Ostatnie dni moje

Razu pewnego dojrzałem niby to Anioła pod moim domem. Wielki był. Co tam, był ogromny.
I zawołałem: – Czemuś się Aniele tak natrudził dzisiaj?

Na to rzecze Anioł: – Ty tego człecze nie widzisz, ale od samego rana nachylam ludziom słońca do ich sypialni, by zbudzili się w dobrym nastroju. Dbam o jego spacer po nieboskłonie. A gdy dobry Bóg tak rzeknie z nutą refleksji w głosie, wtedy przychodzi też pora na deszcz i nieboskłonu zachmurzenie. Człowiek staje się zamyślony i zanurza się w ulubioną lekturę lub muzykę. Jak widzisz nad tym pracuję co dzień. Ale postać ma zdawać by się mogło z żelaza ukuta. Taką mam siłę i codziennie nowy zapał do pracy. Taka moja natura – stale nowy zasób siły i energii od Stwórcy, by działać w jego imieniu. Po wszystkie krańce wszechświata .I oto dlaczego jestem także nad Tobą. Czuwam.

I odezwałem się do Anioła: – Niech dobry Pan ma Ciebie i Twoich towarzyszy w opiece. Czuwaj zatem nade mną, a nie przestrasz mnie żelaznym Twych ramion uściskiem i zbyt szybkim ruchem słońca na niebie.

I Anioł znieruchomiał. Zdawać by się mogło, że zmartwiał. A ja patrzę i patrzę i widzę tylko koniuszek jego wielkiego skrzydła. Nagle skrzydło poruszyło się, a do moich uszu zaczął dobiegać odgłos rżenia. Konie. Pegazy biegły wolne ku Aniołowi. Szerokim łukiem ominęły moje domostwo. I zarżały jeszcze raz gdzieś pod księżycem. Nagle Anioł wyciągnął ramię o długości jak z ziemi do słońca i zagarnął w pięść
stado pegazów. Rżenie ucichło. Przeciągły wicher wzniósł się w powietrze od skrzydeł anielskich idący. Za chwilę znów złożył ręce w miłosnym uwielbieniu Pana.

I usłyszałem jego głos: – Ty dziś jeszcze będziesz w podróży do niebieskich ogrodów. Taka jest Twoja wolność, jak te pędzące wolne konie, które ujrzałeś. I Twoje życie ma kres w mojej pięści. Z polecenia Pana. Dziś jeszcze razem wyruszymy.

I odezwałem się do Anioła szczerze poruszony: – A co z naszymi przyjaciółmi na ziemi? Kto ich życia doglądać będzie? Przecież mówiłeś,   że pracujesz codziennie dla ludzi.

Na to odezwał się głosem, który zatrząsł domostwem moim i ziemią w promieniu wielu mil:

– Inni przyjdą po nich. Każdy ma w niebie swojego stróża. Jest nas wielu, jak drobiny pyłu w kosmosie. Nie kłopocz się człowiecze.

Rad z tego, co odpowiedziały mi niebiosa anielskim głosem, trzeba się przygotować – pomyślałem.

Wszedłem do swej izdebki, w kuchni nakroiłem chleba i zawinąłem w tobołek.

Na to Anioł, który przecież widzi każdy mój trud mizerny rzecze: – Zostaw pokarm doczesny człowiecze. Dziś w nocy kosztować będziesz pokarmu z nieba. Nie trudź się.

No to i zostawiłem wszystko. Tylko czekać – myślę. Czekam godzinę, dwie. Czekam do wieczora. Noc nadeszła. Zostawiłem Anioła na dworze, a sam spać szybko poszedłem. Noc minęła i nic. Myślę sobie czy nie poszedł, porzucił mnie, zapomniał. Wyjrzałem przez okiennice i był. Był w tym samym miejscu. Skrzydła jego dostojne widać cały czas. I stoi cicho zmartwiały.

No skoro tak – myślę – to koniec żartów.

– Hej Aniele! – wołam z dala – czyś mi nie obiecał, że tej nocy, która właśnie minęła będziemy razem w Niebie? I gdzie jesteśmy? Ciągle na ziemi.

