znikło napięcie. Aldona spojrzała w moją stronę i lekko kiwnęła głową. Podeszłam i we troje przeszliśmy za kulisy do garderoby, albo czegoś w tym rodzaju.

„Bieriozka” była kuźnią gwiazd, które później miał poznać świat. Niewielu zdawało sobie wtedy z tego sprawę, a szkoda. Na Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej patrzono conajmniej z rezerwą, zastanawiając się gdzie SB-cja pochowała ukryte mikrofony lub którzy z tych zachwyconych i zawzięcie klaszczących w publiczności to ich agenci. Bo byli tam, to pewne.
– Słuchajcie! – mówiła z podnieceniem Aldona. – Ten facet to jakiś z centrali, z Warszawy. Powiedział, żebym jutro przyszła do „Estrady”. Jakiś Rusek właśnie widział mój występ i chce mnie poznać.
– No fajnie. I znalazł sobie przy okazji Polkę do wy...
– Krzysiek! – Aldona ofuknęła go.
– A co? Znasz go? Wiesz czego chce? – upierał się przy swoim oburzeniu Krzysiek.
– Skoro mnie słyszał jak śpiewałam, to chyba mu o śpiew chodzi. Co o tym sądzisz? – Aldona zwróciła się do mnie.
– Mhm. Dziwne, że teraz nie chce cię zobaczyć. Sądzę, że pójdę do niego z tobą. Krzysiek jest trochę nieobliczalny i jak widać zazdrosny do bólu. Ale sama też bym na twoim miejscu nie poszła. O której?
– O szóstej wieczorem. A może on nie chce rozgłosu? Tyle tu ludzi! – broniła go Aldona.
– No właśnie – skwitowałam sceptycznie i odwróciłam się do Krzyśka.
– Dobra. My tam wejdziemy razem, a ty będziesz przed „Estradą” grzecznie czekał na hasło ode mnie. Jasne?
– Jasne – zamruczał Krzysiek, bohatersko tłumiąc narastający gniew.


* * *
Odebrałam Aldonę i razem poszłyśmy do „Estrady”. –
Oh, Elka! Mam stracha. Ten facet mówił, że mu się spodobałam. Czego on ode mnie może chcieć?
– Nie jestem Bogiem. Pierwszym Sekretarzem partii też nie, więc trzeba jednak poczekać do rozmowy. Mam tam wejść z tobą? Może się nazwę twoim impresario, co? W końcu jesteś artystką – podniosłam pytająco brew i spojrzałam na Aldonę.
Aldona roześmiała się.
– Impresario? Dlaczego nie? Ale wiesz, najpierw chcę z nim porozmawiać sama.

Oczywiście nie wpuszczono nas do budynku przy ulicy Wrocławskiej, gdyż nie miałyśmy ani wejściówki, ani identyfikatora. Aldona zapomniała, jak nazywał się ten facet, który rozmawiał z nią wczoraj i stałyśmy tak przed drzwiami jak dwa psiaki zaglądające do sklepu mięsnego. Stojący na straży sław świata muzyki naszego najlepszego przyjaciela na wschodnich rubieżach kraju, a także rodzimych wielkości pan w mundurku, ani myślał wplątywać się w konwersację z podfruwajkami – jak nas pełen pogardy nazwał.

– A to pani już jest? – usłyszałyśmy to najpiękniejsze na świecie, przynajmniej w tym momencie, zdanie.
– Proszę wejść. –
Ale... – zaczęłam.
– A pani to kto? – facet spojrzał na mnie odpychająco.
– Jestem... jestem jej impresario. Beze mnie ona tam nie wejdzie. Facet uśmiechnął się lekceważąco, dodał jednak: – No dobrze. Proszę za mną.

Pan w mundurku już otworzył w proteście usta, lecz spojrzenie faceta, najwyraźniej dało mu nie tylko należną odpowiedź, ale było też zwięzłą niewerbalną informacją o możliwych konsekwencjach, w przypadku, gdyby upierał się przy swoich racjach, wszystko jedno, zgodnie z jakimi przepisami. Jak dwa szympansy, pomyślałam. Kto wyżej wypnie pierś? Kto ma za sobą większego brata? I z niejakim niezadowoleniem stwierdziłam, że my nie miałyśmy żadnego. Do teraz.

Truchcikiem podążyłyśmy za facetem, który zresztą od razu po wejściu do budynku przedstawił się jako Kwaśniewski. Dość popularne nazwisko, stwierdziłam z pewną dozą nieufności. Nie lubię popularnych nazwisk. To jak John Smith w angielskich powieściach szpiegowskich.
– A do kogo my właściwie idziemy? – zapytałam, żeby rozwiać ostatnie wątpliwości.
– No jak, nie wiecie? Do samego Arno Baba...
...dżaniana? – dokończyła zachwycona Aldona. – O Jezu!
– Jaki Jezu? Jaki Jezu? Panienka się zapomina, mhm?! – Kwaśniewski przywołał ją do porządku.

W tych czasach Jezus nie miał priorytetu. Aldona zamilkła przerażona, że swoim zachowaniem zbiera punkty karne. Kwaśniewski wyglądał na funkjonariusza, więc służalczo oddany był tylko systemowi.
– Ale... to ja przepraszam. Nie spodziewałam się... On przecież był już raz...” „
... tak, był w Zielonej Górze na festiwalu. – Dokończył za nią Kwaśniewski. – Nawet w jury, moja droga.
– Oh – jęknęła Aldona, a ja zmarszczyłam brwi nic nie rozumiejąc. Tymczasem dotarliśmy do drzwi, za którymi Aldona miała stanąć oko w oko z wielkim i najwyraźniej znanym jej kompozytorem radzieckim.
– Co się już tak płaszczysz przed jakimś Ruskiem? – niezadowolona bąknęłam pod nosem.
– To nie Rusek tylko Ormianin – poprawiła mnie obruszona; również szeptem.
– A to co innego – dodałam, wzruszając ramionami.


* * *
– I? – dopadłam jej, jak tylko wyszła na korytarz.
– Co i?
– Aldona, bo cię walnę – zagrzmiałam złowrogo.
– On jest wielki. Chce mnie jeszcze raz wysłuchać. Ale nic mi nie mówił, nic nie obiecywał. Tylko się dobrotliwie uśmiechał. Głupio się czułam, ale bałam się spytać dlaczego.
– E tam, najwyraźniej jest tobą zainteresowany, a to już coś.
– Ojej, tak się cieszę, że aż się boję, że coś się stanie – westchnęła Aldona.
– Słuchaj, on chce mnie teraz przesłuchać. Idź do Krzyśka i powiedz mu, żeby się nie martwił.
– Nic się nie bój. Powiem mu – odparłam.
Na szczęście lekko kopnęłam Aldonę kolanem w pośladek i poszłam.
– Hej! – zawołała zaskoczona i roześmiała się.
– Nie dziękuję.
– No, ja myślę – rzuciłam przez ramię.


* * *
– Cześć, Krzysiek. Chodź na kawę. Teraz tylko czekać.
– A gdzie Aldona?
– A śpiewa właśnie dla niejakiego Arno Babadżaniana.
– Kogo?
– Nie znasz? – zdziwiłam się. – Każdy go zna.
– No co ty?
– Potem ci powiem. Właśnie też dowiedziałam się o jego istnieniu, ale Aldona o mało nie zemdlała ze szczęścia.
– Ha, świetnie! – Krzysiek nie umiał ukryć zazdrości. Żebyż był widział tego starszego szpakowanego pana... Nie rozwiewiałam na razie jego obaw. Niech się trochę pomęczy.
– No chodź na tę kawę. Wyszystko ci opowiem. Za godzinę wrócimy i odbierzemy Aldonę.
– Mam nadzieję – odparł Krzysiek i ruszył za mną obejrzawszy się dla pewności raz jeszcze, jakby spodziewał się, że Aldona zaraz wybiegnie przed „Estradę” szukając jego pomocy.


* * *
– Aaah! – Aldona zakrzyknęła rozhisteryzowana, jak tylko nas zobaczyła i już biegła w naszą stronę z rozpostartymi ramionami.
– Co się stało? Czego chciał od ciebie? Skrzywdził cię? – przestraszył się Krzysiek, zawsze gotów bronić Aldony.
– Krzysiek! – żachnęła się. – Uspokój się! Właśnie mi zaproponował, żebym wystąpiła poza konkursem na festiwalu, razem z nim. Co wy na to? – Przecież tego nigdy nie było!
– No właśnie.
– Ale jak to tak?
– No, bo jest ktoś. I jako taki zna innego ktosia. Nie mówił kogo, ale wyczytałam między wersami, że chodzi o jakiś dług, który chyba szef TPPR–u i to samyj gławnyj ze stolicy, ma u niego. A to jest czynnik wyższy, jedynie słuszny i nie do przeskoczenia. – Aldona promieniała co najmniej jak reaktor w Czernobylu na krótko przed eksplozją (chociaż wtedy nie wiedzieliśmy nawet, że taki istniał).
– Ale to jest polityka. Chyba nie dasz się w to wplątać? – Krzysiek spojrzał przerażony na mnie, potem na Aldonę i znowu na mnie.
– Ależ przeciwnie, i to z wielką przyjemnością. Niech ta ciotka, ta pani Zosia i jej przytakujące pawiany zobaczą.
– Ojej, odbiło jej. Nic, tylko jej odbiło.
– Ach, odwal się, Krzysiek! Albo jesteś ze mną albo...
– ...Albo co? Tylko mi tu nie wyjeżdżaj z takimi tekstami! – rozzłościł się. Ostatnio ciężko znosił rozwój kariery Aldony.
– Dzieci, dzieci – spokojnym głosem usiłwałam obniżyć temperaturę rozmowy. – Jeszcze nic się nie stało. Może też nic z tego nie wyjdzie. Podejdźmy do tego bezstresowo.
– Łatwo ci mówić. I w ogóle nie wróż tu jak wyrocznia delfijska z bólem zęba. Jesteś moją przyjaciółką, czy nie?
– Jestem, jestem, i tak już będzie, ale uważam, że najpierw należy ci się szklanka zimnego piwa dla ochłody. A właściwie wam obojgu – ostrzegawczo spojrzałam na Krzyśka, który od razu spuścił wzrok.
– No co ty? Nie mogę. Jeszcze stracę głos – żachnęła się na Aldona.
– To ciepłego. I nie gadać mi tu więcej. Idziemy do „Palmiarni”. Kropka.
– On nawet mówi trochę po polsku – cichutko dodała Aldona i zamilkła.

Jednak wszyscy martwiliśmy się nieco o rozwój sytuacji. Ten cały Babadżanian robił Aldonie nadzieję i ona mu bezgranicznie wierzyła. Tak bardzo chciała wystąpić na tym festiwalu. Bałam się, że może ją rozczarować, a ona to czuła.


* * *
Do Koncertu Przyjaźni pozostały dwa dni. Aldona ćwiczyła jak szalona. Jerzyk zaś rwał sobie włosy z głowy, bo Aldona nie oszczędzała głosu, a tego on nie umiał i nie chciał zaakceptować. Oczywiście musiała dużo ćwiczyć, ale odpowiednio. Rozumiał ją, cieszył się tą nagłą okazją, ale nie za cenę głosu. Głos to przecież wrażliwy instrument. Lecz ona musiała. Niecierpliwa, kręciła się, biegała, śmiała się nagle i poważniała w następnym momencie, by skoncentrować się aż do bólu i śpiewała. A potem leciała na skrzydłach do Arno Babadżaniana. I śpiewała pod jego okiem, albo raczej uchem. On zaś uśmiechał się dobrotliwie, jak dobry wujaszek – diadia, jak mówią na wschodzie.


* * *
Tego dnia Aldona nie była w stanie skupić się na prostym zdaniu. Dlatego nie pytałam jej, czy napije się herbaty, tylko stawiałam przed nią na stole filiżankę i kiwałam znacząco głową. I wtedy piła. Nie pytałam, czy była głodna, tylko stawiałam przed nią talerz z zupą i wręczałam jej łyżkę. I wtedy jadła. A ja przewracałam oczami. Co tu robić? Jestem jej przyjaciółką, więc jestem z nią w potrzebie.

O szóstej pojechałyśmy do „Estrady”. Stamtąd pojechałyśmy razem z Arno przyjechać taksówką na koncert. Ja, jako dziewczyna do wszystkiego, bo na pewno nie impresario, nie odstępowałamAldony na krok. Objuczona torbą z jej suknią, butami, kosmetykami, szczotkami do włosów i innymi ważnymi pierdołami sapałam, próbując dotrzymać im kroku. W garderobie Arno Aldona dostała mały stolik z lustrem. Jak i gdzie on to wykombinował? – pytałam się w duchu, rozkładając kosmetyki na tej pseudotoaletce. Mnie też udzielił się stres. Od czasu do czasu wzdychałam znienacka, jakby mi brakło powietrza. Zamykałam wtedy oczy, wciągałam głęboko powietrze i powoli je wypuszczałam, a Aldona nic nie mówiła. Wiedziała, że to byłoby dla niej niebezpieczne. Ona też mnie znała. Trzeba było skupić się na robocie, bo cała nasza mafia siedziała w amfiteatrze w drugim rzędzie, i zabiliby mnie, gdybym coś schrzaniła.

Arno Babadżanian był gościem specjalnym koncertu i jako taki wystąpił dopiero na koniec. Z nim – w jego drugiej piosence, którą skomponował przed laty – wystąpić miała Aldona. Niespodzianka z Zielonej Góry. Ha! Aldona dobrze ją znała, co jeszcze bardziej ujęło artystę. Tylko organizatorzy i prezenterzy wiedzieli o tej zmianie w programie. To miał być prawdziwy szok. Czasem myślę, że Arno chciał wyrównać jakiś stary rachunek z kimś w jury. Może z panią Zofią? Na tę myśl uśmiechnęłam się nieelegancko.

Siedziałam podczas pierwszej części koncertu na widowni, ale później w przerwie nie wytrzymałam i poleciałam do garderoby Aldony. Aldony tam nie było. Zaczekałam chwilę, ale Aldona nie wróciła. Poszłam do toalety. Tam Aldony również nie było. Wpadłam w panikę. Może ktoś ją wyrzucił, bo nie była na liście? A może uprowadził? Scenariusze z najgorszych trillerów przewinęły mi się przez rozdygotany mózg. Biegałam od garderoby do garderoby, pukałam, szarpałam klamki zamkniętych drzwi. W końcu wzrok mój padł na wielkie okno w końcu korytarza. Za nim, chyba na ziemi, siedziała Aldona. Wybiegłam z budynku i podeszłam do niej. Siedziała na stosie płyt chodnikowych, nie wiadomo dlaczego porzuconych w tym miejscu i milcząc patrzyła przed siebie w ten ciepły czerwcowy wieczór. Dopiero teraz zauważyłam, że było tak pięknie ciepło. Pachniały posadzone na skwerze kwiaty. Wszystko to nie istniało dla mnie tego dnia, aż do tej chwili.

– Aldona – zaczęłam ostrożnie.
Aldona wzdrygnęła zaskoczona i podniosła na mnie wzrok.
– Mhm?
– Wszystko w porządku? Aldona westchnęła.
– Co się stało?
– Nie wiem, boję się. Arno jest teraz za kulisami i to wszystko wydaje mi się takie nierealne. Może ja śnę? Elka, powiedz. Czy to się dzieje naprawdę?

Przysiadłam się do niej i objęłam ją ramieniem.
– Niestety tak.
– Dlaczego niestety?
– Bo to jest takie szalone, że nawet ja – a znasz mnie jako racjonalistkę – mam wrażenie, że to sen. Ale to jest prawda. I namacalna rzeczywistość. Ale odetchnę dopiero i spojrzę na to trzeźwo, jak festiwal wreszcie się skończy.
– Ja też – przyznała Aldona.
– Ale póki co, cieszmy się tą nierealną rzeczywistością. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz! – dodałam dla pewności. Również dla własnej. – A teraz musimy wrócić do garderoby. Muszę dokonać cudu i ze smutnej dziewczyny wyczarować promienną szczęśliwą gwiazdę estrady. Chodź!

