Hazardzista

Nad miastem zapadł zmierzch, a z niewielkich chmur zaczął padać rzęsisty deszcz. Po słabo oświetlonych ulicach poruszali się już tylko nieliczni wielbiciele sobotnich wypadów do miejscowych klubów, a w okolicach ciemnych bram przepychali się zamroczeni konsumenci najtańszych trunków. Szedł energicznie wąskim chodnikiem przyklejonym do starych, przedwojennych kamienic, nie odnawianych od czasów swojego powstania. Prawą rękę cały czas trzymał w kieszeni spodni, a z twarzy nie znikał mu uśmiech. Nie sądził, że dzisiejszy dzień będzie tak udany.
Od rana zdenerwowany szef czepiał się go ciągle i wciąż wymyślał kolejne zadania, ale w południe wszystko się zmieniło. Dostał transport do pobliskiej miejscowości i uwolnił od widoku pracodawcy. Gdy wrócił po kilku godzinach jazdy, w sklepie był już tylko drugi pracownik. Pod jego nieobecność był spory ruch i gdy zajrzał do kasy, wiedział że znów się nie powstrzyma. Kilka godzin do fajrantu spędził na kręceniu się po magazynie, będąc myślami zupełnie gdzie indziej. Gdy nadeszła oczekiwana godzina nie wahał się długo i szybkim ruchem zwinął z szuflady większość banknotów. Kieszeń pęczniała z radości, a kolega z pracy jak zwykle udawał, że nic nie widzi.
 
– Nie martw się, podwoję to dziś i wszystko oddam jutro rano – powiedział cicho, żegnając się z nim. Teraz zbliżał się już do swojego ulubionego i właściwie jedynego kasyna w mieście. Czuł deszcz na twarzy, a na reszcie ciała dreszcze podniecenia przed zbliżającą się zabawą.

W środku jak zwykle panował półmrok, a powietrze było przesiąknięte setkami spalonych papierosów. Nie było jeszcze dużo klientów, tylko kilka osób kręciło się niezobowiązująco, podpatrując grę pozostałych. Był czas, żeby chwilę pogadać i podpytać, na który automat się zdecydować. Możliwe, że któryś z nich dziś wieczorem mógłby oddać trochę swoich kredytów.

W rogu pomieszczenia, zauważył pochylającego się nad grą starszego, siwiejącego mężczyznę. To był Jerzy, stary bywalec tego kasyna. Krążyło o nim wiele legend, ale nikt nie wiedział, które są prawdziwe. Bardzo prawdziwe były za to jego oczy, mocno czarne i głęboko osadzone, jakby spoglądające w duszę rozmówcy. Gdy podszedł do niego, Jerzy nie przerywał gry, ale uśmiechnął się i przywitał:

– Cześć Marek, myślałem że już cię dziś nie będzie.
– Załatwiłem kasę i jestem jak widzisz. Muszę odegrać się za ostatni raz, bo nie poszło mi dobrze, ale czuję że dziś coś wypłacę.
– Jak nie zagrasz, to się nie dowiesz. Spróbuj tego pokera, co stoi obok. Powinien coś dać. – powiedział starszy mężczyzna wskazując głową stojący nieopodal automat.

Marek cofnął się do baru, kupił puszkę taniego piwa, paczkę papierosów i usiadł we wskazanym miejscu. Upił łyk piwa i ustawił najniższą stawkę, rozgrzewając się przed prawdziwą grą. Automat połykał powoli kredyty i wydawał odgłosy zachęcające do podwojenia stawki i zgarnięcia dużego bonusu.

W końcu był w swoim żywiole. Poczuł spokój i rozluźnienie. Zawsze wierzył w swoją szczęśliwą gwiazdę i szansę wygrania dużych pieniędzy. Pomimo że większość swoich gier przegrywał, nie poddawał się, próbował dalej i nie zamierzał przestać. Dziś także był przekonany, że wygra i w końcu wszyscy zobaczą na co go stać.

Minęły dwie godziny i wygrana oscylowała wokół zera. Automat trochę dawał wygrywać, ale po chwili zabierał, to co oddał. Marek pił już trzecie piwo i powoli się rozkręcał. Jerzy siedzący nieopodal skończył swoją grę i podszedł do niego. Położył dłoń na jego ramieniu, spojrzał w oczy i powiedział:

– Chyba już czas na grę dla dorosłych. Poczuł świdrujący wzrok w swoim umyśle. On wiedział najwięcej o tym jak się wygrywa. Z tego co słyszał od innych, od lat prowadzi swoją firmę, a do tego gra i ma z tego naprawdę sporo profitów.

 Wyciągnął więc z kieszeni zwitek z gotówką i ustawił maksymalną stawkę. Automat wciągnął pieniądze i wydał z siebie odgłos zadowolenia. To moja kolejna szansa – pomyślał i nacisnął przycisk rozruchu.

Zbliżała się pierwsza w nocy. W kasynie było tłoczno i prawie wszystkie maszyny były zajęte. Grał już kilka dobrych godzin, pijąc przy tym mnóstwo litrów piwa i spalając dziesiątki papierosów. Nie szło mu.

Włożył w automat dwa tysiące, a teraz miał już tylko sto złotych w kredytach.

– Pieprzona maszyna – powiedział głośno, uderzając pięścią w przycisk.

Stojący przy nim Jerzy wyjął papierosa i zaśmiał się diabelsko.

– Pewnie jest przekręcona. Wiesz sam, jakie teraz wałki robią. Spróbuj jeszcze, została ci jeszcze stówa. Masz szansę. – powiedział zaciągając się.

Marek zapalił kolejnego papierosa i nacisnął przycisk rozruchu. Po kilku nerwowych minutach stan kredytów wyniósł zero. Wstał z krzesła  i zaklął głośno. To nie tak miało być – pomyślał, wbijając wzrok w Jerzego. Ten uśmiechnął się do niego i powiedział:

– Spokojnie Marek, spróbujesz innym razem.
– Muszę się odegrać dzisiaj, to nie moja forsa. – odpowiedział zdenerwowany Marek, dopijając piwo z puszki. – Muszę załatwić więcej kasy – stwierdził, kierując się do wyjścia.

Wyszedł na zewnątrz i poczuł chłodne, nocne powietrze. Deszcz przestał padać, a powietrze było rześkie i poczuł ulgę, po tylu godzinach w zadymionym kasynie. W myślach kołatała mu jednak tylko jedna myśl: „skąd wziąć pieniądze na dalszą grę?”. Szedł przed siebie, zamyślony i zdesperowany. Mijał postój taksówek, gdy nagle wpadł na szaleńczy pomysł. Stanął i zawrócił. Pewnym ruchem otworzył drzwi od pierwszej z brzegu taksówki i wsiadł na tylne siedzenie.

Po piętnastu minutach samochód zatrzymał się przed bramą wjazdową do zakładu pracy, w którym był zatrudniony. Kazał czekać kierowcy i podszedł do wysokiego płotu. Okazał się, że ma przy sobie tylko klucze wejściowe. Drugi komplet kluczy, wraz z tymi od bramy wziął kolega z pracy. Nie zastanawiał się długo i zaczął wspinać po wysokim ogrodzeniu. Kręciło mu się lekko w głowie, ale nie stracił równowagi i po chwili znalazł się po drugiej stronie. Otworzył sprawnie drzwi, zapalił światło i wszedł do biura. Dopadł do szuflady z gotówką i otworzył ją. Widok nie był zadowalający. Większość pieniędzy zabrał po południu i w szufladzie zostały tylko mniejsze nominały. Zgarnął wszystkie banknoty i zaczął liczyć. Po chwili uśmiechnął się.

Pół godziny później znów siedział przy tym samym automacie. Zbliżał się powoli świt i kasyno opustoszało. Zostali tylko najwytrwalsi, grający ostatkami kredytów. Nie było nawet Jerzego, który ponoć wygrał kilka złotych, kupił stałym bywalcom piwo i poszedł do domu. Marek wiedział, że nie czas już na zabawę. Musiał odrobić dwa tysiące przegrane wcześniej i również to, co miał teraz przy sobie. Wóz, albo przewóz. Ustawił najwyższą stawkę i zaczął grę.

