Czarny lotos

Opowiadanie z cyklu "Brama"
– Jednak się udało – powiedziałem do siebie i uśmiechnąłem się do lustra. Włożyłem dłonie do zlewu i odkręciłem wodę. Mały wodospad roztrzaskiwał się z charkotem o moje dłonie. Po chwili zakręciłem kurki i starannie wytarłem ręce papierowym ręcznikiem. Drzwi powoli zamknęły się za mną, gdy ponownie znalazłem się w sali restauracji Prokurator. Usiadłem przy swoim stoliku i zamówiłem jeszcze jednego Jacka Danielsa.
– To był mój dzień. Tak wyglądał dzień sukcesu. Wychyliłem szklankę jednym ruchem ręki, wyciągnąłem
banknot o najwyższym nominale, położyłem na obrusie i wyszedłem na ulicę.

Zbliżała się jedenasta. Stanąłem na szeroko rozstawionych nogach i spojrzałem w niebo. Na tle stalowego błękitu lśniła zawieszona bryła złota. Rozstrzelone promienie głaskały pochlebnie solidne kopuły i dachy budynków. Każdy detal Miasta błyszczał jak klejnot, mieniąc się tysiącem barw. Nawet kostka chodnikowa ułożona ściśle jak prążki w liczydle, potwierdzała uporządkowanie barokowego harmonogramu topografii. Wieża ratuszowa zapączkowała stalowym szczytem, na którym zakwitł kwiat flagi. Refleksy świetlne odbijały się po zaułkach, dając złudzenie nieograniczonej przestrzeni i porażającej jasności, wobec której każda głowa chylić musiała się w akcie zasłużonej pokory. Znajdowałem się w Mieście lub we wnętrzu przeogromnej katedry. Rzeźby sygnalizacji świetlnej oznajmiały na przemian czas rubinu, bursztynu i szmaragdu. Rozciągnięte na ulicach pasy popuchły jak dywany z atłasu, a drzewa szumiały harmonijnym chórem zieleni. Materia chrzęściła pod każdym krokiem, a złoty pył wzbijał się niczym dżin wychylający się spomiędzy kostek bruku. Poobracane hełmy śmietników zbierały hołdy dnia, a ja szedłem marszowym krokiem w stronę centrum. Przystanąłem przy jednej z wystaw sklepowych, na której w postawionym na sztorc wieszaku prężyła się marynarka z najnowszej kolekcji Vistuli. Poprawiłem swój język krawata i pokiwałem głową z uznaniem.

Skierowałem się w stronę placu, którego nie można było przeoczyć. Na jego środku królował pomnik jeźdźca na koniu ze wzniesionym do góry mieczem. Sztych skupiał na sobie uwagę promieni słonecznych rozpylając je po ciele rycerza. Winorośl oplatała się usłużnie o kopyta wierzchowca w sposób, jaki zwykła czynić natura, by obłaskawić ciężki materiał dłoni ludzkiej. Zatrzymałem się przed pomnikiem i wyciągnąłem papierosa. Odpaliłem go srebrną zapalniczką i spojrzałem w oczy rycerza. Jego wzrok wzbijał się do góry i stwarzał wrażenie, jakby przebił chrząstki chmur i ruszał dalej na podbój kosmosu. Na jednej z ustawionych wokół pomnika ławek dostrzegłem kątem oka ruch. Odwróciłem głowę i ujrzałem małego chłopca o jasnych kręconych puklach włosów. Siedział zupełnie nagi, mówiąc coś, jednak szum drzew roznosił jego słowa na cztery strony świata. Jego niesięgające ziemi nogi dyndały jak dwie pulchne piszczałki.

W pierwszej chwili chciałem do niego podejść, jednak przypomniałem sobie, że muszę już iść dalej, że czeka mnie spotkanie  z człowiekiem, któremu dawno temu zostawiłem na przechowanie kwiat czerwonej róży. Znalazłem się przed kasynem. Poprawiłem garnitur i obejrzałem buty. Sprawdziłem podeszwy i poprawiłem włosy. Wszedłem do środka przez szklane obrotowe drzwi. Po obu stronach tego specyficznego koła fortuny stali na baczność Cyganie w liberiach. Minąłem ich bez słowa i wszedłem w korytarz oświetlony kandelabrami.  Za stolikiem przed wejściem siedziała zielonooka dziewczyna, która uśmiechnęła się na mój widok.

– Mogę prosić o pański dowód osobisty? – spytała uprzejmym głosem
– Oczywiście – odpowiedziałem i wyciągnąłem dokument z wewnętrznej kieszeni marynarki
– Dawno pana u nas nie było – powiedziała chwytając dowód osobisty i podając mi wydrukowany bilet wstępu
– Byłem zajęty – odparłem i pozwoliłem sobie na lekki uśmiech
– Życzę powodzenia w dzisiejszej grze – dodała
– Dziękuję, ale dzisiaj nie zamierzam grać.
– A czy tutaj można tego uniknąć? – spytała poważniejąc.

