My – wykorzenieni

Swego czasu, w Gdyni, tej… Gdyni, z najkrótszą „wielkomiejską” historią w rozpoznanym przeze mnie świecie, mieście bez właściwych archetypów, słuchałem czytającego swoje „postmodernistyczne” wiersze Wojciecha Roszkowskiego (urodzonego w Białymstoku, ale utożsamionego i zakochanego z wzajemnością w narwiańskim Tykocinie), kiedy doszczętnie mnie zaskoczył (zmylił?) akcent poety, nieomal „bliźniaczy”, choćby przypuszczalnie, Mickiewiczowi albo Piłsudskiemu. Na to nałożyła się lektura „Ziemca” Kazimierza Brakonieckiego (obsesyjnie infiltrującego „metafizykę miejsc”, uwikłanego w „syndrom wykorzenienia”, obnażającego dwuznaczności pojęcia „wielokulturowość”). Potem zacząłem szybką „podróż” lekturową z zachodu na wschód (i… odwrotnie); a więc „lubuski” Zygmunt Trziszka, którego wczesną twórczość zbyt pochopnie określono jako repatriancką; to dzięki niemu wszyscy urodzeni tutaj, już po 1945 roku, poznawaliśmy „smak i zapach” dawniej wschodnich rubieży Rzeczypospolitej. Dla Zygmunta Trziszki był to zawsze smak „wykorzenienia”; dla tych, innych, nas (nieprzesiedlonych, acz z rodzicielskim piętnem repatriacji) pozostał nie mniej uwierający, ale tylko „posmak”... jakiegoś osobliwego dziejowo przesunięcia mapy. Ten „posmak” doskonale wykoncypował w swojej poezji Krzysztof Fedorowicz, nakładając wszystkie przesiedleńcze resentymenty na współczesną i tamtą, „poniemiecką”, rzeczywistość.

No i pojawiła się we mnie, dość pretensjonalna potrzeba odpowiedzi na pytanie: kim jestem i skąd przyszedłem? Łudzę się, że konfrontując to, co „wygnało” choćby Wojciecha Roszkowskiego „do siebie”, do „korzennego” Tykocina (choć jego Tykocin niby z „adopcji”, ale tak czy owak... rdzennej), z tym, co boli „niezakorzenionego” Fedorowicza, pozwoli znaleźć odpowiedź na to anachroniczne w globalnym świecie pytanie.

Myślę sobie, że „pokoleniowo rdzenny” Roszkowski przynależy do... plemienia; ściśle określonej, przez czas i miejsce, grupy... niemal etnicznej – tak mi się wydaje; albo przemawia przez mnie zazdrość człowieka, którego całemu dzieciństwu towarzyszyły obce (niemieckie) „odpowiedniki”, w którego całym życiu większość „odkryć materialnych” opatrzona była kwantyfikatorem „poniemieckie”.

A tam, na wschodzie, choćby Narew, w całości rozlana po... Polsce (te niespełna czterdzieści białoruskich kilometrów?). I ta rzeka (również) skupia uwagę na kategorii „korzenności”, która to kategoria musi wzbudzić „patriotycznie lokalną” zawiść u każdego stąd, czyli zawsze „skądinąd” – wszak niemal „każdy” z Nadodrza nie ma tutaj grobów dziadów, bo co dopiero ojców, którzy zazwyczaj zabierali do grobu tęsknotę za „pozostawionym gdzieś tam”, bez udziału własnej woli, tożsamym światem.

Nie jest więc Narew na szczęście rzeką graniczną ten… jeden kilometr z Białorusią w ogóle się nie liczy, jeśli pomyślimy niemal o całej zachodniej granicy Polski znaczonej niebieską (na mapie) linią Odry. I co z tego – powie ktoś, nieopętany fobią lichawej historiozofii. Bo jakimż symbolem jest Odra? Ta rzeka „podzieliła”... tęsknoty; te wywołane repatriacją i te wywołane tzw. wypędzeniem. A w samej nazwie Narwi, jest coś archetypicznego, ów „nur”, co znaczy w języku praindoeuropejskim „woda” (rzeka). Niby znowu nic, zwyczajna informacja etymologiczna, ale skoro słyszymy coś pradawnego we współcześnie używanej nazwie, to przy odrobinie wiedzy z historii języka, usłyszymy echo „l-sonantów”, choćby tych prastarych wl¸ków albo ml¸ka – smakuje, jak wykopana z tutejszego (nadodrzańskiego wału) czaszka... celtycka; swoją drogą, jaka szkoda, że z tego „zunifikowanego”, jednego języka praindoeuropejskiego wyemancypowało się aż tyle... odnóży. Zresztą, co to za różnica jedno „o” więcej, jedno „i”? Gdyby jednak tylko o „to” chodziło. Bo kiedy się pomyśli, kiedy się przeczyta, kiedy wreszcie zobaczy... choćby kirkut w Tykocinie, wspólnota językowa nie wytłumaczy już różnic kulturowych, albo mówiąc zgoła eufemistycznie „problemów” asymilacji, czy wielokulturowości.

A nad Narwią sioła, miasteczka i miasta. Wybieram... pierwsze z brzegu: Kaniuki, Czerewki, Choroszcz, Zajki, Siemień, Chludnie, Gontarze, Dzbenin, Stawinogę. Bo... brzmią! Brzmią – bez jakichkolwiek odpowiedników. Same w sobie. Omszałe. Jakieś pradawne. Plemienne – przecież (jakbym zazdrośnie pragnął). Wywiedzione z języka niejako przedhistorycznego, ale ciągle (to słychać) polskiego/słowiańskiego. Jakby je „wymyślił” (pierwszy z brzegu)... Sapkowski. Nieprzetłumaczalne. Mają swój, jedyny rodzaj. Tożsame do bólu; mojego, onomastycznego.

Na Środkowym Nadodrzu (choćby, bo i dalej, nieco na zachód, trochę południe albo na północ też, aż po już wielkopolski Babimost – niegdysiejsze pogranicze) wszystkie miejscowości mają swoje... niemieckie odpowiedniki. Do niedawna „dekretowo” przemilczane. Zielona Góra (Grünberg), Gorzów (Landsberg), Bytom Odrzański (Beuthen an der Oder), Nowa Sól (Neusalz an der Oder), Krosno Odrzańskie (Crossem an der Oder), Słubice (Frankfurt Oder-Dammvorstadt), Cigacice (Tschicherzig). Jak łatwo się zorientować niemal wszystkie, ważniejsze miejscowości, a właściwie ich nazwy, przypisane były rzece: Odrze. Sama nazwa regionu również. Niby z „piastowską” tradycją, ale jednak na wzór… niemiecki. Obcy. Chociaż, jakoś od 1989 roku, próbuje się „odtworzyć”/„stworzyć” quasi ciągłość kulturową... europejską; jakąś nową „wspólnotową” tożsamość. W Zielonej Górze (i gdzie indziej, ale tutaj) pojawiają się tablice upamiętniające „życie i twórczość” miejscowych... Niemców, którzy tutaj ongiś... i tak dalej. Rzeka nie ma (albo „nie chce” mieć z tym nic wspólnego). Dlaczego? Oto w 2004 roku popłynęły Odrą i... Renem statki wycieczkowe z pisarzami (więc „wrażliwcami”) na pokładzie. Projekt opatrzono nazwą „Rzeki graniczne. Odra-Ren (Rijn)”. Popłynęli: Ewa Lipska, Henryk Bereska, Leszek Szaruga, Jerzy Łukosz, Olga Tokarczuk, Urszula Kozioł, Inga Iwasiów (i kilku mniej sztandarowych, miejscowych – lubuskich pisarzy). „Europę” prezentowali w pojedynkę Węgier, Ukrainiec i Holender. Ten ostatni (Hans Maarten van den Brink) przedstawił w miejscowej (zielonogórskiej) bibliotece fragment swojej prozy z Renem (właśnie) jako „podmiotem” narracji. Podobne teksty (z Odrą-symbolem) przedstawili polscy pisarze – z Olgą Tokarczuk przede wszystkim; część dzieciństwa spędziła bowiem w lubuskiej Klenicy, niejako „opodal” nadodrzańskich wałów przeciwpowodziowych. Nie zapamiętałem żadnego „symbolicznego”… poszumu rzecznych fal. Odra polskich pisarzy nie wezbrała więc symbolicznego nurtu. Poza tym, że jest rzeką zaiste… graniczną. Hans Maarten van den Brink, natomiast, bez powoływania się na jakąkolwiek nację, określił i opisał Ren, jako symbol „innowacyjnej” Europy; przeciwstawiając tę „płynną” (baumanowską?) symbolikę polskiej skłonności do… „ukorzeniania” swojej tożsamości. Można było to „przeczytać” jako wysublimowany (urojony?) konflikt między „paradygmatem romantycznym” (z polską lipą Kochanowskiego, dębem Bartkiem, rozdartą bodaj wierzbą Żeromskiego itd.) a ponowoczesną transgresją Europy? Niby, że można „zapuścić korzenie w rzece”; bo „wszystko jest płynne”? Opisałem ten „dyskurs” z holenderskim pisarzem w wierszu pod symptomatycznie złośliwym tytułem „Nie znam waszej mowy” (umieszczając w „zlewisku” symbolicznej rzeki moje/nie moje „rodzinne miasto”): to miasto nigdy nie było moje/ (...) tak już zostało/ (...) kiedy opuszczam je na długość składu/ pociągów do skądinąd/ na chwilę bywa moje/ kiedy wracam przez okamgnienie wydaje się obce/ wtedy jest najbardziej moje/ jak myśl pewnego holenderskiego pisarza/ który nazwał swoje europejskie samopoczucie renem/ (...) skarcił mnie/ (...) za osobliwie barbarzyńskie przywiązanie do miejsca/ nazwał to mentalnością wielkiego drzewa/ prawdę mówiąc wielkie drzewo było moim pomysłem/ holenderski pisarz mówił o skarlałym dębie/ z nienaturalnie wielkimi korzeniami.