Była czwarta rano. Trzecia zmiana obsługo kasyna zbierała się do zamknięcia lokalu. Marek nadal stukał szaleńczo w pokera. Na początku ugrał tysiąc złotych w kredytach, ale to było za mało. Musiał mieć przynajmniej trzy tysiące, żeby pokazać się dziś w pracy. Automat jednak był nieubłagany. Wciąż dawał mu złe karty i połykał kolejne kredyty. Pracownik kasyna podszedł do niego i poprosił o zakończenie gry. Wy- płacił mu pięćdziesiąt złotych.

Wyszedł z lokalu, kiedy budził się dzień. Bolało go całe ciało od wielogodzinnej, wymuszonej pozycji na stołku. Oczy łzawiły, ale nie zwracał na to uwagi. Przegrał kupę pieniędzy swojego pracodawcy i znów nie wiedział co z tym zrobić. Do stawienia się w pracy, zostało mu zaledwie klika godzin, a pomysłów na oddanie pieniędzy nie miał zupełnie żadnych.

Chodził godzinę bez celu po mieście, aż w końcu znalazł się niedaleko dworca PKP i postanowił wstąpić coś zjeść. Usiadł przy stoliku, kupił piwo i ruskie pierogi. Zjadł ze smakiem posiłek, popił zimnym trunkiem i zapalił papierosa. Nie mógł się tak łatwo poddać. Wiedział, że musi znaleźć rozwiązanie tej patowej sytuacji.

O ósmej rano stawił się w pracy. Kolega przyszedł wcześniej i już na niego czekał.
– Gdzie jest forsa? – powiedział na przywitanie, ze złością w głosie.
– Spokojnie, zaraz oddam. Mam już plan – odparł Marek, wchodząc i witając się z nim.

Okazało się, że szef ma przyjechać do pracy dopiero po południu, więc miał czas na realizację swojego zamierzenia. Zrobił sobie kawę, wziął od współpracownika papierosa i zaczął przedstawiać mu całą sytuację.

Wybiła dziewiąta i w pobliskim salonie RTV-AGD otwierali właśnie kratę antywłamaniową. Marek był pierwszym klientem. Wszedł pewnym krokiem i od razu skierował się do stanowiska ratalnego.

– Można u was wziąć telewizor na raty? – zapytał z uśmiechem dziewczyny, która siedziała przy biurku.
– Oczywiście, a jaki pana telewizor interesuje? – wtrącił się stojący obok sprzedawca.

Marek spojrzał na niego i zamyślił się chwilę.
– Duży – odpowiedział.

Po chwili rozmowy, wybrał jeden z najdroższych modeli telewizorów, ale jego zakup nie przekraczał pięciu tysięcy, więc kredyt mógł zaciągnąć, okazując tylko dowód osobisty. Dziewczyna sporządzająca kredyty prosiła żeby usiadł, wzięła dowód i rozpoczęła serię pytań. Po dziesięciu minutach skończyła i uśmiechnęła się.

Sporządziłam już wniosek, teraz proszę zaczekać około piętnastu minut na decyzję – powiedziała na koniec.

Marek podziękował i szybko opuścił sklep. Gdy stracił go z oczu, wręcz biegł do pracy. Po kilku minutach wpadł zdyszany do biura.

– Dzwonił ktoś z banku? – krzyknął do kolegi, który obsługiwał klienta w magazynie.
– Nie, nie było żadnego telefonu. – odparł tamten niechętnie.

Wziął telefon do ręki i sprawdził połączenia. Nikt nie dzwonił od godziny. Dobrze jest – pomyślał i sięgnął po kolejnego papierosa z paczki kolegi. Pięć minut później odezwał się dzwonek telefonu. Kobieta z banku przedstawiła się miękkim głosem i prosiła o rozmowę z właścicielem. Odpowiedział, że właśnie z nim rozmawia. Potwierdził jej też swoje zatrudnienie w tej firmie i zarobki. Podziękowała i rozłączyła się.

Godzinę później wracał uśmiechnięty ze sklepu, z wielkim kartonem w rękach. Kolega z pracy patrzył na niego i kiwał głową z niedowierzaniem.

– Bierzesz go za pół ceny? – pytał Marek czerwony z wysiłku.
– Stary, takiej okazji nie mogę przepuścić – śmiał się tamten i zacierał ręce.
  