Nie odpowiedziałem i przekroczyłem próg sali. Od razu skierowałem się w stronę ruletki mijając smutnych jednorękich bandytów, milczących, posępnych zbójów, pozornie uśpionych, wiecznie czekających w przyczajeniu jak aligatory. Na ścianach pozawieszane były węże zielonych sznurów obciążone czerwonymi i czarnymi balonami, z sufitu zwisały dębowe lwie paszcze, z których sączyło się światło żarówek. Ustawione przy ścianach szwedzkie stoły uginały się od szampana, wódki, kawioru, ostryg i mięs wszelkiego rodzaju. Prosiak z wetkniętym w pysk jabłkiem w niemym pytaniu bezmyślnie wytrzeszczał oczy na ludzi w kasynie. Było przedpołudnie, ale wszyscy ubrani byli w stroje wieczorowe. Kasyno kierowało się własną logiką i własną magią. Rachunki prawdopodobieństwa, psychologia, wszelkie nauki szczegółowe nie miały tutaj wstępu, tak jak wstępu nie miała tutaj pogoda, ani pora roku. Enklawa żyła własnym życiem, ściany oddychały na swój własny, metafizyczny sposób. Goście kasyna, choć zgromadzeni przy stołach, nie obstawiali niczego. Krupierzy stali bez ruchu pogrążeni w hipnozie, obsługa kasyna jak dobrze rozstawiony oddział policji ustawiona była w sposób niewidoczny, a jednocześnie wszechobecny. Stali w przygotowaniu na każdą ewentualność, na każdy z możliwych wariantów. W świetle lamp połyskiwały kolczyki i wisiorki kobiet, lśniły mankiety i kołnierzyki mężczyzn, ale sala zdawała się drzemać. Nie było słychać nic prócz oddechów gości, nic ponad pojedynczy szelest sukni. Zbliżyłem się do tego tłumu, choć przecież nie był to żaden tłum, ponieważ stanowiła go elita. W kasynie każdy z gości był wyjątkowy i traktowany był w sposób niepowtarzalny, nieskazitelny, bo był tym jednym jedynym, wyjątkowym.

Kiedy zacząłem wchodzić pomiędzy te postacie, odniosłem wrażenie, że wykonano je z wosku, lecz gdy chciałem dotknąć jedną z nich, rozstąpiły się. Ze środka sali jak z ciemnej pieczary wyłoniły się trzy osoby. Na przedzie, równym spokojnym krokiem szedł kierownik kasyna w nienagannie skrojonym czerwonym garniturze i czarnej koszuli z zielonym krawatem. W rękach, niczym troskliwa matka trzymająca niemowlę, tulił smukłą butelkę szampana. Za nim, w odległości pół kroku poruszali się jak cienie mężczyźni dźwigający ogromny tort.   
   
Kierownik podszedł do mnie i ukłonił się uprzejmie, jak zwykł czynić ktoś, kogo uprzejmość i pozorna uległość zdawały się zastępować jego wcześniejszą naturę. Zatrzymał się naprzeciwko, otarł nawoskowane wąsy i zaczął:
– Panie i panowie! Szanowni państwo! Mamy dzisiaj przyjemność i zaszczyt gościć pisarza, który właśnie ukończył swą pouczającą powieść. Proszę, przywitajmy go gromkimi brawami – dodał zwracając się do zgromadzonych.

Na dźwięk oklasków kasyno odpowiadało akustyką, sufit powoli zaczynał się budzić, dywan wyprężył się jak grzbiet rekina. Tylko na twarzach niewolników tego pomieszczenia nie było widać żadnych emocji. Ich oczy, choć skierowane we mnie, w głębi swojego jestestwa przesuwały żetony i chciwie obserwowały koszulki kart przykrywające tajemnicę nagości szczęścia. Brawa uderzały rytmicznie jak jeden wspólny huragan podziwu, choć pozostawał on zupełnie głuchy i przypominał kołatkę uderzającą o ścianę. Kierownik otworzył butelkę szampana i zaczął nalewać do podstawionych kieliszków.
– Pańskie zdrowie – powiedział.
– Czy zechce pan wygłosić toast? – dodał po chwili i na sali natychmiast zapanowała ciężka, nieskazitelna cisza.

Uniosłem kieliszek do góry i rozejrzałem się po twarzach obecnych.