Dobrze, że miałam doświadczenie i znałam atuty Aldony. Kilkoma wprawnymi ruchami ogarnęłam jej twarz i upięłam fryzurę. Inaczej przesiedziałybyśmy w garderobie wieczność. Aldona spojrzała w lustro i po pierwszy tego wieczora uśmiechnęła się.
– Dzięki Elka. Nigdy ci tego nie zapomnę – i pocałowała mnie w policzek.
– No ja myślę. W końcu właśnie rodzi się gwiazda i ja mam w tym swój wkład. – Bo na akuszerkę to ja się na pewno nie nadaję, pomyślałam.

Aldona klepnęła mnie w ramię i roześmiała się.
Nagle z głośnika rozległ się chrapiący głos – ach ta technika! – asystentki reżysera:
– Pani Aldono, proszę za kulisy. Zaraz jest pani kolej.

Aldonie ugięły się nogi w kolanach. Przysiadła na chwilę:
– O Jezu, ale mam stracha. Pierwszy raz, pierwszy raz w życiu mam takiego stracha. Elka, trzymaj mnie! Uścisnęłam ją i pociągnęłam lekko za ramię.
– Chodź. Czas na chwałę – dodałam prawie beztroskim głosem.
Aldona odetchnęła głęboko:
– Albo teraz albo nigdy. Uh!

Przeszłam na widownię do naszych, żeby zobaczyć jej występ. To nie był zwykły występ. To historyczna chwila – przynajmniej w naszym zielonogórskim życiu.

Arno ukłonił się szarmancko widowni i odczekał burzę oklasków. A gdy widownia umilkła, Arno podszedł kilka kroków w kierunku kulis – znak dla asystentki, by wypchnęła Aldonę. Widziałam jak szła, powoli, niepewnie – i wstrzymałam oddech, jakbym to ja kroczyła po scenie na oczach tysięcy widzów, i do tego na wysokich obcasach. I już myślałam, że Aldona upadnie, ale Arno pochwycił jej dłoń i poprowadził do mikrofonu. Wyraźnie widziałam, jak Aldona odetchnęła.

Wtedy i ja zaczęłam oddychać normalnie. Jej występy jeszcze mnie wykończą, pomyślałam w duchu.

– Szanowni państwo. Oto przyszła wielka gwiazda polskiej piosenki. Nie znacie jej? Nic nie szkodzi. Ja też dopiero ją poznałem. Ale jej głos, jej czar powiedział mi, że jej miejsce jest wśród wielkich muzycznego świata. Osądźcie sami! – Arno spojrzał na Aldonę i lekko skinął głową.

Nagły, spazmatyczny okrzyk w pierwszym rzędzie jak nóż przeciął powstałą ciszę. Spojrzałam w bok, ale nie widziałam, kto zakrzyknął. Był to kobiecy głos, i dałabym głowę, że był to głos starszej pani siedzącej obok sekretarza partii.

Sekretarz przechylił się, żeby ją uspokoić. Za późno, pomyślałam, teraz już nic nie wskórasz. I pomyślałam jeszcze jedno bardzo brzydkie słowo. No dobrze, dwa.
– Aldona! Dawaj! – zawołał Arno. – Zaśpiewajmy naszej publiczności!

Orkiestra zagrała, Aldona i Arno zaśpiewali pierwszą zwrotkę, a kiedy dotarli do refrenu, pełnego werwy i radości, energia muzyki poruszyła scenę z takim impetem, że festiwalowa publiczność, od lat przyzwyczajona do różnych niespodzianek, podskoczyła jak na sygnał, i klaszcząc, tańcząc wypełniła przestrzeń wirującym rytmem.

Nasza mafia klaszcząc dziko skakała i tańczyła. Miałam wrażenie, że jestem w transie, ale było mi to obojętne. Wiele się wydarzyło w ciągu ostatnich dni i wciąż jeszcze działo, a teraz to napięcie rozładowywało sią w rytmie szalonej, ormiańskiej muzyki. A kiedy zamikły ostatnie takty, publiczność skandowała „Aldona! Aldona!” Bezpieka musiała wpaść w panikę i chyba tylko jakimś cudem nie doszło do przepychanek.

Spojrzałam na Krzyśka. Podrygiwał trochę mniej, pewnie dlatego, że przez łzy niewiele widział. Podtańczyłam do niego i położyłam mu rękę na ramieniu.
– Alles klar, Herr Kommissar? – zażartowałam.
– Tak toczno – odpowiedział, a ja wiedziałam, że już się pozbierał.


* * *
Nagrodą dla wszystkich laureatów festiwalu było zwyczajowo radosne tournee po krajach Związku Radzieckiego, gdzie rujnując wątrobę mogli śpiewać dla zaprzyjaźnionych z nami narodów. Trzymaliśmy się z Krzyśkiem za ręce, dodając sobie nawzajem otuchy, kiedy staliśmy na parkingu przed „Polanem”, z którego wesoły festiwalowy autobus niósł Aldonę na spotkanie z radziecką przygodą. Cieszyłam się dla niej i miałam nadzieję, że to był tylko trochę koślawy początek jej prawdziwej kariery. W końcu nieważne, jak się zaczęła, ważniejsze było, jak się potoczy, stwierdziłam filozoficznie i spojrzałam na Krzyśka.

– „Bieriozka”? – spytał krótko.
– Mhm – odpowiedziałam równie zwięźle, po czym dodałam. – Robota wykonana. Ty stawiasz.

Arno Babadżanian zmarł jeszcze tego samego roku. Jesienią. Smutną zapłakaną jesienią. Niech Wikipedia i biografowie dokumentują ślady jego kariery, ja pozwoliłam sobie na wprowadzenie małego zamieszania, żeby wspomnieć dawne festiwalowe czasy.
Tłumaczenie – autorka

„Okay, also auf drei: hoch! Eins, zwei, drei!“, und unsere Reihe hob den Kopf und schaute konzentriert in den Himmel.

Der größte Teil des Publikums in unserem Sektor folgte unserer Bewegung. Auf der Bühne tanzte und sang eine Russin – wahrscheinlich irgendein Special Guest – doch das interessierte uns damals nicht besonders. Diese beherrschte sich noch in letzter Sekunde, um nicht dem Herdeninstinkt zu folgen und den Kopf zu heben. Das wäre der absolute Hammer gewesen. Sie hielt jedoch der Versuchung stand. Gut trainiert, klar: Sowjetmensch. Unsere Mädchen quiekten vor Freude, und man musste sie beruhigen, damit Ordnungskräfte uns alle aus dem Konzert nicht hinauswarfen. Wir hatten noch Eintrittskarten für das Abschlusskonzert, das Konzert der Freundschaft, und fürchteten, dass die sich unsere Gesichter merken würden. Die meisten von uns waren Studenten, und es war damals auch bei uns bekannt, dass Studenten einen Risikofaktor, ein unberechenbares Element darstellten.

Nach dem Konzert gingen wir auf ein Bier ins ‚Bieriozka’ und durchlebten unseren Supergag noch einmal. Er funktionierte immer, denn das Verhalten der Menschen in der Menge ist immer voraussehbar. In seinem Herdeninstinkt ist er zuverlässig.

Krzysiek, der immer das Zeichen zu diesem Gag gab, lachte heute nicht mit uns. Er saß ruhig in der Ecke und schaute in sein Bierglas, als suchte er auf dem Glasboden nach einem Insekt oder einer Antwort auf eine ihn quälende Frage. Ich sprach ihn nicht an, denn ich wusste, warum er in dieser Stimmung war. Nicht alle wussten das.

„Krzysiek, was bist du so traurig?“, fragte Romek ihn und warf eine Streichholzschachtel in seine Richtung. Krzysiek ergriff sie im Flug, antwortete aber nicht.
„Lass ihn in Ruhe. Als ob du es nicht wusstest.“, sagte ich.
„Aldona?“
„Mhm“, gab er leise zu und reichte mir Geld für sein Bier.
„Krzysiek, lass das. Ich bezahle. Du übernimmst nächstes Mal die Rechnung.“

Krzysiek stand auf, winkte zum Abschied leicht mit dem Arm und verließ die Bar.
„Elka, sag es schon. Was ist?“
„Tu nicht so, als wüsstest du nichts. Aldona hat an der Vorauswahl teilgenommen und wurde disqualifiziert.“
„Wie? Diese Idioten! So ein Mädchen! Mit einer solchen Stimme! Lass mich raten: weil sie zu viel mit den Armen bewegte, ja?“
„So sagten sie es, oder so ähnlich.“
„Sind die krank?“
„Vielleicht. Vielleicht mit Sicherheit.“
„So ein Mädchen.” Romek schüttelte den Kopf.
„Und das soll eine Fachjury gewesen sein? Idioten!” Romek kam richtig in Rage.

