Misia z wesołego domu

Wysiadam z tego autobusu, a nie wiem, gdzie byłam; jak ja tego nie znoszę, złości się Misia.

– Misiu, zaczekaj, podam ci rękę – mówi do niej Halinka, opiekunka w domu spokojnej starości. Albo jakiejś tam starości, bo spokojnie to tu nie jest. A i dobrze, dodaje w myślach Misia.
– Podobało ci się na tej wycieczce? – Halinka podaje jej rękę, a drugą podtrzymuje starszą, ubraną w lekką letnią sukienkę panią, kurczowo trzymającą torebkę, bowiem damy – każdy to wie – nie opuszczają domu bez torebki, niezależnie od tego, dokąd się udają. Tym razem wybrali się na wycieczkę do Ochli. Tam mieszkańcy domu spędzili całe przedpołudnie. Była piękna pogoda, więc wielu weekendowych urlopowiczów zjechało nad zalew.

Stopnie w autobusie są wysokie, a nogi Misi krótkie. Nie urosła na dużą. Takie były wtedy czasy, kiedy się urodziła. Kilka lat po jej urodzeniu rozpętał się światowy kryzys gospodarczy i mimo iż nie pochodziła z biednego domu, rodzina żyła bardzo skromnie, szczególnie po tym, jak ojciec stracił firmę. Jedli prosto, kalorycznie, ale na wzrost już nie wystarczyło. Czasem cieszyli się, że w ogóle było coś do jedzenia. Potem wojna też nie rozpieszczała kulinarnie. Jedyne, co wtedy rosło, to brzuchy, wypchane kaszą i ziemniakami. Aż cud, że Misi figura na tym nie ucierpiała. Na jakiej wycieczce? Misia pyta się w duchu i tylko potakuje, kiwając głową. Obiecuje sobie spytać o to swoją sąsiadkę i najlepszą przyjaciółkę Lidzię. Jeśli w drodze do pokoju o tym nie zapomni.

– No to chyba nie będę musiała cię namawiać następnym razem, co? – Halinka spogląda na Misię i uśmiecha się życzliwie. Lubi tę starszą dystyngowaną panią, która wciąż jeszcze potrafi śmiać się jak dziecko. I wie, że do następnej wycieczki będzie Misię znów musiała namawiać. Za każdym razem jest tak samo. Ale dla Halinki to dzień powszedni, jej pacjenci mają wszystko oprócz pamięci. Czasem więc ona musi im ją zastąpić, być ich kalendarzem.

Figlarna ta Halinka, taka sympatyczna, a już dyrektorka, myśli Misia. Albo coś takiego. Mówię tak do niej, ale nie jestem pewna. Może jej to pochlebia, może nie. Niech sobie tam myśli, co chce, bo i tak nie pamiętam, skąd i dlaczego ją znam. Misia tupie nogą ze złości, jak zwykle, kiedy znowu uświadamia sobie, że jej pamięć na długo przed nią pożegnała sią z tym światem.

– Czy coś się stało? – Halinka jednak zauważyła niezadowolenie Misi.
– Ach nic, coś mi się tam chyba przyczepiło do obcasa – Misia kłamie jak z nut. Ma to opanowane do perfekcji, nawet okiem nie mrugnie.

Misia chwyta pod rękę sąsiadkę ze swojego piętra i powoli idą do swoich pokoi. Zaraz będzie obiad, więc trzeba się przygotować, zabrać sztućce, pociągnąć bladoczerwoną szminką usta. Nic to, że zapadają się trochę, bo zęby Misia już dawno gdzieś schowała i nie może teraz ich znaleźć. Zresztą i tak ich nie lubiła. Nie pasowały, uwierały, wciskały w dziąsła. Zawsze robiło jej się od nich niedobrze i właściwie jest szczęśliwa, że udało się jej o nich zapomnieć. Alina, jej córka wprawdzie powiada, że bez nich Misia wygląda o wiele starzej, ale co tam. Wtedy, jak Alina powiedziała jej to po raz pierwszy, Misię bardzo zabolało. Nie chciała wyglądać staro. Zawsze dbała o siebie i nikt nie wiedział, ile miała lat, a już wtedy miała ich niemało. Misia zna swoją Alinę i wie, że to taki jej rodzaj terapii wstrząsowej. Alina zawsze lubiła konkrety i skróty myślowe, dlatego jej oceny były takie dosadne, i czasem bolące. Kiedyś robiły na Misi naprawdę duże wrażenie, ale teraz, od kiedy tu mieszka, wszystko jest inne, inaczej ważne.

