Skutki niepożądane

(fragment)
Na pomysł by napisać Skutki niepożądane wpadłam, zaczynając nowe życie na obczyźnie. Pragnęłam uchwycić obraz emigracji w nieco innym stylu niż pamiętniki czy krótkie historie obyczajowe okraszone anegdotami. Postać głównego bohatera jest karykaturą polskich emigrantów. Uwypukliłam nasze wady narodowe, kompleksy, słomiany zapał, ambicje oraz marzenia, których nie mamy odwagi spełniać w obawie, by nie narazić się na śmieszność. Główny bohater celowo nie posiada imienia tak, by każdy, czytając tekst mógł personalnie odczuć jego narzekanie, wyalienowanie, rozdarcie czy też rozczarowanie światem, Bogiem i tym co nam przez lata wpajano. Druga bohaterka natomiast, z zupełnie innego powodu nie została obdarzona imieniem. Chciałam tu z kolei podkreślić jej nierealność, inność, wyobcowanie. Ilustruje ona inną część emigrantów, tę mniejszą garstkę, która na ziemi obcej czuje się komfortowo, bez komplek-sów i nie ma problemu z dostosowaniem się do nowej rzeczywistości. Jest ona odzwierciedleniem jednostki, którą reszta emigrantów chciałaby być, lecz jednocześnie okazują jej wzgardę. Jest ona wizją, zjawą, która nawiedza narratora na jawie i w snach. Główny bohater prowadzi wewnętrzny monolog, z jednej strony pragnie on zmiany, z drugiej – zdaje sobie sprawę jak bardzo kłóci się to z jego zasadami.

Styl jaki obrałam nie zawsze jest poprawny stylistycznie, czasem może wydać się bełkotliwy, jednak pisałam to celowo i świadomie, ponieważ chciałam zastosować w tym tekście strumień świadomości, nadać mu efekt teraźniejszości i improwizacji. Sposób, w jaki opisuję historie oraz dialogi również są inspirowane słownictwem, jakim posługują się Polacy na Wyspach Brytyjskich. Język polski ubożeje, większość polskich wyrazów zostaje zastąpiona przez angielskie słówka.
                                                                                                                 Teraz, uświadomiwszy sobie własne osamotnienie,
                                                                                                                    poczuł, że jest żywym człowiekiem
                                                                                                                     (Brylantowa gitara, Truman Capote)
Wskazania
Tego dnia Monika powiedziała, że dziwnie się zachowuję. Spytałem, co ma na myśli, mówiąc „dziwnie”. Ona tylko wzruszyła ramionami. Dziwnie, znaczy psychicznie, psychopatycznie, paranoidalnie! Jak na dobrą sprawę, człowiek może nie zachowywać się psychicznie, prowadząc takie życie jak ja?
 
Mieszkam w trzypokojowym mieszkaniu z grzybem na ścianie i wiecznie zaparowanymi oknami. Każdy pokój, łącznie z łazienką i korytarzem wyłożony jest wykładziną o obrzydliwym, bordowym kolorze, niczym w peerelowskim burdelu. Pokoje są ciemne, a zza ściany ciągle słyszę mojego irytującego współlokatora, amatora gandy i hip hopu. Łazienka jest ciągle zajęta, a na windę muszę czekać przynajmniej pięć minut. Nienawidzę swojego mieszkania, nienawidzę miasta, w którym przyszło mi żyć, nienawidzę swojego życia.

Jak do tego doszło? Kiedy to się stało? Dlaczego wylądowałem na szkockich slumsach? Nie pamiętam. Pięć dni spędzam, pracując na linii w fabryce, dwa leżąc w łóżku, leniwie wdychając wilgotne powietrze i zastanawiając się jak to się stało, że moje życie wygląda tak a nie inaczej?

Monika powiedziała, że tego potrzebowałem. Czy to możliwe? To tak, jakby osoba cierpiąca na bezsenność potrzebowała koszmarów. Wkrótce miała pojawić się ona. Niczym trucizna wlewała się do mego gardła, powodując mdłości. Po jakimś czasie miasto przypominające moloch stało się dla nas za małe, a ja zaczynałem się w nim dusić.

