Spór o istnienie Marka

A jeżeli nie ma Boga, to co z ciebie za szatan?
                                                   
Franz Maurer, Psy 2

– Nie, nie ma – odpowiedział poważnie Michał i przechylił kufel piwa – dupa, żadnych wyznaczników literackości, rozumiesz?
– Racja, nie ma – odpowiedziałem, sięgając po swój kufel. To tylko zbiór frazesów, zbiór jakichś norm estetycznych, nic więcej. A normy, jak wiadomo, często się zmieniają. Tylko długi zaciągnięte w banku są wieczne.

– No – podchwycił Michał z zapałem, aż piana osiadła mu na wąsach. – To znaczy wyznaczniki się zmieniają i nic nie jest stałe.
– No, z wyjątkiem kredytów – powtórzyłem – ale one regulowane są sztucznie. Tak naprawdę to ich też nie ma. Jakiś baran wymyślił, że są, a ty musisz się z tym zgadzać, bo nie masz innego wyjścia. Na szczęście ze sztuką, w ogóle ze wszystkim jest inaczej.
– Chwila – powiedział mój rozmówca, wstając i lekko chwiejnym krokiem zaczął zmierzać w kierunku kibla.

Zamyśliłem się na chwilę, próbując ustalić, co jeszcze dzisiaj muszę zrobić. I wtedy w głowie zaczęła przesuwać mi się plansza szachów, partia, która leżała odłogiem od wczoraj. Przesunąłem w myślach czarnego laufra i zaszachowałem króla, a następnie wysunąłem białego piona, blokując szach, który przed chwilą zadałem.

– Będziesz na moim performance? – zapytał Michał, zapinając rozporek.
– Kiedy? – rzuciłem machinalnie próbując zapamiętać nowy układ na szachownicy
– Jutro o dwudziestej. W galerii.
– Jasne. Czemu nie? Co tam będzie?
– Wiesz. Takie klimaty przeciwko wojnie w Iraku. Parę fotek.
– Masz foty z Iraku? Nie chwaliłeś się – rzekłem, prawie z podziwem szukając fajek po stole.
– Nie, nie mam. Zrobiłem taki mix z gazet, no wiesz.
– Nie wiem, nie widziałem – odpowiedziałem, zastanawiając się, gdzie, do kurwy nędzy, podziałemte papierosy.

Michał zaczął zacierać ręce i skinął na kelnera.

– Jeszcze po jednym piwie – powiedział, a kelner skinął uprzejmie. Chyba skinął uprzejmie, nie widziałem, jak skinął, bo byłem już na serio zły, że gdzieś położyłem te jebane fajki i nie wiedziałem gdzie. W każdym razie ostatnio skinął uprzejmie, więc pewnie teraz nie było inaczej.

– To są takie foty, że wiesz... nie lubię się chwalić, ale Renata jak je zobaczyła, to myślałem, że się zmoczy.
– A co u Renaty? – powiedziałem chyba żywiej, bo w kieszeni udało mi się wreszcie dopaść wygniecioną paczkę L&M.
– Oglądała moje zdjęcia i aż ją zatkało. Powiedziała, że mam tak pojechany klimat, że nie wie, co powiedzieć.
– No, i masz recenzję. Ciągle nie nosi stanika? – spytałem, odpalając papierosa.
– Ciągle – odparł i rozmarzył się przez chwilę. – Nie myślisz, że wojna to plaga współczesności?
– Tak właśnie myślę. Dorżnąłem bronka i zamówiłem następnego. – Ufff, trzeba odreagować – powiedziałem w myśli – ten cały pierdolony pracowity dzień.

– A wracając do tych zdjęć – podjął znowu Michał – to nie jest tak, że mnie chodzi o Irak. Mnie tam chodzi o coś więcej. Nie wiem, może nawet o Boga – zapauzował.

– No weź, tylko z Bozią nie wyjeżdżaj – odparłem i zacząłem pisać esa na komórze.
– Czemu nie? Czemu nie? Ja... jestem wierzący.
– Właściwie to masz rację. Człowiek w coś powinien wierzyć. – Umoczyłem usta w nowo przyniesionym piwie i jednym haustem opróżniłem kufel do połowy.

