Jezus i ja

1.
Niedługo po wydaniu własnym sumptem mojej debiutanckiej książki Księstwo. Księga druga (późniejsza Niech żyje wolność) w 2005 roku znalazłem się na prawdziwym życiowym zakręcie. 27 lat, zawalone dwa kierunki studiów (prawo i polonistyka), brak pracy, pieniędzy (w dodatku duże zadłużenie), rozstałem się z dziewczyną, straciłem matkę, a ojciec był pogrążony w coraz większym pijaństwie. Dostałem wyrok za handel podrabianymi kartami telefonicznymi i znaczną grzywnę do zapłacenia – w innym wypadku czekała mnie odsiadka. Nie miałem nawet domu, bo nie chciałem być ciągle świadkiem pijackich burd. Wydałem książkę, która w pewnym stopniu była moim sukcesem, bo w Górach Świętokrzyskich słyszeli o niej chyba wszyscy, w Polsce też było głośno (recenzje w „Przekroju”, „Akcencie”, „Twórczości”, „Toposie”, „Odrze”, sporo wywiadów w gazetach). W trakcie produkcji miałem swój pierwszy ważny film Stacja Mirsk, którego z braku pieniędzy nie mogłem skończyć. To wszystko. Taki podobno zdolny był ze mnie chłopak, a tutaj nic. Wszystko zawaliłem. Kto był winien tych wszystkich klęsk? Nie miałem wątpliwości - literatura. Zaufałem jej bezwzględnie, a ona tak mnie wykpiła. Straciłem prawie wszystko, nie miałem swego miejsca, kompletnie nie wiedziałem, co z sobą począć.

Wsiadłem do pociągu z Kielc do Wrocławia. Miałem dość całej tej afery z wydaniem książki – w Górach Świętokrzyskich aż huczało. Uważano (z wyjątkami), że skalałem rodzinne gniazdo. I w sumie – była to racja. Wójt był wściekły, nasyłał na mnie policję. Nie mogłem pojawiać się w rodzinnych stronach, bo wszyscy się mnie czepiali. Kiedyś idę o 22.00 przez wieś, a wtedy zapaliła się jedyna lampa i mnie oświetliła. Drogę zastępują mi dwaj koledzy opisani w Niech żyją wolność, Szefo i Suchy. I pytają: „Ej, ty, masz jeszcze tę książkę?”. 

I niepewność: będzie mordobicie czy autograf? Na szczęście chcieli kupić książkę, żeby prze- czytać, co o nich napisałem. Zastanawiałem się, po co mi to wszystko było? Cała ta literatura? Przez nią wszystko straciłem. W wieku 27 lat niektórzy wstępowali do „klubu 27” – odbierali sobie życie albo umierali, znudzeni życiem i sukcesami. A ja? Nie mógłbym wstąpić do tego klubu, bo nie miałem z czym. No bo gdzie mi było do Kurta Cobaina czy Jimiego Hendrixa? Niczego godnego uwagi nie osiągnąłem. Pomyślałem jednak, że co skoro powiedziałem „A”, to trzeba powiedzieć „B”. Wyciągnąłem notes i długopis. Droga z Kielc do Wrocławia trwa jakieś 5 godzin, wiec jest czas, żeby robić notatki. Próbuję zrobić notatki z ostatnich wydarzeń, a tymczasem jedyny mój długopis przestaje pisać. Szukam ołówka – złamany. W pociągu pustka, bo środek tygodnia, nie ma od kogo pożyczyć czegoś do pisania. Za późno, żeby biec do kiosku, bo pociąg za chwilę rusza, no i te toboły, nie chciało mi się ich taszczyć. Pomyślałem: oto odpowiedź. Mam sobie dać spokój z pisaniem. Szukam odpowiedzi i znalazłem. Koniec z tym. Pora wyrosnąć z tego jak z kolejnego niespełnionego marzenia. Jeszcze jestem młody i mogę zmienić swoje życie. Mogę zostać handlowcem. Menedżerem piłkarskim. Może trenerem? A może jakiś sklep otworzyć? Warzywniak?

I wtedy otworzyły się drzwi do przedziału. Stanął w nich około 33-letni mężczyzna, szczupły, średniego wzrostu, o pociągłej twarzy, z długimi prostymi ciemnymi włosami, krótką bródką i parodniowym zarostem. Uśmiechnął się i położył długopis na moim notesie. Wyszedł z przedziału. Pierwsza myśl: „Przyszedł Jezus i dał mi długopis”. Zatem to jest odpowiedź na dręczące mnie pytanie. Mam pisać! Potem pomyślałem, że to chyba jednak niemożliwe. No bo jakże to, Jezus przyszedł do mnie? Po chwili ten tajemniczy facet wrócił. Okazało się, że to głuchoniemy, który sprzedaje długopisy, żeby sobie dorobić do swej renty inwalidzkiej. Chciał za długopis 4 złote. Dałem mu ostatnią dychę, tak byłem uszczęśliwiony. Bo mimo wszystko uznałem to za znak, chociaż ktoś inny może to uznać za wariactwo. Jeżeli Bóg czy inne siły istnieją, to jak miałby mi dać odpowiedź na moje pytanie? Chór Aniołów miałby zaśpiewać: „Zbychu, pisz dalej?” Nie, to byłby taki właśnie wysłannik, który zapewne nie zdawał sobie sprawy z roli, jaką w tej chwili odgrywa. Umacnia pisarza w przekonaniu, że ma pisać.

2.
W maju 2010 roku (trwała kampania wyborcza po katastrofie smoleńskiej) złamałem swoją zasadę, by nie angażować się w polityczne przepychanki i wydałem książkę bardzo politycznie aktualną – nowelę filmową Jezus na prezydenta!. Opowiada o tym, że w Polsce pojawia się Jezus i startuje w wyborach prezydenckich. Jezus przybywa jako żebrak na Dworzec Centralny, potem trafia do aresztu. Chce kandydować na prezydenta Polski, bo założył się o to z szatanem (bardziej został do tego przez swego oponenta zmuszony). Skoro Polska to taki katolicki kraj, to niech Jezus udowodni, że wygra wybory. W jego kampanię wyborczą inwestuje polska mafia. W trakcie kampanii Jezus głosi tylko hasła, które znamy z Biblii. Zapytany o program wyborczy przez kontrkandydata, notabene polityka centroprawicowego, Mariana Świetlistego, odpowiada: „Wiara, Nadzieja, Miłość”. Jak zachowują się ci, którzy de facto powinni na niego głosować, a więc ludzie wierzący? Rozgłośnia Radio Maryja nazywa go oszustem, w najgorszym razie wariatem. I zakazuje głosowania na Jezusa. Podobnie reagują zbliżone kręgi. Zachowują się jak faryzeusze dwa tysiące lat temu: słowa tego, na którego czekają, nie trafiają do nich. Jezus ostatecznie wygrywa wybory, bo głosują na niego prości ludzie, którzy widzą w nim anarchistę, luzaka i swojego chłopa. Ale też – prawdziwego Mesjasza. Niestety, wychodzi na jaw, że pieniądze na kampanię były nielegalne i Jezus trafia do aresztu, tam zostaje ukrzyżowany przez nasłanych zbirów.

Wydałem tę książkę i wybuchł prawdziwy skandal. W krótkim czasie ukazało się mnóstwo omówień, zwłaszcza w prasie prawicowej. Prawie wszystkie złe albo bardzo złe. Jeden z recenzentów, bodajże w „Gościu Niedzielnym”, napisał, że to nie książka, a produkt książkopodobny. W pewnym sensie miał rację – była to nowela filmowa, a nie proza sensu stricte, rzecz bardziej z zakresu filmu niż literatury. Recenzenci wykazali przy tym spore niedouczenie w tej kwestii – zarzucili mi na przykład ubogość języka. A przecież w scenariuszu nie możemy napisać: „Uśmiecha się, odsłaniając perlistobiałe zęby”, piszemy jak najprościej: „Uśmiecha się”. Nadmiar środków literackich w scenariuszu jest błędem i to powinien wiedzieć każdy krytyk, nawet prawicowy.

Zmartwiło mnie tylko, że te emocjonalne zarzuty kierowali do mnie nie prości ludzie, „moherowe babcie”, ale ludzie, zdawać by się mogło, wykształceni, oczytani. Intelektualiści. Jak tylko wszedłem na ich podwórko, od razu obrzucili mnie fekaliami, nie dając nawet szansy na wyjaśnienie mojej postawy. O rozmowie nie mogło być mowy. Doszło do tego, że gdy miałem promocję książki w jednej z bibliotek na Mazurach, ludzie tak się zbulwersowali, iż dyrektorka biblioteki musiała mnie wyprowadzić bocznym wejściem, żebym uniknął pobicia. A ja przecież tylko usiłowałem odpowiedzieć w mojej książce na pytanie – co by było, gdyby Jezus przyszedł naprawdę? Przecież obiecał, że Paruzja (Drugie Przyjście) się dokona. Niekoniecznie w Izraelu. Może właśnie nad Wisłą? Jak by na to zareagowali ci, którzy codziennie biją pianę na ten temat, chcą nawet koronować Jezusa Królem Polski? Moja nowela nie była wymierzona w Jezusa – miała tylko charakter antyklerykalny. Bo w siłę kosmiczną, którą możemy nazwać Bogiem, Jezusem, Allahem albo Manitou wierzę – w kapłanów już nie. Zbyt dobrze znam historię, w szczególności  w historię religii, żeby ufać szamanom. Wydając książkę, chciałem sprowokować dyskusję dotyczącą rzeczywistego stanu polskiej religijności (pamiętajmy, że 93 % Polaków deklaruje katolicyzm), nie szydziłem z Jezusa. Po niezbyt merytorycznych reakcjach odniosłem wrażenie, że ta wiara, jeżeli rzeczywiście istnieje, jest strasznie powierzchowna, oparta na kilku sloganach wyniesionych z domu i lekcji religii. Nawet wśród krytyków literackich. W mojej obronie stanęło tylko „NIE”, które porównało książkę do Mistrza i Małgorzaty.
Zbigniew Masternak