Czas na mnie – opowieść o Maćku Kozłowskim

Imię
Następnym razem nie urodzi się na pewno jako Maciek ani tym bardziej jako Marian. Miał problemy z każdym ze swoich imion i żadne nie dodawało mu pewności siebie. Imię Marian wpisane podczas chrztu i obecne w jego dokumentach jako jedyne – starał się zachować w tajemnicy. Może dlatego, że lubił mieć tajemnice, a może w jego opinii brzmiało okropnie przeciętnie. Mimo to miał z nim jakieś mistyczne połączenie, bo Marian jest męską formą imienia Matki Boskiej, a on lubił Matkę Boską. Głównie ze względu na to, że jak twierdził –urodziła się tego samego dnia co on, czyli 8 września. Nigdy z nim nie dyskutowałam w kwestii urodzin Matki Boskiej ale zawsze sądziłam, że jest w tym jakiś element baśniowy. Nosił emaliowany medalik z jej wizerunkiem i napisem Immaculata. Kupił go w sklepie z antykami na Słowacji. Za tanie pieniądze, ale mówił, że drogie. Medalik nosił przy sobie, w aksamitnym woreczku w kieszeni spodni. Wieczorem rzucał razem z kluczami w przedpokoju a rano razem z kluczami zabierał. Myślałam, że go zabrał na tamten świat bo w dniu jego śmierci lekarz dyżurny dał mi tylko komórkę, obrączkę i zegarek w zaciskanej folii. Miałam skojarzenie z jakimś zestawem przedmiotów zabezpieczonym przez policję na miejscu zbrodni. Ale Matki Boskiej nie było. Zniknęła chociaż wszyscy jej szukali. Prawdę mówiąc – wydawało mi się oczywiste, że ją zabrał. Chociaż wersja oficjalna mogłaby brzmieć odwrotnie. Że to Ona jego zabrała. (…)

Nazwisko
Nazwisko Kozłowski odziedziczył po ojcu i była to chyba jedyna rzecz, którą zgodził się po nim dziedziczyć. Maciek był dzieckiem swoich dwóch babć. W przeciwieństwie do reszty rodziny, której przedstawiciele co najwyżej przemykali po ekranie, babcie zagrały wielkie role. O nich opowiadał, pozostałych tylko przedrzeźniał. Babcie były nietykalne, wyjątkowe i miały nieograniczone prawo do zamieszkiwania w jego dzieciństwie. Myślę tu o wczesnym dzieciństwie, które było szczęśliwe i nierzeczywiste. Stanowiło zamkniętą opowieść z rzeką, lasem, piekarnią na rynku i kamienicą ze stromymi schodami. Potem wszyscy przenieśli się do Zgierza i było już tylko gorzej. Ojciec wyprowadził się z domu. Można powiedzieć, że nigdy więcej się nie zobaczyli. Ojciec z zawodu był fotografem. Niewiele jest zdjęć z tamtych czasów. Przeważnie małe, czarno białe, niewyraźne. (…)

Teatr
Nie jestem aktorem, nic nie wiem o teatrze, nie mam wstępu tam, gdzie teatr się tworzy. W każdym zawodzie jest sfera możliwa do zrozumienia tylko dla tego kto go uprawia. Wynurzenia dotyczące pracy artystów im samym wydają się nieznośnie pretensjonalne i zwykle nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. O teatrze zatem mogę napisać tylko to, co widać gołym okiem jeśli ma się w rodzinie aktora. I pogodzić się z faktem, że istnieje ważna, bardzo osobista, prywatna sfera doznań, wrażeń i relacji o której nie mam pojęcia. „I chwała Bogu!” – jak by powiedział, rzucając na stół klucze i Matkę Boską, gdyby jeszcze kiedyś wrócił do domu po próbie.