– Wiem, że mam, ale poszukuję – odparł mój kochany interlokutor i wzniósł palec do góry. Był już poważnie spity, nie trzeźwiał zresztą od kilku dni, więc tak naprawdę to nie wiem, czy był pijany.
– Poszukiwać, rzecz ludzka – powiedziałem i wysłałem wiadomość.
– Na mnie już czas – skwitowałem i opróżniłem szklanicę. – Do zobaczenia jutro o osiemnastej.
– O dwudziestej – poprawił mnie.
– O dwudziestej – powtórzyłem i wyszedłem, zostawiając dwie dychy na stole.

Na dworze było ładnie, w każdym razie ciepło. Ładnie o tyle, o ile może być ładnie we Wrocławiu i ciepło na tyle, na ile może być ciepło we wrześniu. Zatem ładnie i ciepło. Było ładnie i ciepło. Znaki na niebie mówiły, że jest jeszcze wcześnie, znaki na zegarku, że robi się późno. Tyle tylko, że zegarek był zepsuty i ja o tym wiedziałem, to znaczy wiedziałem, że zegarek jest zepsuty, nie wiedziałem jednak, czy zepsute jest niebo. Ale jeśli dymią kominy, to pewnie jest zepsute, w każdym razie zanieczyszczone, a zatem nie czyste. Nie miałem pojęcia, bo nie mogłem mieć, która jest godzina. Szedłem Osobowicką, przeskakując z jednej płyty chodnikowej na drugą i rozmyślałem sobie, ku własnej uciesze, w tym duchu słowiańskim, w tym duchu pijackim, w tym duchu, co pochód za dziewojami robił, a dzieje jego były nieznane nikomu, prócz jednego mądrali, co to i tak umarł, a jak wiadomo, z filmu wiadomo, że kto umarł, ten nie żyje, i nic, i nikt do życia przywołać go nie może. Chyba że reżyser Pasikowski, bo on wszystko może, ale czy z Georgiem Wilhelmem, o tym dzieje milczą. Chyba że wciąż są na pochodzie. Pierwszomajowym, rzecz jasna. Mowa o dziejach.

W czasie tych wszystkich moich przemyśleń dwa razy zdążyłem się potknąć i wypadł mi jeden papieros. Jednak wciąż byłem trzeźwy, na tyle trzeźwy, na ile trzeźwy może pozostać ktoś, kto wypił trzy piwa i ma zupełnie dobrą głowę do picia. Byłem więc trzeźwy, kiedy zadzwonił telefon. Gdy na wyświetlaczu zobaczyłem, że to Agata, szedłem dalej, a telefon nadal dzwonił. Dzwonił tak z krótkimi pauzami aż do Placu św. Macieja. Ale na św. Macieja w końcu odebrałem. I to nie dlatego, że miałem słabą baterię, a musiałem jeszcze zadzwonić do siostry, nie. Powód był, rzecz jasna, inny, pomyślałem, że Agata...

– No? – zapytałem, odbierając telefon. – Co jest?
– Mam nieodparte wrażenie, że mnie unikasz – powiedziała dźwięcznie jak Mozart.
– Wrażenia mają to do siebie, że mogą być złudne – odpowiedziałem, ziewając.
– Możesz skończyć z tym swoim cynizmem?
– Cynizm dawno się przeżarł, ale już dobrze, niech będzie. Co tam, maleńka słychać?
– Jestem we Wrocławiu, chcę się spotkać.
– Nie wiem, muszę jeszcze wejść do czytelni, wiesz, że piszę doktorat.
– Wiem, ale to naprawdę bardzo ważne.
– No, skoro takie ważne, to niech będzie.
– Może jutro w Carskiej o dwudziestej? Czytelnia już wtedy jest zamknięta, więc chyba znajdziesz piętnaście minut?
– O dwudziestej jestem wolny jak ptak. Dawno przyjechałaś?

Skończyła rozmowę? Przerwało czy była poza zasięgiem? Skończyła jej się karta? Ktoś ją napadł i wyrwał telefon? Rozmowa się urwała, więc zadzwoniłem szybko do Magdy i powiedziałem, że niedługo dotrę.

