Moje uporczywe, ale nieuniknione dorastanie

Nie, nie, na pewno nie. Nigdy się na to nie zgodzę. Co ta Kaśka wymyśliła?! Czy ona jest ślepa, czy nie widzi z jakim obrzydzeniem uczę się tego języka i ile razy w ciągu trzech lat w gimnazjum żałowałam tego wyboru? Angielski – wiadomo – język Europy. Wszędzie się nim porozumiem, dogadam, wytłumaczę to, co chcę. To prawda, że niemiecki wybrałam z lenistwa, bo taki był w podstawówce, bo cała klasa się na niego zdecydowała.

Nie jestem jakoś wyjątkowo historycznie wrażliwa. Wiem o zaborach, powstaniach, II wojnie światowej, obozach koncentracyjnych, a w głowie kołacze mi się Hodon spod Cedyni. Pamiętam o tym i to wystarczy na dobrą ocenę z historii. Całe to nasze z nimi współżycie to mordy, nienawiść, później rozejmy, godzenie się i znowu konflikty, i znowu podejrzliwie na siebie patrzymy. I nie wiem, czy odpowiedź na pytanie „kto zaczął?” pomogłaby zrozumieć ten naród. Na razie wszystko mnie to przytłacza i jest źródłem mojej niechęci.

A ona tu wyskakuje z liceum w Guben. No chyba oszalała! Zarzuciła mnie ulotkami, skacze po pokoju i opowiada, jak to będzie cudownie, patrz jaki program, jakie ciekawe dodatkowe zajęcia, poznamy nowych ludzi. Nareszcie wyrwiemy się z tego zapyziałego miasteczka. Przecież to Europa.

– Pokaż mi te ulotki – mama jak tajfun wtargnęła do mojego pokoju, złapała kolorową reklamę i zaczęła czytać.
– Damian, chodź tutaj, zobacz jaka wspaniała propozycja dla Hani. Tato przejrzał ulotkę i tym wzrokiem, którego tak bardzo nie lubię spojrzał na mamę. Wiedziałam, że zaraz się zacznie wykład o odpowiedzialności.
– Niemiecki to język przyszłości. Mieszkamy przy granicy i pewnie będą potrzebować pracowników z jego znajomością. To jest inwestycja    w przyszłość.
– Ale mamo, nie uważasz, że jest on paskudny, ostry i w dodatku taki trudny? Tego nie da się słuchać, a co dopiero uczyć! – Upierałam się za każdym razem.
– Ciesz się, że masz możliwość uczenia się tego „paskudnego” języka – dodał tato.

Długo trwał wykład. Kaśka wróciła do domu, a mnie zobowiązano kolejny raz do wykonania czynności pt. „Przemyśl to”. Jak się uczyć kosmicznych słówek typu Streichholzschächtelchen? Miałam dość słuchania mojej germanistki, która kiedy mówiła w tym języku miałam wrażenie, że zaraz sobie złamie język. Ta twardość, kanciastość, ostrość. No i jeszcze słynne „Deutschland über alles”. Jak to słyszałam robiło mi się słabo. Oni ponad wszystko? Czy to nie pycha ich rozsadza? Trochę pokory! To dobrze, że jest się dumnym ze swego narodu, ale gardzić innymi? Czy to humanitarne? Bez przesady, cóż tam takiego jest ponad inne narody? Tolerancja i sympatia dla innych – drogi narodzie niemiecki – nie znasz tych uczuć?

A właśnie, uczucia. Posłuchajcie jak to brzmi: „ich liebe dich” – kojarzy mi się z przyduszeniem, a nie z wyznaniem miłosnym. Jaka piękna jest nasza wersja – „kocham cię”. Miękkie, delikatne, przyjemne dla ucha – wybieram to drugie. A rodzice swoje „przemyśl”. A przed moimi oczami tandeta, szorstkość, brak stylu, piwne brzuszki. Czy pani kanclerz nie może dopasować sobie spodnium? Wcięta marynareczka, dopasowane spodnie – przecież to Frau Europa, to zobowiązuje.

No niestety, drodzy rodzice, gdybyście słyszeli moje myśli nie bylibyście zadowoleni. Zbuntowana poszłam spać.