Aldona war ein hübsches Mädchen und hatte eine schöne Figur. Ihr schwarzes Haar reichte bis zur Taille. Manchmal band sie es mit einer Klammer, doch es war so dick, dass so manche, etwas schwächere Konstruktion seinem Druck nicht standhielt und nach einigen Tagen brach. Dann band sie es mit einem dicken, groben Gummi, abgeschnitten von einem Fahrradreifen. Der hielt lange. Nur bei ihren Auftritten trug Aldona ihr Haar offen und zügelte es mit einer hellblauen Samtschleife. Hellblau wie ihre Augen. Sie sah wunderbar aus. Und dann, wenn sie so vor dem Mikrofon stand, begann sie das Publikum zu verzaubern – mit der Stimme, mit den Augen, mit der Mimik – und leider auch mit den Armbewegungen. Und manchmal, o Graus, bewegte sie leicht ihre Hüften. Die laut artikulierte Empörung der Damen in der Jury mischte sich dann immer mit Lächeln einiger Herren, die sich jedoch sofort demutsvoll der Empörung der Damen anschlossen. Wie die Priester, die sich nach hübschen Jungs umdrehen und dann bekreuzigen, erschrocken. Heuchler! Derartige Heuchelei machte mich immer wahnsinnig. Aldona hatte Temperament, dabei machte sie nichts Unanständiges. Sie lebte ihre Musik total.

„Klar“, unterbrach Romek meine Gedanken.
„Die wollen, dass alle Frauen vor dem Mikro stehen, als schluckten sie einen Stiel, Pfötchen brav runter und nicht bewegen. Und wenn, dann nur um das Mikro anzufassen. Und wozu das denn? Es steht ja. Bloß keine emotionalen Gesten. Spezialisten!” empörte er sich.

Er regte sich immer wieder auf, wenn jemand Aldona kritisierte. Vielleicht war er verknallt in sie. Wer wusste das schon. Aldona war einfach super und hatte in uns eine absolut ergebene Fangemeinde, beider Geschlechter.
„Gut, Leute. Ich muss nach Hause. Ich rufe Aldona an. Dann sage ich euch, was da wirklich gelaufen ist.“

Ich kehrte mit dem Bus nach Hause zurück und wählte sofort die Telefonnummer von Aldona, aber niemand ging dran. Ich versuchte es noch ein paarmal und gab schließlich auf. Entweder war sie nicht zu Hause oder …


* * *
– Meine verehrten Künstler. Bereiten Sie sich nun auf die erste Probe vor. Frau Marysia, verteilen Sie bitte das Probenprogramm, damit alle wissen, wann sie auftreten.”

Aldona schluckte nervös und sah ständig auf ihren Guru. Er hieß Jerzyk, begleitete sie auf dem Klavier und brachte ihr alles bei, was mit dem professionellen Gesang verbunden war. Er hatte eine langjährige Erfahrung, aber vor allem ein absolutes Gehör und Gefühl für Stimme und Wort.

„Aldona. Reg dich ab, sonst verhedderst du dich wieder zwischen den Worten. Denk daran, sprich die Wörter genau aus. Das ist so wichtig. Sie werden dir sagen, wie du sie mit deiner Mimik und Gestik unterstreichen sollst“, wiederholte er hinter der Bühne.

„Aldona Wasiek!” Aldona zuckte zusammen und geschubst von Jerzyk, betrat sie energisch die Bühne. Sie ging ans Mikrofon und verneigte sich brav.

Die Frauen und Herren Juroren lächelten gütig, doch Aldona spürte den kalten Atem des Winters, der von der Jury zu ihr herüberwehte, obwohl es Mitte Frühling war. Sie zuckte die Schulter und schaute zum Klavierspieler, der sie begleitete. Er gab ihr ein Zeichen.

Aldonas starke, klangvolle und sichere Stimme flog über die Köpfe – bis zum Refrain. Nun hob sie die Schulter, als wollte sie auf der Melodiewelle zum Flug ansetzen – und alle erstarrten.

„Hej, hej, hej! Kiedy serce ściska, wtedy z nami, z nami tańcz! Wenn dein Herz weint, tanz, tanz mit uns!” kogda serdce placzet, dawaj s nami tancewac!

Aldona sang, flog mit dem Refrain, fröhlich, rhythmisch, wie zum Tanz einladend. Jerzyk riss die Augen auf, und erschrocken starrte er sie an, doch sie war nicht mehr hier, sie hüpfte leicht wie ein aufgedrehtes Püppchen.

Die Jury blieb regungslos sitzen.

„Was ist das denn für eine Figur? Wer hat sie eingeladen?“ Frau Basia, Jurorin Nummer 4 rumpfte missbilligend ihre Nase.

„Ich kann das nicht mit ansehen. Wie beschämend! Woher kommt sie denn?”, Die Nummer 7.
„Hat sie was getrunken?”, die Nummer 1.

Aldona sang und sang, bis zum Ende der zweiten Strophe. Bevor sie zum Refrain ansetzte, wurde sie von der schrillen Stimme Frau Anias, Nummer 7, gestoppt:

„Stopp! Stopp. Vielen Dank. Verlassen Sie die Bühne.”

Erst jetzt sah Aldona auf die Juroren, auf Jerzyk – und wurde blass. Sie verstand: Das war es. Tränen füllten ihre Augen, und sie torkelte unsicher hinter die Bühne:

„Na klar, sie hat getrunken. Hab’ ich gesagt.“

Manchmal verändert eine gemeine Genugtuung einen Menschen, so dass er obwohl eigentlich normal, zu einem tollwütigen, wilden Tier mutiert. Zum Beispiel einen Fuchs. So sah gerade Frau Zofia aus. Ihr Gesicht war vor Entsetzen entstellt: kleine, halbgeschlossene Äuglein und gebogene, lange, leicht rötliche Nase. Darunter der Mund, zum Halbkreis gekrümmt und schmale Lippen, zwischen nicht mehrganz gesunde Zähne hineingesaugt. Wenn sie ihre Zähne einmal vollends verliere, könnte sie sich ein gutes Zubrot als Hexe verdienen, indem sie Kinder und vielleicht sogar alte Schnapsdrossel in ihrem Stadtviertel erschreckte.

Frau Zofia war in den sogenannten Kreisen als Kulturaktivistin sehr verdient, verfügte aber nicht im Geringsten über Gesangstalent. Und dazu brauchte man keine äußerliche Einwirkung, um sie fürs Leben dermaßen zu bestrafen. Sie hatte eine schrille Stimme, die unfähig war, subtile Klänge zu produzieren, und außerdem hatte sie kein Gefühl für Rhythmus. Alle wussten davon, obwohl niemand sie je singen gehört hatte. Obwohl …

Auf vielen Feiern, und das erst nach vielen Gläsern Bier, verstärkt mit Wodka wurde erzählt, wie man Frau Zofia einmal beim Singen, beziehungsweise beim Versuch zu singen erwischte. Sie war sicherlich bereits betrunken, aber niemand wusste das so genau. Die Leute lachten sich die Seele aus dem Leib, aber nach der Party hatte niemand gewagt, Frau Zofia in die Augen zu schauen. Ihr Gesangsversuch musste ein absolutes Fiasko gewesen sein, und sie hatte es nie Herrn Jozef verziehen, dass er sie damals erwischt hatte. Ihre Rache war total. Sie bestrafte dafür die Welt vornehmlich während der Vorauswahl zum Festival des Sowjetischen Liedes. Niemand wusste, warum sie Jurymitglied geworden war, das heißt, es gab keine rationale Erklärung dafür. Aber: Vor ungefähr hundert Jahren hatte Frau Zofia ihr Schicksal in die Hände des Sekretärs der Lokalen Abteilung der einzigen richtigen Partei gelegt. Niemand hatte auch nur versucht, die Richtigkeit der Entscheidung über die Position von Frau Zofia in der Jury in Zweifel zu ziehen. Seit wie vielen Jahren? Auch das wusste niemand mehr. Es war besser, gar nicht danach zu fragen, denn ihr Mann freute sich immer noch über ausgezeichnete Gesundheit und genau so gute Beziehungen. Kurz: obwohl die Jury vorwiegend aus kompetenten Personen bestand, hatte Aldona ihren Auftritt verspielt. Vielleicht für immer.