Po południu do pracy przyjechał szef. Oczywiście dopatrzył się w kasie manka na pięćset złotych. Wiedział od razu, że to sprawka Marka    i zawołał go do siebie.

– Wiesz, że potrącę ci to z wypłaty? – pytał groźnie.
– Wiem szefie, wszystko będzie dobrze, po prostu potrzebowałem pieniędzy. Nic się nie stało.
   Uważaj, bo wylecisz szybko. Nie masz nawet ze mną umowy o pracę – mówił popychając go lekko prawą ręką w ramię.
Wiem szefie. Drugi raz to się nie zdarzy. – odparł pokornie i wyszedł z biura.

Po tych wydarzeniach Marek trochę przystopował. Od tygodnia   nie pojawiał się w kasynie, nie    grał też na automatach w knajpach, w których się pojawiał. Chodził tylko na zakłady bukmacherskie i zakładał małe stawki na mecze piłkarskie. Postanowił się kontrolować, choć ochota na ponowną grę wzrastała, proporcjonalnie do ubiegających dni. Był jednak winny pieniądze pracodawcy, a nie miał widoku na oddanie tego długu. Pracował więc intensywnie i wciąż męczył się psychicznie z myślą, że nie może wieczorem oddać się swojej pasji.

Po dwóch tygodniach hazardowej ascezy jego ochota na pokera doszła do apogeum. Pracował, jadł i chodził spać wciąż z myślą o grze. Do wypłaty zostało mu dwa tygodnie i nie miał środków. To mocno go wkurzało.

Wkurzał go również szef, który od czasu manka miał go na oku i dawał mu coraz więcej zajęć. Dziś jeździł samochodem służbowym od firmy do firmy. Właściciel wciąż dzwonił i go poganiał. Nie podobała mu się ta sytuacja. Po kolejnym telefonie i reprymendzie zdecydował się coś z tym zrobić. Wcisnął hamulec i zawrócił do hurtowni. Był tam stałym klientem, więc bez żadnych problemów wziął na fakturę z odroczo- ną płatnością materiały budowlane. Wiedział, co łatwo się sprzeda, a faktura opiewała na dwa tysiące złotych. Podpisał papiery i pojechał za miasto do znajomego budowlańca. Tamten ocenił towar i wypłacił mu tysiąc złotych gotówką. Miał w końcu kasę.

Wieczorem, gdy zbliżał się do kasyna znów poczuł ekscytację. To było jego życie i pasja. Wszedł, przywitał się ze wszystkimi i jak zwykle zamówił piwo. Był tam też Jerzy, który dzisiaj zajmował jedno z miejsc przy elektronicznej ruletce. Marek kiwnął mu ręką, ale nie podszedł. Uważał, że Jerzy przyniósł mu ostatnio pecha. Na razie musi się od niego trzymać z daleka. Otworzył piwo i zasiadł przed pokerem. To lubił najbardziej.

Grał długo i fortuna mu sprzyjała. Po kilku godzinach podwoił włożone środki i nie mógł pohamować swojej radości. Cieszył się jak dziecko, a pozostałym graczom i znajomym co rusz stawiał kolejki. Sam również dużo pił i czuł jak coraz mocniej kręciło mu się w głowie. Wokół jego automatu zebrała się grupka gapiów, która zachęcona darmowym piwem dopingowała go do dalszej gry. Nawet Jerzy wstał od ruletki i podszedł do niego.

– Skończ na dziś. Masz ładną wygraną – powiedział. Marek spojrzał na niego.
– Gram jak zwykle do końca. Dziś wygram cały bonus w tej budzie. – odpowiedział bełkocząc i uśmiechając się.

Po dwóch godzinach było po wszystkim. Poker wykazywał zero kredytów, a on siedział całkowicie pijany i załamany. Raz po raz klął cicho i wali pięścią w maszynę. Podszedł do niego pracownik kasyna i zwrócił mu uwagę. Po tym uspokoił się, ale nadal bełkotał po cichu przekleństwa. Po chwili stoczył się ze stołka i wyszedł.

Na zewnątrz była ciepła, gwiaździsta noc.

– Pieprzony los! – zawył na cały świat i skierował się w stronę do domu.

Gdy dotarł na miejsce był już prawie całkowicie trzeźwy. Czterdzieści minut marszu i trzymania równowagi na nierównych chodnikach wypaliły z niego wypity alkohol. Po drodze kilka razy potykał się i upadał na ziemię. Dwa razy też wymiotował, brudząc przy tym ubranie. Na miejscu pojawił się jednak kolejny problem. Mieszkał wraz z rodzicami w domku jednorodzinnym, a matka miała w zwyczaju zamykać na noc zamek od wewnątrz. Nie mógł się więc zakraść niespodziewanie do środka, a nie chciał pokazywać się w takim stanie. Stanął przed domem na trawniku.

Obszedł powoli budynek i znalazł okno swojego pokoju na piętrze. No tak. Pozostało tylko wspiąć się. Długo się nie zastanawiał. Złapał za brudną rynnę i zaczął wchodzić do góry. Gdy był już przy swoim oknie z nogi spadł mu but. Zignorował to i po chwili był już w środku.  

W domu panowała cisza, chodził powoli, żeby nikogo nie obudzić. Poszedł do kuchni, wziął kilka naleśników usmażonych przez matkę i popił mlekiem z lodówki. Przeżuwając jedzenie nagle przypomniał sobie pewną scenę, sprzed kliku dni. Odłożył szybko naleśnika i cichutko zakradł się do pokoju gościnnego.

Otworzył powoli kredens i zajrzał do starego, ozdobnego pudełka po drogiej whisky. Trafiłem! – krzyknął w duchu. W pudełku leżało sobie spokojnie osiemset złotych. Wziął oczywiście wszystko.

Teraz nie było sensu iść spać. Przebrał szybko w pokoju brudne ubranie, sprawdził czy ma przy sobie telefon i wychylił się z okna. Złapał za zardzewiałą rynnę i powoli spuścił się na dół. Znalazł brakujący but, założył go i pomaszerował w stronę miasta. Droga dłużyła mu się     i w końcu postanowił zadzwonić i zamówić taksówkę. Po chwili znów był w kasynie.

Był zimny grudniowy wieczór. Na dworze zapadł zmierzch i temperatura spadła do minus dziesięciu stopni. Na szczęście nie czuł tego, przytulony do ciepłego kaloryfera pod parapetem na dziesiątym piętrze wieżowca. Głowę podparł sobie torbą i wpatrywał w sufit. Nie mógł spać. Nie jadł od dwóch dni i bolały go całe wnętrzności. Wsłuchiwał się ciągle w odgłos jeżdżącej windy. Myślał o swojej sytuacji. Nic nie poszło tak, jak przypuszczał. Kilka tygodni temu pracodawca wyrzucił go z pracy, robiąc awanturę i prawie doprowadzając do bijatyki. Chodziło o dług i jeszcze o fakturę z hurtowni. Chciał wezwać policję, ale nie miał z nim nawet umowy o pracę, więc w końcu zrezygnował   z tego posunięcia. Policja jednak i tak go poszukiwała, ale w sprawie wyłudzenia kredytu na telewizor. Kilka dni przesiedział w domu, ale ojciec wyrzucił go w końcu, gdy dowiedział się o kradzieży domowych oszczędności.

Winda zjechała na dół, zatrzymała się i ruszyła ponownie w górę. Stanęła dopiero na ostatnim piętrze. Zza drzwi wyszła starsza, niska kobieta z krótką, rudą fryzurą. Spojrzała się w jego stronę i przystanęła.

– Marek? – spytała zdziwiona.

Ten odwrócił głowę w jej stronę. Dopiero po chwili odczytał w pamięci jej rysy. To była Irena. Starsza kobieta, która była na emeryturze    i jednocześnie dorabiała sprzątaniem biur. Znali się z zakładów bukmacherskich. Irena uwielbiała stawiać na piłkę nożną.

Zrobiło mu się wstyd i nie wiedział co powiedzieć. Milczeli dłuższą chwilę. W końcu Irena podeszła do niego.
– Wstawaj. Przenocujesz u mnie i wszystko mi opowiesz – powiedziała, podając mu rękę.
Marcin Radwański