Na szczęście rano nie było czasu na jakiekolwiek rozmowy, a zwłaszcza o karierze. Szkoła, szkoła, szkoła – nie lubię, ale muszę. W holu stała oczywiście Kaśka:

– Co ty tak na nie? Przecież słuchasz Tokio Hotel, lubisz ich. A te ich plakaty w twoim pokoju? A płyty, na które wydajesz całe swoje kieszonkowe? Przecież to Niemcy! Zachwycasz się ich wizerunkiem w stylu emo. Kolczyki, skóry, mocny makijaż i dredy. Nie słyszysz, że śpiewają „ich muss durch den Monsum”? Więc nie udawaj takiej abnegatki i zaakceptuj – idziemy razem do szkoły.

Przyznam się, że długo trwały moje działania obronne. W końcu mój opór został złamany. W ten sposób podjęłam w swoim życiu pierwszą, tak poważną i dojrzałą decyzję. Wysłałam dokumenty do Pestalozzi – Gymnasium, Friedrich – Engels – Straße, 72, 03172 Guben. Dyrektorem szkoły była pani Winter. Miałam nadzieję, że to nie wróży lodowatych stosunków, a jej imię Gerlinde nie wiem dlaczego uporczywie kojarzy- ło mi się z Gargamelem. Szesnastolatka i takie dziecinne skojarzenia? Ale to chyba strach przed nowym i nieznanym. Jeszcze ta ostatnia nadzieja, że może mnie nie przyjmą. Niestety – przyjęli. I nie wiem dlaczego w tym momencie urosły mi skrzydła. Deutschland! Nadchodzę! Może te skrzydła to dorosłość?

Zanim jednak na dobre przekroczyłam Nysę Łużycką postanowiłam przyjrzeć się bliżej ojczyźnie Goethego. No właśnie, Goethe, jakże mogłam o nim zapomnieć? Wprawdzie nie zachwyciłam się Cierpienia­ mi Młodego Wertera, ale przeistoczenie Fausta, jego zmiana sposobu bycia i nagroda, która go spotkała, dała mi dużo do myślenia. „Trwaj chwilo, jesteś piękna”. Może chwile w Guben też będą tak piękne jak ostatnie momenty życia bohatera dramatu?

Ale nie tylko Johann Wolfgang (ależ to brzmi!). Te słowa – które znam w tłumaczeniu Tuwima „O radości iskro Bogów / kwiecie elizejskich pól…” – przecież to Oda do radości, ostatnia część IX symfonii Beethovena, a słowa do niej napisał inny weimarczyk – Friedrich Schiller.       A Beethovena Dla Elizy – piękny utwór na fortepian, taki delikatny. I pamiętam, że z panią od niemieckiego śpiewaliśmy „Stille Nacht, heilige Nacht…” – to zachwyca.

Rodzice, chcąc chyba ułatwić mi integrację, zafundowali córce wycieczkę. Najpierw Berlin. Aleją Unter den Linden, mijając sklep z porcelaną miśnieńską doszliśmy do Bramy Brandenburskiej. Jednak klasyka robi wrażenie. Grecka kolumnada, na szczycie kwadryga – piękne. Na placu przed bramą strajkowali kominiarze – może przyniosą mi szczęście w nowej szkole? Potem Pergamon, resztki muru berlińskiego. Drezno – tu obowiązkowo Zwinger. Tyle razy widziałam małe, zadumane aniołki, podpierające bródkę. Nawet nie wiedziałam, że namalował je Rafael Santi. Madonna Sykstyńska – wyjątkowy obraz. Zobaczyć oryginały to niepowtarzalna przygoda. Spacerowałam w parku nad Ilmem w Weimarze i może właśnie tam przeżyłam prawie faustowską przemianę? Nie drażnił mnie język przechodniów, potrafiłam dostrzec piękno tego miejsca, z powagą odpowiadałam na kolejne „Guten Tag”. To nie takie straszne. Można zaakceptować.
   
Jeszcze byłam rozdarta między dwiema granicami, między dwiema kulturami. Najpierw było „moja, moja, moja” – kultura, a oni to „obca, obca, obca”. Teraz pomału „moja, obca, moja, obca”. A tu dalsza integracja, bo przychodzi zawiadomienie, że pani dyrektor Winter wraz z wicedyrektorem Proske zapraszają mnie na obóz w Deulowitz. W lesie, nad jeziorem, w pięknym pensjonacie zamieszkałam w pięcioosobowym pokoju. Ja, jedyna Polka i cztery Niemki. To bardzo trudne nawiązać kontakt z rodakiem, a co dopiero z obcokrajowcem. No, ale w końcu trzeba zacząć. Zrobiłam pierwszy krok. Byliśmy w jadalni.

– Halo, ich bin Hania. Ich komme aus Polen – przedstawiłam się dziewczynie siedzącej obok.
– Hej, ich bin Nicole. Ich bin aus Deutschland. Sehr angenehm.

Wszyscy siedzieliśmy przy jednym stole, wraz z nauczycielami. Uczniowie dostali do posiłku oczywiście colę, natomiast nauczyciele piwo. Zdziwiona zapytałam Nicole:

– Czy to jest u was normalne, że nauczyciele piją przy uczniach alkohol? Zaskoczona takim pytaniem odpowiedziała: – Oczywiście, zawsze tak jest. Co w tym dziwnego? A u was jak to wygląda?
– U nas jest to nie do pomyślenia. Dorośli nigdy nie spożywają alkoholu przy dzieciach, a już tym bardziej nauczyciele przy swoich wychowankach.

Po obiedzie wybrałyśmy się na plażę. I tutaj kolejne odkrycie. My przygotowywałyśmy się do plażowania, zmywałyśmy niepotrzebny makijaż, wskoczyłyśmy w strój i po pięciu minutach byłyśmy gotowe. A one? Wręcz przeciwnie. Poprawiały już i tak ostry i wyrazisty make-up, układały włosy, które po chwili oklapną od wody i po godzinie spędzonej w łazience mogły wyjść na plażę. Z Olką, Polką z Jeleniej Góry, z którą zdążyłam się już poznać, nie mogłyśmy wyjść z podziwu.

Na plaży było na początku dość sztywno. Nie wiedziałyśmy, o czym możemy porozmawiać z naszymi „koleżankami”. Jednak wkrótce okazało się, że o wszystkim. Przecież to też nastolatki. Mają te same problemy, przeżycia, hobby. Zaczęło się oczywiście standardowo, od muzyki, bo Sara zadała pytanie :
– U was w Polsce jest taki niesamowity festiwal muzyczny. Byłam już kilka razy i w tym roku też się wybieram. Nazywa się Woodstock. Grają tam wyjątkowe zespoły, a atmosfera, która tam panuje jest nie do opisania. Wszyscy bawią się jednocześnie. Nie ma znaczenia kto skąd pochodzi – ta impreza po prostu łączy ludzi.

Niemcy przyjeżdżają do Polski?! A jednak.

Tak minęły trzy dni integracji polsko-niemieckiej, po których trafiłam na tydzień do Katrin, aby pozn wać „od kuchni” niemieckie zwyczaje, życie codzienne i problemy typowej, niemieckiej rodziny. Okazało się, że mama Katrin jest Polką. Już przekroczenie progu ich mieszkania przeniosło mnie w zupełnie inny świat. Mieszkanie niezbyt duże, ale miało swój klimat. Na meblach było pełno ustawionych pamiątek, kwiatów, obrazów, zdjęć. Wszystko to w pewien sposób przytłaczało. Było dla mnie tego po prostu za dużo. W kuchni kilka kolorowych koszy, każdy podpisany: plastik, szkło, odpadki, papier. „Aha, no tak. niemiecka gospodarność i dbałość o środowisko” – pomyślałam. Na podłodze oczywiście zgrzewka piwa, tak na wypadek jakiejś okazji.

Kolejną cechę, jaką mogłam dostrzec u Państwa Müller była oszczędność. Rodzice za każdym razem zwracali uwagę swoim dzieciom kiedy bez opamiętania zostawiali lejącą wodę podczas mycia zębów lub nie gasili światła, wychodząc z pomieszczenia.

– Katrin, musisz pójść z Hanią na zakupy. Jutro wszystko zamknięte – powiedziała Pani Müller.
– Zamknięte? Jest jutro jakieś państwowe święto? – Zapytałam zdziwiona.
– Haniu, przecież jutro jest niedziela! Nic u nas w tym dniu nie kupisz. – Odpowiedziała mi Katrin.
  
A polska niedziela? Kiedy w tle słychać dzwony kościoła i zostają one zagłuszane przez koszyki z supermarketu, który akurat w tym dniu cieszy się największym utargiem. Bardzo, ale to bardzo smutne zjawisko…