Misia wchodzi do przedpokoju, a potem puka i nie odczekawszy odpowiedzi, otwiera drzwi do pokoju Lidzi:
– Cześć Lidziu! – woła Misia od drzwi – Pilnowałaś moich milionów? – A pewnie. Nic innego nie robiłam. Nic innego – zapewnia echem Lidzia i uśmiecha się do siebie.

Misia siada na kanapie i patrzy uśmiechnięta na Lidzię, jakby chciała jej powiedzieć coś wesołego. Ale co? Eh tam, później jej się może przypomni. Starsze panie mają i tak świetny humor. Zawsze go mają, a szczególnie wtedy, kiedy po burzliwej dyskusji o tym, która ma umrzeć jako pierwsza, w końcu zapominają o przedmiocie rozmowy i schodzą na inny, o wiele bardziej pasjonujący temat. Nie, nie ploteczki. Obie jednakowo ich nie znoszą i złoszczą się na sąsiadki wysiadujące całymi dniami na fotelach w kąciku towarzyskim i obgadujące innych. Z nimi ani Misia, ani Lidzia nie chce mieć nic wspólnego. Misia nawet lekko podnosi głowę przechodząc obok nich. Dyskretna manifestacja odrębności robi jej dobrze. A one to widzą.
– Pani mama to nie chce z nami rozmawiać. To jest dama, proszę pani – mówi jedna z nich do odwiedzającej Misię Aliny.

Alina kiwa głową – i dziwi się. Panie wydają się sympatyczne, ale to jej mama tu żyje, więc niech sobie układa współżycie z nimi, jak chce. Aliny zadanie skończyło się, gdy matka tu zamieszkała. Kiedy usłyszała o programie kulturalnym, o ślubach i innych niesamowitych wydarzeniach w tym domu, zrozumiała, że to jest najlepsze miejsce, jakie mogła znaleźć dla niemogącej już żyć bez opieki matki. Nigdy nie wątpiła w słuszność tej decyzji, a życie potwierdziło jej wybór: mama kwitnie.

Misia i Lidzia chętnie opowiadają sobie o dawnych czasach. Może i trochę się w tym gubią i od czasu do czasu powtarzają, ale nikt tego tak naprawdę nie wie. A one nie pamiętają. Zresztą to nieważne, najważniejsze, że są razem i się lubią. I bardzo lubią te swoje rozmowy. Szkoda tylko, że Lidzia nie lubi krzyżówek. Misia tak chętnie je rozwiązuje, szczególnie gdy robi to w towarzystwie. Ale Lidzia nie daje się przekonać. Może boi się, że nie będzie znała odpowiedzi i trochę się wstydzi? Czasem obie siedzą tylko i milczą, każda zatopiona we własnych myślach. Może przeżywają jeszcze raz sceny z ich długiego życia. Kto to wie?

Kolejny dzień, chyba w maju
Misia wstała w świetnym humorze. Dzisiaj idę na spacer, nie ma co, obiecuje sobie. Taka ładna pogoda – siedzieć w domu to grzech. Przejdę się w dół do sklepów.
Trochę stroma ta ulica, szczególnie od wieży, ale pójdę powoli. Do obiadu zdążę. A jeśli nie, to pójdę po obiedzie. Zobaczę, co tam mają. Misia wyciera się ręcznikiem i podśpiewuje cichutko. Myje się bardzo dokładnie, zabiera jej to codziennie dwadzieścia pięć minut, ale czasu teraz ma dużo. Potem odsuwa wielkie drzwi szafy i przegląda garderobę. Na ulicę trzeba się porządnie ubrać. Oho, znowu przytyła.Kolejna spódnica do poprawki. Ale jak tu nie przytyć, gdy ruchu mało, a dobrze dają jeść. Na przykład dzisiaj na śniadanie... co to tam było, eh... Misia nie pamięta. Ale nie jest głodna, więc chyba dobrze pojadła. Jest ciepło, więc letnia sukienka wystarczy. Buty? Ach, tu są, jej ulubione, bordowe sandałki na koturnie. Bardzo wygodne. Trzeba się jeszcze uczesać. Gdzie ten grzebień? Misia rozgląda się bezradnie po pokoju, zagląda dwa razy do szuflady, jednej, drugiej. Jest! Stojąc przed lustrem, wpina spinki w swoje siwe włosy. Należałoby je chyba trochę podciąć. Już dawno miała pójść do fryzjera, ale nigdy o tym nie pamięta. Ach, po co mi ta głowa, kiedy nic nie pamięta? Misia złości się i wyszarpuje spinkę z włosów, by wpiąć ją w nie ponownie. Lepiej. Jeszcze tylko torebka, grzebień, chusteczka do nosa i klucze. Aha, no i szminka. Misia nie ma gotówki, bo nie potrzebuje. A jeśli czegoś potrzebuje, kremu albo gazet, po prostu zamawia. I to z dostawą do pokoju! No więc po co jej gotówka. Jeszcze ją kto okradnie.
– Lidziu! Powiedz, dobrze wyglądam? – Misia puka do drzwi sąsiadki i otwiera je, nie czekając na zaproszenie. Staje w drzwiach i patrzy pytająco na Lidzię. Bez tego rytuału Misia nigdy nie wychodzi, chociaż ostateczny werdykt Lidzi jest zawsze taki sam:
– A pewnie, że dobrze wyglądasz. Panna jak malowanie. Jeszcze cię który porwie – chichocze Lidzia i kiwa głową na pożegnanie.
– No coś ty. Ty lepiej uważaj na te moje miliony – Misia macha ręką i wychodzi.
– Dobrze, już dobrze – odpowiada Lidzia.

Może Lidzi jest wszystko jedno, jak Misia wygląda, a może Misia rzeczywiście dobrze wygląda. Jak dama. Panowie oglądają się za Misią i Misia to czuje. Dobrze jest jej z tym. Na to człowiek nigdy nie jest za stary. O, nie! Misia dumnie kroczy korytarzem i delikatnie przechyla głowę, pozdrawiając mieszkańców domu. Niektórzy kiwają głową, zanim na nich spojrzy. Ach nie, oni zawsze kiwają głowami. Tacy już są. Starość jest okropna, myśli widząc ich Misia, jakby jej to nie dotyczyło. Nagle podchodzi szybkim krokiem do wózka inwalidzkiego i podnosi z ziemi gazetę:
– Proszę, wypadła panu – mówi i poklepuje starszego jegomościa po kościstej, upstrzonej starczymi przebarwieniami dłoni. Potem kładzie mu na kolanach gazetę. Wystraszony podnosi na nią wzrok i widać, że nie rozumie, co się wokół niego dzieje.
– Gazeta panu wypadła – powtarza mu głośno do ucha Misia. – Niech pani tak nie krzyczy! – oburza się starzec. Misia wzrusza ramionami i odchodzi. Kilka kroków dalej pozdrawia kogoś, kiwając ręką jak angielska królowa. Ten ktoś to były starosta z pobliskiego miasteczka. Misia nie pamięta, jakiego. Pan Witold lubi ją i chętnie patrzy, jak Misia macha ręką, więc też pomachuje, gdy tylko ją zobaczy. Kiedyś na początku nie darzyła go sympatią, bo wydawał się jej zbyt ofensywny, a dama potrzebuje czasu, by nabrać zaufania do obcego mężczyzny. Ale teraz, po kilku spotkaniach – pierwsze trzy zajęły im przedstawianie się i przypominanie, kto kim jest i skąd – Misia stwierdziła, że starszy pan jest na odpowiednim dla niej poziomie i pozwala mu od czasu do czasu na urozmaicanie jej popołudniowych spacerów rozmowami. Misia widzi wtedy na sobie zawistny wzrok swoich współmieszkanek i to napełnia ją nawet lekką dumą. Lidzia mówi, że któraś ją kiedyś pobije za to, że tak paraduje z panem Witoldem. Misia nie wierzy jej, ale jednak trochę się boi. Słyszała już o podobnych ekscesach, tak zupełnie niepasujących do dam.

Dzień wyprawy
Misia wychodzi na ulicę i automatycznie głębiej oddycha. Chociaż przecież źle się tu, w tym domu nie czuje. Przed nią stromo schodząca ulica, po prawej wieża z obserwatorium, po prawej kaplica. Nierówno poukładane płyty chodnika, płascy świadkowie socjalistycznych czasów. Misia ostrożnie stawia kroki i od czasu do czasu szybuje ramionami w poszukiwaniu równowagi. Jakoś dojdę, tylko powolutku,powolutku, dodaje sobie otuchy. Dochodzi do skrzyżowania. Pełno tych samochodów, skąd ich się tyle wzięło? – dziwi się i przystaje. Rozgląda się nieco bezradnie i zastanawia, w którą udać się stronę.

– Może pani pomóc? – słyszy znienacka głos jakiegoś młodego człowieka.

Pewnie to student. Uczelnia tu przecież niedaleko. Sama sobie poradzę, myśli Misia ze złością i spogląda z rezerwą na uśmiechniętą nieznajomą twarz. Czego on ode mnie chce – starej kobiety? Lecz po chwili jej twarz rozjaśnia się, a student kiwa pytająco głową i podaje jej ramię. Ach, co tam, niech mnie przeprowadzi przez tę straszną, ruchliwą ulicę, taki przystojny. Niech ludzie patrzą, myśli Misia i chwyta go rezolutnie pod rękę.

– Ale proszę powoli. Ja już taka młoda nie jestem – mówi, czekając na protest. I ten przychodzi:
– Ależ skąd. Przecież jest pani jeszcze młoda – szarmancko odpowiada student i oboje czują sią świetnie.

On, bo tak łatwo przyszedł mu komplement dla starszej pani, i ona, bo są jeszcze tacy porządnie wychowani młodzi ludzie. No i w ogóle, bo ona wcale nie jest aż taka stara.

– O, bardzo proszę. Miłego dnia – student żegna się z Misią i odchodzi, choć ona tak chętnie przytrzymałaby go jeszcze za ramię. Kiedyż to po raz ostatni trzymała w ten sposób mężczyznę? Tyle to lat – ach, sama już nie wie.

Misi mąż zmarł przed ponad dwudziestoma laty. Wtedy ona też chciała umrzeć, ale nie dlatego, że go tak kochała. Wcale nie. Bała się żyć sama. Była rozczarowana, że ją zostawił. Taką samą z tym wszystkim, o czym nie miała pojęcia. Naprawy, remonty, działka, samochód, którym nie potrafiła jeździć, a i prawa jazdy nie miała. Tak, umarł sobie i zostawił ją. Misia wciąż jeszcze denerwuje się i zarzuca mu to w myślach, kiedy siedzi na małej ławeczce na cmentarzu przed jego grobem. On umarł, a ona została. Sama. Nie umarła wtedy, no, a skoro nie umarła, to trzeba było zabrać się za to życie i radzić sobie bez niego.

Misia spogląda na wystawy sklepowe. Ogląda je zdziwiona, co to się teraz porobiło? Tyle dziwnych rzeczy, wszystko ładne, kolorowe. Chciałaby to i owo kupić, ale... Ale przypomina sobie, że nie ma pieniędzy. Dla pewności sprawdza w torebce. Nie, nie ma. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuje się zawiedziona, bezradna. Zatrzymuje się w progu sklepu, po czym wycofuje się. Smutna wraca do domu. Domu? Co to za dom? Ale co ma zrobić? To teraz jej dom. Ach, tylko nie myśleć o tym wszystkim.

Droga powrotna prowadzi dość stromo pod górę. Misi nie starcza sił, więc od czasu do czasu przystaje. Dobrze, że są ławki. Przysiada na jednej na krótko, ale coś ciągnie ją dalej w górę. Nie chce tak siedzieć wpół drogi. Wstaje. Trzeba iść, iść.

Parę dni później, albo jakoś tak
Od czasu tej samodzielnej wycieczki do sklepów Misia czuje się nieswojo. Nie wie dlaczego, ale wie, że nie jest to uczucie, które chciałaby, by trwało zbyt długo. Jakaś pustka, nie do końca zrozumiała, jakaś tymczasowość. Ach, nie wiem już sama, co mi jest i dlaczego, Misia potrząsa głową i wychodzi na korytarz. Muszę się przejść, powtarza sobie. Mijając kącik plotkarski, lekko podnosi głowę. W drzwiach windy spotyka Halinkę:

– Misiu, dokąd sią wybierasz? – chce wiedzieć. Nie, aby ją kontrolować, lecz aby dowiedzieć się, jak Misia spędza czas. Niewinne pytanie wywołuje jednak u Misi silne podejrzenie. Patrzy więc na Halinkę nieufnie:
– A co, nie mogę trochę pospacerować? – w jej głosie brzmi nawet lekka prowokacja.
– Ależ oczywiście. Dzień jest przecież piękny. A i ty pięknie wyglądasz – Halinka trafiła bez pudła: Misia udobruchała się widać, gdyż uśmiech przemknął po jej twarzy.

– Tak. I dlatego pochodzę sobie trochę po okolicy – mówi Misia i myśli: żeby nie było, że nie powiedziałam. Wyjdę poza ośrodek, zobaczę, co jest po stronie osiedla. Stamtąd niedaleko do cmentarza. Misia wzdryga sią na myśl o nim, jeszcze jej się tam nie spieszy. Ale osiedle chce zobaczyć.

W długim korytarzu wzdłuż ścian ustawione są ławeczki i fotele dla mieszkańców, którym brakuje tego, co zawsze mieli w domu – ławeczkę przed domem, by spędzać na niej wolny czas, spoglądając na ulicę, na mijających sąsiadów, z którymi ucinali sobie pogawędki. Swoje przyzwyczajenie przenieśli do ośrodka i to najwyraźniej funkcjonuje, korytarz jest pełen, co trzy kroki trzeba więc kogoś pozdrowić, komuś się ukłonić. Ale tylko lekko. Misia jest damą, więc zaledwie leciutko pochyla na bok głowę w ukłonie i spokojnym głosem pozdrawia.

Nagle zauważyła nowego mieszkańca. Starszy pan na wózku natychmiast wzbudził jej opiekuńczy odruch. A może spodobał się jej jego silny wzrok, którym na nią spojrzał? Podjęła wyzwanie, a nawet poszła za ciosem:

– A pan jest tu nowy? – zadziornie podniosła głowę.
– A jestem, jestem – jego ton zabrzmiał lekko gburowato. Pewnie był tak samo nieszczęśliwy jak ona, kiedy znalazła się w tym domu. Zrozumiała go natychmiast.
– Wiem, znam to uczucie pierwszego dnia pobytu. Nawet mimo sklerozy je pamiętam – dodaje. – Niech się pan nie martwi, to przejdzie. – Skąd we mnie tyle życiowej mądrości?, dziwi się Misia. Zazwyczaj woli jej słuchać lub o niej myśleć, niż ją wygłaszać.
– Jeśli wcześniej nie umrę z nudów – jegomość przywołał ją swoim barytonem do teraźniejszości. – Ale przecież tu jest biblioteka. I gazety też można poczytać.
– Z krzyżówkami? – zainteresował się natychmiast.
– No pewnie! – wykrzyknęła radośnie Misia na myśl o spotkaniu pokrewnej duszy. – Ja też lubię rozwiązywać krzyżówki.
– Jestem Władysław. Proszę mówić do mnie Władek. A pani? – głos Władka nagle złagodniał. Spojrzał na Misię pogodnym wzrokiem i leciutko skrzywił w uśmiechu usta.
– A ja jestem Misia, panie Krzyżówkowy – Misia nie podała mu ręki. Nigdy nie lubiła dotyku obcych ludzi, skinęła tylko głową.
– Ha, ha, ha! – roześmiał się pan Władek tak głośno, że wszyscy spojrzeli na nich zdziwieni.
– Panie Władku, nie tak głośno – zaniepokoiła się Misia.
– A co? Zazdroszczą, że z kimś porozmawiam? Jak sam siedzę, to nikt do mnie nie podejdzie – obruszył się pan Władek. – A w ogóle to dokąd pani idzie, pani Misiu?
– Ehe... aaa... nie wiem – Misi robi się gorąco. Znowu zapomniała.
– No bo tak pani pięknie ubrana. To chyba ma pani jakieś spotkanie, tak?
– Nie, nie mam – Misia zdecydowanie odrzuca tę myśl, choć nie ma innej, którą mogłaby zatkać dziurę w pamięci. – Chyba już wrócę do siebie. Trzeba się przygotować do obiadu – Misia robi unik i już pomyka pomiędzy stojącymi i siedzącymi w korytarzu mieszkańcami domu. A pan Władek spogląda za nią w zamyśleniu.

Misi podoba się adoracja nowego mieszkańca, zbyt jednak odwykła od takich zachowań i nie wie, jak na nie zareagować. Cieszy się jednak, że będzie miała z kim rozwiązywać krzyżówki. Jest pewna, że pan Władek będzie nadawał się do tego znakomicie. Fakt, że jeździ na wózku, nie ma dla niej żadnego znaczenia.