Teatr jest dla aktora tym samym czym kościół dla księdza. Miejscem pracy i świątynią zarazem. Po teatrze krążą aktorzy i duchy. Także duchy poprzednich aktorów. W teatrze nie wolno gwizdać. Obecność na spektaklu i próbie jest święta. Lepiej z tym nie konkurować. Przez cały czas choroby Maciek odwołał tylko jedno przedstawienie. W swoim odczuciu poniósł klęskę. Tydzień wcześniej przeszedł operację. Nie miał siły prowadzić. Byliśmy na wsi, mimo to kazał się wieźć do Warszawy. Zapytałam w jaki sposób ma zamiar wejść w kostium biorąc pod uwagę jak bardzo był opuchnięty. Pozwolił mi zawrócić. Dziesięć dni później już był na scenie. Grali „Chłopców z placu Broni”. Bardzo lubił ten spektakl. Kazał mi narysować prezent dla Zadary. Narysowałam, ale za bardzo mu się podobał i zostawił sobie. Rysunek podarowałam jednemu z bliskich przyjaciół w dowód wdzięczności za pomoc w zorganizowaniu pogrzebu. Teatr, w którym grali „Chłopców” już nie istnieje. Zostanie wyburzony razem z całą galerią handlową w Pasażu Wiecha. Po Placu Broni nie zostanie nawet ślad. Bez teatru aktor jest trochę jak bez stałego zameldowania. Niby jazzowo, ale w dowodzie tożsamości brakuje czegoś istotnego. Teatr daje aktorowi poczucie spełnionego obowiązku, nawet jeśli nie daje poczucia satysfakcji. Cały ten kierat z próbami, premierami, próbami wznowieniowymi, terminami spektakli – to jest stały element rzeczywistości, do którego wszystkie inne, choćby najbardziej szalone – muszą się dostroić. W czasach, kiedy nie miał swojej rodziny, miał tylko teatr. I święty obowiązek meldowania się tam na każde wezwanie. W dniu spektaklu aktorzy przybywają na miejsce z najodleglejszych planów, żeby zebrać się w tym samym składzie i zagrać o oznaczonej godzinie. Jak psy gończe, kiedy Wielki Łowczy podnosi do ust gwizdek.

Ponoć każdy spektakl jest inny. Wierzę, bo grają go żywi ludzie, ich energie mogą iskrzyć, a mogą się odpychać, jeśli na przykład mieli zły dzień albo za dużo na głowie. Są też wyjątkowe spektakle, kiedy grają jak w transie i widownia to czuje. Dostają brawa na stojąco. Zespół grający spektakl potrafi go skrócić (na przykład kiedy jest cholernie ważny mecz) albo wydłużyć – kiedy na kogoś czekają. To są rzeczy dla mnie niepojęte i świadczą o tym, że mamy do czynienia ze sztuką.

Teatr potrafił Maćka trzymać przy życiu i ostatecznie przyczynić się do jego rezygnacji z życia. Był dla niego niewątpliwie najważniejszy. Obawiał się być przez 20 minut na imprezie, z której nie mógł wyjść niezauważony (a często musiał wyjść, bo go dopadały objawy choroby), ale nigdy się nie bał wyjść i zagrać przy pełnej widowni bo, jak twierdził – na scenie takie przygody się nie zdarzają. I rzeczywiście – nie zdarzały się. Niestety, kiedy wracał do domu jego organizm zupełnie się rozsypywał po takiej mobilizacji. „Ciało nie jest człowiekiem. Jest instrumentem człowieka”. Tak zawsze mówił i grał dalej. Aż do wyczerpania baterii.

Do narzekania na teatr dawał prawo tylko samemu sobie. Kiedy byliśmy totalnie bez pieniędzy, w chorobie, na wsi, w remoncie, z pięcioma psami i brakiem opału – no istna „Trumna Chłopska” – zadzwonił jakiś biznesmen z ofertą poprowadzenia czterech imprez reklamujących iPhone’a. Wizja natychmiastowego wybawienia! Pamiętam, jak Maciek sięgnął po mały, czarny kalendarzyk i wyrzekł swoje sakramentalne – „Nie ma takiej możliwości. Gram spektakl.” W takiej chwili przeklinałam spektakle i całą tę nadętą świątynię sztuki. (...)

Film
Jedynym filmem, w którym Maciek zagrał główną rolę było Miasto Prywatne Jacka Skalskiego. Wcześniej grał w spektaklach teatralnych w jego reżyserii. Można powiedzieć, że Maciek był aktorem Skalskiego, a na pewno, że należał do grona jego bliskich przyjaciół. Miasto Prywatne dostało okropne recenzje, ale stało się filmem kultowym. Skalski dopiero się rozkręcał. Niedługo po premierze kupił sobie nowe bmw i zabił się nim na zakręcie w okolicach Piaseczna.