Ale Anioł tym razem ani drgnie. Skamieniał. Myślę sobie – oszust. To nie Anioł Boży.

I poszedłem do siebie. Zamknąwszy drzwi myślę co robić. – I tak to rozmyślanie nic nie pomoże – powiedziałem sam do siebie. To rzekłszy zająłem się sobą i domostwem. W toku codziennych zajęć prawie zapomniałem o Aniele stojącym u drzwi moich. Jakim tam Aniele? To oszust i tyle.

Minął dzień. Nadeszła kolejna noc. I kolejny dzień. Nic się nie wydarzyło. Jesień złociła się na drzewach za oknem. A Anioł-oszust stał, bo co dzień widziałem jego skrzydła z moich okien.

Któregoś ranka wziąłem się na odwagę i otworzyłem drzwi. W progu zawołałem:
– Aniele! Hej! Dobrze Ci tam u góry?! Na co czekasz?!

Wydało mi się w pewnej chwili, że Anioł poruszył prawym skrzydłem i ramieniem. Ale nic. Zdawało mi się tylko. To ujrzawszy, wzruszyłem ramionami, obróciłem się na pięcie i wszedłem do domu.

Minęły trzy tygodnie. Miesiąc,dwa. Nadeszła zima, a wraz z nią biały puch i mróz. Na ziemi zrobiło się biało. I nadszedł wreszcie ten dzień.  5 grudnia. Zajęć akurat miałem niewiele, toteż rozsiadłem się wygodnie, słuchając taktów ulubionej muzyki z płyt. Rozmarzyłem się. Już nie myślałem o Nim za oknem. Myślami byłem w przyszłości. Co też przyniesie jutro? Jakie nowe odkrycie? Czy będę żył w dostatku? W gruncie rzeczy byłem optymistą i szczerze wierzyłem w przyszłe spełnienie. Siedząc tak wygodnie, ani się obejrzałem jak za oknem zrobiło się ciemno. W kuchni zagrzałem sobie ciepły posiłek, po czym znów rozsiadłem się wygodnie, racząc się wyborną muzyką. Tak minął wieczór. I przyszedł czas by iść spać. Po wieczornej toalecie ułożyłem się wygodnie w łóżku. Rychło zasnąłem. Mijały godziny, gdy już spałem. Raptem w połowie smacznego snu nie wiedzieć czemu zerwał się wicher. Wciągał w sam środek zawieruchy wszystko z mojego domu: stół, krzesła, szafę z ubraniami. Wreszcie dorwał się i do mnie. Porwał duszę mą nieszczęsną w przestworza. Cóż to był za wicher.  

Z przestrachem frunąłem w wichurze ku górze, a wokół kotłował się mój dobytek. Dokoła tylko biel i skowyt wiatru. I spojrzałem w górę poprzez tumany. I wtedy ujrzałem Anioła. Stał na dworze, na wysokościach nad moim domem. I to on miał wicher w ustach. Wciągał głęboko powietrze nieskończonym wdechem. Oczy miał otwarte, szkliste. I stąd wichura. Chciałem krzyczeć na niego. Przeraził mnie mimo, iż mu mówiłem, żeby w przyszłości tego nie robił. Lecz nagle lękowi i złości ustąpiła dziwna błogość. Unoszony w przestworza nad swoim domem zauważyłem jasność, która wraz z powietrzem wciąganym przez Anioła pojawiła się w jego ustach. Gdy tylko mogłem przyjrzałem się temu. To była biała Hostia w ustach Anioła. Od niej biło światło nieskazitelne, które rozpraszało mrok cały. Zbliżałem się do wielkich ust anielskich, wciągany wraz z powietrzem w wichurze. Zauważyłem, że Anioł poruszał ustami.

Teraz słyszałem także głos jego: – Chodź ze mną teraz człowiecze!

Nagle przemknąłem między ustami anielskimi. Było mi błogo. Z Hostii, która była przede mną wydobywało się jasne światło. Wreszcie pozostała już tylko ono – wielkie ciało mistyczne Pana. I sama Światłość. Na wieczność. Tam wzrosłem i żyłem. W Światłości.  
 
W niewypowiedzianej Szczęśliwości.
Jacek Żeromski