„Aldona?“, Jerzyk versuchte ruhig zu sprechen, als er ihre Verzweiflung sah. „Was hast du dir dabei gedacht? Du hast so gut angefangen.

„Aber das ist doch ein so fröhliches und lebensbejahendes Lied. Ich wollte es mit etwas mehr Freude und Energie darbieten. Ich weiß nicht, worum es diesen Menschen geht. Das ist doch keine Beerdigung.“

„Nein, aber das ist auch kein richtiges Festival für deine Darbietungsart. Und du sollst Wettbewerbe gewinnen. Alle. Und du kannst es. Mit deiner Stimme kannst du die ganze Welt erobern, aber sei etwas mehr diszipliniert.“
„Leichter gesagt als getan, du alter Hase.“
„Alt? Was heißt hier alt?“
„Alt, aber oho“, lächelte Aldona versöhnlich.
„Okay. Das kann ich dir abkaufen”, entgegnete Jerzyk lächelnd, umarmte Aldona und zog sie leicht zum Ausgang.
„Wenn sie uns schon rausgeworfen haben, können wir zumindest diese Metropole besichtigen, mhm?”
„Radom?”
„Warum nicht? Cafés haben die hier, oder?”
„Aber nachher muss ich Krzysiek anrufen. Er macht sich Sorgen. Aber was soll ich ihm sagen?“ Aldona senkte den Kopf.
„Denk jetzt nicht daran. Zuerst Eis mit Schlagsahne und dann schauen wir weiter. Mhm?“, tröstete Jerzyk sie.


* * *
Nachdem ein kleiner Bus auf den Parkplatz hinter dem Sitz der Gesellschaft für Polnisch-Sowjetische Freundschaft gefahren war, sah Krzysiek, dass Aldona ausstieg. Sie nahm ihre Tasche entgegen, die Jerzyk ihr reichte, dann ließ sie sich noch von ihm zum Abschied umarmen.

„Sorge dich nicht. Wir schaffen das schon. Das war nicht das letzte Mal.“ Jerzyk winkte ihr zu, doch sie sah diese Geste nicht mehr. Sie drehte sich um und ging langsam zum Taxistand.

„Aldona!” Krzysiek kam von hinten an sie heran.
Aldona zuckte zusammen.
„Ach, du bist es?”
„Und wer sonst? Heute mache ich alleine für das ganze Empfangskomitee. Alle anderen lernen für die Prüfung. Aber letztendlich ist ein großer Star gekommen”, versuchte Krzysiek sie zu trösten, als er sah, dass sich ihre großen, hellblauen Augen mit Tränen füllten.

„Hör auf. Ich bin kein Star. Du weißt doch, dass sie mich rausgeschmissen haben.”
„Sie haben dich rausgeschmissen, weil sie keine Ahnung haben.“
„Aber sie haben die Macht. Und das zählt jetzt.”
„Vielleicht zählt das auch, aber nicht alle denken so wie sie.“
„Krzysiek. Du bist wohl der einzige Fan von mir, und ich danke dir, dass du mich tröstest, aber ich bin wirklich nicht in Stimmung.”
„Ich habe zwar nicht erwartet, dass du dich mir enthusiastisch um den Hals wirfst, aber ein kleiner roter Abdruck auf meinem Mund, täte jetzt gut.”

Aldona lächelte traurig.
„Warte.”
Sie holte einen Lippenstift aus der Tasche, zog die Lippen nach und küsste Krzysiek auf beide Wangen.“
„Was ist das? Bin ich dein liebes Onkelchen, oder was?“, empörte sich Krzysiek und küsste sie auf den Mund.
Sie wehrte sich nicht. Sie drückte sich an ihn, als suchte sie bei ihm Kraft und Energie.
„Uh! Okay, das reicht jetzt”, scheinbar gleichgültig, obwohl seine Auge kurz aufleuchteten, ergriff Krzysiek Aldonas Tasche, und beide gingen langsam los.

Der Abend war warm, es wäre schade gewesen, ihn nicht zu genießen.
„Was machst du am Samstag? Singst du wieder in ‚Bieriozka’?“
„Klar. Irgendwo muss ich singen. Und hier ist es am schönsten. Ich mag sie. Zyta ist ok, sie bezahlen auch gut und pünktlich. Vielleicht sollte ich aufhören, von einer Entdeckung, einer großen Karriere und so weiter zu träumen.“
„Erzähl keinen Unsinn. Du wirst noch sehen. Jemand entdeckt dich irgendwann.“
„Ja, klar. Achtung! Sie ist achtzig und singt immer noch!“ Aldona ahmte mit gellender Stimme einen Zirkusclown nach.
„Bla, bla, bla! Und ich glaube an dich, erzähl keinen Unsinn”, beendete er und zur Bestätigung umarmte er sie stark.


* * *
„Hallo, Elka. Und? Lass uns ins ‚Bieriozka’ gehen. Wir müssen jetzt Aldona ein wenig unterstützen. Sie ist nach der Geschichte in Radom völlig fertig“, erklärte mir Krzysiek am Telefon.
„Ja, das kann ich mir gut vorstellen.”
„Das kannst du nicht, und deswegen sollen wir jetzt hin. Du weißt, dass es jetzt überall viel los ist.”
„Um wie viel Uhr?”
„Um neun. Ich hole sie schon um acht zu Hause ab, und ihr kommt nach.”

Ja klar, ich würde viel für Aldona machen. Sie war seit Jahren meine beste Freundin. Und obwohl die meisten Freundschaften unter Frauen enden, sobald ein gut aussehender Mann einen tiefen Blick auf sie wirft, spätestens aber in seinem Bett, überlebte unsere Freundschaft nicht nur einen. Das war wohl das größte Wunder in meinem bisherigen Leben.

Ich rief unsere Leute an. Trotz anstehender Prüfungen versuchten sie nicht einmal zu protestieren. Alle standen hinter Aldona und ihrer musikalischen Karriere. Wir wussten auch, dass auf den das Festival begleitenden Veranstaltungen viele Leute aus der Musikbranche unterwegs waren. Vielleicht war das eine Möglichkeit?

‚Bieriozka’ war voll. Wir hatten große Mühe, uns zu Krzysiek durchzukämpfen, der einen Tisch in der Nähe der Bühne reserviert hatte. Frau Zyta erlag jedes Mal seinem Charme. Immer. Wir hatten also die besten Plätze und Frau Zyta strahlte dermaßen vor Glück, dass ich mich schon fragte, ob ich mir keine Sorgen um Aldona machen sollte.

Frau Zyta gehörte in ‚Bieriozka’ sozusagen zum Inventar. Nach dem zweiten Weltkrieg war sie allein nach Zielona Góra gekommen und hatte hart in der Tuchfabrik „Polska Wełna“ gearbeitet. Dann hatte sie eine Ausbildung in Kulturorganisation gemacht und schließlich eine Anstellung bei ‚Bieriozka’ bekommen. Sie war zuständig für das Kulturprogramm im Klub, aber da die Ausbildung den Aspekt Delegieren nicht vorgesehen hatte, realisierte sie alle Aufgaben selbst, bis zur Selbstaufgabe und trotz der hässlichen, ihre früher noch schönen, schlanken Waden entstellenden blauen Krampfadernetze. Frau Zyta hatte ein großes Herz, vor allem für jungeehrgeizige Sängerinnen. Sie erinnerte sich noch gut an ihre Anfänge, und obwohl niemand ihre heimlichsten Träume kannte, die sie konsequent in all den Jahren schützte, hegte ich den Verdacht, dass sie selbst Sängerin werden wollte. Doch dafür reichte ihr wohl nicht der Mut. Gerade ihr.

„Tschsch!“ Lautes Flüstern ermahnte das Publikum zur Stille.

