Oczyszczenie / Reinigung - Opowiadanie z cyklu "Brama"

Opowiadanie z cyklu "Brama"

Nie będę się do Ciebie zwracał „Drogi Czytelniku”. Tak naprawdę to nie jestem Ci do niczego potrzebny, raczej to Ty potrzebny jesteś mnie, potrzebny jak ktoś, komu się spowiada przed śmiercią. Bo jeśli Ty mi wybaczysz, Bóg też mi wybaczy, tak mówią. A właściwie tak mówili, bo dla mnie życie zaczyna przybierać formę czasu przeszłego. Wiem, że tak naprawdę każdy lubi poczytać o sobie, utożsamiać się z bohaterem, obserwować swoje hipotetyczne losy. I we mnie też być może odnajdziesz siebie, a raczej może zobaczysz, jaki mógłbyś być i kim mógłbyś być, gdybyś przeżył to co ja. Przecież tak naprawdę gówno kogo obchodzi czytanie o kimś, z kim nie ma się nic wspólnego. Moje problemy nie są Twoimi problemami, moje przemyślenia zwyczajnie Cię nie interesują, masz je w dupie, podobnie jak ja mam w dupie Twoje problemy i Twoje przemyślenia. Tak to właśnie jest. Siedzisz sobie teraz pewnie wygodnie w fotelu, popijasz drinola, a ja zdycham w tym zasranym szpitalu na końcu świata. Nasze światy są zresztą różne – Twój jest bezpieczny i otwarty, mój zamknie się ze spokojem, gdy skończy się moje życie, a będzie to już niedługo.

Trudno mi o tym wszystkim pisać tak, żebyś choć trochę mnie zrozumiał, bo widzisz – Ty zawsze miałeś plecy. Może wydaje Ci się, że jest inaczej, ale jednak dostałeś od życia więcej niż ja. Miałeś mieszkanie, ktoś cię wykształcił za free? Czytasz sobie to pisemko, wiesz o jego istnieniu? Stać Cię na jego kupienie? Wytrzepałeś to sobie z bani, czy może jednak ktoś kiedyś dał Ci szansę? A jeśli masz naprawdę duże siano, to powiedz mi – skąd? Nakradłeś Ty czy Twoi starzy? A może wygrałeś na loterii? Nie, nic nie wygrałeś, bo wtedy wygrzewałbyś się do góry jajami na Bahamach, no, może do góry pipą.

Moje losy są banalne, a o takich jak ja mówią, że przesrali swoje życie i skurwili się tak bardzo, jak tylko można się skurwić. Chciałbym znaleźć punkt, w którym to wszystko się zaczęło, moment, w którym popełniłem błąd. I wiesz co? Nie umiem. Dlatego tak ciężko zacząć tę historię, historię, na którą szkoda papieru, obrzydliwą historię mojego życia.
 
Mam za sobą drobne kradzieże, sponsoring, męską prostytucję, szantaże, prochy i wyłudzenia. Ale dna nie sięgnąłem nigdy, aż do teraz, bo teraz nie mam już żadnej kasy, a przekonałem się nie raz i nie dwa, że bez niej nie znaczysz nic. Pewnie myślisz inaczej, ale już pisałem – mamy zupełnie inne doświadczenia. Pomyśl, że jesteś sam w dużym mieście, że nie masz i nie znasz nikogo, do kogo mógłbyś iść, a po tygodniu spania na dworcu będziesz myślał o obiedzie jak o ósmym cudzie świata. Po drugim tygodniu nie będziesz rozmyślał o miłości czy jakiś tam „wartościach” i zaczniesz patrzeć na ludzi jak na inny gatunek – jak na jelenie, które można orżnąć. Bo oni coś mają, a Ty nie masz nic. Tyle tylko, że ja tego nie przeżyłem, po prostu nigdy do tego nie dopuściłem.
 
Z domu udało mi się wynieść szybko, zaraz po podstawówce. Trafiłem do szkoły z internatem, ale tam od razu zaczęły się wiry. Z nauką szło nawet nieźle, ale większość czasu poświęcałem babce od matematyki. Dziś chce mi się z tego śmiać, ale wtedy myślałem, że ją naprawdę kocham. Głupi gówniarz był ze mnie, ale ją rajcowało to moje pryszczato-prawiczkowate uniesienie. Niestety, o wszyskim szybko dowiedział się jej mąż, który w tej samej szkole prowadził lekcje wf-u. Najpierw dostała wpierdol od niego, a potem dyrektor wypierdolił ją dyscyplinarnie. Mnie sadysta małżonek tyrał jeszcze przez pół roku. Wreszcie stamtąd nawinąłem – wsiadłem w najbliższy pociąg i jakoś dotarłem do dużego miasta.

Tutaj szybko poznałem pana Janka, właściciela jakiejś firmy. Mieszkałem wtedy w hotelu robotniczym, tyrałem w betoniarni, a wieczorami spotykałem się z tym łysym kutasem i to dosłownie. Potem doszedł jeszcze jeden, pan Wojtek, który kazał się nazywać panem majorem, a swojego fiuta panem adiutantem. Niewiele pamiętam z tamtego okresu, po prostu o tym nie myślę. Całe gówno trwało jakieś trzy czy cztery lata, nie wiem. Któregoś ranka wstałem i powiedziałem sobie, że już nigdy nikt więcej nie będzie mnie ruchał. Nigdy i nikt.

Znów trafiłem na dworzec jak przed kilkoma laty. Pamiętam, że miałem przy sobie kasy na dwa piwa, plecak i ciuchy za dwie dbre pensje. Więcej nic. Pod ścianami siedzieli przegrani, którzy jako cel życia wybrali tanie wino i powolne menelenie. Z dnia na dzień zarastali brudem dworca, w końcu stawali się nim sami i przestawali być ludźmi, we mnie budzili tylko wstręt, ale nigdy litość. A w Tobie? Dookoła chodzili pewnie jacyś ludzie, tacy jak Ty, każdy w swoją stronę, może Ty także byłeś w tym tłumie bez twarzy. Zanim zapytałbym Cię o godzinę, to już byś mi odpowiedział, że nie chcesz tego kupić, płaciłeś już na dzieci z paraliżem, nie czytujesz pism od jehowych, bo jesteś niewierzący. Albo po prostu byś się wystraszył. Nieważne, nie miałbym o czym z Tobą gadać wtedy, pewnie i teraz też nie.

Zjebałem jakiegoś żula, żeby się odpierdolił i kupiłem hot-doga w fast-fudzie. Wiedziałem tylko, że muszę działać, że muszę kogoś wydymać, bo jak nie, to zdechnę tu i nikt nawet tego nie zauważy. Przecież nie mogłem iść do domu opieki społecznej, pierdolonej ściemy uprawianej przez państwo. Zaczęliby pytać o jakieś papiery, a ja nawet nie byłem nigdzie zameldowany. Wpadłem wtedy na pomysł, żeby jebnąć jakąś staruszkę. Nie robiłem tego nigdy wcześniej, ale pomysł wydawał się trafiony, choć pewnie mało oryginalny. Taka stara rura, myślałem, nie będzie się wydzierać, chuj wie, może ze wstydu, że ktoś zadymił jej emeryturę. A może dlatego, że zostawiła po sobie post- komunistyczne gówno, w którym sama nie może się odnaleźć. Młódka od razu by piszczała, a taka? Wiem jedno: staruchy zawsze mają. Ciułają jak pierdolone pajączki, odkładają na czarną godzinkę i nie wydają, bo niby i na co? Na leki? Na starość nie ma przecież lekarstwa. A na tackę, to zawsze zrobią skrobankę. Co niedziela poginają do kościoła jak przecinaki, jakby mogły sobie za to kupić zbawienie.

Sprawa była prosta. Nie wiem już, po ilu minetach znalazłem babcię – wędrowniczkę. Cnota nie odrasta, a jak coś się robi po raz pierwszy, to się to pamięta. Czapa czarnych beretów, laska z przeceny model 1970, ciemna torebeczka. Francja-elegancja, żałoba wypisana na japie.
Krótki sprint, szturchnięcie i stara leżała na glebie. Po dwóch minetkach było już po sprawie, a ja byłem poza zasięgiem jej jazgotu. W jednym się pomyliłem – ta akurat nie miała wstydu, pierdolony moherowy berecik – darła mordę, jakby sobie przypomniała własną młodość na wiecach potępiających zachodni imperializm i popierających drogę partii do budowy nowego socjalistycznego świata.