Moja obczyzna jest mi równie obojętna jak ojczyzna. Nie chcę prowadzić swego życia ani tutaj, ani tam. Co dzień przeglądam się w lustrze, plując na swe odbicie pianą po paście do zębów. Człowiek z gębą Polaka szczęśliwy nie będzie. Nie! I choćby się starał, choćby cały świat oszukał udając nie-Polaka, to i tak przeznaczenie narodowe go spotka. Opadnie maska światowca, kosmopolity, szczęściarza. Pojawi się za to smutny ryj człowieka ze wschodu. Monika na te słowa, zawsze reaguje tak samo:

– Potrafisz tylko narzekać, jak cała reszta! – wydaje wtedy histeryczny okrzyk, jakby ktoś uszczypnął ją w tyłek, po czym wychodzi z pokoju.   

Jak cała reszta? A ty to niby co? Świeży, nieużyty banknocik prosto z mennicy? A kto narzekał wczoraj na psią pogodę? A kto podczas rozmów telefonicznych rozwodzi się nad gównianym, szkockim żarciem? Kto obrabia dupę supervisor?

Narzekanie to już nie tylko Polska cecha narodowa. To obowiązek. Wszyscy tego od nas oczekują, Unia Europejska, NATO, Pałac Buckingham i Watykan. Zmieniają się biblijne reguły gry. To my, Polacy jesteśmy Nowym Narodem Wybranym! Plujcie na nas! Nie tolerujcie! My to wytrwamy, taka nasza dola. Tymczasem Żydzi do Żydowa! Wy macie swoją ścianę płaczu, Niemcy gruzy po murze berlińskim, a my dziurawy płot załatany naszymi smutnymi gębami, z wystającymi drzazgami przesiąkniętymi narzekaniem.

Chcecie być biadolącym narodem tak jak my? Hola, hola... To nie takie proste! To musi wejść w krew. My ćwiczymy tę sztukę od pokoleń, niczym Hindusi kamasutrę czy Chińczycy kung-fu. Nie potrafisz biadolić? Zgłoś się do Polaka, on zrobi to za ciebie, za żonę, teściową, sąsiada. Pamiętaj tylko by po wszystkim spojrzeć na niego z podziwem i przeprosić na wszelki wypadek za Katyń i II wojnę światową, kimkolwiek jesteś. Dlatego będę narzekał, będę biadolił, bo to jest silniejsze ode mnie. Nie wyprę się czegoś, nad czym moi pradziadowie pracowali od pokoleń.

Wypluwam żółć przed swoim lustrzanym odbiciem. W ciszy. To niczym medytacja. Po czym nakazuje sobie w myślach być nieszczęśliwym do końca dnia. Bo szczęście jest nierealne, po co tracić czas na złudzenia?

Monika podaje mi dwie podłużne kapsułki.
– Popij wodą – nakazuje, przybierając miękki ton, tak by brzmiało to raczej jak prośba niż nakaz
– Połknąłeś?
– Tak – odpowiadam, zakładając plecak na ramiona.

Stoję przed windą, przeklinam swoją dolę i wypluwam kapsułki o rozmiękłej biało-niebieskiej osłonce.

Piątek. Dzień wypłaty. Najważniejszy dzień w tygodniu, prawie jak niedziela, tyle że bez rosołu i schabowych. Abym nie trwonił czasu na wypoczynek po całym tygodniu pracy, Monika wypisała mi na kartce listę spraw do załatwienia, tak dla odprężenia.

Pozycja numer jeden: przynieść katalog z biura podróży. Po cholerę? I tak nigdzie nie pojedziemy. I nagle widzę przed sobą twarz Moniki:
– Nie po to tyram cały rok, by nie zobaczyć kawałka świata! Wszyscy gdzieś byli, Nowy Jork, Włochy, Dubaj! A ja nawet na własne oczy głupich piramid nie widziałam! Dlaczego nie chcesz dać mi odrobiny szczęścia?

– Ależ jedź sobie, jedź! Do Dubaju, do Włoch, na piramidy do Egiptu! Bądź szczęśliwa! Tylko nie próbuj na siłę uszczęśliwiać mnie! Mi piramidy do szczęścia nie są potrzebne. Nie wsiądę do samolotu. Jak los dowie się, że jadę holidejować, to na pewno rozbijemy się o Sfinksa, ale gdybym leciał do niewolniczej pracy, wszystko poszłoby jak po masełku.