Stała w miejscu, które w malarstwie nazywane jest mocnym punktem. Miedziane włosy oplatały śnieżnobiałą szyję, a ciało opinała suknia z mocnym dekoltem w kolorze mroku. Uśmiechnęła się do mnie zalotnie i lekkim ruchem dłoni podniosła kieliszek na wysokość ust.

– Dziękuję za powitanie, dziękuję państwu za przybycie – powiedziałem do zebranych i upiłem pół kieliszka. Goście raz jeszcze, tym razem już spontanicznie jak wzór teorii chaosu, zaczęli uderzać dłońmi. Odwróciłem się i podszedłem do suto zastawionego stołu. Kiedy poczułem na plecach jej oddech, odwróciłem się.

– Toast nie był zbyt okazały, – zauważyła z podszytą kpiną – ale za to świetnie pan wygląda – dodała z uznaniem i dokończyła szampana ze swego kieliszka.
– Dziękuję, Wiktorio, ty też wyglądasz znakomicie. Jak zawsze i jak nigdy. Na jej twarzy po raz pierwszy zobaczyłem zaskoczenie. Po chwili przerodziło się ono w przepiękny, bardzo dźwięczny śmiech.
– Jak? Jak pan mnie nazwał?
– Wiktoria. Przecież tak masz właśnie na imię, prawda? – spytałem, choć wiedziałem dokładnie, co ją tak zaskoczyło. – Przeszkadza ci, że przeszedłem na „ty”?
– Ależ nie, skądże – powiedziała wyraźnie uradowana – nie spodziewałam się jednak tego po panu... po tobie. Myślałam, że nigdy się nie przełamiesz – rzekła przyglądając mi się uważnie. – Ty naprawdę się zmieniłeś.
– Mam to traktować jak komplement? – spytałem. – Przecież to tobie raczej powinno się składać komplementy.
– Więc zrób to.
– Czy między twe uda... mi się wspiąć ramiona, byś do góry nogami... położyła rozsądek? – spytałem chwytając za talerz. – Nałożyć ci coś? – Może nogi na szyję? – zapytała i znowu się roześmiała
– Gdzie jest ekscelencja?
– Czyżbyś już się znudził moim towarzystwem?
– Nie, skądże, ale mam tutaj coś do załatwienia. Kiedyś zostawiłem tutaj na przechowanie moją... Nie, nie moją… różę. Czerwoną różę.
– Tak, wiem. Pamiętam…Gratuluję panu powieści, jest znakomita, ale chyba nie będziemy teraz o niej mówić? Proszę mnie gdzieś zabrać – powiedziała z nadąsaniem.
– Nie dzisiaj. Zresztą widzę już ekscelencję.

Podszedł bezszelestnie i pocałował Wiktorię w kark. Popatrzyli na siebie w milczeniu, a następnie jego wzrok spotkał się z moim. Był taki jak ostatnio – zimny i przenikliwy jak górski potok.

– Może usiądziemy?– zaproponowa.ł
– Chętnie. Dziękuję ekscelencjo za to powitanie.
– Nie przeceniłem pana – rzekł, gdy weszliśmy do jego gabinetu. Na ścianie ponad dębowym stołem wisiało Ukrzyżowanie Tycjana.
– Proszę usiąść – powiedział i wskazał mi ciemny, obity skórą fotel.

Rozsiadłem się wygodnie i wyciągnąłem papierosa z leżącej na biurku hebanowej skrzynki.
– Można? – spytałem, wkładając papierosa do ust.

Obaj wiedzieliśmy, że w dniu innym niż dzisiejszy, gest ten odczytany byłby jako wysoce niestosowny, ale dzisiaj był to mój dzień, moje święto i ekscelencja rozumiał to doskonale.
– Wie pan, do kogo należała? – zapytał.

I znowu obaj znaliśmy odpowiedź, więc nie powiedziałem nic. Kto wyciąga papierosa z Puszki Pandory, musiał ją wcześniej nosić. Musiał ją kiedyś pochłonąć. Ekscelencja także wyciągnął papierosa i przypalił go od jednej ze świec w stojącym na biurku kandelabrze. Kiedy wchodziłem do gabinetu, nie było go tam. Teraz siedem świec płonęło w nim intensywnym ogniem.
– To ponoć przynosi pecha – powiedziałem, powtarzając ruch ekscelencji i zaciągnąłem się głęboko.
– Tylko marynarzom – odparł.
– Czyli mnie także?
– Wódki? – zapytał stawiając butelkę i szklanki, a następnie nalał do pełna.
– Brakuje tylko gwiazdek – zauważyłem
– Pan zdaje się przechowuje jedną u mnie. Jeszcze raz chciałbym wyrazić swe uznanie dla pańskiej książki. Zwłaszcza dla pierwszego i ostatniego rozdziału.
– Piękny obraz – powiedziałem i wskazałem na Ukrzyżowanie Tycjana.
– Tak. Przypomina mi Ostatnie kuszenie… Ale... nie mówmy o nim.