   Po zakupach Katrin zaproponowała, żebyśmy wieczorem poszły na dyskotekę.
– Czemu nie. Świetny pomysł. Nigdy nie byłam w Niemczech na dyskotece, ale pomyślałam, że wygląda to podobnie jak u nas. Nie chcąc się wyróżniać, ubrałam dżinsy, t-shirt, pomalowałam rzęsy i byłam gotowa. A Katrin? Wyglądała nieco inaczej. Krótka spódniczka, mocny makijaż i wysokie szpilki. Weszłyśmy na salę, ale niestety mój plan się nie powiódł – wyróżniałam się i to bardzo. 98% dziewczyn wyglądała jak Katrin. No cóż, jednak co kraj, to obyczaj. Muzyka w klubie raczej nie różniła się od naszej – postawili na zagraniczne przeboje, przy których każdy, niezależnie od narodowości mógł się bawić. Przy tej okazji poznałam znajomych Katrin, którzy też przyszli na sobotnią zabawę. Co mnie zdziwiło, to fakt, że bardzo dużo pytali o Polskę, jak wyglądają u nas dyskoteki, ale nie tylko. Pytali o wszystko. O szkołę, młodzież, a nawet politykę.

Dobrze się złożyło, że Katrin, tak jak ja była katoliczką. Dlatego w niedzielę wspólnie z nią uczestniczyłam we mszy. Kolejna sytuacja, którą mogłam porównać do naszej, polskiej. Tam jakoś od samego progu kościoła nie czułam się obco. Wszyscy uśmiechnięci, serdeczni. Nikt na mnie nie patrzył „ z góry”. Zdziwiło mnie, że każdy przed wejściem brał śpiewnik, aby móc w pełni uczestniczyć w liturgii. Kazanie było emo- cjonalne, ale proste w odbiorze, aby każdy mógł zrozumieć, co kapłan chce nam przekazać. Przy tej okazji przekonałam się również, jak ładnie może brzmieć modlitwa „Ojcze Nasz” w języku niemieckim „Vater unser im Himmel geheiligt werde dein Name. Dein Reich komme…” Zdziwiłam się, że mi się to spodobało. Ale przecież można modlić się w wielu językach. Po mszy kapłan podszedł do rodziny Müllerów, witając się z nimi serdecznie. Od razu mnie zauważył i zaczął pytać skąd jestem. To było bardzo sympatyczne i miłe doświadczenie.

Jestem dziwnym człowiekiem. W krótkim czasie przeszłam niewiarygodne przeobrażenie: od zupełnego odrzucenia do akceptacji. Wystarczyło przypomnieć sobie omówione lektury, muzykę, wyjechać na wycieczkę, porozmawiać z niemieckimi rówieśnikami nad jeziorem i już jest inaczej. Człowiek to dziwne stworzenie. A może to niewyrobione, nastoletnie myślenie? Zobaczyłam coś pozytywnego i już zaczynam wokół tego tworzyć swój mały świat. Może to za dużo – świat, może to tylko pogranicze dwóch światów – malutka polsko-niemiecka ojczyzna? Ale przecież to niczemu nie szkodzi. To, że poznam inną kulturę, obyczaje, inny świat – czy to coś złego?

Szkoła, szkoła, szkoła – nie lubię, ale tym razem chcę. Cała jestem jednym wielkim kłębkiem, który nazywa się „ciekawość”, jak tam będzie. Spakowałam pół domu: książki, słowniki, niemieckie płyty, gazety. W moim pokoju zrobiło się dziwnie pusto.

Jedziemy do szkoły. Nowa Sól, Zielona Góra, Krosno, Gubin, zbliżamy się do granicy, której oczywiście nie ma. Po lewej stronie koszary i znowu pomyślałam o II wojnie światowej – to jednak w Polaku siedzi. Guben. Krążymy i szukamy ulicy Blumenstraße. Tam czeka na mnie pokój, który przez cztery lata będzie dla mnie domem.

1 września, godz. 7.00 – dzwoni budzik. Otwieram oczy i widzę, że Niemcy już dawno szykują się do szkoły. Schodzę na śniadanie, a tam na stołówce czekają na mnie pyszne, ciepłe rogaliki z marmoladą. – Mmmm…, dzień rozpoczyna się całkiem miło – pomyślałam.

Całą grupą wyruszyliśmy do szkoły. Szkoły, która jak nam się wszystkim Polakom wydawało, miała nam dać życie mlekiem i miodem płynące. Pierwsza rzecz, która zdziwiła mnie tego dnia to był strój. U nas, w Polsce rozpoczęcie roku jest uroczystością. Biała bluzka, spódniczka i marynarka to obowiązek. A tam, za Nysą? Od razu było nas widać z daleka. Grupa Polaków ubrana na biało-czarno nie mogła nie być zauważona. Każdy Niemiec przyszedł ubrany jak chciał. Dżinsy, krótkie spodenki, a nawet dresy były normalne. Nie wspomnę o dziewczynach, które każdego dnia zadziwiały mnie swoim krzykliwym makijażem, kolorowymi paznokciami, a nawet różnobarwnymi włosami. Z czasem po prostu się do tego przyzwyczaiłam. Z daleka zobaczyłam Nicole. Jak to dobrze, że ją rozpoznałam. Już nie czułam się taka samotna.