Pozycja numer dwa: wyciągnąć X funtów z jakiegoś bankomatu po drodze. Pozycja numer trzy: przynieść coś z take away’a.

Za ciężko zarobione pieniądze, muszę kupić to gówniane, szkockie żarcie, które tak ochoczo wpieprza, oglądając głupawy serial na polskiej stacji TV.

Zaczęło padać, naciągnąłem czapkę na głowę, z lekkim zdezorientowaniem szukając właściwego kierunku do domu. Cash machine! Tutejszy ołtarzyk, tyle że bez Maryjki i Jezuska, za to z cyferkami i funciakami na monitorku. Wprowadź pin, podaj kwotę, dziękuję..., sprawdź stan konta.

– Hej koleżko, za chwilę minie dekada! Miej na względzie innych – burknął ktoś za mną.

Odwróciłem się zaskoczony. Stała tam ona, w pozie tirówki, na niebotycznie wysokich obcasach, sięgających jej za kolana. Opatulona ekologicznym futerkiem, powstałym zapewne z bestialsko obdartych ze skóry maskotek , przyjaciół z wytwórni Disneya, paląc ostentacyjnie fajkę.

– Proszę – odpowiedziałem ze skruchą w głosie. „Mięczak, ciota! Przestraszył się Morticii Addams z polskim dubbingiem”. Upewniając się, że nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi zmierzyłem ją wzrokiem. Długie, czarne włosy, ekologiczne futerko, czarne obcisłe jeansy, czarne dziwkarskie kozaki plus pet my fair’a, który przed sekundą wylądował pod moimi stopami. Wampirella!

Gdybym tylko wiedział, do czego mnie to doprowadzi, przysięgam, nigdy bym na nią nie spojrzał, a już na pewno nie zagadał.

Zgrabnymi ruchami oddalała się od bankomatu, wśród obłoków niebieskiego dymu ze świeżo odpalonej fajki.
– Sorry! – krzyknąłem, podbiegając do niej.

Rzuciła mi leniwe spojrzenie spod doklejonych rzęs.

– Skąd wiedziałaś ? – spytałem.
– Co?
– Że jestem Polakiem, odezwałaś się do mnie po polsku. Na te słowa prychnęła z rozbawieniem, oplatając mnie wzrokiem.
– Pytasz na serio? – spytała – Wystarczy na ciebie spojrzeć, ociekasz wręcz polskim trendem noszenia się na wyspach.
– Jak to?

Przystanęła, spoglądając na mnie i zanosząc się coraz głośniejszym śmiechem.

– Nie wyrobię! – piszczała.

Stałem jak przygłup, czekając na odpowiedź.

– Spoko, luz – odparła biorąc głęboki oddech – Ty naprawdę nie kumasz tego motywu, czy robisz sobie teraz jaja?
  
Po krótkiej, wymownej ciszy odparła już ze śmiertelną powagą:
– Czapeczka z daszkiem z przeceny w sklepie sportowym, historia plecaka jest pewnie podobna. Kijowa wiatrówka z Primarka i safety shoes! Brakuje tylko wąsa i samodzielnie skręconej fajki w ustach! Mam nadzieje, że odkryłam przed tobą tę misternie skrywaną tajemnicę. Po tych słowach odwróciła się na pięcie i pewnym krokiem ruszyła przed siebie. 
  
Poczułem ból, podobny do uderzenia w brzuch. Prymitywna, zeszkocona dupa. To był cios poniżej pasa i kto to mówi? Żałobnica! „Powiedz jej to! Powiedz w końcu co myślisz, głośno i wyraźnie”.

– Hej! Chwileczkę – nagle usłyszałem swój głos. Podszedłem do niej niezdarnym krokiem.
– Myślisz, że wyglądam na Polaka? – „żałosne pytanie”.
– Tak, ja tak myślę, jak i reszta przechodniów na tej ulicy.
– A ty niby co? Cmentarne dziecię? Myślisz, że wyglądasz jak Szkotka? – Nie – odparła krótko.

Gdzie jest oskarżyciel? Gdzie alternatywna argumentacja? Wysoki sądzie, świadek podał niewłaściwą odpowiedź, niezgodną ze scenariuszem? Co robić? Improwizuj! Nie mam więcej pytań!