Wypiliśmy w milczeniu. Przed oczami przesuwały mi się obrazy przeszłości. Mroźna mgła otulająca cały świat, prószący cekinami śnieg, płynąca tafla drogi i moja róża. Gasnąca w świetle grudnia, stygnąca z kolorów na mrozie. Wtedy przyniosłem ją tutaj i zagrałem z kasynem o całą moją rzeczywistość. Wygraną miał być adres osoby, której mogłem ją podarować. Teraz, gdy moja książka została ukończona, mogłem ją wreszcie odebrać.

– Oczywiście – powiedział ekscelencja. – Czekała na pana przez cały ten czas. Jest w komodzie. Adres także.

Wstałem i otwarłem drzwiczki komody, której wnętrze wykonane było ze szkła. Na półce leżał czerwony kwiat róży z doczepioną kartką. Wyciągnąłem go delikatnie jak należało wyciągać kogoś, kto pogrążony był w śpiączce. Odczytałem kartkę, na której zapisany był adres.

– Dziękuję – powiedziałem.
– Nie ma za co – odpowiedział. Ja zawsze dotrzymuję słowa – dodał.
– Żegnam pana, ekscelencjo – powiedziałem, wyciągając dłoń.

Patrzył na nią chwilę w milczeniu i podał mi swoją. Była zimna i wypielęgnowana, jakby utoczona z marmuru.
– Nabrał pan pewności siebie – powiedział wreszcie. – To dobrze, cieszę się, że rady, które kiedyś panu dałem, wziął pan sobie do serca.
– Żegnam, ekscelencjo – powtórzyłem. I dziękuję za wszystko.
– Niech pan nie dziękuje i do zobaczenia
– Nie zobaczymy się już, ekscelencjo. Moje zadanie zostało wykonane. I mimo wszystko, dziękuję.
– A kto to może wiedzieć?

Nie powiedziałem nic. Kiedy wychodziłem, serce zaczęło kołatać jak szubienica na wietrze. Kiedy przemierzałem ulice Miasta, róża zdawała się ożywać. Wiedziałem, że z każdym krokiem, z każdą chwilą, gdy zbliżałem się do adresu odczytanego na kartce, będzie pięknieć. Dochodziło południe. Drzewa salutowały gałęziami, a ja szedłem aleją jak pod szpalerem. Tak dotarłem do kamienicy, w której na ósmym piętrze znajdowały się drzwi. Otworzy je osoba, której ofiaruję różę. I to będzie kres mojej wędrówki. Ukoronowanie twórczości. Tron życia. Berło spokoju. Królewskie jabłko dobrego. I wtedy usłyszałem za sobą głos:

Zwracam się do was kapłani
nauczyciele sędziowie artyści
szewcy lekarze referenci
i do ciebie mój ojcze
Wysłuchajcie mnie


Odwróciłem się. Przede mną stał mały nagi chłopiec, ten sam, którego wcześniej widziałem na ławce. W jego oczach paliło się cierpienie, a ja wiedziałem, że powinien trzymać łuk i strzałę.

Wszedłem do klatki schodowej i krętymi schodami, dotarłem na ósme piętro. Zapukałem trzykrotnie. Otworzyła młoda dziewczyna o błękitnych oczach.

– Słucham? Pan do kogo?
– Ja… Przyniosłem różę – powiedziałem niepewnie i wyciągnąłem przed siebie rozkwitłą już zupełnie roślinę.
– Ale… Dla kogo? – spytała
– No, dla pani…
– Dla mnie? – spytała ze zdumieniem – przecież my się nie znamy.

Dochodziła dwunasta. Zza uchylonych drzwi przedzierał się zapach rosołu.

– Nie, nie znamy się. To znaczy, ja panią znam, mam pani adres z kasyna. To ja… To przecież ja.
– Jest pan pewien, że z nikim mnie pan nie pomylił?
– Jestem zupełnie pewien. Przecież pani na mnie czekała. Przez całe życie pani na mnie czekała, a ja… ja pisałem powieść. Powieść o moim pokoleniu. Teraz ją skończyłem. A róża była w kasynie, kasynie, zamknięta, bo ja, proszę pani… Powieść pisałem.

Na plecach czułem te wszystkie napisane strony, ciężar wszystkich liter, łańcuchy wyrazów i zdań. Zaczęła mi się przyglądać, a na jej twarzy rysował się obraz troski.

– Tak, czekałam, ale… Ale, to przecież nie na pana. Nie, nie na pana czekałam. Czy umie pan naprawić szafkę?
– Szafkę?
– Tak, w kuchni zepsuła mi się szafka
– Nie… Widzi pani… Ja jestem pisarzem
– Pisarzem? – powtórzyła… A co to znaczy? Dlaczego pan nie mógł po prostu być? Dlaczego musi pan być akurat pisarzem? Czy samo bycie nie jest już wystarczające? Nie trzeba pisać, żeby dawać szczęście. – Oczy tej małej jak dwa błękity.
– To nazywa pani szczęściem? To nazywa pani wyznaniem? Czy nie rozumie pani, że trzeba zejść bardzo, bardzo nisko, żeby w tej otchłani znaleźć coś i ocalić…
– Nie rozumiem pana. Ocalić, co? Wszystko znajduje się pod ręką. Ptak jest zawsze ptakiem, drzewo drzewem a gniazdo gniazdem. Nie musi być niczym więcej, nie musi odnosić się do czegoś poza sobą. Jest. I to wystarczy, i to jest piękne. Żal mi pana… Pan tak daleko odszedł… Tak daleko, zbyt daleko. Przykro mi, ale nie mogę przyjąć pańskiej róży. To pan jej potrzebuje, bo odsyła pana do czegoś innego. Bo to nie jest kwiat, który znam.

W milczeniu opuściłem głowę.

– Życzę panu… Nie wiem nawet, czego panu życzyć – powiedziała. – Proszę już iść. Obiad mi się przypali.
  
Schodziłem mijając kolejne piętra. Dookoła wirowały postacie, miejsca. Znałem je wszystkie bardzo dobrze, nie patrzyłem na nie. Wszystko to przypominało program komputerowy, w którym nie może wydarzyć się nic nowego. Minąłem osiem pięter, ale nie znalazłem wyjścia, a schody ciągnęły się jeszcze w dół. Wiedziałem, że miejsce, w którym byłem przed wejściem tutaj, utraciłem bezpowrotnie, że piekło odosobnienia, ósmy poziom piekła, nie jest mi już pisany. Tam, gdzie szedłem teraz, panował hałas. Milczenie i kontemplacja, bezgraniczna samotność były już poza mną. Szedłem schodami wiodącymi do dziewiątego kręgu, kręgu wrzawy i niegasnących świateł. Kręgu współczesności i kręgu bełkotu.

Na bieliźnianym błękicie nieba słońce jak zegar złożyło wskazówki promieni, obwieszczając południe. Złote kopuły kolumn odkruszyły się już zupełnie i roztrzaskane dogorywały na bruku. W pierwszej chwili myślałem, że wszystkie szlachetne kolory dnia wyparowały lub znikły zupełnie, ale one wciąż jednak pozostawały, choć zupełnie różne, odmienione. Oswojone wsiąknęły w chodzących po ulicy ludzi, w ich ciała, ubrania, sposób poruszania.

W Mieście, niczym pleśń rozrastały się cienie, przykucnięte w zakamarkach, gotowe do dalszej, bezszelestnej ekspansji. Kładły się na parapety, stiuki, kolumny, okna, wysysając z nich życie i cały sens, by później wylegiwać się na ich szkieletach. Korniki hałasu wgryzały się w bębenki, ale już po ich przegryzieniu, hałas nabierał rytmiki techno i akustykę industrialnej hipnozy. Pomyślałem wtedy, że gdyby uszy rzeczywiście miały płatki, musiałyby one teraz więdnąć tak jak płatki niesionej przeze mnie róży. Proces jej powolnego umierania, wysychania i czernienia przypominał śmierć wyciągniętej na ląd ryby, której usta pochłaniały truciznę powietrza. Róża, którą trzymałem, nie miała kolców jak jej siostra z Małego księcia, nie miała w ogóle ani siostry ani jakiejkolwiek rodziny. Z każdą chwilą miała też coraz mniej mnie, a świat miał coraz mniej czerwonej róży. Trzymałem więc ją najdelikatniej, jak potrafiłem i niosłem w znaną mi przyszłość. W przyszłość, w której nie było już dla niej miejsca.

Idąc przez Miasto widziałem dwie kategorie ludzi: tych, których mijam i tych którzy mijają mnie. Pozostawały wprawdzie jeszcze ludzkie cienie, ale one były anonimowe, nijakie, nieokreślone. Błąkały się jak duchy z punktu do punktu i znikały tak, jak się pojawiły.

Przechodziłem obok kobiety, która nie znała swoich rodziców, ale w domu miała do wykarmienia siedmiu chłopców – prosiła przechodniów o kromkę chleba.

Minąłem bardzo młodą, odurzoną klejem dziewczynę, która mówiła, że nie jest śpiącą królewną, że nie czeka na księcia, który by ją wreszcie obudził. W jej oczach migotały perełki łez.
  