Teraz, podejrzewam, już bez zbędnej złośliwości, że rzeka może symbolizować tożsamość. Być może. Ale na pewno ukrywa się w tym jakaś… tajemnica. Poza tym, że Odra/Oder symbolizuje z całą pewnością jakąś „dziejową prawidłowość”: oto my tutejsi/nietutejsi budowaliśmy (budujemy?) swoją, jeśli nie tożsamość, to obecność, na czyjejś, już wiecznej nieobecności. „Dawne epoki” – wszak – nie były nam tutaj, nad Odrą, dane.

Pisze Wojciech Roszkowski w książce „Tykocin – miasteczko bajeczka”: „Miasteczko bajeczka” – tak nazwała Tykocin Agnieszka Osiecka, zauroczona jego niecodziennym pięknem. Tchnienie dawnych epok jest zaklęte w duszy tego miasta. Czas biegnie tu jakby trochę inaczej, w sobie tylko wiadomy sposób. Kilkaset lat przebogatej historii zawarte jest w każdym kamieniu, wyziera z każdego zakątka. Ta dziwna magia bajkowego miasteczka odbija się echem w głębi serca, serca każdego z nas. Ale tak można (z grubsza) napisać o każdym mieście (Krakowie?), miasteczku (Kazimierzu n/Wisłą?). Wiele miast i miasteczek jest w… rzeczy samej „zarządzanych”, po prawdzie najprawdziwszej, przez owe swoje/swojskie duchy władające. Ale co w tym (szczególnym?) tykocińskim przypadku, znaczy zdanie „serce każdego z nas”? Kim są ci, „każdzi z nas”; skoro nie każdy może być „każdym z nas” – chyba.

Tykocin Wojciecha Roszkowskiego ma, tak jak moja/nie moja Zielona Góra, także „obce” odpowiedniki! Ale jakże „uniwersalnie… szlachetne”, bo łacińskie i hebrajskie. Więc jednak bez… groźby szowinistycznych konotacji – któż dziś, jaka nacja „mówi” po łacinie, czy hebrajsku? Tykocien, Tiktin, Tyktin, Tuktin, Tikoczin, Tykoczyn – to też brzmi „po swojemu”. Tchnie... wielokulturowością. Która to „kategoria” jednak konfliktowała repatriantów na tzw. Ziemiach Odzyskanych. I nie chodziło o „źródłowy” antysemityzm. Rowy wykopywali choćby Górale Czadeccy, Łemkowie, Polacy zza Bugu i Polacy z Centralnej Polski. Ale jedyny cmentarz żydowski „zlikwidowano” tutaj (dosłownie!) po 1968 roku. Zresztą tak, jak ogromny cmentarz niemiecki „zamieniono” na Park Tysiąclecia (dziś Mileniumpark) już w 1961 roku.

W Tykocinie „bywało” (było?) też niby dwuznacznie, ale jakby bardziej z historiozoficznym uszanowaniem właściwego znaczenia pojęcia „wielokulturowość” – więcej, dziś dawne, najdawniejsze decyzje są źródłem kolorytu miasta. A kirkut tykociński... żywo określa ważką obecność w mieście nacji mojżeszowej; jest istotnym oparem magii Tykocina.

Takoż Wojciecha Roszkowskiego po raz pierwszy „usłyszałem” w Gdyni; czytał swoje wiersze. Zdumiał mnie śpiewny język, jaki znałem jeszcze z dzieciństwa, kiedy za płotem mojej poniemieckiej (aczkolwiek rodzinnej) rudery ktoś tam ze wschodu, coś tam wykrzykiwał. Po czasie przybysze z „tamtej” strony Bugu pozbywali się wstydliwego, jak się dało odczuć, „śpiewania”. Wreszcie trudno było rozpoznać, kto, skąd przybył. Opowiadała mi Gabriela Balcerzak (z Muzeum im. Dekerta w Gorzowie-Landsbergu) o swoich studiach w Lublinie. Już pierwszego dnia wszyscy z jej otoczenia bezbłędnie odgadywali skąd przyjechała: gdzieś z Ziem Zachodnio-Północnych; jako jedna z nielicznych „operowała” tzw. językiem literackim. Melodia języka Wojciecha Roszkowskiego nie powinna mnie dziwić; dziś „eksponowanie” odrębności (tożsamości?) językowej jest wręcz... trendy. Być może jest to jakieś remedium na globalną (już) unifikację? Jednak „odrębna” melodia (forma) komunikatu poetyckiego Wojciecha Roszkowskiego nie „pauperyzuje” uniwersalnych lęków, jakże dosadnie oddanych choćby w kilku linijkach wiersza tykocińskiego poety: opuściły nas ptaki./ odkąd osuszyli mokradła i wycięli lasy,/ zobaczyliśmy więcej – Jakież to przewrotne i gorzkie; jeśli włożymy pomiędzy te słowa kontekst… wykorzenienia. Cóż takiego ukrywa się pod tym „więcej”?

Krzysztof Fedorowicz pyta w wierszu „Miejsce”: Miejsce, którego nie było, bo nie ma/ czy miejsce, którego nie ma choć było?// Czy wierzyć starym mapom, czy własnym zmysłom, czy miejsce ma cechy „transcendentne”? Pozornie można te pytania przyporządkować „opuszczeniu”, „osuszeniu” Wojciecha Roszkowskiego; gdybyśmy na chwilę zapomnieli, że obu poetów różni poczucie „tożsamości”. Roszkowski nie ma żadnych problemów z „miejscem”; w jego „więcej” być może nie ma nawet… transcendencji, bo jest „u siebie”, być może tylko niepogodzony „ze sobą”. Federowicz, i bodaj całe pokolenie urodzonych na „obcym”, ale... jednocześnie „swoim” (innego wyjścia nie ma, bo nikt sobie nie wybiera świadomie miejsca urodzenia) będą poszukiwali w „miejscach” jakiejś tajemnicy, ukrytego sensu w marzeniu o ciągłości – bodaj „plemiennej”. Wczytajmy się na dowód w inny wiersz Fedorowicza „Uwielbienie”: Uwielbienie miejsc niezrozumiałych/ i tyleż trwałych co kształt chmury/ albo tych których nie ma/ i codzienne wędrowanie tam czyli nigdzie/ odwiedzanie miejsc/ tak bardzo zamkniętych w sobie/ i chodzenie drogami/ po których ślad już tylko na mapie/ powtarzanie nieistniejących imion/ skłonność do mowy obcej/ słów zatartych znaków nieczytelnych/ (...) przekonanie o wyjątkowym smaku owoców w zapomnianym sadzie/ i o tym że na mapie naniesiona jest absolutna prawda/ i rozpoznawanie w obcych krajach tych skądś znajomych. To nie są słowa człowieka „zakorzenionego”. To wyznanie „niewiary” w tożsamą realność jakiekolwiek miejsca, poza „znakiem na mapie”; bo przecież „gdzieś” przynależeć musimy. To i „przynależymy”; oto jak wygląda „nietożsama przynależność”: Przy drodze wschód zachód/ kolumny wspierają niebo pnie ciemne wysokie/ pajęczyna gałęzi ziemia usłana gruzem i liśćmi/ w tle zieleń traw przebiśniegi/ czerwień zgniłych owoców glina/ (…) piwnice jak wielkie cmentarzysko/ zmumifikowane liście więdną rozpadają się/ butwieją tylko do pewnego momentu/ na drzewach kandyzowane owoce// w piwnicy rośnie potężny dąb/ jak szabla dzika stalowy klucz potłuczony talerz i kieliszek/ bezpiecznik i wieczko od słoika/ martwa natura jak na płótnie Holendra – identyfikuje… być może już „wykorzenienie” Krzysztof Fedorowicz w wierszu „Gross Kirschbaum”.

„Wykorzenienie” obsesyjnie wypełniało twórczość, przywiezionego przez rodziców zza Bugu na Ziemię Lubuską, Zygmunta Trziszki. W jednym ze swoich opowiadań, pomieszczonym w słynnym zbiorze „Świniobicie” skonstruował postać aktywisty partyjnego, który miał za zadanie przekonać krajanów (repatriantów) do nowej ziemi; do nowej tożsamości. Ziomkowie owego aktywisty partyjnego uparcie powtarzali „tam umieraty, gdie rodiła maty”. Więc ów działacz sprowokował bójkę i dał się zabić na wiejskiej potańcówce; krajanie mieli swój pierwszy grób na nowej ziemi; tęsknota za utraconą ziemią pozostała żywa. Po wielu latach ten sam Zygmunt Trziszka, już w... „ekumenicznej tożsamościowo” Warszawie, w tomie opowiadań „Stan skupienia”, charakterystycznie dla „nuworysza” zuniwersalizował kategorię „wykorzenienia”: Wykorzenienie. To słowo pierwszy raz usłyszałem w takich czasach, gdy od usłyszenia samego słowa mrowie chodziło po plecach. Świat wymyślił tęgie lekarstwo na wyrwanie człowieka z ziemi razem z korzeniami... No, ale mówi się, że to było dawno... Tu jest mowa o innym wykorzenieniu. Fakt, że starego dębu nie można przesadzaćw inne miejsce. Życie robi wszystko, żeby nas wykorzenić, a korzenie nasze spalić, już z matczynego brzucha jakaś siła wyrzuca nas impetnie, a my pępowiną, niczym tym pierwszym korzeniem żywota trzymamy za matczyne brzucho. Czyjaś ręka przecina ten korzeń naszego żywota, a my przez to jedno tylko jesteśmy zatrwożeni już na całe życie, łapiemy później za matczyną rękę i za spódnicę jak tonący za brzytwę. Tak silnie już nikt nas nie przestraszy jak ta bezwstydna macierz, co nas siłą wyciska ze swego żywota. Późniejsza trwoga to już tylko wieczyste powtarzanie tego wyrzucenia z matczynej pieczary.