– Dla twojej informacji frajerzyno, gdybym nie odezwała się do ciebie po polsku, w życiu nie odgadłbyś mojej narodowości. Mogę być skąd tylko ci się wymarzy i o to chodzi. Spójrz za to na siebie, nawet Rumuni się tutaj tak nie noszą!

– Dlaczego jesteś ubrana na czarno? – „kretyńskie pytanie”.

Zaciągnęła się resztką papierosa, wydychając dym nas sobą.
– Mam zły dzień – odparła.

Fish and chips. Thank you. Leżymy razem w łóżku, najedzeni, udomowieni. Wdychamy wilgotne powietrze. Podziwiamy rosnącego grzyba na ścianie i spływające strużki wody po wewnętrznej stronie okna. Monika nachyla się do mego ucha, szepcząc rozkosznie:
– Połknąłeś tabletki?

Utrata kontroli jest niczym popadanie w błogi sen. Nie wiesz, kiedy zasypiasz, nie masz pewności czy śnisz, trudno się potem wybudzić. Monika stała przede mną, z twarzą wykrzywioną niczym postać z gabinetu luster.
– Wyjdź, no wyjdź ! Rozerwij się! – powtarzała.

Za wszelką cenę wyrwij się stąd! Ściągnij z siebie pasiastą, przepoconą piżamę, przesiąkniętą zapachem polskich fajek z przemytu i kebaba. Więc się rozrywam, wśród groteskowych twarzy z gabinetu luster, poruszając się w takt muzyki rozrywającej moje bębenki. Muzyka z potłuczonego szkła, wydobywająca się z gardzieli torturowanych zwierząt. Szare ściany, zaprawione moczem i wytapetowane kolorowymi wymiocinami. Wokół mnie multikulturalna gromada ludzi szykująca się do tanecznej orgii. Tańczmy, przesuwajmy stopy po klejącej podłodze, zahaczając o kolorowe majteczki rozochoconych samiczek. Animal Planet! Broczymy w bagnie waginalnych soków i alkoholu.

– Wychodzisz z chłopakami – objaśnia mi Monika gdzieś z oddali – Zawsze jakaś odmiana po nużących weekendach spędzonych wśród wirtualnych przygód Lary Croft.

Rozglądam się więc za „chłopakami”, choć nigdy na głos w taki sposób bym ich nie nazwał. To takie pedalskie. Kumple i ziomki. Kamraci od piwa i ostrych imprezek. Ani śladu po moich towarzyszach. „Towarzysze”, to też niebezpieczne określenie, jeszcze ktoś by mnie wziął za komucha. Za obmierzłego fanatyka filozofii Marksa.

Obijam się o gangsta pimp i jego suczkę. Kocicę w przykrótkiej kiecce lub może przydługiej bluzeczce. Chcę stąd wyjść. Chcę skończyć ten program z cyklu „Wielkomiejska ruja” . Chcę się wbić w swoją pasiastą piżamę i marzyć o ścianie bez grzyba.

Wodzę obłędnym wzrokiem w poszukiwaniu zielonej tabliczki EXIT, gdy nagle widzę ją. Siedzi przy barze, bawiąc się pustą butelką po piwie. Te same długie czarne włosy, te same doklejone rzęsy. Czerwona minisukienka z wycięciami po bokach i czarna, prowokująca siatka na nogach.

Muzyka milknie, ja stoję, nie spuszczając z niej wzroku, a ona rzuca mi obojętne spojrzenie. Tak jakby czuła moją obecność, jakby wiedziała, że tu jestem, jakby słyszała mój wewnętrzny okrzyk zaskoczenia na jej widok.

Wpatruje się we mnie swoimi oczami, które przytłacza ciężar sztucznych rzęs. Bez emocji, bez zdziwienia, bez życia.

Siadam obok niej. Czuję ulgę, na widok znajomej twarzy. – Cześć – wykrztusiłem.
– Cześć – odpowiada beznamiętnie.
– Co za przypadek...
– Nie wierzę w przypadki – ucięła.
– Więc jak to nazwać ?
– Przyciąganie, telepatia...