W torebce, zamiast prawdziwej kasy, znalazłem tylko nic nieznaczące fanty. Okulary, zasmarkaną chustkę do nosa, różaniec (babciuchna pewnie się nawróciła po upadku komunizmu). W portmonetce najcenniejszą rzeczą było zdjęcie jakiegoś cwaniaczka w okularach, pewno synalka starej. Wyjebałem wszystkie szmaty ze środka i schowałem kaskę do kiechony. Musiało być wcześnie rano, około dziesiątej, bo wpadłem wtedy na pomysł, jak zgarnąć darmową flaszkę. Wymieniłem wszystkie te drobniaki w kantorze i wyszło z tego 50 euro. Polazłem do jakiejś małej restauracji, przy barze zamówiłem piwo z sokiem i kielonka czystej. Wiedziałem, że ten pajac przede mną nie będzie miał po otwarciu lokalu wydać z pięćdziesiątki. Policzyłem mu wielkodusznie za najniższą taryfę euro. Debil oczywiście pytał, czy nie mam drobnych, ale ja, jako świeżo przybyły z Raichu arbajter, nie miałem niestety ani złotówki. Kiedy poszedł na zaplecze, wlazłem za bar i z lodówki wyciągnąłem trzy połówki, które upchnąłem do plecaka, a jako premię za mój polot dorzuciłem kilka paczek szlugów. Złamany chuj i tak by nie uwierzył, że ktoś, kto płaci w eurakach, może tak go przyciąć na bufecie. Gdybym tylko wiedział, jak obsługuje się kasę fiskalną, nabiłbym temu frajerowi te flaszki. Ciekawe, jakby się z tego wytłumaczył.

W końcu dostałem resztę w złociszach, a na do widzenia życzył mi jeszcze, jebaniec, miłego dnia. Myślę, że życzyłem mu tego samego.

Alkohol chyba opchnąłem na bazarze, a może wychyliłem jedną butelkę gdzieś po drodze? Nie wiem, teraz na pewno bym jedną wydoił w jakiejś bramie, wtedy pewnie zrobiłem tak samo. Gusty się nie zmieniają, a pić się chce zawsze. Przez parę dni kulałem się gdzieś po mieście, odstawiając różne motywy. Sprzedałem jakiemuś szczylowi puder jako towar, zajumałem komórkę, w każdym razie jakoś tak. Gdybym żył w USA, mógłbym tak robić całe życie, nie wracając do tego samego miasta nigdy. Ale w tym kraju wielkości dwóch miast Meksyk musiałem uważać.
 
Kiedyś siedziałem sobie na korytarzu w akademiku u jakieś studentki, którą przygruchałem sobie wieczór wcześniej i pomyślało mi się, że coś trzeba zmienić. Nie będę przecież całe życie spierdalał z jakąś torebką, jestem na to za inteligentny. I wtedy właśnie wpadłem na pomysł:

– Czterdziestki! – Kurwa, mało się tą fajką nie udławiłem. – Jesteś genialny, Max – powiedziałem, a może zapiałem z zachwytu. Bo to jest tak: kobieta kończy się po czterdziestce. Przestaje być kobietą, bo żaden normalny koleś już się za taką nie obejrzy. Ona rzecz jasna, w ogóle nie dopuszcza tego do swojej starej dupy, że będzie ją chciał tylko desperat. Więc co robi? SZUKA. – Szuka suka – zrymowało mi się (teraz czy wtedy?). I to jest właśnie to. Chce młodego, przystojnego faceta, przy którym znów będzie mogła poczuć się młodo. Odpowiedzialnego, ale i narwanego spontana, nie nastolatka, ale i nie dziadka. Taki idealny kandydat już był, teraz trzeba było poszukać do tego tandemu jej.

Plan był już w czaszce. Wypadłem z akademika, żegnając się z... ups... nie pamiętam, jak miała na imię miłość mojej całej nocy i połowy dnia. Może ją o to nawet nie spytałem? Ale czy to w ogóle ważne? Trzeba było się dokształcić. Postanowiłem po raz drugi „wrócić” z Reichu. Udało się raz, uda się i drugi – myślałem. Nie wiem, ile czasu spędziłem w kafejce internetowej, czytając o Dusseldorfie. Dokopałem się nawet, na wszelki wypadek, do historii miasta, ale tak byłem podjarany swoim nowym pomysłem, że nawet mi to nie przeszkadzało. Zresztą zawsze mogła się trafić jakaś miłośniczka zabytków (wraz z wiekiem te paniusie odkrywają w sobie pęd do wiedzy). A nawet jeśli nie miałaby pojęcia o tych wszystkich pierdolonych stylach w architekturze czy galeriach malarstwa, ja i tak będę wygrany – miałem zamiar być mocny nie tylko w ruchaniu, ale i zaimponować intelektem.

A potem rozczarowanie, chuj, żadnej chętnej czterdziestki w lokalu dla samotnych. Nie powiem, szukałem jednak długo, taki już jestem, jak się na coś uprę. Zodiakalny baran. Po jakimś czasie udało mi się przespać z dwiema czy trzema, ale bez zamierzonego efektu. I w końcu zdarzył się wypracowany wielotygodniowymi staraniami cud. Lokal nazywał się Natchnienie. Spróbuję dokładnie opisać, co się stało i jak się stało, chociaż detale dawno wyszły mi już z pamięci.

Rozpoznanie sił:
Siedzi sama. Ja też. Pali. Więc ja też. Jest dobrze po czterdziestce. Ja mam połowę z tego. Ma na sobie siano z trzema zerami bez jedynki z przodu. Obliczyłem się: mam połowę z tego co ona. Ona: uroda typu: Przeminęło z wiatrem. Ja: Niebezpieczna prędkość. Ona z miną: Nie wierzę już w miłość. Ja: Zdradziłaś, zraniłaś, odeszłaś.

Lekcja taktyki Maxa nr 1:
Patrz, ale nie podchodź, jak się już lekko wstawi, sama przyjdzie.
Nie podchodzi.

Lekcja taktyki Maxa nr 2:
Czekaj.
Idzie.

Lekcja taktyki Maxa nr 3:
Konsekwencja.

Walka graniczna:
Chce postawić mi drinka. Zgadzam się. Iwona. Mark, przepraszam, Marek, niedawno wróciłem z Niemiec. Miło jej. Mnie tym bardziej. Co robię w Polsce? Przyjechałem do narzeczonej, ale...

Lekcja taktyki Maxa nr 4:
Gra ciałem. Pije drinka. Piję drinka. Spojrzenie. Spojrzenie. Rozumie. Na szczęście nic nie rozumie.

Przesunięcie linii frontu – kampania:
Taksówka. Gra wstępna. Jej dom. Sypialnia. Sex. Kuchnia. Kolacja. Sex. Sypialnia. Sen. Sex. Sen. Ranek. Sex. Łazienka. Kibel. Prysznic. Kuchnia. Śniadanie.

Lekcja taktyki Maxa nr 5:
Nie popadaj w euforię. To dopiero początek. Słuchaj, co mówi. Zgadzaj się. Jeśli to jednorazowe, trudno. Opierdolić chatę, zawijać.

Front złamany – negocjacje:
Ona tak zwykle nie robi. Ja też nie. Nie jest taka łatwa. Nie pomyślałem tak. Było wspaniale. Było fantastycznie. Było cudownie. Pocałunek. Mąż ją zostawił, ma syna. Zostawiła mnie narzeczona, kiedy pracowałem w Dusseldorfi e przez pół roku. Mąż zdradzał ją z sekretarką. Narzeczona nie czekała, wróciła do byłego. Skurwysyn, nie mąż. Dziwka, nie narzeczona. Pocałunek. Pocałunek. Ona jest stara. Nie jest stara. Ma prawie czterdzieści lat. Nie wygląda (ma więcej). Co teraz zrobię? Nie wiem, w Dusseldorfie pracowałem, ale się zwolniłem – może wrócę do Niemiec. Pocałunek. Pocałunek. Kiedy? Kumpel wyjeżdża pojutrze. Zmartwienie. Zmartwienie. Nie możesz później? Zostało mi 200 ojro, znaczy euro. Nie chcesz poszukać czegoś tutaj? Niskie zarobki. Możesz mieszkać tutaj. Twój syn. Ma osobne życie. Jesteś pewna? Wierzysz w miłość? Nie wiem, kiedyś wierzyłem.

