Blog Julii - Opowiadanie z cyklu „Brama”

* * *
Wchodząc do mnie można zobaczyć stół, dwa krzesła, herbatę na stole, herbatę w szklance, pastylki na stole, obok telefon, za telefonem ścianę przykrytą tapetą, tapetą w kwiaty, żółte kwiaty. Kwiaty kwitną na tapecie, bo oświetla je żarówka, żarówka ma ze 100 vat i jest w żyrandolu z materiału, przezroczystego, sztucznego. Wchodząc do pokoju można zobaczyć łóżko i pościel świeżą, pachnącą, nieobecną i niczyją. Pościel bezczelnie gładką i sufit zdolny podtrzymać wisielca, o ile przysposobi go w hak i wykorzysta krzesło - jedno z dwóch krzeseł – to solidniejsze, młodsze, silniejsze krzesło. Można zobaczy w pokoju podłogę, ale trzeba by najpierw zedrze dywan wychodzony, przetarty i cienki, szczególnie na środku, tam, gdzie się chodzi, po nim się chodzi i wzdłuż i w szerz i nazad. W pokoju można zobaczyć regał i książki, grzbiety książek nierówne, spasione i wychudzone, pożółkłe i treściwe, literowane i z obrazkami, z papierem mat i błysk, można zobaczyć je wszystkie i żadnej, po kolei lub wyciągnąć jedną lub nie wyciągać żadnej. Zapewne też można ujrzeć okno, można ujrzeć okno i podejść i zobaczyć widok za oknem i kamienicę naprzeciwko i sąsiednie okno bez żaluzji lub nie widzieć kamienicy, lecz trzy i pół sekundy lotu, który trwa zanim rozpieprzy się wyskakujący przez okno człowiek.

Mówi się, że każda historia ma swój początek, swoje rozwinięcie i swój koniec. Pewnie tak jest, że tak nie jest jednak pewniejsze.

Jest 15 kwietnia i ta historia już powinna zostać zamknięta. Każdą historię opowiedzieć trzeba nieskończoną ilość razy w niedokończony sposób. Książki czyta się od lewej do prawej, przynajmniej tutaj, teraz, filmy ogląda od minuty pierwszej do ostatniej. Na końcu książki dowiadujemy się kto zabił, na końcu filmu, że ona z nim nie zostanie.

Historię opowiedzieć trzeba nieskończoną ilość razy w niedokończony sposób. Mówi się, że każda historia ma swój początek, ma swoje rozwinięcie i ma swój koniec. Pewnie tak jest, że tak nie jest jednak, jest dużo pewniejsze.


* * *
Na stole obok kwiatów stała ramka z fotografią w srebrnej ramce, która była posrebrzana. Julia była obok. Na stole pod obrusem leżał blat drewnianego stołu z płyty paździerzowej. Stół błyszczał się w bladym świetle lampki nocnej. Był dzień.
Julia była obok.
Podpierała się dłonią o krawędź. O krawędź stołu.

Julia miała trzydzieści dwa lata minus osiem. Osiem lat musiała się cofnąć, by pójść do przodu. Tak jakby mogła wrócić. Jakby mogło to cokolwiek zmienić.

To mój monodram, którego nigdy nie napiszę. To moja historia, której nigdy nie rozliczę. To moje życie, które...


* * *
– Mam na imię Julia – powiedziałam.
– Ryszard – odpowiedział – ale wszyscy mówią na mnie Ris.
– Ja nie jestem wszyscy – pomyślałam – Niech będzie Ris, dlaczego nie? – powiedziałam.
Właściwie to napisałam. Rozmawialiśmy na czacie. Pisaliśmy do siebie, czyli obok, na czacie. Napisałam na blogu, że jestem prawie szczęśliwa, że prawie mu wierzę.


* * *
Między sierpniem, letnim deszczem, dojrzewającymi gruszkami w ogrodzie, robieniem dobrze Risowi a pracownią malarską umarłam po raz pierwszy.

Nie była to śmierć spektakularna, widowiskowa, choć myślałam, że śmieje się ze mnie cały świat. Śmierć moja była nieintymna. Obdarta ze wszystkiego, co może nieść zwykłe umieranie. Zdechłam, bo zostałam przybita. Jak zdjęcia w mojej pracowni. Jak mój blog do sieci.

– Nigdy cię nie kochałem muszę iść.

6 wyrazów bez zająknięcia, 22 litery jak kadry aparatu fotograficznego. Tyle właśnie potrzeba, żeby rozstrzelać kobietę. Roztrzaskać jak szklankę o posadzkę. Tak właśnie męski bóg tworzy kurwę i zatraca kobietę. To co pozostaje w męskim świecie nazywa się spermą i szmatą. Reszty nie ma. Julia umiera.

Trochę później. Zatem trochę wcześniej.