Szukam błyskotliwej odpowiedzi. „Zwarcie! Zwarcie!” Iskry z lewej półkuli mózgowej sypią niczym zimne ognie. Wodzę wzrokiem po barowych półkach. Lśniące butelki z kolorowymi płynami mienią się od świateł stroboskopu niczym bombki choinkowe. Piękny widok, który wówczas wywołał we mnie wzruszenie. Dlaczego żaden poeta do tej pory, tego piękna nie uwiecznił na kartce papieru? Te butelki małe i duże, kanciaste i te przypominające kobiecą talię. Przezroczyste, czerwone, zielone, matowe, wzorzyste, z tęczową zawartością spływającą po ich powierzchni.

„Skup się poecino z Koziej Wólki. Odezwij się! Przestań być kretynem! To rozkaz! Za jeszcze jedno potknięcie czterdzieści przysiadów, sto pompek, trzy kilometry biegu! A za brak odpowiedzi kulka w łeb. Marsz! Biegiem! Szukaj odpowiedzi!”
– Napijesz się? – pytam.

„Tak jest żołnierzu, dobrze się spisałeś”.
  
Ona tylko marszczy nos, kiwając głową w zaprzeczeniu.

Zamawiam więc tylko dla siebie.
– Głupio mi pić samemu – ciągnę.

„Przestań więc uprawiać miłość oralną z tą butelką! Po cholerę przyssałeś się do jej gładkiego dzióbka, chlipiąc jej goryczkowe soki?”.   
  
Nawet na mnie nie spojrzała. Tak jakby odrywanie etykietki z pustej butelki po piwie było lepszą rozrywką, niż rozmowa ze mną.

Miała długie, blade palce, o ładnie wypiłowanych paznokciach, przeciągniętych czerwonym lakierem, który łuszczył się przy ich końcach. Wszystko zamilkło, kapela rockowa przygotowywała się na scenie. Wszystko zamarło w bezruchu. Rozmowy, śmiechy, okrzyki wokół nas stały się bardziej subtelne. Tak jakby cały klub szeptał mi do ucha: „To dla ciebie, zajmij się nią, dotknij, odgarnij jej włosy”.

I nagle podskoczyłem uderzony strunami gitar i ochrypłym głosem wokalisty.

„Nie chcę mieć zasłoniętych oczu. Jakieś ostatnie słowo? Cisza. Brak odpowiedzi. Cel, pal! Prosto między oczy!”

Wykrzywiła usta w uśmiechu. Najwyraźniej, tylko robiąc z siebie idiotę, jestem w stanie zwrócić na siebie jej uwagę.

Wokalista zaczął ryczeć refren piosenki: Nicole! Nicola! Nicola!
– Jak masz na imię ? – spytałem.
– Nicola – odpowiedziała.

Odwróciłem się w stronę kapeli, patrząc na tłum ludzi, jakbym szukał w nim potwierdzenia jej odpowiedzi.
– Serio? – spytałem żałośnie.
– Nie.

Odsunęła butelkę obdartą z etykiety. Zeszła z krzesła, poprawiając na udach sukienkę.
– Idziemy? – spytała.

Długie, czarne włosy, doklejane rzęsy, ekologiczne futerko, papieros wetknięty w czerwone, mięsiste wargi.

Idziemy przez park. Jest zimno. Ja wypuszczam białe obłoki zimna z ust, ona błękitne duchy tytoniu.

Słychać trzask gałęzi gdzieś z boku, podmuch wiatru czy śmiechy z oddali, mimo to żadne z tych dźwięków nie budzą w niej niepokoju. Kroczy po żwirowej ścieżce na wysokich obcasach niczym modelka na wybiegu. Jak lunatyczka. Czy ona zdaje sobie sprawę jak niebezpieczne jest to miejsce nocą? Czy z każdym nowo poznanym gościem wybiera się na romantyczny spacer po parku? Czy ona jest nietykalna? Głupia? Łatwa?

– Myślisz jak mnie tutaj bzyknąć, co? – spytała, pozostawiając na mej twarzy nikotynowe sidła. Stosunek płciowy. Nagość. Ginekologia. Pornografia. Miłość. Pożądanie. Namiętność. Upodlenie. Instynkt. Zezwierzęcenie. Seks. Rytmiczne ruchy. Rytmiczny dźwięk. Klap, klap, klap... Okrzyki, które ciężko odróżnić od bólu czy rozkoszy. Oddech zmęczenia. Zwierzęce pozy. Cierpienie, spowodowane zrozumieniem,      iż jest to takie niedoskonałe. Niekoniecznie piękne. Na pewno nie romantyczne. Miałem nas przed oczami. Ludzkich, kanciastych, wyblakłych, beznadziejnych i brudnych. Kreując ten obraz w swoim umyśle poczułem smutek. Smutek przeobrażający się w gniew. Gniew na jej pewność siebie, bezpruderyjność i tupet.