Widziałem posiniaczoną, opartą o mur dziewczynę. Stała w jednym bucie, a w przypalonych papierosami dłoniach trzymała tabliczkę, na której widniał napis:
Nie jestem Kopciuszkiem. Nigdy nie byłam na balu, nie wiem, czym jest zabawa. Moje siostry codzien­ nie każą mi segregować śmieci. Proszę o pieniądze na jedzenie.

Nie wiedziały, kim są i skąd pochodzą. Gdyby to do nich dotarło, żadna z nich nie mogłaby dłużej tego znieść. Gdy umiera najczystsze wyobrażenie, baśń, ostatnie marzenie, ostatnia iluzja, serce nie pęka. Tylko dłonie bez żalu zawiązują sznur w pętlę.

Nie odezwałem się przy nich ani jednym słowem, a one tonęły w cieniu budynków, w pleśni ślepych ulic. Zacieki pod ich oczami i grzyby na rękach pęczniały, a ja wiedziałem, że nigdy ich już nie zobaczę. Będą jednak inne, do złudzenia podobne do tych, tak samo opuszczone, tak samo bezradne.

Mijający mnie i mijani przeze mnie ludzie przesiąknięci byli barwami Miasta, którym szedłem kiedyś. Jednak po przemianie, jakiej uległy, barwy te stały się dla mnie zupełnie obce i niezrozumiałe.

Kobiety miały ciała wyżłobione przez strumienie, gibkie jak trzcina, ciemne jak szlachetne drewno. Tchnęły świeżością i życiem, a na ich twarzach malował się uśmiech kontrastujący z szarością Miasta. Róż, błękit i biel wyciągały wdzięk tkanin, a kolorowe ozdoby kołysały się i opinały materię ciała. Ściągnięte z nieba gwiazdy układały się dużym wozem magicznej nazwy firmy na pośladkach.

Mężczyźni zaś mieli mięśnie jak masywy górskie, w których szumiały żyły i ścięgna. Ich gładko ogolone głowy przywodziły na myśl posągi antycznych bohaterów, a na ich dresach bogini zwycięstwa lekką kreską sygnowała swą obecność. Na silnych karkach, niczym medale zwisały złote łańcuchy wyrażające przywiązanie do życia. Na twarzach nie było ani jednej zmarszczki wyrażającej wątpliwość lub słabość. Krocząc od sukcesu do sukcesu, nie znali smaku porażki, goryczy czy smutku.

Kiedy ponownie stanąłem przed kasynem, znowu dostrzegłem koło siebie małego chłopca ze złotym puklem włosów spływającym na czoło. Błękit jego oczu zerkał spod przymkniętych smutkiem powiek. Miałem zamiar zapytać go, kim jest, ale przecież było to tylko kolejne pytanie retoryczne.
Nie jestem młody – powiedział – niech was smukłość mego ciała nie zwodzi, ani tkliwa biel szyi, ani jasność otwartego czoła, ani puch nad słodką wargą, ni śmiech cherubiński, ni krok elastyczny.

Patrzyłem na niego w milczeniu. Nie można nigdy spojrzeć komuś głęboko w oczy, jeśli nie spojrzy się w jedno z nich. Wtedy dopiero głębia jaźni, ukryta pod tęczówką, okazuje całą prawdę o osobie, objawia tajemnicę, której tak pilnie strzegą powieki.

Nie mogąc odwrócić spojrzenia balansowałem między źrenicami chłopca, wiedząc, że pod prawą powieką kryje się oko cyklonu, pod lewą zaś głębia studni tak bezkresnej, że można było w niej zatonąć. I nawet gdyby cherubinek zapłakał, a wraz ze łzą udałoby mi się wypłynąć, to podobnie jak po wypiciu wody z Zatrutej studni, straciłbym pamięć na zawsze.

Błądziłem więc wzrokiem po jego twarzy, ale poza ustami była ona zupełnie nieruchoma, jakby utoczona z martwego alabastru.

– Nie jestem młody, niech was moja niewinność nie wzrusza, ani moja czystość, ani moja słabość, kruchość i prostota. Mam lat dwadzieścia, jestem mordercą, jestem narzędziem, tak ślepym jak miecz w dłoni kata.
– Muszę tam wejść – powiedziałem do siebie, muszę tam wreszcie wejść, czas to zakończyć.
W kasynie nie było już śladu po bankiecie. Nawet okruszek czy plama nie protestowały przeciwko wymazaniu wcześniejszych wydarzeń. Sala zdążyła odzyskać swój naturalny charakter półsennego smoka. W powietrzu znowu unosił się zapach potu, perfum i adrenaliny z lubością wchłaniany przez pory ścian.
– Prowadź do ekscelencji – niemal krzyknąłem na stojącego pod ścianą człowieka z obsługi kasyna, jednak mój głos nie wywarł na nim oczekiwanego efektu.
– Nie mógłbym zaprowadzić Pana nigdzie, gdyby ekscelencja sam wcześniej nie wyraził takiej chęci – odpowiedział i podprowadził mnie do gabinetu.
– Witam pana ponownie – rzekł ekscelencja, gdy tylko przekroczyłem próg jego pokoju. – Więc jednak znów się spotykamy.

Choć wciąż na ścianie wisiało płótno Tycjana, gabinet uległ przemianie. Skórzane obicia mebli przejęła we władanie ciemna wiśnia, błyszcząc jak mokry grzbiet zwierzęcia. Na środku stał bilardowy stół, nad którym nachylała się żarówka obudowana piramidalnym żyrandolem. Emanowała światło jak na scenę, choć cała sceneria przypominała bardziej stół operacyjny.

– Zagra pan? Stał w pozie, która mogłaby uchodzić za wystudiowaną, jednak on nigdy niczego nie udawał i nie odgrywał komedii innej niż życie.
– Zagra pan? – zapytał powtórnie, wskazując na zawieszony na ścianie kij.
– Kto rozbija? – spytałem, dostrzegając, że wszystkie bile zostały już rozstawione, że spektakl właściwie już się rozpoczął, że nie mam żadnego innego wyjścia niż to, które zostało ustalone.
– Nigdy tak nie jest, – odezwał się ponownie – zawsze jest wybór, alternatywa, czasem wyjść jest bardzo wiele, ale dla osób takich jak pan, to zawsze jest nieubłagane albo–albo.
– To prawda – odpowiedziałem – więc kto rozbija?
– Ma mi pan za złe? – wyminął.
– Co miałbym mieć panu za złe, ekscelencjo?
– Czy ma mi pan za złe?
– Nie, pan to wiedział, a ja miałem takie przeczucie. Może nie do końca właśnie takie, być może nawet było to przeczucie przeczucia. Nieważne. Pan wie wszystko, prawda?

Uśmiechnął się, gdyż ostatnie moje słowa wypowiedziane zostały w rozdrażnieniu, z ironią, może z gniewem. Nie obchodziło mnie już to wszystko, jedyne, czego pragnąłem w tej chwili to to, żeby wreszcie wszystko skończyć i wydostać się stąd. Z miejsca, do którego nie przyszedłem, z miejsca, z którego wychodziłem, które było mną, we mnie, ze mną...
– Już niedługo – odparł ekscelencja opierając się o kant stołu. Chyba, że chce pan tutaj zostać.
– Jako jedna z pańskich mumii?
– Jako kierownik kasyna?

Buchnęliśmy śmiechem, po raz pierwszy szczerym i naturalnym. Po raz pierwszy to ekscelencja zaża tował. Zażartował też po raz jedyny. Nigdy nie zostałbym jego niewolnikiem, a on nigdy by się na to nie zgodził. Pisarz złamany czy pobity nie nadawał się do odgrywania roli innej niż rola złamanego czy pobitego pisarza.
– Więc kto rozbija? – spytał ekscelencja

Ściągnąłem kij i podszedłem do stołu. Nachyliłem się i uderzyłem w białą bilę, a ta wystrzeliła do przodu, z impetem rozbijając ustawione na stole siostry. Drgnęły w nagłym przerażeniu, a potem leniwiejąc zatrzymywały się na zielonym suknie, oniemiałe i obojętne, a może sparaliżowane poczuciem szczęścia, że nie nadszedł ich czas zanurzenia się w ciemnej czeluści otworu. Tylko jedna z nich, czarna i okrągła jak źrenica, rzucając mi porozumiewawcze, albo może szydercze spojrzenie pożegnania, znikła obwieszczając głuchym stukotem przekroczenie ostatecznej granicy, bramy czarnej dziury, z którą już odtąd stanowić będzie pierwotną i ostateczną jedność.

– Przegrał pan – skwitował ekscelencja, choć na jego bladej delikatnej twarzy nie było triumfu.
– Nie jestem o tym do końca przekonany – rzekłem. – Ona nadal jest przy mnie – dodałem i wskazałem na kwiat, który zdążył już sczernieć i wyschnąć
– Może pan zostawić ją tutaj, w wazonie, za panem.

Odwróciłem się. Na niewielkim, okrągłym stole stał wazon z kwiatami lotosu.

– A więc to tutaj się je zostawia? – zapytałem. To jest to miejsce, gdzie z czasem upodabniają się do tych tutaj, też... stają się...?
– Nie – przerwał ekscelencja, pan już trzyma czarny lotos, panie pisarzu. Proszę go tu zostawić.
– Zostawić? Zostawić... Nie, – zdecydowałem w końcu – dziękuję panu raz jeszcze, ekscelencjo, za wszystko i do zobaczenia.
– Żegnam panie pisarzu, nie spotkamy się już – odparł ekscelencja i wyprostował się.
– A kto to może wiedzieć? – zapytałem i podałem mu rękę.

