Prozy

 
W Zawadzie
Znowu jest ranek w Zawadzie, bliżej przedpołudnia. Z kuchni dostrzegam jadący samochód. Na dachu drabina. W kabinie trzej mężczyźni. Najwyraźniej jadą do jakiejś umówionej roboty. Na przykład: remontować dom. Zbijać tynki, zakładać instalacje. Stawać na drabinie, by z niej malować sufit lub przyklejać styropian. Tak cały dzień, bo z czegoś trzeba żyć. Co im mogę powiedzieć, że widzę w tej chwili złocistą kulę słońca osnutą mgłą, w której ono zdaje się pulsować na niebie? Że próbuję od godziny napisać wiersz? I może go nawet nie napiszę, a moja praca nie da mi ani jednej kromki chleba.
Odeszli
Michał. W swoich bezrobotnych latach często do niego chodziłem, gdyż chciał pisać powieści o niewidomych (Silhanie, Dolańskim), a później felietony religijne do „Aspektów”. Pod koniec życia twierdził, że odzyskał oczy. Miał oczywiście na myśli oczy duszy. Zmienił się diametralnie pod względem światopoglądowym. Przez lata był w centrum zainteresowań mediów. Na koniec to się zmieniło. Ale ceniono jego znawstwo w sferze słuchowisk radiowych. Skupiał wokół siebie osoby potrzebujące moralnego pocieszenia. Tadeusz. W stanie wojennym lekko podkpiwał, że noszę Biblię pod pachą. Musiało to być dla niego irytująco nieprzyzwoite. Na miesiąc przed śmiercią widziałem jego bardzo zmienioną, chorą twarz. Zenon był nadwrażliwy na punkcie własnej osoby. Ociężały w ruchach. Rzadko pod koniec życia pokazywał się w mieście. Zwłaszcza po prasowym artykule o jego rzekomej współpracy jako TW. Chyba zmarnował szanse swojego życia. Miał wielkie ambicje, chełpił się znajomością ze Stanisławem Grochowiakiem, Markiem Nowakowskim, ale on sam nie tak dużo zrobił. Parę recenzji i książka Mój alfabet, w której wielu literatom się sporo dostało. Nie omieszkał przy byle okazji złośliwie, kąśliwie się odpłacać. Andrzej wiedział najwięcej ze wszystkich o literaturze. Nieprzeciętny znawca fal literackich, szkół, poetyk, generacji, tendencji. Niesamowicie pracowity. Zawzięcie palił papierosy. Jemu dużo zawdzięczam. Niemal wszystko. Jego cielesna fizjonomia do końca jawiła się chłopięco. Zdzisława zawał serca dopadł w poczekalni lekarskiej. Miał dla mnie wiele dobroci i mądrej życzliwości w trudnych dla mnie chwilach. Przestrzegał mnie przed niektórymi ludźmi. Dawał rady. To dzięki jego protekcji spędziłem trzy miesiące na stypendium literackim w Wiepersdorfie. Raz jeden widziałem Irenę Dowgielewicz. Byłem u niej w domu. Był czerwcowy, gorący dzień. Leżała w łóżku, chora, w zaciemnionym pokoju, gdy na dworze jaskrawo świeciło słońce. Patrzała szeroko otwartymi oczami. Bardzo mnie to wszystko poruszyło. Szedłem przez Gorzów z poczuciem wewnętrznego wstrząsu. Wymusiłem prawie, by zrobiła dla mnie na kartce autograf swojego wiersza Teologia.

Mgła
Słowo „mgła” nabrało nowych znaczeń. Pojawia się w mediach, a w zasadzie dyżuruje w nich, z powodu katastrofy smoleńskiej. Lubię jesienną mgłę. Lubiłem w dzieciństwie na łąkach, kiedy zasnuwała krajobraz. W serca chłopców wstępował wigor. Krowy się gdzieś odzywały. Biegaliśmy. Wołaliśmy do siebie przez mgłę. A teraz w sercach coraz więcej mgły, w mięśniach, w myślach, w duszy. I mniej wigoru.

Ozimina
Pola oziminy dają mi jesienią jeden z najbardziej delikatnych, wzruszających impulsów do zamyślenia o sensie życia, kruchości egzystencji, ale i niewyrażalnej tajemnicy istnienia. Kiedy patrzę na pola o tej porze, osnute mgiełką, nasycone lekko światłem, to jakbym obcował z poezją.