Ze swoją „obcością miejsca”, „wykorzenieniem” zgoła inaczej „radzi sobie” Kazimierz Brakoniecki. Jego „remedium” bliższe jest „oswojeniu wielokulturowości”, jakie charakteryzowało choćby organizatorów życia publicznego w zamierzchłym Tykocinie w sposobach asymilowania Żydów. Ale to tylko jakby jeden z elementów „pogodzenia się z wykorzenieniem” (i to zewnętrznych); istotniejszy jest wysublimowany wybór „miejsca” już „wiecznej”, niemal transcendentnej „tożsamości”, dokonany przez Brakonieckiego; czytamy w „Ziemcu”: Kiedy nie mieliśmy jeszcze w Olsztynie grobów rodzinnych, chodziliśmy na cmentarz św. Józefa, aby zapalić świeczkę na opuszczonym grobie nieznanego nam repatrianta z Wilna.W pobliżu samotniały żeliwne ogrodzenia zapomnianych niemieckich mogił. W 1965 roku zmarł dziadek Wacław. Mieliśmy swój pierwszy grób. Byliśmy u siebie. Teraz odwiedzam grobowiec rodzinny, w którym spoczywają moi rodzice i dziadkowie, zachodzę na cmentarze polskie i niemieckie (a raczej na te, które zostały). Myślę o jednej Ziemi żywych i umarłych. Pogodzonych. Odzyskanych dobrą pamięcią wspólnoty losu. Jestem Ziemcem, lecz nie w ziemi chcę być pochowany, raczej w słowie, w śniegu, ogniu. Oto moja wolność tragiczna. Oto moja wspólna obecność.

Trawestując „przesłanie/testament” Brakonieckiego zdekonstruowałem taką oto formułę: „wspólna obecność w słowie”. Taką „obecność” daje poznawanie rdzennej mentalności ludzi zakorzenionych na obecnym wschodzie Polski, przez „konkretyzowanie” ich twórczości (via choćby... Roszkowski). Po takim „akcie” być może zostaje jakiś... osad; jakiś „model”, „formuła” określania już własnej, innej niż ta, narwiańska, tożsamości – chociaż archetypiczny impuls może pochodzić znad, na przykład, Narwi właśnie. I mimo, że „obce” zazwyczaj to postrzegania, być może właśnie, że obce, to wnikliwsze, bo niepowszednie, jak w każdym już rdzennym przypadku.

„Wspólną obecnością” może się na końcu okazać zaobserwowana, odczytana, wreszcie zrozumiana, cudza, acz nie „plemienna”, ale na-jonalnie tożsama „korzenność”. Oglądam zdjęcia zakoli Narwi, rozlewiska, uliczki nadrzecznych miasteczek – zwykła… ikonografia; tożsamości uczę się z języka, z sublimowania rzeczywistości, z zazdrości, budującej „zawiści” owego miejsca, już nie tylko na mapie. Nazywam to „prowincjami mojego imperium, zaimkami świata”. Już nieco inaczej rozszyfrowuję swoje, pierwotne, „platońskie intencje”; kiedy to podejrzewałem, że większość z nas, widzi tylko to, co pokazane, słyszy to, co powiedziane – nie przewartościowując tego, co niedookreślone, co umyka znaczeniom, co czasami zakłóca funkcje języka – a zwyczajnie jawi się jako „potoczność”.

Oby na przykład Wojciech Roszkowski „oduczył” mnie owej „potoczności”; obym zrozumiał, że moja tożsamość nie musi być „nizana” z wykorzenienia; bo, że niby już poeta Roszkowski, jako „postmodernistyczny sublimant”, ma tożsamość, „miejsce” – z przyrodzenia, za darmo, za dotknięciem „boskiego palca”. Jednak ten „demiurgiczny” skutek trzeba dookreślić, ponazywać, utrwalić; może tylko… zapisać.

Choćby dla tych wszystkich innych wykorzenionych. I być może tylko z tego powodu już mogę odbyć... właściwą podróż, wrócić ze wschodu na zachód. Być może do... siebie.
Czesław Markiewicz