Lekacja taktyki Maxa nr 6:
Jesteś gigantem.

Pełna kapitulacja:
Po prostu dwa lata raju, jeśli pominąć sex i poważne rozmowy. Wciąż musiałem jej słodzić. Jesteś wciąż bardzo piękna. A po kilku tygodniach doszło: Kocham cię na zabój. Tak, jesteś świetna w łóżku, tak, nie tęsknię za narzeczoną, tak, nie myślę o innych kobietach,tak, jesteś wspaniała, tak, wystarczasz mi w każdym calu, tak, Iwonko, tak najdroższa. Ty jesteś jak wino. Nie wierzysz? To czemu mi stoi?
 
No, ale jak pominąć jej syna? Strasznie się wkurwiał, a był tylko o dwa lata młodszy ode mnie. Nawet chciał mnie kiedyś bić. Zastanawiałem się, czy kogoś na niego nie nasłać, ale nie chciałem problemów. W końcu miał prawo być zły o tego opla, którego dostałem na urodziny...

Moja ukochana wynajmowała cztery lokale sklepowe w mieście, miała też dwie piekarnie. Nie narobiła się jednak przy nich za bardzo, bo nad całością jak dzielny harcerz czuwał jej brat. On zresztą też mnie nie polubił, za to znajome Iwonki były zachwycone. Zlewałem ich podryw totalnie, bo wtedy mógłbym ujebać wszystko. Nie znaczy to, że byłem święty. Miałem wystarczająco dużo kasy od Iwonki, żeby mieć na solarium, sauny, knajpy i dziwki. Do restauracji chodziłem już niestety z nią, podobnie było z kinem czy wycieczkami. Raz zafundowaliśmy sobie przedłużony o parę dni weekend w Wenecji, dwa razy byliśmy w Paryżu, a nawet na Cyprze. Dobrze, że nie chciała jechać do Dusseldorfu....

Upierdoliło się wszystko w czasie kilkudniowego pobytu w Pradze. Iwona poszła szaleć po sklepach jak co dzień, a mnie niestety „rozbolał brzuch” i musiałem zostać w hotelu. Kurwa, jak w brazylijskim serialu. Weszła po prostu w trakcie 69 z Czeszką. Chuj, z tego by się nawet żaden francuski dyplomata nie wywinął.
Krzyk – nie chce mnie już widzieć.
Iwonka, to nie tak, jak myślisz....
Rzuca mi w twarz ciuchy.
Iwonka, poczekaj, nie wiem, co mnie...
Rozbity wazon.
Pozwól sobie wytłumaczyć...
Rozbite lustro. I
wonka, ja przecież cię...
W ustach smak krwi i kawałek szkła.
Krzyk – jak już za coś płacę, to chcę wiedzieć za co.
Miała rację. Pizda ze mnie, zero profesjonalizmu. Koniec lekcji, Max, dostałeś pałę.

Znowu musiałem myśleć. Wróciłem do Polski, zmieniłem miasto, wynająłem coś. Na szczęście i tak nie byłem tak do końca spłukany. Podpierdoliłem mojej Iwonce na pożegnanie trochę błyskotek. Niestety, nie miała ich ze sobą w Czechach zbyt wiele. Łącznie z kasą, której nie wydałem, miałem na dwa miechy życia we względnych warunkach. Pierwsze tygodnie poszły więc na białku. Dużo imprez, jakieś sunie. Po prostu normalne życie. Żadnych starych kurew więcej, obiecałem sobie. Czas na coś nowego. Duże siano na własny rachunek.

Mało książek w życiu przeczytałem. Na pewno nie więcej niż pięć, ale w jednej z nich było napisane, że łatwiej jest porządną skurwić, niż kurwę uporządkować. I fakt.

Sabina studiowała pedagogikę i pod pokrywą nie miała za wiele. Co innego jednak pod bluzką. Kampania z nią była łatwa i wystarczy rzucić, że słabo broniony zamek (od spodni) zająłem w jeden wieczór. Wszystkich tych określeń nauczyłem się od majora Wojtka, właściciela czerwonego adiutanta. O ile pamiętam, pan Wojtek w rzeczywistości był chorążym, ale to bez znaczenia. Sabina, wolna w myśleniu, należała do suń szybkich w działaniu. Co ważne, była przygłupem z wioski, więc byłem dla niej wielkim niemieckim światem rozrywki. Szybko zgodziła się, że nie ma nic złego w szantażowaniu biznesmenów, z którymi najpierw szła się pieprzyć.

Z wałkami to jest tak: jeśli tego nie zrobisz, to nie wierzysz, że przejdzie. Z Sabiną dzieliliśmy się po połowie. W dwa mieszki zarobiła na najnowsze ciuchy, perfumy i jeszcze posłała kasę rodzicom, że niby dostała stypendium. Za swoją połowę kupiłem przechodzone audi i parę bzdetów potrzebnych do życia. Wbrew matematyce, są połowy większe i mniejsze. Ona była mniejszą połówką naszego jabłka, a ludzie dobierają się według potrzeb. Jej potrzeby były po prostu mniejsze.

Szło gładko, na widok fotek każdy casanova zamiast rozporka, rozpinał portfel. Wyjątków nie było, lowelasy płaciły za krótki czas z Sabiną, jak za pobyt na Majorce w towarzystwie drużyny cheerliderek. Płakali, błagali, grozili, przepraszali, tłumaczyli, znowu straszyli i znowu przepraszali. Koniec był jednak zawsze taki sam: dawali, ile chciałem. Dobrze tak skurwiałym garniturkom. Jak już im ciągnie moja pani, to niech płacą jak za Klaudię Schiffer.

Ten dzień zapamiętałem do końca życia: 8 marca – dzień męskiego żebra. O dwudziestej pierwszej miał przyjść prokurator po odbiór fotografii. Takich slajdów nie powstydziłby się sam Peter North – takich numerków w życiu nie widziałem. Kiedy zaczął się spóźniać, zadzwoniłem do niego. Powiedział, że za chwilę będzie. Czekałem w umówionym miejscu i już przeliczałem, na co wydam forsę, kiedy ktoś przeżenił mnie czymś po krzyżu.

Wsadzili mnie do bagażnika i wywieźli do lasu. Potem było już jak w typowym gangsterskim filmie. Dostałem łopatę i miałem sobie kopać grób. Błagałem o życie i naszczałem w pory. Nigdy w życiu tak się nie bałem, nigdy też nie dostałem tak ciężkiego wpierdolu. Wszystko działo się bardzo szybko i pamiętam to jak przez mgłę. Wiem, że zabrali mi najpierw kopertę z materiałami i całą forsę, powiedzieli, że mam zapomnieć o nich i o mojej furze. I żebym nie był za sprytny. A potem przed oczami fruwały mi flesze. Nie wiem, w co i jak długo mnie klepali. Nie wiem, kiedy odeszli i nie pamiętam, jak stamtąd wydostałem się na skraj lasu. W szpitalu usłyszałem, jak lekarz mówił, że miałem dużo szczęścia. Ktoś w pobliżu miał gospodarstwo i mnie przylukał.

Kurwa, oba kulasy w gipsie, złamane trzy żebra, nos, zgniecione dwa palce, obite nery, łeb w strupach. Leżałem w wyrze i znowu miałem czas na myślenie. Przez parę dni trwała sesja zdjęciowa w wersji rentgenowskiej i wpierdalałem wszystko przez słomkę. Jak obejrzałem swoją pokancerowaną jak znaczek mordę, wiedziałem, że Don Juanem nie będę przez długi, długi czas.

Nie miałem nic poza problemami ze snem, a do tego przesłuchiwały mnie suki. Waliłem im więc, że nie wiem, kto, za co i jak, że nie mam wrogów, za to pojawiły się problemy z pamięcią. Pierdolili, żebym się nie bał i próbował sobie coś przypomnieć. W końcu dali mi spokój. Zastanawiałem się tylko, czemu Sabina nie daje znaku życia. Teraz już wiem. Tego samego dnia trafiła do innego szpitala. Zrobili jej prawdziwy hardcore. Nawet było mi jej żal.

– Max, wyjdziesz z tego – powtarzałem do siebie – wyjdziesz z tego syfu nawet nieryśnięty, zobaczysz, ale nie przekonywałem już nawet samego siebie.

Myślałem intensywnie, aż doszedłem do wniosku, że pozostaje mi już tylko spowiedź. Po kilkunastu minutach podszedł do mnie lekarz z szarą kopertą w ręku. Miał minę, jakby już znalazł się na moim pogrzebie i powiedział, że mam guza na mózgu. – Że co? – rzuciłem jakoś tak, ale chuj, nie idzie o to, co mu wtedy powiedziałem. Strzeliło mnie jak cepem przez globus. Dowiedziałem się, że zostały mi góra dwa lata na powietrzu, a potem to już tylko oglądać drewniane wieczko.

Chciałem zostać sam.

Dawno nie myślałem o Bogu, o śmierci i takich tam. Najpierw spanikowałem i szybko chciałem posłać po księdza, ale co mi o miłości będzie pierdolił prawiczek?

Leżałem sobie jak dziwka w burdelu z nogami na wyciągu, aż zobaczyłem, że koło mnie leży jakieś kolorowe pismo. Nudziło mi się w pizdu, więc otworzyłem je. Artykuły, jakieś życiowe historie, listy czytelników. I wtedy pomyślałem – dlaczego nie? Jeżeli już się spowiadać, to nie jednej osobie, która zatrzyma moje losy dla siebie. Jeżeli już wywlekać swoje życie, to zrobić to właśnie tak. Publicznie. I stąd ten list.

Ponoć wszyscy jesteśmy równi, ja bym dodał, że wszyscy jesteśmy do siebie podobni, ale spotkały nas inne rzeczy. Nie wiem, kim byłbyś na moim miejscu, a ja kim na Twoim. Ale może to bez znaczenia? Na katechezie – dawno i nieprawda – mówili, że jak ktoś nie zazna dobrego, to dobrem nie odpłaci. Słyszałem taką historię o hawirniku, który kroił willę, ale nie miał farta – właścicielka wróciła wcześniej. Przyjebali go w końcu, ale nie w tym rzecz. Pytał, czy ma schowaną kasę, bo jak nie, to rozwali jej dzieciaka. Mówiła, że nie ma nic więcej, błagała, żeby tego nie robił. Odpuścił jej. A potem na wadze wyszło, że cały jej sejf był wypchany jak świnia tłuszczem.

Czy żałował? Tak, że jej przynajmniej nie przeleciał. Rozumiesz?

Są wilki i owce, ja zawsze starałem się być wilkiem, nigdy nie miałem stada, nawet takiego, w którym mógłbym robić za czarną owcę.

Nie wiem, co teraz zrobię, może się czegoś nauczyłem, może zbliżająca się śmierć rze- czywiście zmienia ludzi, naprawdę nie wiem. Dziękuję za czas, który zechciałeś poświęcić na czytanie tej spowiedzi. Jeśli myślisz, że jest jeszcze we mnie coś, co warto uratować, po prostu dzięki za wiarę, nie stać mnie na wię- cej. A jeśli chcesz mi tak naprawdę pomóc, to niestety potrzebne są na to pieniądze. Myślę, że nie muszę Ci już tego tłumaczyć. Podobno jest szansa na operację. Kosztowną operację. Na wszelki wypadek podaję numer swojego konta:
...............................................................................

Redakcja pisma informuje czytelników, że Maksymilian J. przebywał w Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 2 w Lublinie, jednakże wypisał się z niego na własną prośbę po siedmiu dniach pobytu. Nie stwierdzono u niego guza mózgu, natomiast list ten został już opublikowany w kilku czasopismach, a na podany numer konta łatwowierni czytelnicy wpłacali już pieniądze.

Konto to wciąż funkcjonuje, choć ludzie na nie wpłacający, padli ofiarą wyłudzenia.
Przemysław Grzesiński


Oczyszczenie Przemysława Grzesińskiego to trzecie opowiadanie z cyklu zatytułowanego Brama, w którego skład wchodzi osiem utworów. Każdy z nich może być odczytany odrębnie jako samodzielny tekst, jednak do- piero lektura całości ukazuje prawdziwe in- tencje autora. Brama jest bowiem rodzajem obrachunku pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych z przeszłością i teraźniejszością. Kreowany przez autora bohater to wnuk pokolenia Kolumbów, o których Tadeusz Różewicz mówił jako o „ocalonych”, „prowadzonych na rzeź”, „krzyczących w nocy”. To pokrewieństwo dotyczy nie tylko świadomego wykorzystania motywów i obrazów z pierwszego powojennego tomiku poety Niepokój (otwiera go wiersz Róża), ale jest przede wszystkim podjęciem próby wypowiedzi w imieniu generacji młodych spustoszonych wewnętrznie przez swoje czasy. Okazuje się bowiem, że nie tylko koszmar wojny może stać się przyczyną zachwiania wszelkich wartości, lecz pozornie bezpieczny dla nich czas pokoju. Zdawać by się mogło, że pokolenie, które czas wojennej Apokalipsy zna jedynie z podręczników historii, nie powinno mieć trudności w odróżnianiu prawdy od kłamstwa, miłości od nienawiści – bowiem powtórne oddzielenie światła od ciemności zostało już dokonane, przywrócone. Co zatem się stało, że transmisja spuśczny wartości i dorobku kulturowego została zachwiana? Jaki popełniono błąd, że młode pokolenie nie chce, nie może, czy nie potrafi ich przyjąć?

Autor Bramy nie daje odpowiedzi na te pytania. Głos jego bohaterów to głos tych młodych, których oskarża się o sprzeniewierzanie się odwiecznym prawom, o nieznajomość historii i tradycji, młodych nastawionych konsumpcyjnie do świata, wyzutych z wszelkich zasad, nieodczuwających żadnych więzi z minionym, dla nich już archaicznym i niezrozumiałym czasem. I zarazem to głos tych „ocalonych” z pożogi upadku wartości, którzy jednak nie potrafią odnaleźć swojego miejsca wśród rówieśników wyznających z rozbrajającą szczerością: „Mam dwadzieścia cztery lata i… jestem, jaki jestem”.
 


Reinigung Erzählung aus dem Zyklus DAS TOR
Ich werde mich nicht an dich wenden, „Verehrter Leser”. Eigentlich brauchst du mich nicht, eher brauche ich Dich, als jemanden, dem ich vor meinem Tod beichten kann. Wenn Du mir nämlich vergibst, dann vergibt Gott mir auch, heißt es. Oder besser: So hieß es, denn für mich nimmt das Leben langsam Vergangenheitsform an. Ich weiß, eigentlich liest jeder gern über sich, identifi ziert sich mit dem Helden, blickt auf sein hypothetisches Schicksal. Und in mir fi ndest du dich vielleicht wieder, oder eher wirst du sehen, wie du sein könntest und wer du sein könntest, wenn du erlebt hättest, was ich erlebt habe. Ei- gentlich geht es jemanden doch ‘nen Scheiß an, über einen zu lesen, mit dem man nichts gemein habe. Meine Probleme sind nicht Deine Probleme, meine Überlegungen interessieren Dich für gewöhnlich nicht, du scheißt auf sie, so wie ich auf Deine Probleme und Deine Überlegungen scheiße. So ist das eben. Bestimmt sitzt du gerade bequem im Sessel, nippst an einem Drink, und ich krepiere in diesem beschissenen Krankenhaus am Ende der Welt. Unsere Welten sind verschieden – Deine ist sicher und offen, meine wird sich in aller Ruhe schließen, wenn mein Leben zu Ende geht, und dass wird nicht mehr lange dauern.

Es fällt mir schwer, über all das so zu schreiben, damit du mich wenigstens etwas verstehst, denn siehst du – Du hattest immer Rückendeckung. Vielleicht kommt es dir anders vor, aber trotzdem hattest du mehr vom Leben als ich. Du hattest eine Wohnung, jemand hat dir eine kostenlose Ausbildung gegeben? Liest Du diese Zeitschrift, weißt du von ihrer Existenz? Kannst du sie dir leisten? Hast du dir‘s aus den Rippen geschnitten, oder hat dir vielleicht doch jemand mal ‘ne Chance gegeben? Wenn du aber wirklich viel Knete hast, dann sag mir mal, woher? Wer hat das alles geklaut, Du oder deine Alten? Oder hast du vielleicht im Lotto gewonnen? Nein, du hast nichts gewonnen, denn sonst würdest du dir deine Eier auf den Bahamas wärmen, na ja, oder deine Muschi.

Mein Schicksal ist banal. Über solche wie mich sagt man, sie hätten ihr Leben verplempert und sich wo es nur ging verkauft. Ich würde gern den Punkt finden, an dem das alles anfing, jener Augenblick, in dem ich einen Fehler begangen habe. Und weißt du was? Ich kann es nicht. Deshalb ist es so schwer, diese Geschichte anzufangen, eine Geschichte, die das Papier nicht wert ist, die hässliche Geschichte meines Lebens.

Ich habe manches hinter mir: kleine Diebstähle, Heiratsschwindel, männliche Prostitution, Bestechungen, Stoff und Betrügereien. Aber den tiefsten Abgrund habe ich nie erreicht, bis jetzt, denn jetzt habe ich überhaupt keine Kohle mehr, und ich konnte mich ein ums andere Mal überzeugen, dass du ohne Kohle nichts wert bist. Sicher denkst du anders, aber ich hab‘s ja schon geschrieben: Wir haben völlig verschiedene Erfahrungen. Die Vorstellung, dass du allein auf der großen weiten Welt bist, niemanden hast und kennst, zu dem du gehen könntest. Und wenn du eine Woche auf dem Bahnhof geschlafen hast, kommt dir ein Mittagessen vor wie das achte Weltwunder. Nach zwei Wochen denkst du nicht mehr über Liebe oder irgendwelche „Werte” nach. Du fängst an, Menschen als eine andere Spezies zu betrachten – wie Kamele, die man abzocken kann. Weil sie etwas haben und Du nichts. Nur, dass ich das nicht erlebt hab, ich habe es einfach nie soweit kommen lassen.

Von zu Hause konnte ich schnell wegziehen, gleich nach der Grundschule. Ich kam in eine Schule mit Internat, aber hier fing sofort der Trubel an. Mit dem Lernen lief es gar nicht mal schlecht, die meiste Zeit aber widmete ich der Mathe-Tussi. Heute könnte ich darüber lachen, aber damals dachte ich wirklich, ich liebe sie. Ich war ein dummer Grünschnabel, sie aber fühlte sich von meiner verpickelten trotteligen Schwärmerei angezogen. Leider bekam ihr Mann, der an derselben Schule Sport unterrichtete, alles schnell heraus. Zuerst bekam sie von ihm Prügel, und dann hat sie der Direktor per Disziplinarstrafe rausgeschmissen. Mich hat der Sadisten-Gatte noch ein halbes Jahr lang traktiert. Dann endlich habe ich mich aus dem Staub gemacht, mich in den nächsten Zug gesetzt, und kam irgendwie in der Großstadt an.

Hier lernte ich schnell Herrn Janek kennen, der irgendeine Firma besaß. Ich wohnte damals in ei- nem Arbeiterhotel und malochte in der Betonfab- rik. Abends traf ich mich mit diesem – im wahrsten Sinne des Wortes – glatzköpfi gen Schwanz. Dann kam noch einer dazu, Herr Wojtek, der wollte, dass man ihn Herr Major nennt und seinen Pimmel Adjutant. Ich kann mich kaum noch an die Zeit er- innern, ich denke einfach nicht darüber nach. Die ganze Scheiße dauerte so drei, vier Jahre, ich weiß nicht genau. Eines Morgens stand ich auf und sagte mir, dass mich nie wieder irgendjemand ficken wird. Niemals und niemand.

Wie vor ein paar Jahren landete ich wieder auf dem Bahnhof. Ich erinnere mich, dass ich Kohle für zwei Bier, einen Rucksack und Klamotten von zwei ordentlichen Löhnen dabei hatte. Mehr nicht. An der Wand saßen die Verlierer, die billigen Wein und ein gemächliches Pennerdasein zum Lebensziel erkoren hatten. Von heute auf morgen wuchsen sie mit Bahnhofsdreck zu, am Ende wurden sie selbst zu Dreck und hörten auf, Menschen zu sein. In mir erregten sie nur Ekel, niemals Mitleid. Und in Dir?

Ringsumher liefen sicher irgendwelche Leute, solche wie Du, jeder in seine Richtung, vielleicht warst du auch in dieser gesichtslosen Masse. Bevor ich dich nach der Uhrzeit fragen konnte, hattest du schon geantwortet, dass du nichts kaufen willst, hattest du Geld für gelähmte Kinder gegeben, wolltest du keinen Wachtturm lesen, weil du nicht gläubig seist. Oder du würdest einfach erschrecken. Egal, ich wüsste nicht, worüber ich mit Dir reden sollte, jetzt vermutlich auch nicht.

Ich habe irgendeinen Penner angemacht, er solle sich verpissen, und einen Hotdog im Fast food-Imbiss gekauft. Ich wusste nur, dass ich etwas tun muss, dass ich jemanden ausnehmen muss, denn ansonsten würde ich hier verrecken und keiner würde es merken. Ich konnte doch nicht zur Sozialstation gehen, diesem Beschiss vom Staat. Da würden sie anfangen, Fragen zu stellen über irgendwelche Papiere, und ich war ja nirgendwo gemeldet. Ich kam damals auf die Idee, irgendeine Alte auszunehmen. Das hatte ich früher nie gemacht, aber die Idee schien treff end, wenn auch nicht besonders originell. So ein altes Loch wird nicht schreien, dachte ich, weiß der Geier warum, vielleicht aus Scham, dass jemand ihre Rente mitgehen lassen hat. Oder vielleicht deshalb, weil sie postkommunistische Scheiße hinterlassen hat, in der sie sich selbst nicht zurechtfindet. Eine junge Schnepfe würde sofort kreischen, aber so eine? Eins weiß ich: Alte haben immer was. Sie knausern wie beschissene Spinnen, legen alles für schlechte Zeit zur Seite und geben nichts aus, wofür auch? Für Medi- kamente? Gegen Alter gibt es schließlich keine Medizin. Nur für die Kollekte, da kratzen sie im- mer was zusammen. Jeden Sonntag trippeln sie zur Kirche, als könnten sie sich dafür Erlösung kaufen.

Die Sache war einfach. Ich weiß nicht mehr, nach wie vielen Minuten ich eine Oma fand, eine Wanderin. Keuschheit wächst nicht nach, und wenn man was zum ersten Mal macht, erinnert man sich daran. Schwarze Käppchen, Gehstock aus dem Sonderangebot Modell 1970, dunkles Täschchen. Schick, schick, Trauer in die Visage geschrieben. K

urzer Sprint, ein Schups und die Alte lag auf der Fresse. Nach zwei Minütchen war alles vorbei, und ich war für ihr Gekreische außer Reichweite. In einem hatte ich mich allerdings geirrt: Ausgerechnet die schämte sich nicht, mit ihrer scheiß Mohär–Kappe – sie schrie aus vollen Kehle, als hätte sie sich an die Kundgebungen in ihrer Jugend erinnert, die den imperialistischen Westen verdammten und den Weg der Partei zum Aufbau einer neuen sozialistischen Welt unterstützten.

In der Handtasche fand ich statt echter Kohle nur unbedeutende Sachen. Eine Brille, ein Rotz- taschentuch, einen Rosenkranz (die Alte hatte sich nach dem Fall des Kommunismus bestimmt bekehrt). Die dünnste Sache im Portemonnaie war ein Foto irgendeines Schlauköpfchens mit Brille, bestimmt ihr Söhnchen. Ich schmiss alle Fetzen raus und steckte die Kohle in die Tasche. Das musste früh morgens sein, so gegen 10, denn mir kam eine Idee, wie ich eine Pulle umsonst auftreiben könnte. Ich tauschte das ganze Klein- geld in der Wechselstube um. Am Ende kamen 50 Euro raus. Ich latschte in irgendein kleines Restaurant, bestellte an der Bar ein Bier mit Saft und einen Klaren. Ich wusste, dass der Clown vor mir so kurz nach Lokalöffnung keinen Fünfziger wechseln könnte. Ich berechnete ihm großzügig Euro zum niedrigsten Kurs. Der Idiot fragte natürlich, ob ich kein Kleingeld habe, aber ich, als frisch aus Deutschland angekommener Arbeiter, hatte leider keinen einzigen Zloty. Als er nach hinten ging, kroch ich hinter die Bar, zog drei Pullen Wodka aus dem Kühlschrank, stopfte sie in den Rucksack und tat vor lauter Schwung noch ein paar Schachteln Kippen dazu. Der fertige Wichser würde sowieso nicht glauben, dass ihn jemand am Tresen abzockt, der mit Euro zahlt. Wenn ich nur gewusst hätte, wie man die Kasse bedient, hätte ich dem Trottel die Flaschen eingebongt. Ich hätte gern gewusst, wie er sich da rausgeredet hätte.

Schließlich bekam ich den Rest in Zlotys raus. Zum Abschied wünscht mir das Arschloch noch einen angenehmen Tag. Ich glaube, ich habe ihm das gleiche gewünscht. Den Alkohol habe ich wohl auf dem Basar verramscht, vielleicht hatte ich mir irgendwo unterwegs eine Flasche hinter gekippt? Wer weiß, jetzt würde ich eine an irgendeinem Tor saufen, damals hab ich’s sicher genauso gemacht. Geschmäcker ändern sich nicht, und trinken will man immer. Ein paar Tage lang habe ich mich aus verschiedenen Motiven irgendwo in der Stadt rumgedrückt. Irgendeinem Balg habe ich Puder als Stoff verkauft, ein Handy geklaut, auf jeden Fall irgendwie so. Wenn ich in den USA wohnen würde, könnte ich es das ganze Leben lang so machen und niemals in die gleiche Stadt zurückkehren. Aber in diesem Land von der Größer zweier mexikanischer Städte musste ich aufpassen.

Einmal saß ich auf dem Flur des Studentenwohnheims bei irgendeiner Studentin rum, die ich mir am Vorabend angelacht hatte und dachte mir, dass ich irgendetwas anders machen müsste. Ich werde doch nicht das ganze Leben lang mit irgend so einer Handtasche abhauen, dafür bin ich zu intelligent. Und da kam mir die Idee:

– V i e r z i g e r i n n e n ! Verdammt, fast wäre ich an der Kippe erstickt – Du bist genial, Max – sagte ich, vielleicht krächzte ich auch vor Begeisterung. Denn es ist doch so: Mit vierzig ist bei Frauen Schluss. Sie hören auf, Frauen zu sein, denn kein normaler Typ guckt so einer noch hinterher. Und sie, na klar, sie kriegt das nicht in ihre alte Birne, dass höchstens ein Verzweifelter sie noch haben will. Was macht sie also? SUCHEN. Genau das ist der Punkt. Sie möchte einen jungen, gutaussehenden Kerl, bei dem sie sich nochmal jung fühlt. Er soll verantwortungsbewusst sein, zugleich aber hitzig und spontan, kein Teenager, aber auch kein Opa. Der ideale Kandidat war schon da, jetzt fehlte nur noch SIE zu diesem Tandem.

Den Plan hatte ich schon im Schädel. Ich stürz- te aus dem Studentenwohnheim, verabschiedete mich von... ups... wie hieß sie doch gleich, die Liebe einer Nacht und des halben Tages? Vielleicht hatte ich sie nicht mal danach gefragte. Aber spielt das überhaupt eine Rolle? Man musste sich weiterbilden. Ich entschloss mich, ein zweites Mal aus Deutschland zurückzukehren. Es hat einmal geklappt, da wird es auch ein zweites Mal klappen, dachte ich. Ich weiß nicht, wie viel Zeit ich im Internetcafé verbrachte, wo ich alles über Düs- seldorf las. Ich habe sogar für alle Fälle über die Geschichte nachgelesen – ich war so besessen von meiner neuen Idee, dass mir das nicht mal was ausmachte. Im Übrigen konnte es ja sein, dass ich eine Liebhaberin von Baudenkmälern fand (mit dem Alter entdecken diese Puten ihren Wissensdrang). Und selbst wenn sie keine Ahnung von all den beschissenen Baustilen oder Gemäldegalerien hätte, ich würde auch so im Vorteil sein. Ich wollte nicht nur beim Ficken gut sein, sondern auch mit meinem Intellekt imponieren.

Und dann die Enttäuschung: keine ver- dammte willige Vierzigerin im Lokal für einsame Herzen. Und ich habe wirklich nicht zu kurz gesucht. Denn so bin ich nun mal, Sternzeichen Widder. Wenn ich mir was in den Kopf setze... Nach einiger Zeit kriegte ich zwei oder drei in die Kiste, aber ohne den gewünschten Effekt.

Endlich ereignete sich das in wochenlanger Mühe vorbereitete Wunder. Das Lokal nannte sich Eingebung. Ich werde versuchen, genau zu beschreiben, was und wie es passiert ist, obwohl mir die Einzelheiten schon lange entfallen sind.

Kräftemessen:
Sie sitzt allein. Ich auch. Sie raucht. Also ich auch. Sie ist deutlich über die Vierzig. Ich bin halb so alt. Sie hat Kohle mit drei Nullen ohne Eins davor. Ich rechne nach, hab die Hälfte von dem, was sie hat. Sie: Schönheit vom Typ Vom Winde verweht. Ich: Gefährliches Tempo. Ihre Mine: Ich glaube nicht mehr an die Liebe. Meine: Sie betrog, verletzte und verließ mich.

Max’ Taktik, Lektion Nr. 1:
Schauen, aber nicht hingehen! Wenn sie erst mal beschwipst ist, wird sie von selbst kommen. Sie kommt nicht.

Max’ Taktik, Lektion Nr. 2:
Warte! Sie kommt.

Max’ Taktik, Lektion Nr. 3:
Konsequenz.

Grenzkampf
:
Sie will mir einen Drink spendieren. Ich bin einverstanden. Iwona. Mark, sorry, Marek. Seit kurzem aus Deutschland zurück. Ihr angenehm. Mir umso mehr. Was ich in Polen mache? Wollte zur Verlobten fahren, aber...

Max’ Taktik, Lektion Nr. 4:
Körpersprache. Sie nimmt einen Drink. Ich nehme einen Drink. Blick. Blick. Sie versteht. Zum Glück versteht sie nichts.

Verschiebung der Fronten – Kampagne: T
axi. Vorspiel. Bei ihr Zuhause. Schlafzimmer. Sex. Küche. Abendbrot. Sex. Schlafzimmer. Schlafen. Sex. Schlafen. Früh. Sex. Bad. Klo. Dusche. Küche. Frühstück.

Max’ Taktik, Lektion Nr. 5:
Verfall nicht in Euphorie. Das ist erst der Anfang. Hör zu, was sie sagt. Gib ihr Recht. Falls es nur für einmal war, Pech gehabt. Durchwühl die Bude und mach die aus dem Staub.

Front durchbrochen – Verhandlungen:
Sie macht so was normalerweise nicht. Ich auch nicht. Sie ist nicht so eine Leichte. Das hatte ich nicht angenommen. Es war herrlich. Es war fantastisch. Es war wunderbar. Kuss. Der Mann hat sie verlassen und sie hat einen Sohn. Mich hat meine Verlobte verlassen, als ich für ein halbes Jahr in Düsseldorf arbeitete. Ihr Mann hat sie mit einer Sekretärin betrogen. Die Verlobte hat nicht gewartet, ist zu ihrem Ehemaligen zurück. Ein Hurensohn, kein Ehemann. Flittchen, nicht Verlobte. Kuss. Kuss. Sie ist alt. Sie ist nicht alt. Sie ist fast vierzig. Sie sieht nicht so aus (ist älter). Was ich jetzt machte? Ich weiß nicht, habe in Düssel- dorf gearbeitet, dann aber gekündigt – vielleicht gehe ich zurück nach Deutschland. Kuss. Kuss. Wann? Mein Kumpel wird übermorgen fahren. Traurig. Traurig. Kannst du nicht später? Ich hab noch 200 Euro. Willst du nicht hier etwas suchen? Geringes Einkommen. Du kannst hier wohnen. Dein Sohn. Hat sein eigenes Leben. Bist du sicher? Glaubst du an Liebe? Ich weiß nicht, früher hab ich schon.

Max’ Taktik, Lektion Nr. 6:

Du bist ein Gigant.

Totale Kapitulation:
Zwei Jahre lang einfach nur Paradies, abgesehen von Sex und ernsten Gesprächen. Immerzu musste ich ihr schmeicheln. Du bist immer noch schön. Und nach ein paar Wochen rutschte es raus: Ich liebe dich unsterblich. Ja, du bist ausgezeichnet im Bett, ja, ich sehne mich nicht nach meiner Verlobten, ja, ich denke nicht an andere Frauen, ja, du bist wunderbar, ja, du genügst mir vollauf, ja, Iwona, ja, meine Liebste. Du bist wie Wein. Glaubst du mir nicht? Und warum steht er mir dann?

Na, aber was wird mit ihrem Sohn? Er war total angepisst, und er war nur zwei Jahre jünger als ich. Einmal wollte er mich sogar schlagen. Ich fragte mich, ob ich ihm nicht jemanden auf den Hals hetzen sollte, aber ich wollte keine Probleme. Schließlich hatte er ein Recht, böse über den Opel zu sein, den ich zum Geburtstag bekam...

Meine Geliebte hatte vier Ladenlokale in der Stadt gemietet und hatte außerdem noch zwei Bäckereien. Doch damit machte sie sich nicht allzu viel Arbeit, denn über allem wachte ihr Bruder wie ein tapferer Indianer. Er konnte mich übrigens auch nicht gerade leiden, dafür waren Iwonas Freundinnen begeistert. Ihre Anmache ignorierte ich komplett, denn sonst hätte ich alles versaut. Was nicht heißt, dass ich ein Heiliger war. Ich hatte genügend Knete von Iwona, um mir Sauna, Solarium, Kneipe und Flittchen leisten zu können. Ins Restaurant ging ich leider schon mit ihr, ähnlich war es mit Kino oder Ausflügen. Mal gönnten wir uns ein verlängertes Wochenende in Venedig, zweimal waren wir in Paris und sogar auf Zypern. Gut, dass sie nicht nach Düsseldorf wollte...

Alles ging während eines mehrtägigen Pragaufenthaltes den Bach runter. Iwona tobte sich in den Läden aus wie jeden Tag, und ich bekam leider „Bauchschmerzen” und musste im Hotel bleiben. Scheiße – wie in einer brasilianischen Fernsehserie. Sie kam einfach während der 69 mit einer Tschechin rein. Fuck, selbst ein französischer Diplomat hätte sich da nicht rauswinden können.

Sie brüllte, sie wolle mich nicht mehr sehen.
Iwona, es ist nicht so, wie du denkst...
Schmeißt mir die Klamotten ins Gesicht.
Iwona, warte, ich weiß nicht, was in mich...
Zerschmissene Vase. Lass dir doch erklären...
Zerschmissener Spiegel.
Iwona, aber ich lie...
Blutgeschmack und ein Glassplitter im Mund.
Sie brüllt: Wenn ich schon für etwas zahle, möchte ich wissen, wofür.

Sie hatte Recht. Ich Vollidiot, kein bisschen Professionalität. Ende der Lektionen, Max, du bekommst ein „Ungenügend”.

Wieder musste ich denken. Ich ging zurück nach Polen, wechselte die Stadt, und mietete etwas. Zum Glück war ich nicht total blank. Ich hatte meiner Iwona beim Abschied noch ein bisschen Flitter abgenommen. Leider hatte sie davon in Tschechien nicht allzu viel dabei. Zusammen mit der Knete, die ich nicht ausgegeben hatte, reichte es noch für zwei Monate zum Leben unter mäßigen Bedingungen. Die ersten Wochen waren üppig. Viele Partys, irgendwelche Schicksen. Normales Leben halt. Keine alten Fotzen mehr, versprach ich mir. Zeit für etwas Neues. Viel Knete auf eigene Rechnung.

Ich habe im Leben wenige Bücher gelesen. Bestimmt nicht mehr als fünf, aber in einem stand geschrieben, dass es leichter sei, eine Anständige zur Nutte zu machen, als eine Nutte anständig. Und so ist es.

Sabina studierte Pädagogik und hatte nicht viel in der Birne. Unter der Bluse aber schon. Der Feldzug war leicht, es reichte zu sagen, der Verschluss (der Hose) sei nicht richtig zu. Ich eroberte sie an einem Abend. All die Bezeich- nungen hatte ich bei Major Wojtek gelernt, dem Besitzer des roten Adjutanten. Soweit ich mich erinnere, war Herr Wojtek in Wirklichkeit Fähnrich, aber was spielte das für eine Rolle? Sabina, langsam im Denken, gehörte zu den Flittchen, die schnell handeln. Wichtig war, dass sie ein Dorftrottel war, denn dadurch war ich für sie die große deutsche Welt des Vergnügens. Sie stimmte mir schnell zu, dass nichts dabei sei, Geschäftsmänner zu bestechen, mit denen man zuvor gebumst hat.

Mit dem Reinlegen ist es so: Wenn du es nicht gemacht hast, glaubst du nicht, dass es funktioniert. Mit Sabina teilten wir uns genau ein. An zwei Monaten verdiente sie für die neuesten Klamotten, Parfüms und schickte noch ihren Eltern Knete, weil sie angeblich ein Stipendium bekam. Für meine Hälfte kaufte ich einen schäbigen Audi und ein bisschen Krimskrams zum Leben. Entgegen der Mathematik gib es größere und kleinere Hälften. Sie war die kleinere Hälfte unseres Apfels, Menschen richten sich ein nach ihren Bedürfnissen. Und ihr Bedarf war halt nicht so groß.

Es ging glatt. Beim Anblick der Fotos machte jeder Casanova statt des Hosenstalls sein Portemonnaie auf. Es gab keine Ausnahmen, die Schürzenjäger bezahlten für eine kurze Zeit mit Sabina wie für einen Mallorca–Aufenthalt in Gesellschaft einer Cheerleader–Mannschaft. Sie heulten, flehten, drohten, baten um Entschuldigung, erklärten, machten wieder Angst und baten wieder um Entschuldigung. Das Ende war allerdings immer das gleiche: Sie gaben so viel, wie ich verlangte. Es geschah ihnen Recht, diesen verfi ckten Anzugträgern. Wenn ihnen meine Frau schon einen bläst, sollen sie ruhig zahlen wie für Claudia Schiffer.

An diesen Tag werde ich mich bis zu meinem Lebensende erinnern: 8. März – Tag der männlichen Rippe. Um 21 Uhr sollte der Staatsanwalt kommen, um die Fotos abzuholen. Nicht mal Peter North persönlich würde sich für solche Fotos schämen, ich hatte solche Nummern in meinem Leben noch nicht ge- sehen. Als es immer später wurde, rief ich bei ihm an. Er sagte, er käme gleich. Ich wartete an der verabredeten Stelle und überlegte schon, wofür ich die Mäuse ausgeben wollte, als mir jemand irgendwomit auf den Rücken hieb.

Sie legten mich in den Koff erraum und brachten mich in den Wald. Danach ging alles wie in einem typischen Gangsterfilm. Ich bekam eine Schaufel und sollte mir ein Grab schaufeln. Ich flehte um mein Leben und pisste mich voll. Ich hatte niemals solche Angst im Leben gehabt, auch hatte ich niemals so heftige Prügel bekommen. Alles ging sehr schnell und ich erinnere mich nur sehr vage. Ich weiß, dass sie mir zuerst den Umschlag mit dem Material abnahmen und dann die ganze Kohle. Sie sagten, ich solle sie und meine Karre vergessen. Und dass ich nur nicht zu schlau sein solle. Dann flackerten Blitze vor meinen Augen. Ich weiß nicht, wo und wie lange sie auf mich einhämmerten. Ich weiß nicht, wann sie fortgingen und nicht, wie ich von dort an den Waldrand gekommen bin. Im Krankenhaus hörte ich, wie der Arzt sagte, dass ich viel Glück gehabt hätte. Jemand hatte in Nähe einen Hof und hatte mich gesehen.