„Aldona singt!“ Aldona betrat die Bühne, unsicher, irgendwie traurig – das waren noch die Nachwehen von Radom. Sie blickte über den Raum und gab den Musikern ein Zeichen. Als die ersten Töne erklangen, lächelte Aldona leicht auf. Und dann lief alles wie immer – der Saal pulsierte im Rhythmus der Musik und Aldonas Stimme, kräftig und voller Leben. Als wäre nichts passiert. Als hätte sie ihre Niederlage in Radom vergessen. Nein, als ob das gar keine Niederlage gewesen wäre. Aldona riss das Publikum in die vibrierende Welt der Musik mit. Der Fußboden zitterte unter den Füßen der Tanzenden.

Als die letzten Takte verklungen waren, brachte ein solches Klatschgewitter aus, dass Aldona der Atem stockte. Wie hypnotisiert stand sie am Mikrofon und sah ins Publikum. In ihren Augen blinzelten Freudetränen, als glaubte sie nicht ganz, dass die Begeisterung der Zuschauer wirklich ihr galt.

Krzysiek ging auf sie zu, als sie von der Bühne herunterkam, umarmte sie und küsste sie liebevoll auf die vom Schweiß salzige Stirn.
„Du warst die Beste. Du bist die Beste”, flüsterte er.
„Entschuldigung! Lassen Sie mich durch!“, hörte ich eine Stimme, ein Mann bahnte sich einen Weg durch die Menge und steuerte auf Aldona zu.

Er erreichte sie, und ich sah, dass er sich vorstellte und zeigte dann mit dem Arm auf jemanden hinten im Saal, den ich nicht lokalisieren konnte – und dann sagte er etwas zu Aldona, was sie zum Lachen brachte. Ihr Lachen klang ungläubig. Ich sah auf Krzysiek. Er war angespannt und betrachtete den Fremden als Eindringling, der ihre Intimität inmitten der Menschenmenge störte.

Aldona nickte, und Krzysiek riss die Augen auf, als wollte er protestieren, doch Aldona legte ihm die Hand auf die Wange, was ihn zu beruhigen schien. Die Spannung wich von seinem Gesicht. Aldona sahin meine Richtung und nickte leicht mit dem Kopf. Ich kam auf sie zu, und zusammen gingen wir hinter die Bühne.

‚Bieriozka’ war damals die Schmiede für die Stars, die später die Musikwelt kennenlernen sollte. Nicht allen war das bewusst – bedauerlicherweise. Die Gesellschaft für Polnisch-Sowjetische Freundschaft beäugten wir stets misstrauisch und die Leute fragten sich nur, wo die polnische Stasi ihre Mikros versteckte oder wer in dem begeisterten Publikum zu ihren Agenten gehörte. Denn sie waren dort, mit Sicherheit.

„Hört zu!”, sprach Aldona fröhlich aufgeregt. „Dieser Kerl ist von der Zentrale. Er sagte, ich soll morgen ins ‚Estrada’ kommen. Irgendein Russe sah gerade meinen Auftritt und will mich kennenlernen.“
„Na toll! Und bei der Gelegenheit hat er eine Polin zum...!“
„Krzysiek!”, fuhr Aldona ihn an.
„Warum? Kennst du ihn? Weißt du, was er will?, Krzysiek gab nicht auf.
„Da er mich singen hörte, geht es ihm wohl um den Gesang. Was meinst du?“, wandte sie sich zu mir.
„Mhm. Es wundert mich, dass er nicht jetzt mit dir reden will. Ich komme morgen mit dir mit. Krzysiek ist unberechenbar und offensichtlich eifersüchtig. Wie auch immer, alleine würde ich wirklich nicht zu ihm gehen. Um wie viel Uhr sollst du hin?”
„Um sechs Uhr abends. Vielleicht will er kein Aufsehen erregen. Es sind so viele Leute hier“, verteidigte Aldona ihn.
„Genau“, gab ich skeptisch und drehte mich zu Krzysiek. „Ok. Wir gehen rein und du wartest brav vor ‚Estrada’ auf uns, ja?“
„Ja”, brummte Krzysiek und unterdrückte heroisch seinen wachsenden Unmut.


* * *
Ich holte Aldona ab und zusammen gingen wir ins ‚Estrada’.

„Oh, Elka! Ich habe Angst. Dieser Kerl hat gesagt, dass ich dem Russen gefallen habe. Was kann er von mir schon wollen?“
„Ich bin kein Gott. Der Erste Parteisekretär auch nicht. Also müssen wir das Gespräch abwarten. Sollich dabei sein? Vielleicht erkläre ich mich zu deiner Agentin? Du bist ja Künstlerin.“ Ich hob fragend eine Augenbraue und sah Aldona an.
Aldona lachte auf.
„Agentin? Warum nicht. Aber zuerst möchte ich mit ihm alleine sprechen.”

In das Gebäude an der Wrocławska-Straße wurden wir selbstverständlich nicht hineingelassen, denn wir hatten weder eine Eintritts- noch eine ID-Karte. Aldona vergaß den Namen des Mannes, mit dem sie gestern gesprochen hatte, und so standen wir vor der Tür wie bestellt und nicht abgeholt. Der Wächter über die Musikwelt unseres besten Freundes im Osten wie auch der einheimischen Stars, in eine Uniform gesteckt, zweifelte keinen Augenblick an seiner weisen Entscheidung, sicht nicht mit solchen Backfischen wie wir in eine Konversation verwickeln zu lassen – wie er uns voller Überheblichkeit bezeichnete.

„Sie sind ja schon da!“, hörten wir die schönste Stimme der Welt, zumindest in diesem Moment. „Bitte, kommen Sie mit.”
„Aber...”, begann ich.
„Und Sie sind …?” Der Kerl sah mich abweisend an.
„Ich bin ihre Agentin. Ohne mich geht sie da nicht rein.”

Der Kerl lächelte verächtlich, sagte jedoch:
„Na gut, folgen Sie mir.”

Der Wächter öffnete bereits den Mund, um zu protestieren, doch ein Blick des Kerls reichte ihm nicht nur als Antwort aus, sondern enthielt auch eine Information über die Konsequenzen seines Tuns, falls er auf seinen Vorschriften bestehen sollte, egal welche und von wem sie waren. Zwei Affen, dachte ich bei mir. Wer wölbte seine Brust höher? Wer hatte einen größeren Bruder? Und da fiel mir ein, dass wir gar keinen Bruder hatten. Bis jetzt.

Wir huschten dem Mann hinterher, der sich übrigens direkt als Kwaśniewski vorstellte. Ein häufiger Name, dachte ich misstrauisch. Wie John Smith in englischen Spionagekrimis.

„Zu wem gehen wir eigentlich?”, wollte ich wissen.
„Wie? Das wisst ihr nicht? Zu Arno Baba...”
„...janian?”, beendete Aldona verklärt. „O Gott!“
„Nur nicht Gott! Nur nicht Gott! Sie haben sich wohl vergessen, nicht wahr!”, brummte Kwaśniewski. In diesen Zeiten hatte Gott nicht die höchste Priorität.

Aldona schwieg erschrocken, dass sie sich mit ihrem Verhalten alles verspielte. Kwaśniewski sah aus wie ein typischer Funktionär, vorbehaltlos dem System ergeben.

„Verzeihen Sie mir bitte. Ich hätte nicht zu träumen gewagt … Er war doch schon mal …”
„Ja. Er war schon mal auf dem Festival in Zielona Góra”, beendete Kwaśniewski. „Sogar in der Jury, meine Liebe.”
„Oh!”, stöhnte Aldona, und ich runzelte die Nase.

Indessen erreichten wir die Tür, hinter welcher Aldona mit dem großen und anscheinend ihr gut bekannten sowjetischen Komponisten Auge in Auge stehen würde.

„Was, willst du vor irgendeinem Russen kuschen?“, fuhr ich sie flüsternd an.
„Er ist kein Russe, sondern Armenier”, korrigierte sie mich, ebenso im Flüsterton.
„Na dann.“ Ich zuckte die Schultern.
„Und?” Ich lief zu ihr, als sie auf den Korridor herauskam.
„Was: Und?”
„Aldona, ich ziehe dir gleich einen über“, warnte ich sie.
„Er ist super! Und er möchte mich noch einmal hören. Aber er versprach mir nichts. Er lächelte nur gütig. Ich fühlte mich ein bisschen komisch, aber ich habe es nicht hingekriegt, ihn zu fragen, warum.“
„Eh! Er ist eindeutig an dir interessiert. Und das ist schon mal was.“
„Du, ich freue mich so, dass ich schon fürchte, dass es schief geht“, seufzte Aldona. „Hör zu, er will mich jetzt hören. Geh, bitte, zu Krzysiek und sag es ihm, damit er sich keine Sorgen macht. Ich bei in einer Stunde bei euch.“
„Nur keine Angst. Ich sage es ihm.”