– Hej, wiesz może gdzie będzie apel? – Zapytałam.
– Apel? Jaki apel? – Odpowiedziała mi zdziwiona.
– Jest pierwszy dzień szkoły. Musi być apel – oburzyłam się.
– Hehe, zostaw już te wasze polskie zwyczaje. Jesteś w Niemczech, zaraz zaczynasz zajęcia. Nie ma żadnego apelu.
– Hmm… No ok., może nie chcą tracić czasu i wolą go wykorzystać na naukę – starałam się zrozumieć.

Dostałam plan, przedmioty takie jak u nas w Polsce: fizyka, chemia, geografia. Nie ma tylko języka polskiego. Dodatkowo będę uczyła się angielskiego. Oczywiście sport, cztery razy w tygodniu, informatyka, plastyka, muzyka. Jeżeli uda mi się zrealizować ten plan to będę wyjątkowo wykształconym człowiekiem – technicznie, fizycznie, naukowo i kulturalnie. Znalazłam się w nowym świecie, więc musiałam zaakceptować nowe obyczaje. Nie ma spóźniania się na lekcje, bo każdy niemiecki nauczyciel punkt 8.00 był już w klasie i o tej godzinie rozpoczął swój wykład. Musiałam się kontrolować, ponieważ nie było dzwonków. Okazało się, że zegarek to bardzo dobry wynalazek. 

W czasie przerwy nauczyciel przygotowywał tablicę do lekcji, pisał temat, porządkował materiały i o wyznaczonej godzinie zaczynał lekcję i zgodnie z czasem kończył zajęcia. Niemiecki nauczyciel to nie Pani Marysia z mojej szkoły. Oni są bardzo wymagający, na lekcji surowi, dokładni, na przerwie uśmiechnięci i życzliwi. Każdy temat wyczerpująco wyjaśniali – tak, aby każdy mógł to zrozumieć. Nie musiałam uczyć się na pamięć różnorodnych wzorów. Wszystkie definicje znajdowały się w książce „Formeln Und Tabellen”. Przynosiłam ją na każdą lekcję. Korzystałam z niej wtedy, kiedy rozwiązywałam zadania z fizyki, chemii czy matematyki. A mogłam do niej zaglądać również na sprawdzianach.

No tak, to było ułatwienie. W ogóle szkoła niemiecka tworzy sytuacje, które pomagają, np. różnorodne materiały, podręczniki, tabele, przybory plastyczne itp. W naszej polskiej szkole wszystko trzeba było kupić. Jednak mimo tych ułatwień zderzenie moich językowych umiejętności z językiem niemieckim wykładowcy i potocznym kolegów okazał się niewiarygodną klęską. Nie rozumiałam, co do mnie mówią. Siedziałam jak na tureckim kazaniu. Wyobrażacie sobie fizykę wykładaną po niemiecku? Albo biologię? Pierwsze noce przepłakałam. Wykonałam setki telefonów do mamy:

– Zabierz mnie stąd, ja już nie chcę niczego poznawać. Chcę do Polski! Mam w nosie Goethego i Tokio Hotel!

Ale pomału zaczęłam się wsłuchiwać, powtarzać. Bardzo wolno to przychodziło. Najpierw rozróżniałam poszczególne słowa, pomalutku zdania, aż w końcu stałam się „prawie” germanistką. Chociaż prawdą jest, że najlepszymi partnerami do rozmowy były małe dzieci, bo mówiły wolno i jeszcze pokazywały palcem. Przeżyłam niewielki szok kiedy zobaczyłam, że moi rówieśnicy oficjalnie w szkole palą papierosy. Ciekawe, czemu oni mogą, a w naszej polskiej szkole trzeba się z tym ukrywać? Fantastyczne były lekcje muzyki. Już na pierwszej lekcji nauczycielka rozdała nam teksty piosenek wraz z nutami. Nie były to dawne pieśni, których już nikt nie zna, ale współczesne przeboje. Udzielała nam przy tym konkretnych, praktycznych wskazówek, jak należy wydobywać dźwięk i jak interpretować słowa utworu. Po kilku takich zajęciach każdy musiał zaprezentować wybrany przez siebie utwór. Ja wybrałam „La isla Bonita” Madonny. Mimo stresu, bo przecież musiałam wyjść na środek, poszło mi całkiem nieźle i dostałam dwójkę. Może brzmi to dziwnie – całkiem nieźle i dwójka. Ale w Niemczech skala ocen jest zupełnie odwrócona. Jedynka oznacza najwyższą notę, szóstka niestety najniższą. Do tego dochodziły zajęcia dodatkowe. Mogłam malować, rzeźbić, rysować, pływać, grać w tenisa, korzystać z komputerów, kiedy chciałam.