– Wujek! Wujek! – krzyknęła Marysia w samym progu i rzuciła mi się na szyję.

Kochałem tę małą. Miała zaledwie cztery lata, a inteligencją przewyższała większość ludzi, którzy byli w moim wieku. Cudowne dziecko – pomyślałem. Gdybym dorwał tego kutasa, co wyjechał do Anglii i zostawił Magdę z brzuchem, za to nie zostawiając nawet adresu, z pewnością obiłbym mu mordę.

– Cześć, siostra – rzuciłem do wychodzącej z pokoju Magdy i, z małą na ręku, z trudem zdejmowałem kurtkę.
– Czemu jeszcze nie śpi? – zapytałem Magdę z dezaprobatą.
– Czekała na ciebie. – odpowiedziała, a mała, która już zdążyła wyślizgnąć mi się z rąk, pokazała własnoręcznie zrobioną w przedszkolu laurkę.
– Śliczna – odparłem. – Masz talent, wiesz?
– A co to jest talent, wujku?
– Napijesz się czegoś? – wtrąciła Magda.
– Kawę poproszę – odpowiedziałem przez ramię i posadziłem Marysię na kolanach.
– To trudne pytanie..
– A mówiłeś, że nie ma trudnych pytań, tylko trudne są odpowiedzi, prawda?
– Prawda – odpowiedziałem. – Bardzo uważna jesteś – dodałem, a Marysia uśmiechnęła się, wyraźnie zadowolona, że dobrze zapamiętała ostatnią rozmowę.

– Talent, to taka wielka zdolność do robienia czegoś. Ty masz talent do rysowania.
– Eeee, to wcale nie jest takie trudna odpowiedź. Nawet dziecko by to zrozumiało.

Roześmiałem się i wypiłem łyk kawy. Marysia wtulała się we mnie coraz bardziej, głaszcząc mnie delikatnie po szorstkim podbródku. Czułem, jak jej głowa coraz bardziej bezwolnie spływa na moje ramię. Głaskałem ją przez chwilę, przysuwając do siebie szachownicę. W pokoju było cicho, tylko Marysia oddychała rytmicznie, więc zacząłem kontynuować partię, nie partyjną, ale partię szachów. Laufer. Odwrócenie szachownicy. Pionek. Odwrócenie szachownicy. Tyle wymyśliłem w pubie. Teraz czas na nowy ruch. Bicie pionka. Odwrócenie szachownicy. Łyk kawy. Bicie gońca. Bicie serca Marysi. Bicie pionka. Bicie…

– Możesz ją przenieść do pokoju? – przerwała Magda. – Ona naprawdę powinna już spać.
– Przecież śpi – powiedziałem szeptem.

Położyłem małą do łóżeczka, a Magda przykryła ją kołdrą.

– Jak u Caravaggia – powiedziała.
– Co? – spytałem szeptem.
– Światło na nią tak pada, jak na tych obrazach. Ta ciemność i tylko te rysy, widzisz?
– Nie – rzekłem uszczypliwie i uszczypliwie ją uszczypnąłem. – Nie widzę tu Carravagia. Zresztą jutro jest wystawa, jak chcesz, to możesz pójść.
– Carravagio jest we Wrocławiu? – zapytała, zamykając drzwi do dziecięcego pokoju.
– Nie, Oręba.
– Kto? – Nie słyszałaś o Michale Orębie? – zapytałem z najwyższym niedowierzaniem.

Magda pokręciła głową zmieszana, jakbym znowu wykazywał jej ignorancję.
– Właśnie piłem z nim piwo.
– Z tym Orębą? I jaki jest?
– Jak pójdziesz, to się przekonasz.
– Warto?

Kiwnąłem głową, jakby nie tylko Caravaggio, ale i Bruegel, i Hitler, i Modrzejewska, i Neron, i jeszcze kilku innych eksporterów własnej artystyczności przyznawało mi rację.