Poza Miastem Prywatnym Maciek kazał mi obejrzeć Pożegnanie z Marią i odcinek serialu Przeprowadzki, w którym zagrał bohatera z przypadku i coś sobie tą rolą przepowiedział. Niektórzy ludzie czują się stworzeni do wielkich czynów, ale życie mało się tym przejmuje i niechętnie bierze pod uwagę taki rodzaj gotowości bojowej. Sytuacje graniczne czepiają się często zwykłych śmiertelników, którzy – owszem – starają się żyć w zgodzie z własnym sumieniem, ale nie dopisują do tego specjalnej historii. Niezależnie od tego czy kręcą swoje lody, czy ratują świat, trzymają się zasady, że życiu należy sprostać, cokolwiek ono przynosi. Nie wiem, czy bierze się to z niechęci do sentymentalizmu, którym w nadmiernych ilościach raczy ich rodzina, czy też wynika to wyłącznie z siły charakteru. W każdym razie w Przeprowadzkach, sam o tym wówczas nie wiedząc – zagrał siebie.

Nie ma listy reżyserów, których wielbił, bo wielbił tylko Hasa. Niewiele wiem o Hasie, kojarzy mi się z jakimiś półsennymi migawkami z niedzielnych wycieczek z ojcem do krakowskich Podgórek, gdzie przez kilka lat trwały w osobliwym zapomnieniu dekoracje do Sanatorium pod Klepsydrą. Pamiętam wyludnione miasteczko powstałe znikąd i rozsypujące się w kompletnym milczeniu. Z tego wszystkiego nie bardzo wiedziałam czy to dekoracje były do filmu czy film do dekoracji, ale Has pozostał dla mnie na zawsze przede wszystkim autorem obrazów. Znam ludzi do tego stopnia przesiąkniętych Krakowem, że na wszystko patrzą wyłącznie z perspektywy Wieży Mariackiej (tej wyższej). Podobna choroba, (bywa że w formie jeszcze bardziej zaostrzonej!) dotyka absolwentów krakowskiej ASP. Świat dzieli się na tych, którzy tu studiowali i na resztę, która o niczym nie ma pojęcia. Szczęśliwie dla niego samego – Has był tym, który miał pojęcie, bo studiował, dzięki czemu jego filmy były prostym dowodem na to, że geniusz rodzi się na Placu Matejki. Wspólne uznawanie Hasa było jednym z filarów naszego z Maćkiem porozumienia względem sztuki i ostatecznie przesądziło o tym, że powinniśmy stworzyć związek. W razie zagrożenia zawsze można go było zredukować do związku z Hasem.

Reszta rankingu wybitnych reżyserów oraz ich produkcji mocno nam się różniła Preferencje także. On lubił filmy wojenne i sensacyjne. Często wybierał ostre, przygnębiające, mocne kino, takie, którego ja nie byłam w stanie wytrzymać. Spokojnie znosił tortury, szantaż, obcinanie palców i odstrzeliwanie uszu, a więc pełen zakres usług gangsterskich w ramach tego gatunku. Lubił także klasykę filmową i dobre komedie, ale rzadko chodził do kina. Mając w perspektywie odór prażonej kukurydzy i ogłuszające natężenie dźwięku z tętniącą wokół galerią handlową, wolał zostać w domu i wyobrazić sobie jak szumi deszcz w jakimś opuszczonym zaułku włoskiego miasteczka, a on – niekoniecznie w pojedynkę – zdąża na ostatni seans „Cinema Paradiso”. Przeskakuje ogromną kałużę, kupuje bilet w zaparowanej kasie, składa ociekający wodą, wielki parasol, szamocze się po omacku z grubą kotarą, by po chwili dyskretnie zająć pierwszy z brzegu wolny fotel i zapomnieć o bożym świecie. Tego się raczej nie da pożenić z dzisiejszą „Arkadią” albo „Promenadą”. Lepiej już całkiem zrezygnować z chodzenia do kina niż próbować komuś wytłumaczyć takie tęsknoty. (…)

Piłka
Wypada mi napisać coś o piłce, bo każdy wiedział, jak bardzo Maciek kochał piłkę. Niestety, muszę tę straszną rzecz oznajmić – nie lubię piłkinożnej! Co więcej – nie wydaje mi się bym kiedykolwiek mogła ją polubić, ponieważ wcale nie chcę. Jedyne co mi pozostaje, to wytłumaczyć się z niechęci do piłki i wyznać miłość do czegoś, co w spisie dyscyplin na portalu Allegro figuruje jako sporty pozostałe. Mam na myśli jeździectwo, bo ja bez przerwy mam na myśli jeździectwo. Jedyne zaś co łączy piłkę nożną z jeździectwem, to fakt, że obie te dziedziny potrafią człowiekiem kompletnie zawładnąć.