Pan Władek ma nie tylko silne spojrzenie i takiż głos. Jego srebrna czupryna jest wprawdzie wzorowa podcięta, ale już widać na czole niesforne kosmyki, które wymknęły się grzebieniowi i spadają lekko na oczy. A w oczach, kiedy w zamyśleniu i chmurnie spogląda przed siebie, ma pioruny godne germańskiego Wotana – na emeryturze. Kiedy zaś się uśmiecha, wszystko to ginie i pan Władek wygląda nagle jak sympatyczny dziadek otoczony gromadką wnuków. Tak jakby dwie istoty zamieszkiwały jego słusznej postury ciało – teraz przykute do wózka.

Te dni tak lecą
– Dzień dobry, Misiu – woła pan Władek i wkręca się swoim wózkiem inwalidzkim do przedpokoju Misi. Zaprzyjaźnili się trochę. Dzięki krzyżówkom spędzają teraz razem wiele czasu. Zazwyczaj Misia odwiedza pana Władka. Niestety nie może z nim wyjść na spacer poza teren ośrodka. Boi się, że gdyby coś się stało, nie mogłaby mu pomóc. Pan Witold jest wprawdzie dla niej odpowiednim towarzystwem, ale on nie lubi krzyżówek, jego akcje nie stoją więc tak wysoko, jak akcje pana Władka. A i pan Władek potrafił szybko docenić prawdziwe zalety tej małej damy.

Nie pukając, pan Władek otwiera drzwi pokoju. Misi w nim nie ma. Słychać tylko szum wody w łazience.

– Och, to pewnie potrwa – mamrocze pan Władek i już chce wycofać wózek, gdy szum wody cichnie i drzwi otwierają się z impetem. Z łazienki wychodzi ubrana zaledwie w halkę Misia. Misia nieruchomieje i nie wie co zrobić, szybko wycofać się do łazienki, czy okryć trzymanym w ręce ręcznikiem. Decyduje się na to drugie, a w jej oczach widać panikę, gdy oburzona woła:

– Panie Władku, no co też pan tu robi o tej porze?!
– Przyszedłem popatrzeć na piękne kobiety – żartuje pan Władek, ale przełykanie śliny przychodzi mu ciężko, gdy tak patrzy na Misię. Misia podoba mu się bardzo. A teraz to nawet jeszcze bardziej.

– Nie dla psa kiełbasa – Misia zrozumiała jego spojrzenie i jest mocno poirytowana. Pochlebstwo w tym spojrzeniu nie zrobiło na niej dobrego wrażenia. Stoi raczej zawstydzona i oburzona tym, że pan Władek tak nagle wszedł w jej życie osobiste, a nawet intymne. Takich niespodzianek Misia zdecydowanie nie lubi.

– Niech pan sobie pójdzie. Nie jestem przygotowana na przyjmowanie gości!
– No, ja to chyba już nie jestem gościem?
– A to dlaczego?
– No, przecież tyle czasu spędza pani u mnie, że uznałem, iż jesteśmy przyjaciółmi.
– Tak, to prawda, ale po południu. Przed południem wolę być sama – odpowiada zdecydowanym głosem Misia. I stwierdza po raz kolejny, że nie należy zbyt szybko przechodzić na ty. Pozostanie z nim na pan–pani, potakuje głową do swoich myśli i zamyka panu Władkowi przed nosem drzwi pokoju.
– Kobiety! – melancholijnie stwierdza pan Władek i wycofuje sią na z góry upatrzoną pozycję, czyli do o tej porze jeszcze pustego kącika plotkarskiego.

Znowu minął jakiś czas
– O, Misiu, ale pięknie dziś wyglądasz! – mówi przyjaciółka z końca korytarza.
– Bo idę na randkę. – I dodaje – Na cmentarz. – Misi humor nabiera czasem naprawdę czarnego koloru.
– A z kim to? I dlaczego na cmentarz?
– Bo idę na randkę z mężem – wesoło odpowiada Misia i puszcza oczko.

Tą wesołością dodaje sobie otuchy. Nie znosi cmentarzy, nawet tych historycznych. Do wawelskich krypt nie udało się jej wciągnąć nawet Alinie, choć tak chętnie pojechała z nią jeszcze tak niedawno na wycieczkę do Krakowa. Stojący w wejściu do krypty strażnik, mimo że tak pięknie i zachęcająco opowiadał o grobach polskich królów, otrzymał w odpowiedzi tylko małe kłamstwo o Misi złym samopoczuciu i wymijającą obietnicę, że może innym razem tam zejdzie.