Wszystko było dla mnie – brałam i korzystałam. Dobrze, że to zrobiłam. Bo tak naprawdę, to ja tam w tej niemieckiej szkole dorosłam. Do mojej sielskiej, czasami leniwej słowiańskości dołożyłam szczyptę niemieckiego. Nikt mnie nie zgermanizował. Nie muszę śpiewać „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. A ludzi, jakich tam poznałam, przyjaźnie, jakie nawiązałam są lokatą, z której mogę zawsze skorzystać. To dobra lokata, wiem, że będzie procentowała.

Kolejny etap w moim życiu – studia. Kolejna powtórka z rozrywki: „Myśl, Haniu, myśl” – to mama, „A o czym tu myśleć? Co ty nie wiesz, co masz dalej robić?” – tato. No właśnie, nad czym ja się tak zastanawiam? Niby dorosła, a taka dziecinna, przecież wybór jest oczywisty: germanistyka na Uniwersytecie Zielonogórskim.

Od października rozpocznę drugi rok studiowania. Po pierwszym czuję, że to był najlepszy wybór, jakiego mogłam dokonać. Ogrom pracy, jaki musiałam włożyć w poszczególne przedmioty naprawdę się opłacił. Co było najtrudniejsze - niemiecka gramatyka. Przypadki: das Herz, des Herzens, dem Herzen, das Herz, koniugacja: ich wasche mich, du wäschst dich, er, sie, es wäscht sich, wir waschen uns, ihr wascht euch, sie waschen sich, odmiany, rodzajniki, czasy. I to wszystko trzeba połączyć ze sobą w jedną całość. Bardzo lubiłam natomiast zajęcia   z fonetyki. Prowadził je rodowity Niemiec. To było naprawdę profesjonalne. Były dla mnie bardzo pomocne i przydatne, ponieważ nigdy wcześniej nie zwracałam na to uwagi, gdzie i co należy zaakcentować, a jak się okazało jest to zupełnie inaczej niż u nas, w języku polskim. Nigdy nie zapomnę sztandarowego przykładu: ich wohne in Berlin, po polsku wygląda to tak: ich wohne in Berlin. Większość zajęć wymagała ode mnie praktycznej znajomości języka, jednak od przyszłego roku dojdą nowe przedmioty, między innymi literatura, której już się nie mogę doczekać. W końcu będę mogła poznawać i pogłębiać swoje fascynacje, których miałam okazję już w małym stopniu sama doświadczyć.

Mogę skorzystać z wyjazdu studentów z programu Erasmus. Mam okazję spędzić jeden lub dwa semestry na uczelni w kraju, który sama wybiorę. Jest to niepowtarzalna okazja, aby pogłębić swoją wiedzę zarówno językową, jak i teoretyczną o danym państwie. Z rozmów ze starszymi koleżankami dowiedziałam się również, że to niezwykły czas na poznawanie nowych znajomości, szczególnie zagranicznych. Będę miała znowu okazję na stworzenie małej ojczyzny. Poznam nową kulturę. To już nie będzie pogranicze. Z tego tworzy się nie tylko mała ojczyzna, ale mój świat.

Ja tak powiedziałam? Boże, gdyby to słyszała Kaśka, która skakała z ulotkami w moim pokoju. Ależ drogę przeszłam od tego czasu. Nie chce mi się mówić, że jestem bardziej otwarta na świat, nie taka zaściankowa, bo to drętwe – ale to prawda. Dużo zajęło mi czasu zrozumienie przesłania „Wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Dzisiaj rozumiem księdza Wyszyńskiego. Ja, chrześcijanka wybaczam, bo nie tylko wymaga tego ode mnie moja wiara, ale przede wszystkim humanitaryzm – i proszę Was Bracia Chrześcijanie z mojej małej ojczyzny  o wybaczenie.
Hanna Piechowiak
(praca nagrodzona w Polsko-Niemieckim Konkursie im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej)