Moje miasto latem - albo: Dwa razy heimat/Meine Stadt im Sommer - oder Zweimal Heimat

Wiem, wiem, jestem leniwa! Przyznaję. Zaraz oprowadzę grupę turystów po Starym Mieście, i oto jestem zbyt leniwa, żeby te paręset metrów przejść do miasta piechotą. Jadę więc bocznymi uliczkami w słoneczny niedzielny poranek, mijam uniwersytet i stare kamienice. Przez listowie drzew wyznaczających drogę przedzierają się promienie sło- neczne, jeszcze trochę chłodne, ale niedługo ciepły wiatr ogrzeje mury kamienic, kamienne ławki, brzegi fontann.

Lubię to miasto na końcu Niemiec, na ich zachodniej granicy. Zawsze po powrocie z urlopu muszę zrobić po nim rundę honorową, sprawdzić, czy jest jeszcze moje. I jest. Uśmiecham się do nieznanych mi przechodniów, a odpowiadają mi uśmiechem. Może mnie znają, gestykulującą, żywo i z akcentem opowiadającą jego historię przewodniczkę – a to przy fontannie, jakimś cacku architektonicznym, a to w natężałym historią miejscu. Znam to miasto jak przysłowiową własną kieszeń. I muszę się często ugryźć w język, by nie wtrącić się do przypadkowo usłyszanej rozmowy, kiedy stwierdzam, że ktoś opowiada o nim jakieś bzdury. Wtedy aktywuje się mój lokalny patriotyzm. A przecież jeszcze nie tak dawno opowiadałam anegdotę o leciwej, lecz dziarskiej mieszkance, która nie mogła się powstrzymać ze swoim komentarzem w podobnej sytuacji. Tacy są ci tutejsi. Ojej, ale ja chyba się jeszcze nie starzeję?! A jeśli nawet – ludzie żyją tu i tak bardzo długo. To tutejsze źródła cieplicze, jak powiadają fachowcy. A woda jest w nazwie miasta. Akwizgran, Wody Granusa.

Od ponad dwudziestu już lat fotografuję je o każdej porze dnia i roku – i nie mogę przestać. To jest silniejsze ode mnie, to magia. Choć trzeba też przyznać, że to miasto jest bardzo fotogeniczne. Kiedyś fotografowałam je, gdyż byłam absolutnie przekonana, że po studiach je opuszczę i wrócę do domu. A tu, nieopatrznie, to miasto stało się moim domem. Drugim, ale tak samo drogim. Wyciągałam więc aparat i próbowałam zatrzymać w kadrze wszystkie domy, place, ulice, tę wspaniałą atmosferę – aż z czasem przerodziło się to w jakąś neurozę. Z upływem czasu stwierdziłam z lekką ulgą, że nie jestem w mojej fotograficznej neurozie osamotniona. Znam takich fascynatów z najnowszymi aparatami fotografi cznymi, którzy każdego wiosennego dnia chodzą w porze przerwy obiadowej na plac katedralny i fotografują drzewa magnolii. W każdej fazie, od rozkwitania przez pęłnię kwiatu do przekwitnięcia. I wszystko to na tle katedry, naszej wspaniałej katedry. Naszej. – Naszej?

Przy okazji znów stwierdzam, że wiem o tym mieście więcej niż o moim mieście rodzinnym. Kocham tę moją Zieloną Górę i zawsze interesowałam się jej historią, ale tak dogłębnie jak historii Akwizgranu jej nie poznałam.

Odstawiłam samochód i pomaszerowałam do Elisenbrunnen, pięknej klasycystycznej hali kolumnowej zwanej fontanną Elizy (Elżbiety Bawarskiej), wybudowanej przez Karola Fryderyka Schinkla – o proszę, znowu się wymądrzam! Tutaj spotkam się z moimi turystami. Są z Polski i, jak wszyscy przed nimi i po nich, będą się dziwić: „O, to pani jest z Polski? Aha. A skąd? Z Zielonej Góry? Aha”. I entuzjazm opadnie, bo goście akurat z Bydgoszczy albo z Katowic, a może tym razem z Lublina. No i co tu zrobić z tą Zieloną Górą? Nie wiele o niej wiedzą. Niektórzy może jeszcze pamiętają Festiwal Piosenki Radzieckiej. Geografia własnego kraju nie jest teraz taka interesująca wobec kuszących Karaibów albo Tybetu. To raczej niemieccy turyści starszego pokolenia cieszą się, kiedy usłyszą: „Grünberg? – Ja ja, in Niederschlesien. To tam, gdzie wino robili”. I już mogę między katedrę i ratusz wcisnąć trochę reklamy dla mojego miasta. Tym razem dla Zielonej Góry. Nawet nie muszę zbyt zachęcać, ich oczy zdają się już cieszyć na myśl o Winobraniu.

Ale to jest, proszę Państwa, wycieczka z Polski. Chcą zobaczyć przede wszystkim katedrę. Zbudował ją końcu nie byle kto, gdyż Karol Wielki. Wspaniałe dyskusje na temat budowy katedry toczą się jeszcze przed wejściem, przed słynnymi tzw. wilczymi drzwiami, Wolfstür, którym daleko do gnieźnieńskiej finezji. Lecz te powstały około roku 800. Wtedy rzemieślnik–artysta cieszył się pewnie najbardziej z tego, że mógł od razu na miejscu odlać takiego tonowego giganta.

Wspominam o Ottonie III – i oto wieje znajomą historią: no tak, był w Gnieźnie u grobu przyjaciela swego i poplecznika, świętego Wojciecha. Szkoda, że obaj umarli tak szybko jeden po drugim. Kto wie, jak wtedy potoczyłyby się losy obszarów za wschodnią granicą Imperium Romanum, jeszcze nie Sacrum, gdyby udało im się wcielić w życie choć część zamierzeń. A plany miał Otton II w związku z Polską wielkie. I co? – Leży teraz w prezbiterium akwizgrańskiej katedry, jedyny oprócz Karola Wielkiego cesarz niemiecki pochowany w tym miejscu. A potem po pielgrzymce do Gniezna sam Bolesław Chrobry miał mu towarzyszyć – jak chcą niektórzy niemieccy mediawiści – do samego Akwizgranu. Niejedna pierś uniesie się wtedy w górę na myśl, że on tu był przed nami.

Wycieczkowicze chcą teraz koniecznie do ratusza. I słusznie. To tutaj aż trzech Polaków wyróżnionych zostało Międzynarodową Nagrodą Karola Wielkiego: Bronisław Geremek w 1998 roku, papież Jan Paweł II w 2004 roku i ostatnio w 2009 roku premier Donald Tusk. A za co on? – pytają sceptycy. Ano za to, próbuję cierpliwie wytłumaczyć, że kapituła nagrody składa się z lokalnych notabli i to ich zdaniem właśnie Tuskowi należała się ta najbardziej europejska nagroda za umocnienie pozycji Polski w Unii, co ich zdaniem jest bardzo istotne. Zwolennicy decyzji dyskretnie uśmiechają się. A ja już nawet nie opowiadam o polsko-niemieckim związku małżeńskim, łączącym akwizgrański magistrat z pewną krakowską pięknością, gdyż zaraz za- czętoby podejrzewać polską dyplomację o po-owne użycie kobiecych wdzięków w polityce – co już wszak znamy z historii o pani Walewskiej i Napoleonie. Sceptyków chyba nie przekonałam, ale na szczęście nie rozwijają dyskusji. Nie mogę się przecież ja, zielonogórzanka, tłumaczyć z decyzji akwizgrańczyków. Większość z tych, których znam, bardzo lubię i szanuję. Ich decyzję zrozumiałam i uznałam za słuszną. A potem bawiłam się, jak wszyscy Polacy, Niemcy i inne nacje na wielkim festynie zorgnizowanym z tej okazji w samym sercu miasta – właśnie między katedrą i ratuszem.

Wycieczkowicze kiwają głowami, robią kilka zdjęć i już wracają do autobusu, który powiezie ich na Dreiländereck, miejsce zejścia trzech terytoriów: Niemiec, Belgii i Holandii. Tak, Akwizgran jest bardzo europejski, międzynarodowy, niemiecki i francuski, germański i romański, a nawet słowiański. To ostatnie to już dzięki nam, a więc i mnie.

Teraz to wszak moje miasto. Po wycieczce idę na najlepszą kawę w euroregionie Moza-Ren i, podziwiając skąpaną w słońcu katedrę, uśmiecham się do własnych myśli: Jestem w domu, tu w Akwizgranie, siedzę w „Café zum Mohren”, a myślę o „Nigerze”, do którego kiedyś tak chętnie zaglądałam, buszując po zielonogórskim Starym Mieście. I do którego wciąż wracam.

Renata A. Thiele
 

Ich weiß, ich weiß, ich bin faul! Ich gebe es zu. Gleich werde ich eine Touristengruppe durch die Altstadt führen, und da bin ich zu faul, die paar Hundert Meter zu Fuß zur Stadt zu gehen. Ich fahre also durch Seitenstraßen, vorbei an der Universität und an Altbauten. Durch das Laub der Bäume, die den Weg markieren, brechen die Sonnenstrahlen, noch etwas kühl, aber bald wird der warme Wind Häuserwände, Steinbänke und Brunnenränder wärmen.

Ich mag diese Stadt am Ende Deutschlands, an seiner westlichen Grenze. Immer nach der Rückkehr aus dem Urlaub muss ich eine Ehrenrunde durch sie drehen, nachsehen, ob sie noch die meine ist. Und sie ist es. Ich lächle unbekannte Passanten an, und sie antworten mit einem Lächeln. Vielleicht kennen sie mich, die gestikulierende Stadtführerin, die lebendig und mit Akzent über die Geschichte der Stadt erzählt – und das am Brunnen, einem architektonischen Juwel, und an einem geschichtsträchtigem Ort. Ich kenne die Stadt wie die sprichwörtliche eigene Westentasche. Und oft muss ich mich zusammenreißen, um mich nicht in ein zufällig mitgehörtes Gespräch einzumischen, wenn ich der Meinung bin, dass jemand irgendwelchen Unsinn über sie erzählt. Dann schaltet sich mein Lokalpatriotismus ein. Schließlich hatte ich vor noch nicht allzu langer Zeit eine Anekdote über eine in die Jahre gekommene, gleichwohl rüstige Einwohnerin erzählt, die sich, in ähnlicher Situation, ihren Kommentar nicht verkneifen konnte. So sind die Leute hier. Oje, aber ich werde doch wohl nicht schon alt?! Und wenn schon – die Leute hier leben ohnehin sehr lang. Das machen die warmen Quellen, behaupten Fachleute. Und das Wasser ist ja im Namen der Stadt enthalten. Aquea Granni, die Wasser des Grannus.

Seit über zwanzig Jahren fotografiere ich sie zu jeder Tages- und Jahreszeit – und kann nicht damit aufhören. Es ist stärker als ich, wie Magie. Ich muss allerdings auch gestehen, dass die Stadt sehr fotogen ist. Einst hatte ich sie fotografiert, weil ich völlig überzeugt war, dass ich sie nach dem Studium verlassen und nach Hause zurückkehren werde. Und siehe da, unversehens wurde die Stadt zu meinem Zuhause. Ein zweites, aber nicht minder teures. Also zog ich den Fotoapparat heraus und versuchte, alle Häuser, Plätze, Straßen und die einzigartige Atmosphäre festzuhalten, bis sich das mit der Zeit in eine Art Neurose verwandelte. Mit der Zeit stellte ich erleichtert fest, dass ich mit meinem Fotografier–Fimmel nicht allein bin. Ich kenne solche Versessenen mit den neuesten Fotoapparaten, die an jedem Frühlingstag um die Mittagspause auf den Münsterplatz gehen und die Magnolienbäume fotografi eren. In jeder Phase, vom Aufbrechen der Blüten über ihre volle Pracht bis hin zum Verblühen. Und das alles vor dem Dom als Hintergrund, unserem prächtigen Dom. Unserem. – Unserem?

Nebenbei stelle ich wieder mal fest, dass ich über diesen Ort mehr weiß als über meine Hei- matstadt. Ich liebe mein Zielona Góra und habe mich immer für seine Geschichte interessiert, aber so tiefgründig wie die Geschichte Aachens habe ich sie nie kennengelernt. Ich habe das Auto abgestellt und bin zum Elisenbrunnen gelaufen, einer schönen klassizistischen Säulenhalle, benannt nach Elisabeth von Bayern und erbaut von Karl Friedrich Schinkel – na bitte, schon wieder spiele ich die Neunmalkluge! Hier werde ich mich mit meinen Touristen treffen. Sie kommen aus Polen und, wie alle vor und nach ihnen, werden sie sich wundern: „Oh, Sie sind aus Polen? Aha. Und woher da? Aus Zielona Góra? Aha”. Und die Begeisterung verebbt, denn die Gäste kommen ausgerechnet aus Bydgoszcz oder Katowice, vielleicht diesmal auch aus Lublin. Na und was fangen wir hier mit diesem Zielona Góra an? Sie wissen kaum etwas über diese Stadt. Manche erinnern sich vielleicht noch an das Festival des sowjetischen Liedes. Die Geografie des eigenen Landes ist jetzt nicht so interessant im Vergleich zur verlockenden Karibik, oder Tibet. Da freuen sich eher die älteren deutschen Touristen, wenn sie „Grünberg – hören: Grünberg? – Ja ja, in Niederschlesien. Das ist doch da, wo sie früher Wein angebaut haben”. Und schon kann ich zwischen Dom und Rathaus ein bisschen Werbung für meine Stadt einschieben. Diesmal für Zielona Góra. Ich muss sie nicht mal besonders ermuntern, ihre Augen scheinen schon allein beim Gedanken an das Weinfest zu leuchten.

Aber diese ist, bitte sehr, eine Reisegruppe aus Polen. Sie wollen vor allem den Dom sehen. Schließlich hat den nicht irgendwer errichtet, sondern Karl der Große. Grandiose Diskussionen über den Bau des Domes sind bereits vor Betreten im vollen Gange, vor der so genannten Wolfstür, die weit von der Gnesener Finesse entfernt sei. Jedoch entstand diese hier um 800. Der Kunsthandwerker damals war bestimmt am meisten froh darüber, dass er so einen tonnenschweren Giganten gleich vor Ort gießen konnte.

Ich erwähne Otto III. – und das klingt in ihren Ohren nach bekannter Geschichte: Klar, der war in Gnesen am Grab seines Freundes und Vertrauten, des heiligen Adalberts. Schade, dass beide so schnell starben, einer nach dem anderen. Wer weiß, wie sich das Schicksal der Gebiete jenseits der Ostgrenze des (damals noch nicht Heiligen) Römischen Reiches gestaltet hätten, wenn es ihnen gelungen wäre, wenigstens einen Teil ihrer Vorhaben zu verwirklichen. Und Pläne mit Polen hatte Otto III. große. Na und? – jetzt liegt er im Presbyterium des Aachener Doms, der einzige deutsche Kaiser neben Karl dem Großen, der an diesem Ort beerdigt ist. Und dann, nach der Pilgerreise nach Gnesen soll ihn Bolesław Chrobry persönlich bis nach Aachen begleitet haben – so zumindest wollen es einige deutsche Mediävisten. Da schwillt so manche Brust bei dem Gedanken, dass er hier war, vor uns.

Die Touristen möchten jetzt unbedingt ins Rathaus. Zu Recht. Wurden doch hier nicht weniger als drei Polen mit dem Internationalen Karls- preis ausgezeichnet: Bronisław Geremek 1998, Papst Johannes Paul II. 2004 und jüngst 2009 Premierminister Donald Tusk. Und wofür der? – fragen Skeptiker. Nun, dafür, versuche ich geduldig zu erklären, dass sich das Preisdirektorium aus lokalen Würdenträgern zusammensetzt und ihrer Meinung nach gebührte eben Tusk dieser europäischste Preis für die Festigung der Posi- tion Polens in der EU, was ihrer Meinung nach sehr essentiell ist. Die Anhänger dieser Entscheidung lächeln diskret. Von dem deutsch–polnischen Ehebund zwischen dem Aachener Magistrat und einer gewissen Krakauer Schönheit erzähle ich gar nicht erst, da man sonst sofort die polnische Diplomatie einer wiederholten Ausnutzung weiblicher Reize durch die Politik verdächtigen würde – das kannten wir doch schon aus der Geschichte von Frau Walewska und Napoleon. Die Skeptiker habe ich vermutlich nicht überzeugt, aber zum Glück führen sie die Diskussion nicht weiter aus. Schließlich kann ich, eine Frau aus Zielona Góra, mich nicht für die Entscheidungen der Aachener entschuldigen. Die meisten von denen, die ich kenne, mag und schätze ich sehr. Ihre Entscheidung konnte ich verstehen und hielt sie für richtig. Danach amüsierte ich mich wie alle Polen, Deutschen und anderen Nationen auf dem großen Fest, dass aus diesem Anlass mitten im Herzen der Stadt gefeiert wurde – genau zwischen Dom und Rathaus.

Die Ausflügler nicken mit den Köpfen, machen ein paar Fotos und kehren schon zu ihrem Reisebus zurück, der sie zum Dreiländereck bringen wird, dem Ort, an dem drei Territorien aufeinandertreff en: Deutschland, Belgien und die Niederlande. Ja, Aachen ist sehr europäisch, international, deutsch und französisch, germanisch und romanisch, ja sogar slawisch. Letzteres schon Dank uns, als auch mir. Jetzt ist es doch auch meine Stadt.

Nach der Führung gehe ich einen Kaffee trinken, den besten in der Euroregion Maas–Rhein und während ich den von der Sonne überfluteten Dom bewundere, schmunzle ich über meine eigenen Gedanken: Ich bin zu Hause, hier in Aachen, sitze im „Café zum Mohren”, und denke an das „Niger”, bei dem ich einst, während meiner Bummel durch die Altstadt von Zielona Góra, so gern vorbeischaute. Und zu dem ich immer noch zurückkehre.
Renata A. Thiele