Teraz rzeczywiście idzie odwiedzić grób męża, którym zajmie się Alina. A ona posiedzi tylko na ławeczce i pomyśli o swoim życiu, życiu Aliny i o życiu w ogóle. Kiedy wraca z cmentarza, pan Władek czeka na nią przed drzwiami. Ma dziwny wyraz twarzy, którego Misia nie rozumie. Jest zaniepokojona.
– Co się stało. Czy ktoś... – Misia boi się dokończyć zdanie. Zresztą mieszka tu wystarczająco długo, żeby takich zdań nie kończyć, a i tak być zrozumianą.
– Misiu, mamy problem.
– Mów – w międzyczasie przeszli jednak na szalenie ułatwiające życie „ty”.
– Po pierwsze skończyły nam się gazety z krzyżówkami, a po drugie skończyło mi się piwo.
– Piwo?! – wykrzyknęła Misia.
– O czym ty mówisz! Tu nie wolno pić piwa. I w ogóle żadnego alkoholu! – Misia rozsierdziła się na dobre. Zapomniała, co sama schowała w szafce.
– No więc tak nie krzycz, bo nawet najbardziej głuchy zrozumie, o co chodzi – spokojnie jak do dziecka przemawia pan Władek.
– No dobrze już, dobrze. Ale w czym problem?
– Jest jeszcze jedna wiadomość, ale nie wiem...
– Władku, albo mi teraz powiesz, o co chodzi, albo natychmiast idę do pokoju – Misia nie ma najwyraźniej ochoty na grę w półsłówka. Kawa na ławę albo do widzenia.
– Zenek źle się poczuł – cicho zaczął pan Władek. – Zabrali go do szpitala.
– Ojej, tak mi przykro. Wiadomo, co mu się stało?
– Misiu, czy ty pamiętasz Zenka?
– Eh, to ten... eh... no, pomóż mi – Misia tupie nogą obutą, jak zwykle latem w bordowy sandałek.
– Misiu, nie denerwuj się. Wiesz, że potem jest jeszcze gorzej z twoją pamięcią. Zenek to ten, co cza-sami u mnie bywa, kiedy ty już idziesz spać.
– Aha – Misia coś zaczyna sobie przypominać, ale nie wie, czy to na pewno to, czy może tylko silna chęć, żeby jej się przypomniało, kim jest pan Zenek.
– Przykro mi. No dobrze, ale co teraz?
– Wiesz... – pan Władek delikatnie wyjawia swoje zamiary.
– Ty chyba nie chcesz, żebym ja ... – oburza się Misia.
– Naturalnie, że nie. Pomyślałem tylko, że może pomożesz mi znaleźć jakieś rozwiązanie – sprytnie zagaja pan Władek. Misia daje się niestety podejść. Chyba nie jest dzisiaj w dobrej formie. A może...

Dzień dni
Misia, jak zwykle stosownie ubrana, z torebką w ręce dyskretnie, spacerowym krokiem zbliża sią do bramy wyjazdowej ośrodka. W jej torebce po raz pierwszy od dwóch lat znajdują sią pieniądze. Jest bardzo podniecona. Nie pamięta, kiedy ostatnio wychodziła na zakupy. Pan Władek powiedział jej, żeby koniecznie poszła do tego sklepu pod „Biedronką”. Tam już znają jego zwyczaje. Zenek zawsze tam kupował dla niego piwo. Ale już nie kupi.

Misia schodzi ulicą do skrzyżowania i czeka na światłach. Pan Władek powiedział, żeby przeszła na drugą stronę ulicy, ale nie powiedział, na którą. Stoi trochę zdezorientowana i rozgląda się w prawo i w lewo. Nie widać jednak nikogo. Jakoś puste te ulice, dziwi się Misia.

– Może pani w czymś pomóc? – słyszy tuż obok siebie spokojny męski głos. Głos wydobywa sią z wielkiego samochodu, który stoi zaparkowany na chodniku. Mężczyzna właśnie chciał zastartować silnik, ale powstrzymał się jeszcze. Co za duży samochód, taki nie miejski, dziwi się Misia.
– Ehe, nie... – zaczyna Misia niepewnie – ale może, może powie mi pan, gdzie jest sklep z piwem?
– Z piwem?! – Młody mężczyzna siedzący za kierownicą roześmiał się krótko. – Ma pani ochotę na piwo?
– Nie ja, ktoś inny – lekko oburza się Misia, choć nagle nie jest już pewna, czy naprawdę nie ma ochoty na piwo. Kiedyś bardzo je lubiła, ale to było bardzo dawno temu. Chyba.
– Niech pani zaczeka. Zawiozę panią. Tak chyba będzie bezpieczniej i szybciej.
– Ale ja to tego samochodu nigdy nie wsiądę. Jest za wysoki.
– Pomogę pani – mężczyzna sprawnie podtrzymuje Misię, która niczym piórko zostaje prawie wniesiona i osadzona na siedzeniu obok kierowcy. Ale heca, myśli Misia. Jeszcze nigdy nie jechałam takim samochodem.

Misia kładzie torebkę na kolanach i spogląda na mężczyznę. Jest szczęśliwa i podniecona przygodą.

– Ale pan miły – kokietuje go, choć mógłby być jej wnukiem.
– To żaden problem, zaraz znajdziemy pani sklep z piwem – mówi mężczyzna i zapala silnik. Po dwóch minutach wycieczka niestety się kończy.
– To już jesteśmy na miejscu? – z bezgranicznym rozczarowaniem w oczach Misia patrzy na znajdujący sią przed nią sklep. Wstrętny sklep, jest tak blisko, myśli.
– A co? Spodobała się pani wycieczka?
– Tak – uśmiecha się Misia szeroko.
– No dobrze. Mam jeszcze trochę czasu. Kupimy to piwo i potem zawiozę panią do domu. Chyba nie mieszka pani daleko? – pyta mężczyzna i w tym samym momencie widzi zieloną plastikową „bransoletkę” wokół prawego nadgarstka Misi. Natychmiast domyśla się, gdzie Misia mieszka.

– O tak, to znaczy nie, nie daleko – radość Misi nie pozostawia żadnych wątpliwości co do akceptacji tej propozycji.

Kiedy samochód podjeżdża pod dom, Misia dostrzega pana Władka. Ten przygląda się obojętnie, jak samochód parkuje przed samym wejściem i jakiś nieznany mężczyzna z niego wysiada. Misia siedzi dumna i czeka. Mężczyzna podchodzi do drzwi pasażera i otwiera je.

– A teraz musi pani jeszcze tylko zeskoczyć. Nie jest wysoko – mówi i podtrzymuje Misię wprawnie za rękę. Misia zeskakuje i uśmiecha się promiennie. Czuje się młoda i pełna chęci przygód.
– Bardzo panu dziękuję. Niestety nie mogę pana zaprosić. Może innym razem – plecie podniecona i nie widzi, co się za nią dzieje.

Pan Władek wciąż obserwuje tę scenę. A to ci Misia! Skąd ona... I serce zaczyna mu walić jak młotem. Stwierdza zaskoczony, że jest zazdrosny. On! Zazdrosny! O jakiegoś tam młodego facecika! Chyba zgłupiałem do reszty, myśli podniecony pan Władek. Żeby coś takiego zdarzyło mi się na stare lata! Pan Władek odwraca się zręcznie i odjeżdża na swoim wózku, zanim Misia znów na niego spojrzy. Nie chce, żeby go widziała w takim stanie. W ogóle nie chce, żeby go widziała. On też jej nie chce widzieć.

– Dziękuję pani. Tak, może innym razem, teraz muszę wracać do rodziny – mężczyzna chce się oddalić, ale Misia zatrzymuje go swoją rozbrajającą czułością.
– No to jeszcze muszę pana uścisnąć – mówi i obejmuje go, wielkiego faceta, wpół i przyciąga do siebie. Mężczyzna jest oszołomiony, stoi z rozpostartymi ramionami, które opuszcza powoli na ramiona starszej pani i pozwala jej w końcu na ten osobliwy wyraz wdzięczności.
– N–no to dobrze. To do widzenia – jąka się jeszcze i wymyka z objęć Misi. Pan Władek tymczasem dojechał do rozsuwających się automatycznie drzwi domu i nie wytrzymał – odwraca się raz jeszcze. Spogląda na uśmiechniętą i mamroczącą coś do siebie Misię. Taka klęska, myśli i przyspiesza, kiwając głową.

Ale wycieczka, śmieje sią do siebie Misia. Macha ręką na pożegnanie swojemu kierowcy. Kiedy ten znika za zakrętem, Misia spogląda pod nogi. U jej nóg stoi torba wypełniona kilkoma puszkami. Ach, co ja teraz zrobię z tym piwem?
Renata A. Thiele