– Nie – odpowiadam krótko.
   Mruży swe oczy, chichocze opierając się o konar drzewa.
– To po co ze mną wyszedłeś? Myślałeś o tym, od chwili, gdy zobaczyłeś mnie przy barze. Chcesz tego, a ja ci to dam.

Ona mi „to” da. Pozwoli się upodlić, myśląc, iż jest to akt wyzwolenia, modernizmu. Mylne urojenia spaczonej Poleczki, która myli pojęcie wolności z upadkiem. A gdzie jej wartości? Rozchyli swoje kruche uda, okryte czarną siatką. Przymrużone oczy zasłoni wachlarz sztucznych rzęs, usta rozchyli wypuszczając ostatni obłok dymu z końcówki papierosa. Wejdę w nią pełen złości, okryje mnie jej wilgoć i sprawię, że oboje będziemy godni politowania. Sperma w niej, na jej wargach, sztucznych rzęsach, czerwonej sukience. Jak ona może na to pozwolić? Uprawianie miłości. Ruchanie. Uprawianie miłości. Bzykanie. Uprawianie miłości. Dymanie. Uprawianie miłości. Myśl o seksie z nią przywoływała w mej głowie jedynie wulgaryzmy. Seks to wulgarność, to instynkt, to biologia, ale na pewno nie romantyzm.

I wtedy pomyślałem o Monice, o jej mysich włosach ściętych na pazia, bladej cerze, złotawych piegach, przekłutych uszach, obgryzionych paznokciach.

– Mam dziewczynę – wykrztusiłem.
– Brawo! Gratuluję lojalności, tak czy inaczej mi to nie przeszkadza – odparła, wzruszając ramionami.

Wściekły chwyciłem ją za ramię ściskając ze wszystkich sił.
– Posłuchaj mnie ! – krzyknąłem.
Była taka spokojna, jakby nieobecna, obojętna wobec bólu jaki jej zadawałem zakleszczając się w jej ramieniu – Co ty próbujesz sobie i mi udowodnić?
– Twoją słabość... – wyszeptała – Nie wiesz kim jesteś, nie wiesz czego chcesz, nie jesteś pewien nawet swoich myśli. Mogę to przerwać..., możesz wskoczyć we mnie lub tam...

Podążyłem za jej spojrzeniem. Tafla stawu, pełna zmarszczek od podmuchu wiatru przywoływała mnie do siebie.

– Zmierz się z problemem, uwolnij innych od swojej osoby i zostań ze mną – wyszeptała mi do ucha. Nie mogłem jej mieć, chudej, bladej, o sztucznych rzęsach i ekologicznym futerku. To było zbyt plugawe, a woda oczyszcza, uwalnia, odradza, zmywa grzechy i brud.

Pod wodą wszystko zdaje się biec własnym tempem, bez pośpiechu, leniwie, wolno. Promienie nocy i dnia pieszczą dno lśniącymi sztyletami. Pozwalam porwać się temu rytmowi, tym kolorom i żyłkom świateł. Chciałbym zostać tu na zawsze, żyć tym podwodnym życiem. Tak wielu ludzi znalazłoby tu szczęście i ukojenie. Jesteśmy boleśnie okaleczeni przez naturę, iż nie dała nam tej możliwości. Delikatne pęcherzyki powietrza wymykają się z mych ust i nozdrzy. Widzę ją, stoi przy brzegu, wiruje nad taflą, szukając mnie pod wodą. Głuchy głos dobiega do mych uszu:
– Substancja czynna.
   Stoi bez ruchu, przygląda się mojemu bezwładnemu ciału, które dryfuje pod wodą. Porusza ustami, a głuchy głos jakby tłumaczy:
– 20 mg.
  