* * *
Oddychanie jest procesem ciągłym. Nie zaczyna się wraz z faktem, nie kończy wraz z innym. Trwa. Jak określić, jak zważyć ile wody jest w jeziorze? Skąd pochodzi? Ile w niej deszczu? Ile szczyn? Jaki jest jej poziom?

Liczby mnie przerażały. Od zawsze. 22 litery jak kadry aparatu fotograficznego. Wynikanie, jasność przechodzenia, cała ta iluzja, że życie jest klarowne i policzalne. Nie jest. A ja jestem wodą.

Kobieta jest wodą, zawsze wodą, wtedy kiedy gasi mężczyznę i wtedy, kiedy widzi świat. Kobieta jest wodą płodową i oceanem. Jestem wodą płodową i oceanem. Świat każe nam się skrystalizować. W sopel. W element stały. I nie stopić. Czyli nie umrzeć. Przeżyć.
Powinnam przy tobie być, Julio.


* * *
– Czego się napijesz?
– Herbaty – odpowiedziała Julia.
– Dlaczego nie zamówisz wina? – spytałam.
– Poproszę dwie herbaty – powiedział Łukasz i zaczesał nieco przetłuszczone włosy.
– Często... często tu przychodzisz?
– Czy ja wiem... – odpowiedziała Julia.
– To kto ma wiedzieć, ja? Spytałam.
– Raczej nie – głos Julii zdradzał rozdrażnienie.
– Nie... Nie podoba ci się tutaj?
– Jestem przyzwyczajona do innych wnętrz.
– A kto cię do cholery do nich przyzwyczajał?

Popatrz na niego. Łukasz był nieśmiały, zbyt nieśmiały. Przepadł. A wraz z nim przepadła Julia i Łukasz. Została sama Julia. W kuchni restauracji dał się wyczuć wyraźny swąd palonego mięsa.


* * *
– Ty się tym nie przejmuj. Powinnaś przyjść na moje zajęcia.

Aneta zawsze miała dla mnie czas. Zawsze była cierpliwa. Wszystko jej się udawało. Dosłownie wszystko. Tylko do facetów nie miała szczęścia. Inteligentna. Ładna. Wysportowana. Trenowała jogę. Tak wtedy myślałam. Siadałam przy niej na kanapie, oglądałyśmy do późna filmy, jadłyśmy to co przyrządziła. Była wegetarianką. Potrafiła gotować najrozmaitsze rzeczy.

Mieszkanie Anety było urządzone zgodnie z zasadami Feng Shui, zawsze idealnie czyste, schludne. Nie wiedziałam dlaczego ktoś taki jak Aneta przyjaźni się z kimś takim jak ja.

Wystrzałowa brunetka o idealnej figurze kontra nic ciekawego. Usiadłabym przy niej dzisiaj, ale wtedy trochę inaczej. Zupełnie inaczej.

– Możemy porozmawiać?
– Oczywiście – odpowiedziała. Ale muszę ci coś pokazać. Była promocja w galerii...
– Za osiem lat będziesz instruktorką jogi i trenerem rozwoju osobistego.
– Słucham?
– To słuchaj. Słysz. I dla odmiany nie przerywaj. Dalej będziesz wsuwać te swoje dziwactwa sushi i ciągle będziesz sama. Skupiona na swoim wewnętrznym świecie harmonii, energii, czakry, srakry i innych kosmicznych rzeczy. Woda w kranie będzie ci mówić o spokoju, a podręczniki indyjskich śmiesznych facecików z krótkimi członkami, żyjącymi w lepiankach będą instruować jak żyć w lepiance w poczuciu wewnętrznego szczęścia zespolonego ze wszechświatem.

Zaczną ci się pojawiać pierwsze zmarszczki i przestaniesz już być piewcą naturalnego porządku rzeczy. Nie będziesz mogła mieć dzieci. A wtedy już nie będziesz piewczynią, kowalką swojego losu, marynarką na morzu w kratę, kapitanką feministycznej niezależności, ale majorką bezludnej wyspy. Kupisz sobie kota. Ale go wykastrujesz, oficerko, żeby nie szalał ci po mieszkaniu. I będziesz bardziej nieszczęśliwa ode mnie. Przestaniemy się do siebie odzywać wredna pół lesbo, która udziela innym rad jak zostać kobietą niezależną, uzależniając innych od siebie. Wal się! Ale nikt z tobą nie chce... Zmień swoje życie. Jestem z przyszłości... Macham do ciebie czasie, którego nie cofnę, a ty masz to w czarnej dziurze.


* * *
Dzisiah nie ppisze dzisiaj rzygawm. Pozdraeiam wdzysstkich imprezijącuych przea moniotorem,.


* * *
Nic się nie martw. Wszystko będzie dobrze.
Czego chcesz Julio?
Żeby ktoś mnie pokochał
To mogę być ja.
W Małym Księciu tak było. Albo w Kubusiu Puchatku. Zostaniesz moim przyjacielem? I został.
Więc zostanę.
Będziesz mnie zdradzał?
Może kilka razy w życiu. Ale ci o tym nie powiem.
Nie jesteś romantyczny.
Nie jestem sentymentalny.
Umiesz pisać wiersze?
Nie. Jaki chcesz? Biały?
Kolorowy.
Pytałem...
Wiem o co pytałeś. C
zym się zajmujesz, Julio?
Tworzę, projektuję, piszę bloga, robię zdjęcia, wracam w przeszłość. Chciałabym... chciałabym zaznać odrobiny poezji... Takiej, gdzie nie ma żadnej pizdy, żadnego walenia. Poezji. To tak wiele?
Tak.
Bądź...
Jaki?
Prawdziwy. Jesteś? Możesz być?


* * *
Za oknem leje deszcz. Po ulicy płynie brunatna struga, która sięga prawie do końca krawężnika. Szaro, buro i ponuro. Kto wymyślił październik? Pewnie ten sam, co wymyślił listopad.
Pracuję nad obróbką zdjęć ślubnych. Zlecenie. Na pewno będą szczęśliwi, we wrześniu jest „r”.
Pan młody ma 42 lata, panna młoda 20. Ktoś mógłby powiedzieć, że mógłby być jej ojcem. Nie mógłby, jest za brzydki. Od tego jestem ja i photoshop. Zmieniam świat na lepszy, czyli retuszuję, zakrywam i zmieniam. Fałszuję. Jestem fałszerką. Mogłabym nawet być fałszywą, gdyby tylko mogło dać mi to szczęście.


* * *
Noc
wciąga mnie w głąb
Płynę
w dłoniach jak w łodzi

Ukryty
nagi
wyrzucony na wierzch
jak na groźny ląd.

Twarz przyklejona do szyby
jak liść

To są kroki
do dzwonek
to zwykła rozmowa
uciekam od ściany do ściany
krzyczę szeptem:
jestem
                            Tadeusz Różewicz, Ścigany


* * *
Julia umarła i urodziła się poczwarą. Chciałabym, żebyś wtedy nie umarła, Julio. Też możesz nią być. Każda z nas może zostać poczwarą.
Poradnik z cyklu:
Jak zostać poczwarą.
Kiedy zostaniesz poczwarą świat się zmienia. Jesteś takim... człowiekiem drugiej kategorii. Dajesz się posunąć na pierwszej lub drugiej randce. Stajesz się dziwkowata, jeśli jesteś już potworem, to bądź chociaż dziwkowata. Niedziwkowata poczwara może od razu wejść do jaskini i zamurować się od środka. Jeśli jeszcze chcesz żyć po przepotworzeniu, bądź łatwa. Nikt nie będzie na ciebie czekał. Nikt nie będzie cię chciał. Jak to zrobić?

Uważaj! Wystarczy... iść spać i obudzić się...
z OSPĄ!
Tak! Rozpieprzy ci twarz zupełnie za darmo i żaden puder nie przykryje twoich blizn! Nie musisz robić absolutnie nic więcej, żeby cię wypieprzyli, nawet nie musisz rozkładać nóg.

Ospa i cię nie ma. Możesz już być sama. Popraw sobie zdjęcie w photoshopie na pocieszenie. Dobranoc głupie cipy co miałyście ospę. Wypieprzać do rowu. Nikt nie chce was oglądać. Do rowu za pieprzone rozstępy po porodzie i kilka kilogramów, do rowu cipo, jak śmiałaś, jak śmiałaś się zestarzeć? Zepchnijcie nas wszystkie. Jakieś one będą miały więcej miejsca, żeby tańczyć na parkiecie, ale w końcu złamią sobie tę piękną opaloną nóżkę. Wypierdolą się na tym parkiecie, a wtedy my, z dołu, z rowu wyciągniemy po was ręce. I wciągniemy do nas. Będziemy cię żuły z zawiścią, z żółtą cerą, po ospie, po porodzie, po śmierci, po szczaniu pod siebie. Aż będziesz jedną z nas. Dzisiaj, jutro, będziesz. Witaj, potworze w świecie koszmaru.
Wyjścia są tylko dwa. Czy w świat koszmaru wejdziesz sama czy ze swoim ukochanym potomstwem?