Scheiße – beide Beine in Gips, drei Rippen gebrochen, die Nase, zwei Finger zerquetscht, angeschlagene Nieren, der Schädel voller Schorf. Ich lag auf der Pritsche und hatte wieder mal Zeit zum Nachdenken. Einige Tage lang dauerte die Röntgen–Fotosession und ich musste mir alles durch einen Strohhalm einfl ößen. Als ich meine wie eine Briefmarke ramponierte Fresse sah, wusste ich, dass ich für lange, lange Zeit kein Don Juan sein würde.

Ich hatte nichts außer Schlafprobleme. und dazu hörten mich irgendwelche Tussen aus. Ich habe ihnen also verklickert, dass ich nichts wüsste, wer, wofür und wie, dass ich keine Feinde hätte, sich aber dafür Probleme mit dem Gedächtnis eingestellt hätten. Sie faselten, ich müsse keine Angst haben und versuchen, mich an etwas zu erinnern. Schließlich gaben sie Ruhe. Ich fragte mich nur, warum Sabina nichts von sich hören ließ. Mittlerweile weiß ich es. Sie kam am gleichen Tag in ein anderes Krankenhaus. Der hatten sie eine echte Hardcorenummer verpasst. Sie tat mir sogar Leid.

– Max, du kommst da raus – wiederholte ich mir – du wirst schon sehen, du kommst sogar ohne Kratzer aus diesem Siff – aber ich konnte nicht mal mehr mich selbst überzeugen.

Ich dachte intensiv nach, bis ich zu dem Schluss kam, dass mir nur noch die Beichte bliebe. Nach ein paar Minuten kam ein Arzt mit einem schwarzen Umschlag in der Hand zu mir. Er machte eine Mine, als handle es sich bereits um meine Beerdigung und sagte, dass ich einen Hirntumor hätte. Einen was? – schleuderte ich irgendwie raus, aber fuck, es geht gar nicht darum, was ich damals gesagt habe. Es traf mich wie ein Kopfschuss. Ich erfuhr, dass mir maximal noch zwei Jahre blieben, und ich mir danach die Radieschen nur noch von unten ansehen könnte.

Ich wollte allein sein.

Ich hatte lange nicht mehr an Gott gedacht, an den Tod und solche Sachen. Zuerst bekam ich Panik und wollte schnell nach dem Priester schicken, aber was sollte mir ein Junggeselle über die Liebe erzählen?

Ich lag wie eine Nutte im Bordell mit den Beinen im Streckverband, bis ich sah, dass an meinem Bett irgendeine bunte Zeitschrift lag. Da mir saulangweilig war, machte ich sie auf. Artikel, irgendwelche Lebensgeschichten, Leserbriefe. Und da dachte ich: Warum nicht? Wenn ich schon beichten soll, dann nicht nur einem, der mein Schicksal für sich behält. Wenn ich schon mein Leben ans Tageslicht bringen soll, dann mach ich es eben so. Öffentlich. Und deshalb dieser Brief.

Angeblich sind wir alle gleich. Ich würde hinzufügen, dass wir einander alle ähnlich sind, uns aber andere Sachen widerfahren sind. Ich weiß nicht, wer du an meiner Stelle wärst, oder ich an Deiner. Aber vielleicht ist das egal. Im Religionsunterricht – lange her und die Unwahrheit – haben sie gesagt, wem nichts Gutes widerfährt, der kann nicht mit Gutem vergelten. Ich habe mal eine Geschichte über einen Häuserknacker gehört, der in eine Villa einbrach, aber kein Schwein hatte – die Eigentümerin kam früher zurück. Sie schnappten ihn schließlich, aber darum geht‘s nicht. Er fragte, ob sie irgendwo Kohle versteckt hätte, denn falls nicht, machen sie ihr Kindchen kalt. Sie sagte, dass sie nicht mehr habe und bettelte, ihnen nichts zu tun. Er ließ sie. Und dann kam raus, dass ihr gesamter Safe bis zum Rand vollgestopft war.

Ob es ihm leid tat? Ja, dass er sie nicht wenigsten flach gelegt hat. Verstehst du?

Es gibt Wölfe und Schafe, ich habe mich immer bemüht, ein Wolf zu sein, ich hatte nie- mals eine Herde, nicht mal so eine, in der ich das schwarze Schaf gewesen wäre.

Ich weiß nicht, was ich jetzt machen werde, vielleicht hab ich was gelernt, vielleicht ändert der herannahende Tod die Menschen tatsächlich, ich weiß es wirklich nicht. Danke für die Zeit, die du dir zum Lesen dieser Beichte genommen hast. Wenn du glaubst, dass es in mir noch etwas gibt, dass es zu retten lohnt, dann danke ich dir für den Glauben, mehr kann ich nicht bieten. Aber wenn du mir wirklich helfen willst, dann geht das leider nur mit Geld. Ich glaube, dass ich Dir das nicht mehr erklären muss. Angeblich gibt es eine Chance auf eine OP. Eine teure OP. Für alle Fälle gebe ich meine Kontonummer an:
………………………………………………
Die Redaktion der Zeitschrift informiert die Leser, dass sich Maksymilian J. im Öffentlichen Klinikum Nr. 2 in Lublin aufhielt, sich jedoch auf eigene Bitte nach sieben Tagen Aufenthalt entlassen hat. Es wurde bei ihm kein Hirntumor diagnostiziert, trotzdem wurde der Brief schon in einigen Zeitschriften veröffentlicht und leichtgläubige Leser haben bereits auf das angegebene Konto Geld eingezahlt.

Das Konto ist immer noch aktiv, obwohl diejenigen, die darauf eingezahlt haben, Opfer eines Betrugs wurden.
 
Przemysław Grzesiński


Reinigung von Przemysław Grzesiński ist die dritte Erzählung aus dem Zyklus Das Tor, zu dem sieben Werke zählen. Jeder Teil kann als unabhängiger Text gelesen werden, doch erst die Lektüre des gesamten Zyklus zeigt die eigentliche Intention des Autors. Das Tor ist nämlich einen Art Abrechnung der Generation der in den Achtzigern Geborenen mit der Vergangenheit und der Gegenwart. Der vom Autor geschaff ene Held ist ein Enkel jener Kolumbus–Generation über die Tadeusz Różewicz als von den „Geretteten”, „den zur Schlachtbank geführten” und „in der Nacht Schreienden” spricht. Diese Verwandtschaft betrifft nicht nur die bewusste Verwendung von Motiven und Bildern des ersten Nachkriegsbändchens des Dichters Unruhe (das mit dem Gedicht Rose beginnt), sondern ist vor allem der Versuch, der Generation der von ihrer Zeit innerlich Zerstörten eine Stimme zu geben. Wie sich nämlich herausstellt, kann nicht nur der Kriegsalptraum, sondern können auch vermeintlich sichere Friedenszeiten jedliche Werte ins Wanken bringen. Es mag so scheinen, als ob die Generation, die die Kriegsapokalypse einzig aus Geschichtslehrbüchern kennt, keine Probleme mit der Unterscheidung von Wahrheit und Lüge, Liebe und Hass haben sollte, denn die neuerliche Scheidung des Lichts von der Dunkelheit war schon vollzogen. Was also war passiert, dass die Überlieferung jenes Erbes von Werten und Kulturgütern ins Wanken geriet? Welchen Fehler hat man begangen, dass die junge Generation es nicht annehmen will oder nicht imstande ist? Der Autor von Das Tor gibt auf diese Fragen keine Antworten. Die Stimme seiner Helden ist die Stimme jener Jugend, die man der Unterschlagung eines uralten Rechts anklagt, der Unkenntnis von Geschichte und Tradition, einer Jugend, die nur auf Konsum ausgerichtet ist, prinzipienlos, die keinerlei Bindung zum Vergangenen empfindet, das für sie schon Archaismus und eine unverständliche Zeit darstellt. Und zugleich ist es die Stimme jener vor dem Großbrand des Werteverfalls „Geretteten”, die trotzallem nicht ihren Platz unter Gleichaltrigen finden können und mit entwaffnender Ehrlichkeit sagen: „Ich bin vierundzwanzig Jahre alt und… bin so wie ich bin”.