– No to na pewno pójdę. Gdzie to jest?
– W galerii. Chyba o dziewiętnastej.
– Zabiorę więc Marysię.
– Nie – odpowiedziałem i poszedłem do kuchni, żeby zapalić, a Magda weszła zaraz za mną. – Nie bierz jej.
– Dlaczego? To będzie jakaś pornografia?
– Nie, wojna. Albo i nie wojna, inne gówno. Nie bierz jej tam, ten Oręba to kompletny głąb.
– Przecież mówiłeś...
– Chciałem usłyszeć twoje zdanie – t w o j e w ł a s n e z d a n i e. Twoje zdanie, tej, która tak bardzo kocha Caravaggia, którą zawsze wszystko tak zachwyca i wzrusza. Co powiesz o skończonym idiocie fotografującym nie wiadomo co i nie wiadomo po co, gdy wcześniej dostaniesz ode mnie pozytywną opinię o nim – mówiłem ciurkiem, widząc, jak oczy Magdy robią się coraz węższe i węższe.

– Kurwa... – syknęła przez zaciśnięte zęby – uważasz, że się nie znam i nie odróżniłabym kiczu od sztuki, tak?
– Nie – skwitowałem krótko. – Ty się znasz, tylko ja nie wiem, co to znaczy. Idę do kompa.

Wychodząc z kuchni, oddałem jej do połowy spalonego papierosa. Kątem oka zauważyłem, jak zaciąga się nim, a potem usłyszałem, jak się krztusi.

Sprawdziłem pocztę – miałem cztery nieprzeczytane wiadomości i kilka reklam.

Odpowiedziałem zwięźle i rzeczowo na maile, a i tak zrobiło się późno. Poszedłem spać.

W nocy śniła mi się Agata. Nie śniła mi się Agata, śniła mi się retrospekcja sprzed miesiąca, gdzie między innymi była Agata.

Wróć.

Kiedy spałem, to nie wiedziałem, że śpię. Jeżeli coś było nie w porządku, to znaczy jeżeli coś wskazywało na to, że śpię, to tego nie zauważyłem. Działo się to nad jeziorem.

Wróć.

Miałem sen, że nad jeziorem miesiąc temu spotkałem koleżankę, której nie widziałem od dłuższego czasu i tak wyszło, że w końcu pod namiotem położyliśmy się do łóżka, ale łóżka pod namiotem nie ma.

Wróć.

Złośliwy demon nawiedził mnie snem, w którym była Agata i ja. Nie było żadnego demona. Kurwa mać, źle.

Wróć.

Nic mi się nie śniło, o snach nie można powiedzieć nic. I tak niewiele z tego pamiętam.

Teraz jest dobrze.

Dzień zaczął się od golenia. Dla mnie zaczął się od golenia, ale tylko w pewnym sensie, bo zaczął się od otwarcia oczu. Potem była muszla klozetowa i brunatna struga moczu. Dopiero później się ogoliłem się, umyłem i ubrałem. Już jako człowiek w pełni ucywilizowany usiadłem przed klawiaturę. Net, login, poczta. Trzy nowe wiadomości, w tym jedna reklama. Reklama do kosza, na wiadomości odpowiedziałem. Za tydzień mam referat z Ingardena, a nie napisałem jeszcze ani jednej linijki tekstu. Najchętniej napisałbym tak:

„Roman Ingarden był filozofem o niebagatelnym poczuciu humoru. Do tego stopnia był odrealniony, że spierał się z samym sobą i z sobie podobnymi o istnienie świata, gdy kilka kilometrów od niego dymił obóz skoncentrowany na problemie gazu. Dramat, że bezczelni Niemcy skonfiskowali mu biblioteczkę był tak wielki, że biedny Romek miał zajebisty problem z przypisami, więc mógł popadać w deprechę. Swoją drogą, obok tego poczucia humoru był fenomenalnym filozofem. Uczeń Husserla, esteta. Być może asceta. Koniec i bomba, kto nie słuchał, tego w trąbę”.