* * *
Gorąca herbata, dwie łyżki miodu. Czuję się jakbym przebiegła maraton lub po prostu: okres. Włączam „co może przynieść nowy dzień”, zamykam oczy. Do dupy z tym wszystkim. Julio...
Kim jesteś?
A kim chcesz, żebym był?
Nie wiem, nie mam siły niczego chcieć, okres mam.
Julio, piękna jesteś.
W dresie jesteś ta piękność zdycha.
Może być i w dresie.
Ty to dopiero jesteś desperat. Ja tak nie pomyślałam. Tak mi się samo...
Lubię twoje poczucie humoru.
Jest zgorzkniałe i złośliwe. Nie lubię ładniejszych od siebie.
To znaczy, że jesteś szczera.
Nie. Fałszuję. Jestem wodą skupioną w sopel lodu.
Nie.
Dlaczego?
Bo ci nigdy na to nie pozwolę.
Dlaczego?
Bo ty nie istniejesz.


* * *
– Panie Piotrze, niech pan siada – wskazałam na fotel
– Dziękuję pani dyrektor. Bardzo się cieszę, że znalazła pani dla mnie chwilę. Nie ukrywam, że bardzo mi zależy na tej pracy.
– Prawdę powiedziawszy nie panu jednemu. Pije pan ze śmietanką?
– Słucham? A tak, poproszę – Piotr wyprostował się w krześle. Był zdenerwowany i zestresowany. To dobrze. Ale źle, że było to po panu widać.
– Wie pani, to nowa sytuacja dla mnie.
– Rozmowa o pracę jest dla pana nową sytuacją?
– Może źle się wyraziłem.
– Panie Piotrze, zależałoby mi na tym, żeby wyrażał się pan dobrze.
– Oczywiście.
– Co pan wie o naszej firmie?
– Na rynku polskim jest od sześciu lat. Zatrudniacie Państwo kilkunastu grafików, informatyków, programistów. Pani jest dyrektorem od lat trzech...
– To pańskie projekty?
– Tak. Nie jestem z nich do końca zadowolony, ale...
– A nie mógłby pan przynieść takich, z których jest pan zadowolony? Jeśli pan ma do nich uwagi jako autor, to co ja mam powiedzieć?
– To znaczy ja chciałem...
– To znaczy jak pan chce popisać o swoich rozkminach, to niech pan sobie blog założy. Wydaje mi się, że nie mamy o czym ze sobą rozmawiać.
– Panie Piotrze?
– Tak? – Piotr odwrócił się z nieśmiałą nadzieją.
– Proszę powiedzieć sekretarce, żeby mi przypomniała, że o 16.00 mam jechać do mecenasa Śliwińskiego.
– Dobrze, proszę pani.
– Głowa do góry, wszystko będzie dobrze.


* * *
Wszystko jest kwestią skupienia i temperatury. Jesteśmy z wody...
Przemysław Grzesiński


Blog Julii Przemysława Grzesińskiego to kolejne opowiadanie z cyklu zatytułowanego „Brama”, w którego skład wchodzi osiem utworów. Każdy z nich może być odczytany odrębnie jako samodzielny tekst, jednak dopiero lektura całości ukazuje prawdziwe intencje autora. Brama jest bowiem rodzajem obrachunku pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych z przeszłością i teraźniejszością. Kreowany przez autora bohater to wnuk pokolenia Kolumbów, o których Tadeusz Różewicz mówił jako o „ocalonych”, „prowadzonych na rzeź”, „krzyczących w nocy”. To pokrewieństwo dotyczy nie tylko świadomego wykorzystania motywów i obrazów z pierwszego powojennego tomiku poety Niepokój (otwiera go wiersz Róża), ale jest przede wszystkim podjęciem próby wypowiedzi w imieniu generacji młodych spustoszonych wewnętrznie przez swoje czasy. Okazuje się bowiem, że nie tylko koszmar wojny może stać się przyczyną zachwiania wszelkich wartości, lecz pozornie bezpieczny dla nich czas pokoju. Zdawać by się mogło, że pokolenie, które czas wojennej Apokalipsy zna jedynie z podręczników historii, nie powinno mieć trudności w odróżnianiu prawdy od kłamstwa, miłości od nienawiści – bowiem powtórne oddzielenie światła od ciemności zostało już dokonane, przywrócone. Co zatem się stało, że transmisja spuścizny wartości i dorobku kulturowego została zachwiana? Jaki popełniono błąd, że młode pokolenie nie chce, nie może, czy nie potrafi ich przyjąć? Autor Bramy nie daje odpowiedzi na te pytania. Głos jego bohaterów to głos tych młodych, których oskarża się o sprzeniewierzanie się odwiecznym prawom, o nieznajomość historii i tradycji, młodych nastawionych konsumpcyjnie do świata, wyzutych z wszelkich zasad, nieodczuwających żadnych więzi z minionym, dla nich już archaicznym i niezrozumiałym czasem. I zarazem to głos tych „ocalonych” z pożogi upadku wartości, którzy jednak nie potrafią odnaleźć swojego miejsca wśród rówieśników wyznających z rozbrajającą szczerością: „Mam dwadzieścia cztery lata i … jestem, jaki jestem”.