I nagle słyszę plusk wody, otwieram oczy, siedzę na kiblu. Naga żarówka kołysze się monotonnie, a czerwona wykładzina śmierdzi wilgocią. Jest i Ona. Naga w wannie. Mokre włosy zaczesała do tyłu, nogi oplotła rękoma, jakby było jej zimno, chociaż wszystko wokół nas zroszone było parą. Paliła fajkę nie spuszczając ze mnie wzroku. Co ja tutaj robię? Jak się tutaj znalazłem? Czy my?
– Lubisz gry? – spytała trzepocząc odklejającymi się sztucznymi rzęsami.
– Gry? – spytałem niczym echo.
– Tak gry, gry i zabawy, trzeba zabić czas. Znam tylko jedną grę, jest naprawdę dobra, nazywa się „Gra w umieranie”. Miałem głęboko gdzieś gry i zabawy, o wiele bardziej interesowało mnie to, jak się tutaj znalazłem.

– Myślę, że spodoba ci się ta gra – ciągnęła niezrażona moim milczeniem – Myślę nawet, że dobrze znasz reguły tej gry...
– Niby skąd? – spytałem opryskliwie.
– Lubisz swoją pracę? Relacje z innymi ludźmi? Swój monotonny, monogamiczny związek? Czy lubisz swoje życie?
– Tak – odparłem przegryzając wargi.
– Kłamca – zachichotała, ściągając powoli mokre, sztuczne rzęsy – W dodatku użyłeś czarnego kłamstwa.
– Czarnego kłamstwa?
– Zazwyczaj używasz szarych.

Chryste! Co za pokręcona laska, co ja właściwie z nią robię?

– Życie to nie tylko pasmo zabaw i gierek. To przede wszystkim ciężka praca, obowiązki i wyrzeczenia, praca nad sobą i kontrola – starałem się wlać choć kilka kropli odpowiedzialności do jej spaczonego umysłu.
– Kontrola – powtórzyła z rozmarzeniem – Ty jej nigdy nie tracisz prawda? Wolisz żyć w zakłamaniu niż chociaż przez moment poczuć radość i wolność.

Bezwstydnie wyszła z wanny, eksponując przede mną swą nagość. Powolnymi ruchami zaczęła wycierać swoje chude ręce i nogi, sprężyste piersi i płaski brzuch. Okryła się ręcznikiem, po czym usiadła na skraju wanny.
– Czujesz się szczęśliwy? – spytała.
– Czasami...
– Szare kłamstwo – zachichotała.
– Czy ty niczego nie rozumiesz? – spytałem mocno wkurwiony.

Co ona do cholery sobie myśli? Co ona w ogóle może wiedzieć? Gówno! O wszystkim ma jedynie blade pojęcie.

– Nie wiem, co tutaj robisz, w jakim celu tutaj przyjechałaś i nic mnie to interesuje! Każdego dnia budzę się z pytaniem na ustach, co tutaj robię? Jak długo uda mi się popracować w pieprzonej fabryce? Muszę znosić głupawe pytania szkockich wsiurów, muszę udawać, że bawią mnie ich prostackie żarty, muszę znosić ich fałszywe uśmiechy. Jestem Polakiem, a to przekleństwo! Moja ukochana chce zwiedzać świat, chce zobaczyć Egipt i piramidy. A ja chcę świętego spokoju! Chciałbym mieć willę z basenem i Lexusa w garażu, chciałbym wygrać w totka, ale to nie możliwe! Bo szczęście do mnie nie należy, jakimś głupim trafem na nie nie zasługuję, chociaż przez długi okres chciałem wierzyć, że przyjdzie taki dzień, że z życia będę brał pełnymi garściami co najlepsze. Rozumiesz? Ocknij się i wróć na ziemię, przestań żyć w swej głupawej bajce! Skończ z tą pozą na psycholożkę, bo to żałosne.

Naga, otulona jedynie ręcznikiem, z mokrymi strączkami falowanych włosów, bez sztucznych rzęs, bez ekologicznego futerka, bez śladu po łuszczącym się czerwonym lakierze na paznokciach.

Podeszła do półki z kosmetykami, prywatnego laboratorium, które ma w swoim domu każda dupa.

