Drugie życie niemieckich śmieci

Belgern, kilkutysięczne miasteczko na pograniczu Brandenburgii i Saksonii. Czerwcowe niedzielne popołudnie. Powoli jeździmy z Mango Mercedesem sprinterem wąskimi ulicami miejskiej starówki, mijając samochody z rejestracjami powiatów krośnieńskiego i żarskiego. Od czasu do czasu trafia się auto na dolnośląskich tablicach.

– „FZA” to przeważnie samochody z Lubska i okolic, „FKR” to gubiniacy – mówi Mango jeżdżący na wystawki od kilkunastu lat. – W sumie około piętnastu samochodów. Jeszcze nie jest tak źle. Bywałem na wystawkach, na których było ponad trzydzieści samochodów. Kryzys, każdy chce zarobić.

Interes z wystawkami rozpoczął się w Polsce wraz z otwarciem zachodniej granicy. Pracujący w Niemczech Polacy ze zdziwieniem obserwowali jak miejscowi wynoszą przed swoje domy całkiem dobre przedmioty: meble, artykuły gospodarstwa domowego, sprzęt elektroniczny, rowery, elektronarzędzia, naczynia, ubrania czy dywany. Ci bardziej zaradni i pomysłowi, pakowali do swoich samochodów co tylko się dało i po przyjeździe do Polski sprzedawali przywieziony z Niemiec wśród sąsiadów i znajomych. Z czasem doszli do wniosku, że bardziej opłaca się wystawione przez Niemców dobra zwozić do Polski i nimi handlować, niż pracować u sąsiadów na czarno za kilka marek na godzinę.

W 1993 chodziłem jeszcze do szkoły – wspomina Mango. – Po lekcjach brałem od ojca żuka i uderzałem na Niemcy. Załadowywałem go czym tylko się dało. Wtedy schodziło wszystko: RTV, AGD, rowery, dywany, naczynia, garnki, zabawki meble. Po powrocie jeździłem z towarem po okolicznych wiochach i w ciągu dwóch dni zarabiałem tyle co mój ojciec w ciągu dwóch tygodni.

Przed starą kamienicą zatrzymuje nas otyły Niemiec. Mówi, że ma w piwnicy sprawną lodówkę i dwa telewizory, które są mu zbędne.      Po chwili towar znajduje się na pace samochodu. Niemiec dziękuje nam za to, że pomogliśmy mu pozbyć się zbędnego sprzętu, który zalegał    w jego piwnicy. Dzięki nam nie musiał sam tego wynosić po stromych schodach.

– Niemieckim władzom jest na rękę, że wystawki wywożone są do Polski – mówi Mango. Dla nich to śmieci, które musiałyby trafić na wysy- pisko, gdzie poddane by były procesom segregacji i utylizacji. To wszystko kosztuje, a tak niemieckie śmieci trafiają do Polski, a później       na Ukrainę, czy Białoruś. My tym śmieciom dajemy drugie życie.

Z czasem przywożone z Niemiec wystawki zaczęły trafiać na giełdy. Handlujący szybko nawiązali kontakty z Ukraińcami, Białorusinami i Polakami z centralnej części Kraju. Dzięki temu klienci sami do nich przyjeżdżali, gdy tylko wracali z Niemiec autami wyładowanymi towarem.

– Towaru nie lubię sprzedawać znajomym – mówi Mango. Narzekają jak cos się zepsuje. Najlepiej handluje mi się z „ruskimi” (Ukraińcy, Białorusini). Towar wyjeżdża na wschód i nic mnie już nie obchodzi. Jeszcze parę lat temu, gdy wracałem z Niemiec pod moim magazynem stała już kolejka klientów. Ostatnio, żeby wyjść na swoje muszę niekiedy wozić towar na Ukrainę. Od kilku lat coraz gorzej schodzi elektronika, ponieważ na Ukrainie powstały zakłady produkujące sprzęt RTV. Teraz także u nich można kupić sprzęty elektroniczne na dogodnych ratach. Dobrze sprzedają się sprzęty gazowe, szczególnie kuchenki i piece dwufunkcyjne. Także na oknach można dobrze zarobić, ale trzeba mieć dojścia i startować w przetargach. Niektórzy robią dobry interes na złomie, który i tak przez polskich pośredników trafia później najczęściej do niemieckich hut. Z przeznaczonych do rozbiórki bloków pozyskują wanny, grzejniki i miedziane rury, jednak aby w to wejść także trzeba mieć układy.

Plany wystawek załatwia się najczęściej w urzędach miejskich. Wystarczy poprosić o Abfallkalender. Rozpiski wystawek można też znaleźć w internecie, wystarczy znać komunikatywnie język niemiecki.

– Kiedyś z Lubska i okolic na wystawki jeździło prawie sto aut – mówi Mango. Dzisiaj jeździ czterdzieści, góra pięćdziesiąt. Niektórzy jeżdżą blisko w okolice Bad Muskau i Weiswasser. Wożą przeważnie drobnicę. Garnki, naczynia, zabawki. Sprzedają to później na targowisku miejskim.

Do wieczora mamy busa załadowanego niemal w połowie. Noc spędzamy w aucie. Mango śpi w kabinie, ja na pace.

– Na wystawkach wszyscy śpią w samochodach – mówi Mango. Najtańszy hotel kosztuje dwadzieścia euro od osoby. Kiedyś jeździłem nawet zimą. To dopiero była jazda, gdy człowiek budził się ze szronem na twarzy. Teraz jeżdżę tylko od wiosny do jesieni. Szkoda zdrowia.

Wstajemy przed siódmą. Po śniadaniu i porannej kawie powoli ruszamy na objazd ulic, przy których mają być wystawki. Wkrótce na pace samochodu zostają załadowane dwie pralki, lodówkozamrażarka, kilka telewizorów, elektronarzędzia i kuchenka gazowa.

– Pora do domu – mówi Mango. Jeszcze by się zmieściło trochę towaru, ale życie nie polega na tym, by bez przerwy pracować.

Po dwóch godzinach dojeżdżamy do granicy.

– Teraz jest luz – mówi Mango. Przed unią gdy jeszcze były szlabany to przerzucało się towar do Polski nawet dwadzieścia godzin. Po aferze łapówkarskiej wopki wpuszczali do Polski tylko z jednym sprzętem na pace.

– Teraz jeszcze trzeba to sprzedać – mówi Mango, gdy wyładowujemy towar przed jego magazynem, podjeżdża fiat dukato na ukraińskich blachach. – No pierwszy klient. Dopóki standard życia w krajach Europy się nie wyrówna, zawsze na śmieciach będzie można robić interes.
Adam Bolesław Wierzbicki
(praca nagrodzona w Polsko-Niemieckim Konkursie im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej)