Zapiski po przerwie

Bzy
Dzisiaj zauważyłem bzy, a wieczorem poczułem, że kwitną lawinowo, a więc i lawinowo pachną. Nareszcie coś innego niż otaczający świat, wypełniony  kłamstwami,  przekleństwami,  syczeniem, jazgotem i katastrofami. Chwilowo mogę do tych  fioletowych  i  białych  bzów  przykładać  jakąś uwagę. Jeszcze jest ich sezon, ale bzy i inne efektowności przyrodnicze jednak zgasną za moment. Zostaną  katastrofy  i  nieszczęścia.  A  co  po  nich nastanie? Na razie tylko tyle.
Telefon
Zadzwonił  telefon.  Byłem  na  schodach  i  słyszałem  jego  dźwięk.  Taki  nagły.  Jak  zawsze. Podbiegłem więc i znowu odezwało się dzwonienie. Podniosłem słuchawkę. Ktoś się wyłączył w tej samej chwili. Cisza.

Kościół w Zawadzie
Z  roku  na  rok  robi  się  jego  wnętrze  coraz bardziej    piękne.    Przekształcane    ze    starego w nowe. Choć może trochę inaczej wyobrażałem sobie  ten  architektoniczny  kształt  po  remoncie i  przebudowie,  to  muszę  przyznać,  że  w  tej przestrzeni coś jednak jest wartego uwagi. Witraż,unikatowe  organy,  żyrandole,  jakiś  zaułek,  blask świetlnej smugi na ławce lub posadzce. Nawet dla kogoś,  kto  od  wyznawania  wiary  jest  daleko. Trzeba  byłoby  szczegół  po  szczególe  detalicznie opisywać, żeby sprostać mowie wszystkich miejsc.

Poszedłem w przerwie między pracami domowymi,  ogrodowymi  i  literackimi  zobaczyć  jak  teraz ścianom nadawane są kolory, które mają uwypuklać  sacrum.  Delikatny,  ledwo  zaznaczony  żółty wyzwala  w  patrzącym  spokój,  ciszę,  łagodność. Może  i  usposabia  do  modlitwy.  Malarz  stoi  na wysokim  rusztowaniu  i  pracuje.  Szkoda,  że  nie zastosowano  tutaj  także  błękitu  czy  bladej  czerwieni. Szkoda. Chciałoby się te barwy widzieć. Tak mi ich brak w sakralnym wnętrzu. A może brak mi ich  raczej  w  moim  wnętrzu?  Tak  nam  wszystkim czegoś  brak  w  swoich  wnętrzach.  Te  kolory, a  raczej  takie  światło,  zobaczyła  siostra  Faustyna w  widzeniu  postaci Jezusa,  wychodzące  z  Jegoserca.  No,  ale  taki  jest  projekt  i  już.  Kiedyś,  kiedy cały zamiar się zrealizuje, ale nie tak szybko, tego piękna przybędzie jeszcze więcej.
Myśli
Ptaki  są  najbliższe  idei  uosabiających  istotę myśli.  Bóg  wiedział  co  robi,  stwarzając  je.  Tak  mi wpadło.  Nie  ryby,  owady,  robaki,  gady  ani  płazy. Żadne  inne  stworzenia.  „Ptaki  dla  myśli”,  to  naprzykład  wiersze,  albo  i  te  zapiski,  które  mnie  od czasu  do  czasu  podtrzymują.  Są  próbą  oddechu. Dawania  miary  ziemi.  Czasami  dodają  skrzydeł. Ptasia  skrzydlatość,  lotność,  szybkość,  zmienność i  zdolność osiągania jakichś wysokości przestrzeni i miejsc  obrazuje  najdoskonalej  mobilność  i  wolność,  możliwości  myśli.  Dzięki myślom  człowiek pozbywa  się  ciężaru  ciała  lub  ziemi.  Ptaki  będą więc do końca świata patronować człowiekowi.

W tym życiu
W tym życiu chodzi o codzienny oddech i rytm krwi. Aż do ostatniego oddechu i drgnienia pulsu. Przez  wszystkie  olśnienia  i  utrudzenia. O  nic więcej.  Wszystko  inne  jest  skutkiem.  Dodatkami i stratami,  z  których  składają  się  dni,  lata,  etapy, koleje, przygody, upadki i wzloty całego życia. Nic bez  oddechu.  I  bez  łóżka,  w  którym  można  się dobrze wyspać. Sprawdzam właśnie zasób chleba i czegoś do chleba w lodówce, by ten oddech mógł być jeszcze możliwy.