Uścisnął ją i lekko potrząsnął.
– Pan wie, że... – zaczął.
– Wiem – odpowiedziałem

Okaleczony nie widziałem – powiedział chłopiec o pulchnej buzi, gdy wszedłem w zaułek nazywany współczesnością.
Ani nieba ani róży – odparłem, a wtedy on wyciągnął do mnie rączkę. Zacząłem mówić głosem, jakim małym dzieciom starsi czytają bajki:

ptaka, gniazda, drzewa, świętego Franciszka, Achillesa i Hektora

Obróciłem się do niego przodem i przyklęknąłem tak, aby nasze twarze spotkały się na tej samej wysokości.
Nie wierzę w przemianę wody w wino – powiedziałem i pogłaskałem go po runie jego włosów.
– Nie wierzę w grzechów odpuszczenie – dodałem i chwyciłem go za drugą rękę. – Nie wierzę w ciała zmartwychwstanie – wyszeptałem, całując go w czoło.

Chłopiec pokiwał głową i popatrzył na mnie wzrokiem, jakby już się nie gniewał. Odwrócił się na pięcie i pobiegł tam, gdzie nie będę mógł go dogonić. Nie miał skrzydeł i łuku, a ja nie miałem czerwonej róży.

Popatrzyłem więc jeszcze raz na swój kwiat, który teraz był lotosem i schowałem go do butonierki.

Niebo skrywały gęste góry chmur z rzadka przestrzeliwane przez promienie słoneczne. Ale ja wiedziałem, że jeżeli tylko będę szedł ścieżką słonecznego promienia, dojdę do słońca, nie będącego podobnym do tarczy, bryły złota, kaszkietu. Do słońca innego niż to, które potrafiłem do czegoś porównać.

Kto to może wiedzieć – ekscelencjo – powiedziałem do siebie i przyklepałem leżący w butonierce czarny lotos.
Przemysław Grzesiński

Czarny  lotos  Przemysława  Grzesińskiego  to  kolejne  opowiadanie  z  cyklu  zatytułowanego „Brama”,  który  publikujemy  od  2010  roku.  Każde z  nich  może  być  odczytane  odrębnie  jako samodzielny tekst, jednak dopiero lektura całości ukazuje prawdziwe intencje autora. Brama jest bowiem rodzajem obrachunku pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych z przeszłością i teraźniejszością. Kreowany przez autora  bohater to wnuk pokolenia  Kolumbów,  o  których Tadeusz Różewicz mówił jako o „ocalonych”, „prowadzonych na rzeź”, „krzyczących w nocy”.
To pokrewieństwo dotyczy nie tylko świadomego wykorzystania motywów i obrazów z pierwszego powojennego  tomiku  poety  Niepokój  (otwiera go  wiersz  Róża),  ale  jest  przede  wszystkim podjęciem  próby  wypowiedzi  w  imieniu  generacji  młodych  spustoszonych  wewnętrznie  przez swoje  czasy. Okazuje się bowiem, że nie tylko koszmar wojny może stać się przyczyną zachwiania wszelkich  wartości,  lecz  pozornie  bezpieczny  dla  nich czas  pokoju.  Zdawać  by  się  mogło,  że pokolenie,  które  czas  wojennej  Apokalipsy  zna  jedynie  z  podręczników  historii,  nie  powinno mieć trudności w odróżnianiu prawdy od kłamstwa, miłości od nienawiści – bowiem powtórne oddzielenie  światła  od  ciemności  zostało  już  dokonane,  przywrócone.  Co  zatem  się  stało,  że transmisja spuścizny wartości i dorobku kulturowego została zachwiana? Jaki popełniono błąd, że młode pokolenie nie chce, nie może, czy nie potrafi ich przyjąć?
Autor Bramy nie daje odpowiedzi na te pytania. Głos jego bohaterów to głos tych młodych, których oskarża się o sprzeniewierzanie się odwiecznym prawom, o nieznajomość historii i tradycji, młodych nastawionych konsumpcyjnie do świata, wyzutych z wszelkich zasad, nieodczuwających żadnych więzi z minionym, dla nich już archaicznym i niezrozumiałym czasem. I zarazem to głos tych „ocalonych” z pożogi upadku wartości, którzy jednak nie potrafią odnaleźć swojego miejsca wśród  rówieśników  wyznających  z  rozbrajającą  szczerością: „Mam  dwadzieścia  cztery  lata i… jestem, jaki jestem”.