Gombrowicz pisał kiedyś pięknie w Dziennikach, że artysta zawsze powinien być troszkę „poza tym co robi”. Uprawianie sztuki jest niebezpieczne, jeśli się ktoś za bardzo utożsami ze swoją misją, bo to prowadzi prosto na manowce i robi z nas poczciwych kabotynów. Kraków pełen jest kolorowych osobników z zapałem dyskutujących o malarstwie w oparach dymu i fusów. Tymczasem biedny artysta wstaje rano, myje zęby, budzi dzieci do szkoły i biegnie do pracowni żeby zarobić na życie. Stara się zachować niezbędny dystans do swojej pracy „żeby zaś nie oszaleć”. Gdyby miał jeszcze wieczorem gadać o tym, co namalował byłby jak ten zomowiec, który po powrocie z pracy bił żonę, a ona biadała, że nie dość, że cały dzień na służbie to jeszcze robotę do domu przynosi. I właśnie dlatego każdy twórczy człowiek w nagrodę za uczciwość w wykonywaniu swojego zawodu powinien mieć coś w swoim życiu, do czego już dystansować się nie musi. Co go pochłonie bez reszty, co będzie mógł traktować ze śmiertelną powagą i znawstwem godnym lepszej sprawy. O czym będzie zapamiętale dyskutował w oparach dymu i fusów, czym będzie się przejmował jak własną duszą i dla czego będzie się wykrwawiał, wywnętrzał i wypruwał używając określonej mowy, której skomplikowane szyfry zaspokoją głód wtajemniczenia i przynależności plemiennej. Tym czymś była dla nas – wyrobników sztuki miłość do piłki nożnej (on) i miłość do koni (ja). I byliśmy bez reszty oddani tym pasjom, wiedząc, że i tak nas one nie wybawią od portretów (mnie) i epizodów (jego).

Mimo to każdy nosił w sercu głęboko ukrytą wizję starości, nawet bardzo późnej, kiedy już jako uznani, szanowani i bogaci mistrzowie przestaniemy nareszcie malować i grać albowiem skupimy się wyłącznie na śledzeniu ligowych rozgrywek lub prowadzeniu własnej stajni. Założę się, że tego rodzaju szalone pragnienia są udziałem większości twórców. Wracając do piłki nożnej. W czasie trwania meczu nie wolno mi było: dzwonić, pytać kto wygrywa ani w ogóle w jakikolwiek sposób odwracać jego uwagi. Raz na tydzień, jeśli akurat siedział w Warszawie, było moim zadaniem przekazać mu z internetu wyniki jakichś cholernych kolejek, które odczytywałam głośno i wyraźnie przez telefon jakby to były szyfry z łodzi podwodnej dotyczące lokalizacji wrogich jednostek. Z drugiej strony panowała taka cisza i skupienie, że mi się głos zawieszał. Ponadto miałam święty obowiązek w miarę możliwości dostarczać mu do domu „Przegląd Sportowy”. Bez niego nie miałam w zasadzie po co wracać. Zdobywałam ten nieszczęsny „Przegląd”, tułając się od stacji do stacji albo napadając pojedyncze kioski, bo tutaj kraj jest dziki, do najbliższego Empiku mamy 130 km. O, kupiłaś „Przegląd”! – mówił, udając obojętność jak król na widok rycerza, który taszczy pod pachą uciętą głowę smoka. Dzięki! Brał gazetę i zatapiał się w lekturze. Po dziesięciu minutach zwykle rzucał ją na podłogę z komentarzem – no i nic ciekawego jak zwykle. Do dzisiaj na widok „Przeglądu” czuję w sobie tamten imperatyw kategoryczny. I tamten, zapomniany rytm serca.

Raz jeden Maciek przeklinał teatr. Wierni przyjaciele z boiska zaproponowali mu wyjazd do Londynu na jakiś arcyważny mecz, rzecz jasna nie jestem w stanie podać żadnych szczegółów. Od czasu nasilenia choroby nie uczestniczył w takich wydarzeniach, bo był na to za słaby. Ale tym razem postanowił zaryzykować. Miał być wylot z Warszawy około jedenastej w południe, taksówka na stadion, zarezerwowana loża VIP-ów z całym asortymentem przekąsek, kolacja mistrzów, noc w hotelu i powrót samolotem dnia następnego. Wieczorem spakował walizkę, która zawierała szalik w barwach narodowych, ciemne okulary, przybory do golenia i „Skarb Kibica”. Podczas śniadania nagle zadzwonił telefon. Zobaczyłam tylko, że wiadomość podcięła mu nogi, powiedział – Oczywiście, będę, poczekajcie na mnie 5 minut” i już wiedziałam, że gotowość ta nie dotyczyła przybycia na lotnisko, tylko czegoś bardzo, bardzo w tym kontekście prozaicznego. Próby wznowieniowej przed wieczornym spektaklem „Nory”, której nie wiedzieć dlaczego nie wpisał do kalendarza. Tego rodzaju niedopatrzenie zdarzyło mu się po raz pierwszy w życiu. Próba miała być o 10 rano, a spektakl jak zwykle czyli o 19. Poczułam, że powinnam zostawić go samego, żeby mógł przycisnąć pięści do oczu i rozpłakać się jak mały chłopiec.

Wypada się wytłumaczyć dlaczego nie lubię piłki nożnej. Przyczyna leży w mojej naturze pustelnika, po prostu nie znoszę masowych imprez. Tych tłumów wyzwalających skrajne emocje od najbardziej wzniosłych do najprymitywniejszych. Nie mogę się przekonać do zbiorowego zbawienia w żadnej formie. Uważam, że człowiek w takich okolicznościach przestaje być sobą, chociaż to jest bardzo wyzwalające i działa jak narkotyk. Mniej więcej z tych samych przyczyn – uznanych przeze mnie za negatywne – Maciek żywił wielką miłość do futbolu. Wierzył w możliwość zbiorowego zbawienia przez piłkę, co było o tyle dziwne, że generalnie nie wierzył w zbiorowe zbawienie. Narkotyczne wręcz uzależnienie od tego sportu uważał za warunek zdrowia psychicznego, a wyzwolenie widział zarówno w sytuacjach kiedy potrafił wypalić jedna po drugiej dwie paczki papierosów i złamać krzesło, jak i w takich – kiedy się rozklejał i manifestował swój patriotyzm za pomocą plastikowych gadżetów. Wszystko zależało od tego, jak grali. Mam nadzieję, że bilans porównawczy pomiędzy ilością nerwów, które sobie zszarpał a miodem wylanym na serce w chwilach triumfu – wskazuje na przewagę miodu. Jednak dokładny wynik tego meczu pozostanie na zawsze tajemnicą. Po tym wszystkim, co tutaj napisałam widać dopiero, jak wielkim dla niego nieszczęściem było to, że nie mógł grać. Po kontuzji kolana w wieku 46 lat na zawsze musiał się pożegnać z boiskiem. Ostatni zagrany mecz to trochę jak własny pogrzeb. W starożytności ludzie kazali sobie pakować do trumny różne rzeczy, bez których nie potrafią żyć na co dzień, a co dopiero żyć wiecznie. Ja zabrałabym siodło. Śniło mi się kiedyś, że przechodzimy spacerkiem na drugą stronę ulicy i tak sobie razem umieramy . A ja to siodło niosę. Maciek zawsze woził w bagażniku piłkę, a na tylnej szybie biało-czerwony szalik. Tego dnia, kiedy wracałam ze szpitala z jego zegarkiem, obrączką i telefonem w zaciskowej folii, zobaczyłam przed naszym blokiem chłopca. Mógł mieć najwyżej szesnaście lat, był chudy, nienaturalnie wyrośnięty, jak to chłopcy w tym wieku, kiedy ich kończyny wydłużają się nagle nieproporcjonalnie do masy ciała. Stał w deszczu ubrany w podkoszulek i krótkie spodenki, nogą przytrzymywał piłkę. Był sam, ja też byłam sama. W pewnej chwili kopnął piłkę w górę i odbił głową, znów kopnął , odchylony czekał aż wyląduje na jego ramieniu, przetoczy się w dół, wzdłuż drugiego ramienia i upadnie na chodnik, znowu kopnięcie, główka i tak w kółko. Patrzyłam na niego jak zaczarowana i miałam pewność, że Maciek wrócił do gry. (…)

Dom
Dom na wsi to była wyspa szczęścia. Maciek chodził po drzewach i zrywał śliwki na powidła, a w nocy spał w łóżku z czterema psami. Był mieszczuchem, ale nie z wyboru. Zawsze marzył o powtórce z dzieciństwa. Potrafił napalić w piecu i naprawić płot. Kompletnie nie panował nad zwierzętami. Konie wchodziły do altany i demolowały doniczki, psy nieustannie uciekały, właziły na fotele, wynosiły buty, a kiedyś zjadły mi bluzkę, którą listonosz zostawił w paczce. Dom był stary, wymagał nieustannego remontu, wymiany dachu, podłóg i okien. To wszystko działo się dookoła nas jak pasjonująca historia rodem z Teksasu. Budowaliśmy piec, robiliśmy drożdżowe ciasto i śledzia po japońsku. Kiedy przyjeżdżał z Warszawy psy od najmniejszego do największego pędziły na spotkanie auta. Obsikiwały koła, skakały przez okna i rozpruwały torby z zakupami, a on miał przygotowane kawałki jakiejś cuchnącej kiełbasy albo, co gorsza, surowego mięsa , rzucał je przez okno i patrzył z zachwytem jak walczą między sobą niczym lwy o padlinę. Dodam, że wszystkie miały nadwagę i kompletnie żadnych obowiązków.

Potem przyszła zima 2010. Poczuliśmy jej lodowy oddech. Nie była ona biała, piękna i gwieździsta. Była szara i bez śniegu, a często także bez prądu, bo lodowaty wiatr wywracał sosny i demolował druty wysokiego napięcia. Mróz przenikał okna i czyhał za drzwiami jak śmierć. Wieszaliśmy koce i zatykali szpary chodnikami, podwórze było skute lodem, zamarzały nam auta. Praca w teatrze we Wrocławiu skończyła się w samą porę, bo siły Maćka były na wyczerpaniu. Przyjechał do domu o drugiej w nocy. Pamiętam dźwięk walizki turkoczącej po skamieniałym trawniku. Postawił ją za szafą w sypialni i nigdy już nie rozpakował. Przez miesiąc prawie nie wychodził z domu, leżał przed telewizorem bez dźwięku ze stosem gazet, których wcale nie czytał. Nocami krążył po pokoju, usiłując rozchodzić nawracające kurcze mięśni. Było tak, jakby jakiś potwór dopadał go podczas snu i wchodził w jego ciało, wyginając je przeciw wszelkim prawom natury. Zrywał się wtedy z krzykiem i grymasem okropnego bólu, a bywało, że tłukł pięścią w ściany z bezsilnej złości na swoje cierpienie. Bał się zasnąć. Spał w dzień na fotelu nieobecny jak starzec. Wyłączył telefon. Prawie nie jadł. Tak dotrwaliśmy do roztopów.

W Wielki Piątek przechodziłam z koniem przez most i ten most się zawalił. Koń utkwił w stalowej konstrukcji z jedną nogą wygiętą boleśnie w bok i trzema w lodowatej wodzie. Akcja ratunkowa trwała do zmierzchu. Wydobycie Wenecji całej i zdrowej spośród przęseł mostu byłoby dla ludzi z miasta zadaniem niewykonalnym. Ich całkowity brak umiejętności radzenia sobie bez pilota jest dla mnie rzeczą przerażającą. Ci, którzy przyszli ratować konia mieli piłę, traktor, własny agregat prądu, łomy i siekiery. Mieszkam na wsi od dwudziestu lat i byłam pewna, że oni ten most rozbiorą. Cięli przęsła w odległości milimetrów od końskiego brzucha, szły iskry, trzaskały łamane dechy, hałas był nieopisany, ale Wenecja była spokojna, wiedziała, że to ratunek. Najpierw odblokowali tylną nogę, a potem po kolei trzy pozostałe. Przy ostatniej most rozpadł się na dwie strony i koń był wolny. Miała parę zadrapań i lekkie otarcie na zadzie. To wszystko. Następnego dnia rano poszli złożyć most.

Czasem myślę, że to był cud. A może tak właśnie wygląda śmierć. Zostawiłam za sobą świat, w którym moja Wenecja zginęła na moście. Oni tam płaczą, jakiś weterynarz daje jej złoty strzał, a przecież wszystko dobrze się skończyło, wracamy stępem do stajni. Oni tam stoją w deszczu, a tutaj wyszło słońce i mamy tęczę na niebie. 12 kwietnia około dziesiątej rano wyjechaliśmy na badania do szpitala w Kielcach. Maciek miał tam pobyć kilka dni. Czekał w samochodzie i patrzył jak zamykam bramę. Tęcza była na całe niebo. Nigdy już nie wrócił do domu. A może to ja zostałam po niewłaściwej stronie.

Miłość i śmierć
Miłość aż po grób, to bardzo przyziemna perspektywa. Oznaczało by to, że wraz ze zniknięciem ciała znika uczucie. Nie jest to prawda, podobnie jak nie jest prawdą, że uczucie trwa wraz z obecnością drugiego ciała. Zdarzają się i takie sytuacje, że wieczorem się kogoś bardzo kocha, a rano już nie i wtedy powstaje poważny problem, co zrobić z ciałem. Te i inne nieporozumienia wynikają z prostego faktu, że od lat ludzkość myli pożądanie z miłością i to jest jedna z jej największych pomyłek obok teorii geocentrycznej. Wersja z ziemią, która obraca się wokół słońca, nim została potwierdzona kosztowała życie wielu ofiar. Niestety, i tak mniej ich pochłonęła niż pomyłka numer jeden, której konsekwencje Bóg jeden wie jak długo jeszcze przyjdzie nam znosić. I nikt z tym nic nie robi. Czasem ktoś krzyknie (jak Dostojewski) – Zakochać się to jeszcze nie znaczy kochać! Zakochać się można nienawidząc!”, ale „głos jego ginie w burzy ogólnej ” (jak głos Zagłoby w finałowej scenie Potopu).

Miłość to stan ducha wykraczający poza ciało. I, jak się dobrze zastanowić – najważniejszy cel i sens naszego istnienia tutaj. Żyjemy po to, żeby wyprowadzić miłość ze sfery materialnej do wieczności. Ciało jest nośnikiem miłości. Miłość zaczyna się w ciele, wyrasta z niego, ogarnia go i przemienia w ogniu. Kiedy ciało umiera – miłości to już nie zagraża. Przeciwnie – ciało po prostu przestaje być ważne. Natomiast dopóki istnieje i funkcjonuje w świecie materialnym, ma tylkojeden cel – kochać. Ogień musi płonąć. Co zrobić, żeby zapłonął? Zapałka w rękach dziecka to pożar. Więc trzeba poczuć się dzieckiem, sięgnąć po zapałki i pożar sam się zrobi. Problem nie w tym, żeby sięgnąć po zapałki. Najtrudniej ze wszystkiego jest poczuć się dzieckiem. Bo zapałki w rękach dorosłych mogą już tylko dotkliwie parzyć.

Powrót do stanu sprzed dorosłości zajął nam obojgu mniej więcej dwa lata, w czasie których woleliśmy się nie bawić zapałkami. Potem pojechaliśmy w góry. Byliśmy sami w drewnianym domu zbudowanym wbrew wszelkim przepisom przeciwpożarowym (jak to zwykle góralska chata z kominem i snopem iskier padających prosto na czubki rosnących dookoła smreków). Trzaskający mróz. Na niebie Orion wielki jak nigdy w życiu. W sieni poukładane drzewo. W izbie ogromny stół. Na stole zapałki.

17 lutego 2008 r. w „Tygodniku Powszechnym” przeczytałam artykuł pt Piękno martwego ciała. Autorem tekstu był malarz Tadeusz Boruta, a rzecz traktowała o Pietach Michała Anioła. Samo zestawienie Boruty z Aniołem przywodziło na myśl pożar w Kościelisku. Kochałam Michała Anioła, a Michał Anioł kochał Pietę. Zawarł w niej losy świata zaklęte w kobiecie rodzicielce i mężczyźnie zbawicielu. Tam jest wszystko, co trzeba wiedzieć o miłości. Zamysł Boga sprowadzony do dwóch splecionych ze sobą postaci.

Pieta watykańska
Mam odpowiedź na pytanie co było pierwsze jajo czy kura. Oczywiście, że kura, bo Pan Bóg stworzył kurę, a dalej kura poradziła sobie sama. Potem postępował według sprawdzonego wzoru. Stworzył kobietę i poszedł się zdrzemnąć, słusznie zakładając, że dalej kobieta poradzi sobie już sama. Kobieta zostaje z nieożywionym ciałem mężczyzny. Ciało jest piękne, ciężkie i martwe. To niesłychane, jak wielki, dorosły, bezwładny facet może się zmieścić na kolanach drobnej, delikatnej, młodej dziewczyny. Do tego potrzebny jest Michał Anioł. Dzięki niemu wiadomo, że to możliwe. Martwego mężczyznę budzi się za pomocą pocałunku, każde dziecko to wie, wystarczy poczytać trochę bajek. Gorąca pieczęć ożywia marmur i mężczyzna wstaje. Prawdziwy mężczyzna rodzi się dopiero z miłości kobiety. Bierze ją w ramiona i kompozycja składa się już z postaci stojących. Miłość zwycięża śmierć.

Pieta palestrina
Ale śmierć nigdy nie odchodzi. Śmierć idzie za nami krok w krok. Wtedy tego nie zauważyłam. Teraz ją widzę. Śmierć to nic złego. Jeśli życie jest jak taśma filmowa, to śmierć jest miejscem, w którym łączą się i zarazem oddzielają kolejne klatki. Aż do ostatniej, która nie różni się od pozostałych niczym szczególnym, oprócz tego, że po niej trzeba wstać i wyjść z kina. Śmierć jest wszędzie, bo wszystko ma swój koniec, nawet mycie garnków. Umierają nasze pomysły, dziurawią się skarpetki, stygną emocje. Klatka po klatce. Nasze życie jest jak film, ale film nie jest tylko po to, żeby go oglądać. Najważniejsze jest to, co w nas zostaje po filmie, chociaż taśma się skończyła. Mężczyzna, kobieta i śmierć – trzy postacie stojące. Kobieta podtrzymuje mężczyznę, a śmierć ich oplata jak gałąź. Z daleka wyglądają jak drzewo. Nikt nie widzi, że drzewo umiera, ponieważ drzewo rośnie. Z miłością jest tak samo, chociaż wszystko, co w niej cielesne – objęła śmierć. Nikt nie rozpoznał śmierci. Ludzie wyszli z kina i powiedzieli, że film był o miłości.

Pieta rondanini
Ta chwila, kiedy zapalają się światła, przejeżdżają napisy i wybrzmiewa muzyka – to właśnie jest śmierć. Ekran jest martwy, trzeba wstać z krzesła, zejść po schodach i znaleźć swoje auto na parkingu. Nie wiadomo gdzie teraz jest film, bo przecież filmu już nie ma. Co pozostało? Ani to myśl, ani uczucie, ani pamięć. Trudno to nazwać, na takie rzeczy nie ma słów, odczułam jedynie jakiś przypływ. Wolną przestrzeń, kawałek jasnego nieba, chociaż było zimno, ciemno, a ja nigdy nie mam ze sobą parasola. Myślałam o tym, że jestem sama, moje auto ma dziesięć lat, w moim domu trwa remont i nie wiem z czego będę żyła. Film zostawił puste miejsce w duszy, to miejsce, które uprzednio wypełnił swoją treścią. Przestrzeń bez imienia, bez nazwy i bez celu, ogromny zapas powietrza. Miałam poczucie, że jestem bezbrzeżnie dobrym człowiekiem i nie wiem co z tym zrobić. A na dodatek ktoś mnie przenosi przez kałuże.

Ostatnia Pieta Michała Anioła wydaje się niedokończona, ale nic bardziej błędnego. Śmierć jest rzeczą ciała, nie istnieje w innym wymiarze. Mężczyzna umarł, bo jego biodra są zimne, a stopy bezwładne. Reszta to nieociosany zarys postaci w surowym, nieoszlifowanym kamieniu. Zbawiciel stoi na ugiętych nogach, jakby się osuwał, tak by to wyglądało z ziemskiej perspektywy. Z perspektywy nieziemskiej – właśnie wstaje. Co więcej – dźwiga swoją kobietę na plecach. Zakończenie filmu było smutne. On umiera w szpitalu z przebitym bokiem, z którego płynie krew i woda. W obu dłoniach tkwią igły, wokół gęstwina rurek, głowa odchylona do tyłu, oczy niewidzące. Ona szuka jakiegoś wolnego miejsca, gdzie mogłaby złożyć swój magiczny pocałunek, który budzi każdego, nawet najbardziej zaklętego w kamień królewicza. W końcu dotyka ustami prawego ramienia. Resztę już wszyscy znają, a ci, którzy nie wierzą w pocałunki, nigdy się nie dowiedzą co było dalej.

To, co czyni Pietę Rondanini najdziwniejszą rzeźbą świata, dotyczy prawego ramienia Zbawiciela, które to prawe ramię nagle się urywa. Dłoń i kawałek ręki tkwią zawieszone wzdłuż nóg postaci, a potem nagle w połowie ręka jest ucięta. Pomiędzy barkiem i górnym kawałkiem ramienia pojawia się rażąca przerwa. Krytycy sztuki nerwowo próbują wytłumaczyć, co artysta miał na myśli. Otóż chodziło mu zapewne o kompozycję, która z urwanym ramieniem dużo lepiej się podporządkowuje jakimś tam klasycznym kanonom. Jednym słowem Michał Anioł nagle odrąbał rzeźbie kawał ręki w miejscu, gdzie się skończyła miara. I tak zapewne było, albowiem miłość zaczyna się właśnie tam, gdzie się kończy miara. (…)
Agnieszka Kowalska
(fragment wspomnień żony Macieja Kozłowskiego, które opublikowane zostaną w postaci książki w 2013 roku)