Abergläubig trat ich ihr mit dem Knie leicht in den Hintern und ging.

„He!”, rief sie überrascht und lachte. „Ich danke dir dafür nicht.“
„Hüte dich bloß davor”, warf ich noch über die Schulter.
„Hi, Krzysiek. Lass uns auf einen Kaffee irgendwo hier gehen. Wir müssen warten.“
„Wo ist Aldona?”
„Sie singt gerade für einen Arno Babajanian.”
„Für wen?”
„Wie? Kennst du ihn nicht?”, wunderte ich mich. „Jeder kennt ihn.”
„Sag bloß.”
„Später mehr. Ich habe auch gerade von seiner Existenz erfahren, aber Aldona fiel beinahe ihn Ohnmacht vor Glück.“
„Na toll!” Krzysiek konnte seine Eifersucht nicht verbergen. Wenn er nur diesen älteren, graumelierten Herrn gesehen hätte … Ich wollte ihm aber seine Angst nicht nehmen. Ein bisschen Unsicherheit täte ihm gut.

„Na komm. Ich erzähle dir gleich alles und in einer Stunde holen wir Aldona ab.”
„Das hoffe ich.“ Bevor Krzysiek mir folgte, sah er noch einmal zurück, als hoffte er, Aldona käme geflohen aus ‚Estrada’.
„Aaah!”, Aldona schrie wild vor Freude, als sie uns bemerkte, und schon lief sie auf uns zu mit ausgebreiteten Armen.
„Was ist passiert? Was wollte er von dir? Hat er dich verletzt?”, erschrak Krzysiek, immer bereit, Aldona zu schützen.
„Krzysiek! Beruhige dich doch. Er hat mir gerade vorgeschlagen, mit ihm auf dem Festival aufzutreten, außerhalb des Wettbewerbs. Was sagt ihr dazu?”

„So etwas gab es doch noch nie!“ „Eben.“ „Aber wie soll das denn gehen?”
„Es gibt da jemand. Und dieser kennt einen anderen Jemand. Er sagte nicht, wer das ist, aber zwischen den Zeilen habe ich verstanden, des derjenige bei ihm in Schuld steht, vielleicht der Chef der Gesellschaft für die Polnisch-Sowjetische Freundschaft, also einer ganz oben in Warschau. Und der ist ja der Wichtigste und er entscheidet über alles und überhaupt.“ Aldona strahlte wie der Reaktor in Tschernobyl kurz vor Explosion (obwohl wir damals nicht einmal wussten, dass es ihn gibt).

„Aber das ist Politik. Du willst dich doch nicht instrumentalisieren lassen, oder?” Krzysiek sah besorgt zuerst mich an, dann Aldona und dann wieder mich.

„Im Gegenteil – mit Freude. Die blöde Tante, die Frau Zosia und ihre Paviane sollen es sehen.“
„Oje, die ist verrückt geworden, einfach verrückt.”
„Lass mich doch, Krzysiek! Entweder bist du mit mir oder …“
„… oder was?! Komm mir bloß nicht mit so was!”, Krzysiek wurde wütend. Die Geschehnisse der letzten Tage setzten ihm deutlich zu.

„Kinder, Kinder!” Ruhig versuchte ich, die Temperatur des Gesprächs zu senken. „Noch ist nichts passiert. Vielleicht wird ja nichts daraus. Lass uns das locker angehen.”
„Leichter gesagt als getan. Und hör auf, ein krankes Orakel von Delphi zu spielen. Bist du meine Freundin oder nicht?“

„Die bin ich und die bleibe ich auch. Aber ich denke, dass du jetzt ein Glas kaltes Bier brauchst. Eigentlich braucht ihr es beide“, und ich sah Krzysiek warnend an. Er senkte sofort den Blick.
„Nein! ich kann nicht. Meine Stimme!”, entgegnete Aldona empört.
„Na dann ein warmes Bier für dich. Und Schluss jetzt. Wir gehen ins ‚Palmiarnia’. Punkt.“

„Er spricht sogar ein bisschen Polnisch”, sagte Aldona leise und verstummte.

Wir waren alle über die Entwicklung der Sache trotzdem besorgt. Dieser Babajanian weckte in Aldona Hoffnung, und sie glaubte ihm vorbehaltlos. So sehr wollte sie auf diesem Festival auftreten. Ich hatte Angst, dass er sie enttäuschen würde, und sie fühlte es auch.


* * *
Bis zum Konzert der Freundschaft blieben noch zwei Tage. Aldona übte verbissen, und Jerzyk riss sich vor Verzweiflung die Haare vom Kopf, denn sie schonte ihre Stimme nicht, und er konnte und wollte das nicht akzeptieren. Sie sollte selbstverständlich viel üben, aber in Maßen. Er verstand ihren Eifer, und auch diese plötzliche Gelegenheit, die sie ihr bot, aber all das nicht zum Preis ihrer Stimme. Die Stimme ist ein fragiles Instrument. Doch sie musste. Ungeduldig wirbelte sie, lachte plötzlich auf, dann wurde sie auf einmal traurig, um gleich darauf konzentriert zu singen. Und dann flog sie wie auf Flügeln zu Arno Babajanian. Und dort sang sie unter seiner Leitung. Und er lächelte gütig wie ein gutes Onkelchen – Diadia, wie Russen es sagen.


* * *
An diesem Tag konnte sich Aldona nicht an eine simple Aufgabe konzentrieren. Daher fragte ich sie nicht, ob sie Tee trinken wollte, sondern stellte eine Tasse Tee vor ihr auf den Tisch und nickte mit dem Kopf. Dann trank sie. Ich fragte nicht, ob sie Hunger hatte, sondern stellte einen Teller Suppe vor ihr auf den Tisch und sie aß. Und ich verdrehte die Augen. Was sollte ich tun? Ich war ihre Freundin, also war ich da, wenn sie Hilfe brauchte.

Um sechs fuhren wir ins ‚Estrada’. Von dort brachte ein Taxi Aldona, Arno und mich zum Konzert. Ich, Mädchen für alles, denn keineswegs ihre Agentin, wich ihr nicht von der Seite. Beladen mit einer großen Tasche mit ihrem Kleid, Schuhen, Kosmetika, Haarutensilien und anderem wichtigen Kram schnaufte ich wie eine Lokomotive versuchte ihnen zu folgen. In Arnos Garderobe bekam Aldona ein kleines Toilettentischchen. Wo hatte der das aufgetrieben?, wunderte ich mich. Auch mich ergriff der Stress. Ab und zu seufzte ich, als fehlte mir Luft. Dann schloss ich die Augen, atmete tief ein und langsam ließ ich die Luft wieder entweichen. Aldona schwieg. Sie wusste, dass es so besser war. Auch sie kannte mich gut. Wir mussten uns auf die Arbeit konzentrieren, denn unsere ganze Gruppe saß bereits im Amphitheater, in zweiter Reihe, und sie würden mich umbringen, wenn ich es verbockt hätte.

Arno Babajanian war ein besonderer Gast, und als solcher trat er ganz zum Schluss auf. Mit ihm – bei seinem zweiten Song, den er vor vielen Jahren komponierte – sollte Aldona auftreten. Eine Überraschung aus Zielona Góra. Ha! Aldona kannte das Lied sehr gut, womit sie den Komponisten beeindruckt hatte. Nur die Organisatoren und Moderatoren wussten von dieser Programmänderung. Das sollte ein richtiger Schocker sein. Manchmal frage ich mich, ob Arno nicht eine alte Rechnung mit jemandem begleichen wollte. Vielleicht mit Frau Zofia? Bei diesem Gedanken lächelte ich ganz und gar nicht elegant.

Während des ersten Teils des Konzerts saß ich im Publikum, doch danach hielt ich nicht mehr aus und lief in Aldonas Garderobe. Sie war aber nicht da. Ich wartete eine Weile, aber sie kam nicht zurück. Ich ging zur Toilette, doch auch dort war sie nicht. Die Panik ergriff mich. Vielleicht hatte sie jemand hinausgeworfen, weil sie nicht auf der Liste stand? Vielleicht war sie entführt worden? Die schlimmsten Thrillerbilder wechselten rasend in meinem Hirn, während ich von einer Garderobe zur anderen jagte, an den Türen klopfte, an den Klinken riss. Bis mein Blick endlich auf ein großes Fenster am Ende des Flurs fiel. Dahinter auf den Boden saß Alina. Ich lief aus dem Gebäude und ging zu ihr. Sie saß auf einem Stapel Bodenplatten, keine Ahnung wer sie da hatte liegen lassen, und sah schweigend vor sich hin in den warmen Juniabend. Erst jetzt merkte ich, dass es angenehm warm war, die Blumen auf den Beeten dufteten schön, doch das alles existierte für mich an diesem Tag nicht, bis zu diesem Augenblick.

„Aldona”, begann ich sachte. Aldona zuckte zusammen und sah mich an.
„Mhm?”
„Alles klar?” Sie seufzte.
„Was ist passiert?”
„Keine Ahnung. Ich habe Angst. Arno ist jetzt hinter den Kulissen und all das scheint mir so irreal. Vielleicht ist das nur ein Traum? Elka, sag, passiert das wirklich?”
Ich setzte mich zu ihr und umarmte sie. „Leider ja.”
„Warum leider?”
„Weil das so verrückt ist, dass sogar ich – und du kennst mich als eine rationale Person – den Eindruck habe, dass es ein Traum ist. Aber es ist wahr. Eine ganz und gar greifbare Realität. Aber ich entspanne mich erst dann, wenn dieses Festival zu Ende gegangen ist.

„Ich auch”, pflichtete mir Aldona bei.
„Aber bis es so weit ist, lass uns an dieser irrealen Realität erfreuen. Es wird schon. Du wirst sehen!”fügte ich noch hinzu, eher um mich selbst zu versichern, dass es so kommen würde. „Jetzt müssen wir in die Garderobe zurück. Ich werde ein Wunder vollbringen und aus diesem traurigen Mädchen einen strahlenden glücklichen Star machen. Na, komm!“

Gut, dass ich in der Materie erfahren war und Aldonas Gesicht wie mein eigenes kannte. In Handumdrehen „räumte“ ich es auf und steckte das Haar hoch. Sonst hätten wir dafür eine Ewigkeit gebraucht. Aldona sah in den Spiegel und lächelte zum ersten Mal an diesem Abend.

„Ich danke dir, Elka. Ich werde dir das nie vergessen”, und sie küsste mich auf die Wange.
„Das will ich doch hoffen. Schließlich wird gerade ein Star geboren und auch ich habe meinen Beitrag dazu geleistet.“ Denn als Hebamme tauge ich eher nicht, dachte ich bei mir.

Aldona schlug mir leicht auf die Schulter und lachte.

Plötzlich aus einem uralten Lautsprecher ertönte knacksend – ach die Technik! – die Stimme der Regieassistentin:
„Aldona, kommen Sie bitte hinter die Kulissen. Sie sind gleich dran.“

Aldona sank in die Knie und setzte sich für einen Augenblick:
„O Gott, ich habe solche Angst! Zum ersten Mal in meinem Leben habe ich solche Angst. Elka, halt mich fest!”

Ich drückte sie an mich und zog dann leicht an dem Arm.
„Komm. Die Zeit des Ruhms ist gekommen”, fügte ich beinahe sorgenlos hinzu.
Aldona atmete tief durch: „Jetzt oder nie. Uh!”

Ich ging rüber zu unseren Leuten im Publikum, um ihren Auftritt zu verfolgen. Denn es sollte kein normaler Auftritt werden. Das würde ein historischer Moment werden – zumindest in unserem Leben.

Arno verbeugte sich charmant vor dem Publikum und wartete zuerst die Ovationen ab. Als sich das Publikum beruhigte, ging Arno auf die Kulissen zu, ein Zeichen für die Assistentin, damit sie Aldona auf die Bühne schubste. Ich sah, wie sie ging, steif, unsicher – ich hörte auf zu atmen, als ob es ich wäre,die da über die Bühne vor Tausenden Augenpaaren stakste. Und ich dachte schon, dass Aldona plötzlich hinfällt, doch Arno griff nach ihrer Hand und führte sie ans Mikrofon. Ich konnte deutlich sehen, dass Aldona aufatmete. Erst dann fing auch ich an, normal zu atmen. Ihre Auftritte bringen mich noch um, dachte ich.

„Sehr geehrte Damen und Herren, liebes Publikum. Ich stelle Ihnen den zukünftigen Star des polnischen Songs vor. Kennen Sie sie nicht? Das macht nichts. Auch ich habe sie gerade kennengelernt. Doch ihre Stimme und ihr Charme sagten mir, dass ihr Platz unter den Großen der Musikwelt ist. Beurteilen Sie selbst!“, Arno sah zu Aldona rüber und nickte leicht.

Ein plötzlicher Schrei, krampfartig, scharf, schnitt wie ein Messer die gerade entstandene Stille durch. Ich blickte zur Seite, doch ich konnte nicht sehen, wer geschrien hatte. Es war eine Frauenstimme, und ich könnte meinen Kopf dafür verwetten, dass es die Stimme der älteren Frau war, die neben dem Parteisekretär saß. Der Sekretär beugte sich zu ihr, um sie zu beruhigen. Zu spät, dachte ich, jetzt kannst du nichts mehr ausrichten. Und ich dachte noch ein ganz böses Wort. Okay, zwei Wörter.

„Aldona! Dawai!”, rief Arno. „Lass uns singen! Das Publikum wartet!”

Das Orchester begann zu spielen, Aldona und Arno sangen die erste Strophe und als sie beim Refrain angekommen waren, voller Verve und Freude, bewegte die Musik die Bühne mit solchem Schwung, dass das Publikum, seit Jahren auf alles gefasst, aufsprang – wie auf ein Zeichen – klatschte, und tanzte. Der vibrierende Rhythmus brachte das Amphitheater beinahe zum Bersten.

Auch unsere Gruppe hüpfte wild und klatschte. Ich hatte den Eindruck, im Trans zu sein, aber mir war jetzt alles egal. In den letzten Tagen war so viel passiert und passierte immer noch – und nun entlud sich die Spannung im Rhythmus der wilden armenischen Musik. Als die letzten Töne verklungen waren, rief das Publikum im Chor: „Aldona! Aldona!” Die Sicherheitsleute gerieten in Panik und nur durch ein Wunder kam es zu keinen Ausschreitungen.

Ich sah Krzysiek an. Er hüpfte unsicher, vielleicht weil er durch die Tränen nicht so gut sehen konnte. Ich tanzte auf ihn zu und legte ihm die Hand auf die Schulter.
„Alles klar, Herr Kommissar?”, scherzte ich.
„Taktoczno”, antwortete er, jawohl, und ich wusste, dass er sich bereits gefangen hatte.


* * *
Der Preis für die Laureaten des Festivals war eine Tournee durch die Republiken der Sowjetunion, wo sie für alle befreundeten Völker singen und ihre Leber auf eine harte Probe stellen durften.

Krzysiek und ich standen am Parkplatz vor dem Hotel ‚Polan’, von dem der Bus Aldona dem sowjetischen Abenteuer entgegenfuhr. Ich freute mich für sie und hoffte, dass das letzte Festival nur ein schräger Anfang ihrer echten Karriere war. Es war letztendlich nicht wichtig, wie sie begonnen hatte, wichtiger war, wie sie weitergehen würde, stellte ich philosophisch fest und sah Krzysiek an.
„‚Bieriozka’?”, fragte er kurz.
„Ja.” Genauso kurz fiel meine Antwort aus. „Job getan. Du zahlst”, fügte ich noch hinzu.

Arno Babajanian starb noch im selben Jahr. Im Herbst. Im traurigen verweinten Herbst. Es mögen Wikipedia und alle Biografen Spuren seiner Karriere dokumentieren, ich erlaubte mir ein kleines Spiel, um an alte Zeiten zu erinnern.
Renata A. Thiele