My tu gadu, gadu, a tam wódka stygnie – pomyślałem, podchodząc do szachownicy i wykonując nowy ruch. W pokoju było pobojowisko, jak zawsze kiedy Magda szykowała Marysię do przedszkola. Posprzątałem ten cały bałagan, składając sukienki do sukienek, bluzeczki do bluzeczek, a wszystko potem do szuflad. Równiutko, śliczniutko. Zrobiłem kawę, wypiłem kawę, zrobiłem śniadanie, zjadłem śniadanie, pozmywałem naczynia, zapaliłem papierosa, wypaliłem papierosa, zgasiłem papierosa, wyrzuciłem papierosa, umyłem popielniczkę. Położyłem popielniczkę na suszarkę. Usiadłem na kanapie, włączyłem telewizor, obejrzałem wiadomości, wiadomości obejrzały mnie. – Patrząc w telewizor, pamiętaj, Marku – pomyślałem – pamiętaj, pamiętaj, żeby telewizor nie popatrzył w ciebie. Czekałem, aż dzwony zabiją metafizycznie w mojej głowie, ale nie miałem jointa i nic nie zabiło ani mnie, ani w mojej głowie.

Przerzuciłem ostatnio czytane książki, tomik Tadka i jego Ucznia czarnoksiężnika, z którego pomagałem napisać komuś interpretację, wczorajszą „Wybiórczą”, tę o rzeczach pospolitych i codziennych, mówiąc wprost i coś o polityce. Tyle. Więcej gazet nie pamiętam, za wszystkie nieprzeczytane serdecznie dziękuję.

Rozdzwonił się telefon. Adrian poinformował mnie, że mają spotkanie o prawach zwierząt. Za spotkanie podziękowałem, bo zwierzęta zgodnie z prawem nadanym są po to, by je zjadać, ale rzecz jasna, powiedziałem – bardzo lubiłem Adriana – co zrobić, żeby i posłuch był, i w sali gwarno, a i efekt jakowyś się pojawił, czyli co uczynić należy. W fotelu się rozparłszy prawiłem, a on, niczym skryba, notował te rady moje, za które notabene, dziękczynność swą w czasie późniejszym wyraził, przednią okowitą goszcząc. Podbudowawszy przeto erudycyję swą w tym względzie okazaną, rozmowę zakończyłem rad wielce. I jam to, nie chwaląc się, sprawił, że zwierzęta i łowne, i hodowlane w godziwszych warunkach po łąkach i domostwach polskich hasać będą, póki na stoły nie trafią.

Było prawie południe. Za oknem świeciło słońce, więc jednak się kręci. Życie się kręci.

Wziąłem kurtkę z wieszaka i wyszedłem do pracy – o czternastej zaczynałem lekcje w szkole. Trzy godziny z tymi licealnymi kretynami niejednego mogłyby wyprowadzić z równowagi, mnie nie wyprowadzały, a nawet bawiły To, że się nie uczą, nie oznaczało, że się nie uczą zupełnie, po prostu uczą się innych rzeczy. Odkąd tak zacząłem to sobie przedstawiać, uczniowie mnie polubili, zwłaszcza uczennice. Jednej wprawdzie nie mogłem pytać w ogóle, bo jej się ojciec powiesił i dostałem prikaz od durekcji, drugiej też nie mogłem pytać, bo została zgwałcona i miała nerwicę, ale z pozostałą częścią klasy „pracowało” mi się dobrze. Nie szedłem na te lekcje posępny, kiedy grały mi dzwony ze wszystkich korytarzy bijące i lśniły wieżyce pobliskiego kościoła, nie. Wręcz przeciwnie. Miałem bardzo dobry humor. Zwłaszcza, że za cały ten czas płacili, a ja miałem gdzie pogadać.

W końcu lekcje dobiegły końca, powiedziałem ze sto razy „do widzenia” i polazłem do czytelni. Bez ekscesów i większych sukcesów przesiedziałem tam do jej zamknięcia. Roman Ingarden zapytałby zapewne, czy Niemcy zamknęli, ale nie, zamknęła pani Jadzia. Jutro otworzy ją znowu i ja znowu jutro się tam pojawię. O ile słońce nie zgaśnie, a niebo nie zawali się nam na głowy.

Poszedłem coś zjeść do chinoli, wypiłem piwo, kupiłem po drodze w markecie wyjątkowo drogie kredki dla mojego krasnala. Chyba jak na wujka za bardzo ją rozpieszczałem, ale, jak mawiał mój serdeczny przyjaciel: kobiety trzeba rozpieszczać. W tydzień później odeszła od niego żona, a on wyjechał do Gdyni, bo chyba dalej już się nie dało.

W doskonałej formie i pełen poczucia honoru, poszedłem na spotkanie z Agatką do Carskiej.

Miałem jeszcze trochę czasu do wyznaczonej dwudziestej, ale ona już tam była. Śliczne kasztanowe włosy spięte do tyłu, srebrny łańcuszek pomiędzy piersiami... Mniam. Przysiadłem się bez słowa, widząc jej minę, która nie wróżyła niczego dobrego. – No, i będą pretensje – pomyślałem.

– Co u ciebie? – zapytała nerwowo i upiła łyk soku o barwie pomarańczy.
– Właśnie się zastanawiam, czy ten sok rzeczywiście jest pomarańczowy, czy tylko ma taką barwę – odpowiedziałem lub właściwie nie odpowiedziałem.
– Kochasz mnie jeszcze? – zapytała, tak jak pyta dowódca plutonu egzekucyjnego tuż przed rozstrzelaniem: Jesteś winny? Łatwiej mi będzie cię zabić.
– Hmmmm... – przeciągnąłem długo. Za długo. W jej oczach już świecił lont odpalanej bomby.
– Marek, do cholery! – próbowała uciszyć wybuch, przykryć go poduszką ręki, tak jakby ten gest mógł powstrzymać eksplozję.
– A co to jest miłość? – spytałem na poły poważnie, na poły dramatycznie ze szczyptą oczekiwania, z odrobiną ciekawości, z niewielkim dodatkiem subtelnej drwiny.
– Wiesz, o czym mówię – powiedziała, a ręce zaczęły jej się trząść.
– Tak, wiem – powiedziałem z rezygnacją, ale nie miałem za bardzo pojęcia, o czym mówi.
– Kochasz mnie? – zapytała ponownie.
– Nie. Nie wiem, to było miesiąc temu, pod namiotem, były wakacje. To za krótko, żeby...
– Żeby zaciągnąć kogoś do łóżka?
– Nie – przerwałem ostro. Jesteś pełnoletnia. Nigdzie cię nie zaciągałem. Może było kilka czulszych słówek, ale...
– Ale to normalne, prawda? Mówiłeś coś, że róża jest różą, tak?
– To było tam i miało kontekst. Dzisiaj nie ma kontekstu. Nic nas dzisiaj nie wiąże.
– Nie...
– Tylko mi nie mów, że ty mnie kochasz. A co to niby jest ta twoja miłość? Ja czuję, ja czuję. Chcesz mnie wzruszyć? Twoje „czuję”, to twoje „czuję”, nie moje „czuję”. Czujesz to? – Chryste Panie, ale ona była banalna.
– Ja nie czuję, ja jestem.

No pięknie. Dziewczyno, mówisz o rzeczach, o których masz mgliste pojęcie. Gdzie jesteś? Kim jesteś? Wiązką przypadków jesteś, społeczną wypadkową jesteś. Jesteś zbiorem genów, czy boską iskierką? Jesteś taka, jak widzą cię inni, czy taka, jak widzisz się sama? Jesteś. Jakaś jesteś, może i tak. Ale jaka jesteś? Głupia?

– Jestem w ciąży.
– Słucham?
– Jestem w ciąży. Jesteśmy w ciąży. Będziemy mieli dziecko.
– Moment. – Zamówiłem wódkę przy barze, żeby zebrać myśli.

Wypiłem. Boże w Trójcy Jedyny, to przecież nie może być prawda... Nie z nią, nie teraz. Boże, proszę. Zamówiłem jeszcze jedną wódkę i przyglądałem się Agacie z odległości tych kilku metrów, które nas dzieliły, tych kilku metrów, które nas łączyły. Tych kilkunastu minut, które nas połączyły. Tego czasu, który nas połączył w wieczność. Czasu przeszłego, czasu teraźniejszego, czasu przyszłego. Wypiłem wódkę i patrzyłem na dalej. Wyciągnąłem papierosa i zapaliłem, zaciągając się chciwie. Trzeba rozładować napięcie – pomyślałem, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Jestem TU i jestem TERAZ, TU i TERAZ. I nie potrafiłem stanąć z boku. Nie mogłem wydusić z siebie niczego, nie mogłem przyjemnie przeczytać się w tej pojebanej sytuacji. Nie potrafiłem być tekstem, nie potrafiłem odróżnić banału od nie-banału. Ona – ciąża – ja. Linia. Punkty. Linia. Z boku pomachał do mnie znajomy, z którym niejedno przeszliśmy. Odprawiłem go ruchem ręki. Jego tu nie było. Dla niego nie było mnie, bo nie było dla niego sytuacji. Ja – ciąża – ona. Linia. Trzeba to jakoś przeciąć – pomyślałem gorączkowo. Wymyśl coś. Obróć to w żart.

– Usuniesz – powiedziałem, siadając naprzeciwko niej.
– Nie – odpowiedziała bardzo mocno. Nieważne jak odpowiedziała, może słabo, może z radością, ze smutkiem. Nieważne. Powiedziała.
– Nie – powtórzyła – rozumiesz?

Może nie powtórzyła, może to było drugie, inne, niczym nie powiązane „nie”, które odnosiło się do innej ciąży. Nie tej, nie tej naszej. Nie, nie naszej. Do tej  j e j  ciąży. Ja nie byłem w ciąży. We mnie nie było ciąży.

– Nie ożenię się z tobą – powiedziałem – nigdy się z tobą nie ożenię, rozumiesz? – Wyciągnąłem wszystko, co wiedziałem o aborcji, to jeszcze nie było przecież dziecko. Jest wiele definicji. To nie było jeszcze dziecko. Rzymianie nazywali człowiekiem kogoś, kto osiągał wiek męski i przyodziewał togę męską. To JESZCZE nie jest dziecko.

– Nie
– Jak to nie? Nie kochamy się, nie kochaliśmy się, to będzie nieszczęście dla tego – w przyszłości dziecka – więc lepiej, jeśli go nie będzie. To błąd, żeby ono było, jego jeszcze nie ma.
– Nie.
– Ale ty jesteś uparta. Nie masz żadnych argumentów, nie możesz tego wiedzieć, to może być tylko przeczucie, przeczucia zawodzą, są złudne, są uzależnione od zdrowia, od okoliczności, od wielu czynników, od wielu…
– Nie.
– No to, kurwa, nie!

Szedłem przez Plac Grunwaldzki. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu. Chyba napierdalał deszcz. A może przyszedłem przemoczony od własnego potu.

– Wujek, wujek! – krzyknęła Marysia, gdy tylko znalazłem się w korytarzu.

Deja vu, gdzieś już to kiedyś było, ta dziewczynka, te drzwi. Dałem jej odruchowo kredki i wszedłem do pokoju, nie ściągając butów.

Magda robiła kolację.

– Coś się stało? – zapytała, gdy mnie zobaczyła. Musiałem być bardzo blady.
– Nie, później, nie teraz – odpowiedziałem bezładnie i przysunąłem do siebie szachownicę, próbując skupić się, czyj teraz ruch.

Pion dwa w przód. Odwrócenie szachownicy. Koń bije pionka. Odwrócenie szachownicy. Hetman szachuje króla.

– Wujku... – powiedziała Marysia ze smutną miną i usiadła naprzeciwko mnie. – Nauczysz mnie grać w szachy? Moglibyśmy wtedy grać razem. Wolę grać z tobą, niż rysować samej...

– Nie – odpowiedziałem na odczepne – po raz pierwszy w życiu powiedziałem do niej na odczepne, ale po chwili spojrzałem w jej oczy koloru majowego nieba.
– Nie, Marysiu, nie nauczę cię grać w szachy. Może sama się kiedyś nauczysz.
– Ale wujku, jesteś niemądry. Nie można grać w szachy samemu.
– W szachy zawsze się gra samemu, krasnalu. Przesunąłem szachowanego króla w bok. Stojący z tyłu koń skoczył do ataku, omijając linię obrony.
– Mat – powiedziałem cicho i zamknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, zamatowany król znajdował się na środku planszy w delikatnych palcach małego krasnala, bezpieczny od każdego ataku.
– Może i masz rację, wujku. Ty zawsze przecież masz rację. Uśmiechnęła się niepewnie.
– Ale wujku, po co ty właściwie grasz w szachy?
Przemysław Grzesiński