W Berlinie Zachodnim

Liobie Happel i innym z Wiepersdorfu
W latach osiemdziesiątych, kiedy już było można, bo wojskowy reżim Jaruzelskiego pozwolił, odbyłem trzy podróże. Poniekąd inicjacyjne. Pierwsza zawiodła mnie do portowego miasta Hamburg.
Całą noc jechałem przez Niemcy mizernym, zielonogórskim autobusem. Nie widziałem przez to nazbyt dużo tego kraju, prawie żadnych szczegółów ani pól, żadnych drzew, łąk, lasów ani architektury mijanych miejscowości, choć bardzo chciałem. Niektórzy współpasażerowie tym autobusem po prostu wyjeżdżali z Polski do lepszego świata jako zdeklarowani uchodźcy polityczni. Zgłaszali się po przybyciu na miejsce docelowe na policję i dostawali niemal od ręki prawo pobytu. W zasadzie z każdego takiego autobusu tylko garstka podróżnych wracała do ojczyzny. Taki był wtedy porządek spraw. Noc za oknami była czarna, matowa, jesienna, długa, pozbawiona nadziei. Hamburg zaś od razu uderzył neonami. Nieustannym ruchem luksusowych aut. Jakby wyczarowywał najśmielsze kolorystyczne fantazje. Spacerowały kobiety, jacyś mężczyźni stali grupkami na chodniku. Palili dobre papierosy. Zajrzałem, wiedziony niepohamowaną ciekawością do słynnej dzielnicy Czerwonych Lamp. Ktoś wiedział, którędy trzeba tam iść. Poszliśmy więc. Na witrynach, za panoramicznymi szybami pojedynczo, nieruchomo siedziały nagie kobiety. Upodobnione do posągów bogiń rozkoszy. Sprawdzałem wtedy w sobie męską odwagę patrzenia na nie. W innym miejscu Hamburga weszliśmy wąskim korytarzykiem do jakiegoś ciasnawego lokalu, który, wydawało się nam, wyglądał na typową kawiarnię. A nie był nią. Wypełniony był przyciemnionym światłem. Półmrokiem. Na małej scenie w rytm orientalnej, sączącej się muzyki tańczyło kilka bardzo mocno roznegliżowanych, kształtnych, powabnych, młodziutkich, delikatnych dziewczyn, pochodzących z Tajlandii. Od razu podeszła do nas starsza kobieta. Wydekoltowana wyraźnie. W czerwonej, lśniącej bluzce z jedwabiu. Dwa guziki był odpięte. Od razu dostrzegłem mocny makijaż na jej twarzy. O coś po niemiecku zapytała. Słowo „seks” wyłowiłem z jej zdania. Nie było naszym celem w tym lokaliku dłużej zagrzewać miejsca. Wycofaliśmy się. Dotykałem, podekscytowany, zupełnie obcego mi świata. Intuicyjnie przeczuwałem jego charakter. To wszystko starałem się później wyrazić w wierszu Hamburg. Wracałem niejeden raz do obrazu tego miasta, które „Sennych przywabia wędrowców spragnionych dziwności. I upokarza oczy patrzące na bezmiar przedmiotów”. Kolorowego, lśniącego, wykwintnego, z dozą wpisanej w jego mury obcości. Myślałem, bardzo często myślałem, jak tu jest, czy tu jest dobre, lepsze niż w Polsce życie. Patrzyłem na nie także przez pryzmat opowieści mojego ojca, który mówił jak to pod koniec wojny eskadry amerykańskich bombowców ciężko leciały, pełne śmiercionośnych bomb, właśnie na Hamburg, by zrównywać go z ziemią.
Niedługo później pojechałem do Berlina Zachodniego. Wysiadłem z pociągu w Berlinie Wschodnim, przeszedłem przez silnie strzeżoną granicę, na której enerdowscy strażnicy dokładnie, rutynowo skontrolowali mi paszport. I za innymi podążyłem tunelem do kolejki podziemnej. To uczucie stawiania pierwszych kroków w takim miejscu było jedyne w swoim rodzaju. Towarzyszyła mi psychiczna niepewność, nawet lęk, a zwłaszcza nieznajomość topografii miasta robiła swoje. No i na dodatek ciążyła mi słaba znajomość języka. Wędrowałem ulicami Berlina Zachodniego poniekąd na ślepo, bez żadnego przewodnika, ani bez adresu, do którego mógłbym zmierzać, z kimś się przywitać, wejść z nadzieją, że ogrzeję się, umyję twarz, ręce, napiję się herbaty i odpocznę nieco. Nic z tych rzeczy. I to było jednak okropne. Usiadłem na chwilkę na zimnej ławce przy skwerze. Patrzyłem. Siedział na niej wiele lat wcześniej Witold Gombrowicz, gdy przebywał tutaj na stypendium literackim. Czułem się strasznie samotnie. Jak rzucony w otchłań. A przede mną ogrom, miejski moloch, poranny ruch, neony, pełno aut, zapachy kebabów, policjanci spacerujący jakby od niechcenia w pobliżu jakichś budynków. Chłonąłem te obrazy bezgranicznie całym sobą. Wszystko takie zadbane. Równe chodniki, gładkie ulice. Raz po raz pojawiali się Polacy. Słyszałem polskie słowa. Co wpływało na mnie kojąco. Wszedłem do jakiegoś sklepu. A tam ogrom produktów – taki, że przyprawił mnie o zawrót głowy. Poczułem swoją znikomość, bo chciałem kupić tylko jakiś drobiazg. Już nawet nie pamiętam, co wtedy chciałem kupić. Obok mnie szli mężczyźni i kobiety z całego świata. Afrykanie, Arabowie, Japończycy i inni Azjaci. Tu znaleźli swoje miejsce do życia. Czułem, że są zadomowieni i zarazem zadowoleni z życia. Może się łudziłem. Szedłem poboczną ulicą, w pobliżu rzeki czy kanału, niepostrzeżenie przybliżył się do mnie jakiś mężczyzna w średnim wieku, w kapeluszu, jesiennej kurtce, też wolno szedł, miałem wrażenie, że chce o coś zapytać, ale gdy zrozumiał, że nie znam języka, wyjął niemal bez wahania z torby czekoladę, prawie bezszelestnie rozwinął papier, przełamał ją na pól i ze słowem „bitte” skierował rękę w moją stronę. Zaskoczył mnie ten gest, a raczej zupełnie niespodziewany jego uczynek. Dość niewprawnie, ale z iskrą radości wyrzekłem swoje „danke”. I tak każdy dalej podążył w swoją stronę. Trochę inny wtedy wydał mi się Berlin Zachodni.


Czesław Sobkowiak