Podróż do Żar
Każdy wyjazd do Żar, który od czasu do czasu ma miejsce, od co najmniej dziesięciu lat traktuję jako coś niebanalnego i nadzwyczajnego w moim życiu. Bowiem jest jakimś rodzajem podróży do literatury, spraw duchowych, wyższych, dla nabrania sił, oderwania się od samego siebie, by poznać coś innego, nie tylko własne udręki. A taka podróż to zawsze wydarzenie. Daje doświadczenia, obserwacje, przemyślenia. To jest też podróż do miasta, które z roku na rok, coraz bardziej staje się już moim miastem. Moje są drzewa, zaułki, chodniki, blaski światła, witryny sklepów. Za każdym razem wyjazd do Żar oznacza spotkanie z Januszem Werstlerem, poetą po pierwsze, a dopiero dalej z kimś, kto tu pełnił różne funkcje i podejmował dla grodu Dziewina liczne inicjatywy. Kiedyś też nie mogłem nie odwiedzić Grażynki Rozwadowskiej-Bar, poetki, pracującej w „Dekorze”, a teraz byłoby błędem nie spotkać się z Małgosią Michalak. Jechałem w słoneczną środę pełen emocji, nadziei, podniesiony na duchu, nastawiony na chłonięcie każdego jesiennego szczegółu. Widziałem wielkie pola pokryte oziminą, zasiewem zimowego rzepaku, także pola zrudziałej trawy, bo nie ma ich kto uprawiać, wzgórki, pagórki, drogi wiodące w głąb lasu, i wszędzie drzewa. Piękne buki i dęby, których liście świeciły jakby ściemniałym złotem. Janusz siedział za biurkiem zastawionym epokowymi drobiazgami, figurkami, porcelaną, monetami, medalami, widokówkami, egzemplarzami dawnych gazet, mosiężnymi świecznikami w swoim Antykwariacie. Jakby zamyślony, zajęty patrzeniem przez swoje duże szkło powiększające na małe literki gazety. Niemal nie zareagował, gdy wszedłem. Do-piero kilka sekund później. Mówiliśmy o wszystkim. Co u niego, co u mnie, co w Zielonej Górze, o osłabłym zdrowiu, jak to teraz na gorsze zmieniają się ludzie i podobnie klimat wokół sztuki i literatury. On tu z zapałem sklejał życie kulturalne, a teraz doznaje skutków zapomnienia ze strony różnych osób. Taka poniekąd kolej rzeczy. Opowiadał o swym jednodniowym wyjeździe w wągrowieckie strony, do Damasławka, tego samego, o którym nie raz snuł swoją opowieść także mój ojciec, bo tam się uczył umiejętności w zawodzie rymarza. Ten sentyment Janusza do tamtejszego krajobrazu czułem z tego powodu jako bardzo mi bliski. Pojechałem i dotknąłem murów szkoły, w której się uczyłem. Bo chcesz dotknąć dzieciństwa, które by ci przydało nowych sił życiowych. Zgodziliśmy się z tym. Jeszcze zrobiłem zdjęcie starej naftowej lampy, takiej, jakiej się używało kiedyś do oświetlenia obór, stajni, chlewów w moim dzieciństwie na wsi. Zwróciłem uwagę na obrazy oparte o ścianę. Tradycyjnie podreptaliśmy do pobliskiego baru, który tchnął dobrym, świetlistym nastrojem. Żary uśmiechały się. Potem, po uporaniu się z policyjnym patrolem, zahaczyłem o Bibliotekę Jana Tyry, który od ręki kupił egzemplarz zbiorku Powieść ze snu. Potem do domu Małgosi, która niecierpliwiła się z powodu mojego spóźnienia. Małgosia jest także poetką, a okazało się, że tkwią w niej i talenty plastyczne. Właśnie wygrała konkurs na rzeźbę w dorocznym Salonie Jesiennym. Kiedy pokazała mi katalog z nagrodzonymi pracami, to zdębiałem. Zrobiła rzeźbę prasłowiańskiego Światowida tak genialnie, i prosto, że nie powstydziłby się jej sam Dunikowski lub Corbusier. Jakie niesamowite połączenie tradycji z nowoczesnością. To nie mogło być niezauważone. Poczęstowała mnie hinduską potrawą, przyprawioną masą egzotycznych ziół, że ledwo udało mi się to zjeść, tak piekła w gardle, ale przekonywałem się do jej walorów z każdym przełknięciem. Zupa, a raczej mikstura, w randze afrodyzjaku. O Małgosi nie da się niczego źle powiedzieć. Sporo w niej bezinteresownej życzliwości, chęci pomocy i dobroci. A tak przypadkowo poznaliśmy się kiedyś na Wawrzynie, poniekąd za sprawą Grażyny, która ją ze sobą zabrała. Zawdzięczam Małgosi wiele fascynacji naturą. Ciszą, poezją istnienia, której bezmiar zawiera rozległy park obok Pałacu księżnej Doroty w Żaganiu.

Po dniu
Nie udaje mi się wyciszyć ani zapomnieć tego dnia pełnego intensywnych doznań. Wróciłem do domu i nie jestem w stanie nic pisać, choć wydawało mi się, że muszę natychmiast wszystkie szczegóły zanotować, by nic z tego dnia się nie zatarło. Na czystym niebie pełno wyraźnie świecących gwiazd.

Pisanie poezji
Pisanie poezji to najbardziej ryzykowne zajęcie. Nic z tego najczęściej się nie ma. Szaleństwem jest oprzeć o nie całą życiową drogę. Dostatku nie gwarantuje. Czy ktoś z powodu czytanego wiersza jest cokolwiek lepszy? A świat inny? A przywiązujemy, my poeci, do każdej litery taką dużą wagę, bo najczęściej bierzemy ją z siebie, z głębi, tam gdzie prawda, cierpienie, tajemnica.

W Gorzowie po Furmanie
Po odejściu Furmana, a wcześniej także kilku ważnych dla literatury tego miasta pisarzy, zrobiła się na moment pewnego rodzaju pustka. Może nie od razu pustka, to chyba zbyt radykalne określenie, ale na pewno o żadnym literacie nie można było powiedzieć, że przejął w środowisku rolę wiodącą. Teraz zaś na taką pozycję ma szansę, co widać i temu służą jej osiągnięcia oraz seria nagród literackich, Beata Patrycja Klary. Nawet jacyś towarzyszący krytycy literaccy w pobliżu jej dokonań się kręcą. Czując szansę wykreowania zjawiska. Kiedy jednak widzę jak poetka w nowej książce Dklaracje usilnie zasłania swoją twarz efektem fotograficznego rozmazania, jak celowo nakłada na oblicze nieostrość, mglistość, a na kolejnej stronie jeszcze duże czarne okulary, że nie widać oczu, a oczy to przecież dusza, to zastanawiam się, o co w tej grze chodzi. Oby pasja ukrywania wnętrza nie poszła zanadto tam, gdzie nie powinna.

Wczoraj

Pojechałem jednak, mimo całkowitego braku zapału i przekonania, bo już chłód i wcześnie ciemno, do Biblioteki na wieczór z wierszami starszej, trzymającej się ciągle bardzo dobrze Broni (tak ją nazywają) Raszkiewicz, pani będącej na nauczycielskiej emeryturze, która dopiero niedawno, choć to już trwa kilkanaście lat, zaczęła pisać wiersze. Jak potrafi. I nie można ich oczywiście zbyt surowo oceniać ani pastwićsię nad poszczególnymi potknięciami. Droga jej życia – tak mało wiemy o zwyczajnych, niepozornych ludziach – jest niezwykle dramatyczna i jednocześnie barwna, pełna pracy. Jak w zasadzie droga wszystkich kreso-wian. Więc warta powieści. W Sali Dębowej było chłodno. Nie nagrzali. Wziąłem z szatni kurtkę, ubrałem, gdyż nie chciałem ryzykować przeziębienia, to samo zrobiła Ela Mikoś. Jakoś dało się wysiedzieć. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że bardzo ciekawie te wiersze z nowo wydanego zbiorku Woda i ogień w przeważającej części opiewające płomienne (to wyróżnik tych wierszy) miłosne uczucia i doznania (starszej kobiety), zaistniały na scenie, przy zgaszonym świetle, gdyż aktorki czytały je, kartki oświetlając latarkami na baterie. Wytworzył się klimat intymności, bliski poetce. Tak chyba należało je przedstawić, nie inaczej. A potem, w drugiej części wieczoru, sześć starszych pań, emerytowanych nauczycielek z Lubska, wyszło na scenę i dało kabaret. Śpiewały piosenki minionej młodości, minionych lat, tańczyły, inscenizowały zaloty, uwodzenie miłosne. Z początku bałem się o sztuczność, pretensjonalność. Ale niepotrzebnie, niczego nie udawały, grały siebie, swoje problemy, emocje, właśnie uczucia i doświadczenia starszych pań, już babć, którym wiele nie wypada robić, być, zachowywać się, które są spychane na margines życia społecznego, do pomocniczych zajęć z wnukami. Były sentymentalne. Owszem. Ale i odważne w gestach, szły do przodu. Do ludzi. Jednak bardzo mało uśmiechu dało się dostrzec na ich twarzach.

Drwa
Palą się drwa w kuchennym piecu. Dobrze siedzieć blisko pieca. W ciemności. Gorące powietrze uderza w twarz. Stoi na piecu duży garnek pełen wody, która powoli się grzeje.
Czesław Sobkowiak