Kremy, balsamy, serum, lakiery, odżywki, miliony kolorów na twarz, miliony pudrów, tysiące substancji nawilżających, tysiące substancji wysuszających, setka ujędrniających. Kolorowe butelki, buteleczki, flakony, flakoniki pełne duszących, rozkosznych zapachów. Wszystko kosztem słodkich szczeniaczków, króliczków, małpek i świnek morskich, które miały tego pecha, iż trafiły do zwierzęcego Oświęcimia o słodkiej paryskiej nazwie L’Oreal lub hollywoodzkiej MaxFactor. Tam też, zwierzaczki nosiły te zapachy, tyle że wstrzyknięte pod skórą. Ciekawe czy Ona lubi zwierzęta? Czy może jak reszta świata uważa, że nic i nikt się nie liczy poza własna osobą? Kącik tortur. Pensety, zalotki, maszynki do depilacji, plastry z woskiem przeznaczone wyłącznie do najbardziej zalesionych obszarów i pędzle uwalone różowym pudrem.

Nie chwyta za żadną z rzeczy, którą wymieniłem. Sięga po wilgotną od pary paczkę fajek, siada na wannie, spokojnie odpala papierosa  i nie spuszcza ze mnie wzroku.

Zdaje się, że jest całkowicie pozbawiona rzęs, tak jakby wszystkie się zbuntowały i wypadły od kiedy zaczeła doklejać te swoje sztuczne wachlarze. Z lekkimi, brązowymi cieniami pod oczami i wysuszonymi ustami nadal wydawała się dość atrakcyjna.

Głęboko zaciągnęła się dymem, przymykając przy tym oczy, tak jakby z rozkoszą wprowadzała ten cały syf do swego organizmu. Jestem pewien, że żadne świństwo nie jest jej w stanie zabić. Zdaje się mieć w sobie jakąś supermoc. I nagle z jej gardła, z jej oblepionych flegmą strun głosowych doszedł mnie przeraźliwy dźwięk, niczym rzężenie, które za cholerę nie chciało ustać. Spokojnie wyrzuciła resztkę fajki do kibla, po czym podeszła do mnie, rzężąc nieustannie.

Gdy nagle, bezceremonialnie splunęła mi w twarz krwawą śliną. Rzężenie ustało, moje przerażenie nie.
– Gratuluję – zaczęła – Twoja gęba przypomina w tej chwili nasze dumne barwy narodowe! Bladość, którą zawdzięczasz szkockiej pogodzie i życiu bez celu. Mój dodatek możesz potraktować jako symbol udręki i ciężkiej walki o byt! Tak, wszystko co polskie obryzgane jest krwią! Krwią wylewaną na wojnach, krwią naszych wielkich bohaterów, krwią kobiet, które dały im życie! Taka produkcja polskich męczenników! Wyprodukowano w Polsce, made in Poland, Łódź spółka z o.o.

Polska krew jest wyjątkowa! Menstruacyjna i ta po zerwaniu błony dziewiczej, krew cieknąca strużkami po rękach nastolatków odbierających sobie życie . Nie uważasz? Zacznijmy się okaleczać, zbierzmy się całą gromadą w centrum miasta, rozcinajmy swą bladą skórę, uwalniając strugi naszej umęczonej polskiej krwi, udowodnijmy im wszystkim, że Polska krew jest lepszej jakości, ma więcej witamin i minerałów. Niech szkockie rzeki zabarwią się nią i wtedy oni to docenią, docenią polską krew i rzucą się w jej odmęty, zapomną by oddychać, będą pływać w niej bez celu, tak jak my włóczymy się bez celu po ich ulicach. Gdy stracą przytomność, my będziemy triumfować.   I wtedy każdy zapomni co to dobra zabaw, każdy zacznie żyć przeszłością z przekleństwem wpisanym w metryce urodzenia. O to ci chodzi prawda? Tobie i całej reszcie! Chcecie uwagi, litości, chcecie imponować, chcecie wyzbyć się polskości, nie mogąc przestać jej podkreślać jednocześnie. Chcecie być kimś! Wzbudzać zachwyt! Jesteście z jednej produkcji, tej wadliwej. Pozwólcie się rozdzielić bracia i siostry, a nóż ktoś was naprawi. Pozwól sobie pomóc, zagraj ze mną, a wtedy wszystko minie.

Zdjęła z siebie wilgotny, biały ręcznik i jego kącikiem wytarła z mojej twarzy zakrwawioną ślinę. Mimo iż nasze ciała się nie stykały, czułem jej ciepło. Wbiłem wzrok w podłogę, gdzie leżał ów biały ręcznik, zabrudzony cieniutkimi niteczkami krwi z jej gardła.
– Made in Poland – wyszeptałem zamykając oczy.
Paulina Krzyżaniak