Ptak
Wiosennie  ptak  gdzieś  wśród  drzew  mocno, dźwięcznie pogwizduje. Gdzieś wśród liści ogłasza swoją sprawę. Swojsko i   tajemniczo.   Skryty i ocieniony. Gdzieś. Trzyma się gałązki. Radośnie się trzyma. Schowany w gęstwinie. W otoczeniu rozsypującego się muru po starej stodole. Widzi tam prześwietloną  promieniami  zieloność.  Przywraca światu  znamiona  zwyczajności  i  normalności. Więc  się  w  ten  głos  wsłuchuję.  Zachwycający śpiew. Może z niego coś uda mi się wziąć Zaczął się ciepły maj. Wielkie odetchnięcie całej przyrody po  zimie.  Mnie  też  to  dotyczy.  Okna  mam  pełne świeżutkiej zieleni. Oceany liści. Seledynu. Kołyszą się.  Lubię  taki  czas.  Kto  by  zresztą  nie  lubił. Wyjątkowy,  a  przecież  powtarza  się  corocznie. Corocznie  gospodarze  wychodzą  w  pola  z  uprawami.  „Gospodarze”,  tak  mi  się  napisało,  a  przecież  ich  już  prawie  nie  ma.  Jestem  w  takim momencie  życia,  że  żadne  wyszukane  cele  nie robią na mnie większego wrażenia. Wydaje mi się, że teraz widzę więcej niż kiedyś. W swoim życiu i w cudzym. Więcej prawdy. Nietrwałości. Czy właśnie dlatego, że wiele zostało mi już odebrane? I widzę dokładniej świat niewarty wszystkich zabiegów lub pragnień. Dziwią mnie ludzie, którzy gorliwie zaznaczają, bo chcą zaznaczać, ciągle swoją pozycję i władczą moc. Ja nie wiedzieć kiedy nauczyłem się już niczego nikomu nie zazdrościć. Chodzi mi tylko o spokojne trwanie. Byleby się powtarzało nieobrócone w ruinę. A w tym trwaniu o respektowanie powagi istnienia. O podjęcie jakiejś sensownej refleksji. Nie o żądzę posiadania, stanowisk, zdobywania rzeczy. Nawet nie o wyszukane jedzenie. Poza jednym wyjątkiem, który jest. A stanowi go poezja. Tak bezużyteczna, że aż niezbędna. Tej nie wykreślę, gdy wykreślają inni. Cały świat Tu przekraczanie granic, wyrażenie doświadczeń, budowanie wizji i obrazów ciągle (i nadal) sprawia, że czuję ten delikatny, fascynujący powiew istnienia. Znak jej obecności. Choć to tylko powiew. To przekraczanie jednak najczęś- ciej jest dramatyczne. Więc gdzie ten spokój. Poezja go nie gwarantuje. Raczej z nią gwałtowność, iskrzenie, niepokój. Ale tu rodzi się wyzwolenie, w którym umysł otwiera się na nieskończoność. Więc wszystko dla niej. Nic więcej.

Żyjemy
Żyjemy coraz szybciej, w pogoni, w pędzie, w krótkim oddechu, ale takie życie nie ma już smaku. A uciec w coś innego też nie ma jak. Cokolwiek zobaczone, usłyszane, zaznane, pomyślane, dotknięte, już niemal natychmiast jest odebrane. Taki to czegoś koniec. Czegoś początek.

Pisanie poezji
Różne były powody, że brałem do ręki pióro, ołówek, długopis lub wkręcałem papier w maszynę do pisania. Czasami rozpacz. Męki osobiste wieku dojrzewania. Siedziałem nad kartką albo klawiaturą ciężkiego, czarnego Continentala godzinami. Rodzicom nigdy nie mówiłem w czym rzecz, kiedy tak układałem. Prawdę mówiąc, ukrywałem przed nimi swoje zajęcie. Wstydziłem się, że robię coś tak niepraktycznego i treściowo zarazem zagmatwanego. Ale zdawali sobie sprawę, że nad czymś siedzę godzinami. Nie wtrącali się, nie przeszkadzali. Dziękuję im za ten takt. Nie zdawali sobie sprawy, że pisanie nie da mi chleba w życiu. I ja też o tym nie myślałem. Tylko szedłem dalej i dalej. Zaciszne miejsce znajdowałem w kawiarniach, w godzinach przedpołudniowych. Najpierw szkolny kolega Mietek był ich pierwszym czytelnikiem, później Andrzej i Jacek. I inni. W ciągu lat życia przydarzały się bardzo wielorakie motywacje twórcze. Dokąd mnie zawiodły? Najczęściej były to impulsy, które nie pozwalały mi pozostawać biernym wobec myśli, skojarzeń, faktów i przeżyć. Poezja wiele razy wybroniła mnie z beznadziejnej sytuacji. Była tą granicą, linią, której ktoś nie odważył się przekroczyć, a czasami ktoś z jej powodu podawał mi rękę. I chyba mnie samego też potrafiła ustrzec przed błędami. Uruchamiały się mechanizmy tworzenia, kontemplacji, trwania w samotności, pokonywania upokorzenia, że tak to najzwięźlej nazwę. Tworzenie ma tajemniczy charakter mimo tkwiącej w nim sfery logiki i racjonalności. Tak, jak tajemniczy choć i racjonalny jest sam człowiek. W każdym przypadku jest to świat jedyny w swoim rodzaju. Bliski sfer sakralnych. I ten jednostkowy świat okazuje się być na tyle różnorodny i skomplikowany, że sam dla siebie może stanowić inspirację. To najważniejsze. Gdyby tak było, że słowo w poezji jest podyktowane tylko zewnętrznym impulsem, to oznaczałoby, że bez doznań zmysłowych niczego się nie napisze. Nie zbuduje się swego świata. Jednak tak ta rzecz nie wygląda, bo jedno słowo, jedno zdanie, powołuje do życia drugie słowo i drugie zdanie. Słowo rodzi słowo. I powstaje tekst, który potem niekiedy okazuje się być dziełem. Ale to już inne zagadnienie.

Deszcz
Wczoraj był gorący, suchy dzień. Serce pracowało o dziwo dość wydolnie. Chwilami jednak kryłem się w cieniu. Gorące lipcowe lato w pierwszych dniach maja. Kwitnąca czereśnia. To coś niebywałego jakby nie powiedzieć. Przyglądałem się w ogrodzie obficie kwitnącym w tym roku truskawkom i kwiatom, które kiedyś posadziłem. Nawiedzała mnie obawa, że bez deszczu to wszystko uschnie. Ale niepotrzebnie. Dzisiaj od samego rana też mocne słońce, a w południe przypiekający upał. W półcieniu poustawiałem doniczki z gloksyniami, niech pooddychają ciepłem dnia. Że też chce mi się zajmować kwiatami. Tyle czasu dla nich. Poszedłem do domu. Nie minęło pół godziny i słyszę za oknem deszcz. No i przyszedł. Już jest. Południowy deszcz. Pięknie, łagodnie szumi. Sieje gospodarzom pod ich uprawy. Wspaniały, rozległy, niezbyt intensywny. Napłynęła chmura. Burza nie trwała długo, kilka błyskawic, zagrzmiało, gdzieś szła nad Odrę, w stronę Milska, Przytoku, Jan, ciemna, jeszcze raz zagrzmiało i odeszła. Ucichła. Ziemia paruje i pachnie. Powietrze oczyściło się. I mnie wzmacnia. A ptaki wzmogły swoje śpiewne nawoływania wśród drzew.

Wiersze
Wysłałem do pewnej redakcji kilka wierszy. I jeszcze tego samego dnia, ku mojemu zaskoczeniu, po południu dostałem wiadomość, że będą drukowane. To jednak coś bardzo miłego i porządnego w tych czasach powszechnej ignorancji dobrych obyczajów.

Do Maksia
Śpisz Maksiu. Chwilami pomrukujesz przez sen. Do twojego świata nie dociera nic z ludzkiej cywilizacji. Bo gdyby docierało cokolwiek, to musiałbyś być pewnie więcej niż przerażony i zakłopotany. W twoim świecie nie ma miejsca na przebiegłość i przewrotność. Nie ma premedytacji niszczenia, pychy i innego rodzaju ohydy, jak u człowieka.
Czesław Sobkowiak