Czarne kiszki

W dawnym czasie kilka doznań miało dla mnie wielką moc. Można by je detalicznie opisać. Każde było wypełnione różną, odległą od siebie treścią. Jednym z tej kategorii przeżyć był dzień świniobicia, który corocznie w naszym wiejskim, rodzinnym domu w Jaromierzu, w miarę jak nadchodziło Boże Narodzenie, nabierał szczególnej wagi.
Zresztą nie tylko w naszym domu. Kiedy przy stole, w czasie kolacji lub obiadu, pojawiły się rozmowy o potrzebie kupienia czarnego pieprzu, majeranku, kaszy jęczmiennej, soli, cebuli, czosnku, bułek, liści laurowych, to wiedziałem już, że to szczególne święto jest naprawdę blisko. Co jakiś czas ojciec zdawał mamie relację ze swoich oględzin i ocen wagowych naszego wieprzka. Wyczuwałem w jego głosie sporą dozę ekscytacji. W końcu jak najbardziej uzasadnioną, bo zbliżał się bardzo ważny dla nas wszystkich moment. Aż wreszcie ustalony dzień świniobicia stał się faktem. Od wczesnego rana palone było w piecu, gotowana była w dużej ilości woda, potrzebna do oparzania zabitej świni z sierści. Przygotowywane też były liczne garnki i miski. Kto tego nie przeżył, nie wie, o co chodzi. Na tę chwilę czekałem i nie mogłem się jej doczekać. Dopytywałem niemal codziennie, kiedy to będę mógł zjeść zupełnie niereglamentowane przez mamę, gorące, bardzo smaczne, wyjęte dopiero co z kotła, świetnie przez wytrawnego i cenionego w okolicy rzeźnika ze Starego Jaromierza, niejakiego Kaczmarka, mężczyznę niskiego wzrostu, przyprawione różne wyroby, a w tym także moje bułczanki. Rano wychodziłem do szkoły, a rzeźnik akurat przyjeżdżał rowerem z całym swoim sprzętem masarskim. Kiedy wracałem, kałuża zwierzęcej krwi znaczyła bielutki śnieg. Moja pyszność nad pysznościami, czyli czarne kiszki, bułczanki, były gotowe i absolutnie nadawały się już do zjedzenia. Ile ja, dzieciak z trzeciej klasy, mogłem wtedy tego zjeść, najwyżej dwie, trzy sztuki, nie więcej, bo zgłodniały żołądek szybko się nasycał. Jednak ten jej smak z dodatkiem musztardy był jedyny w swoim rodzaju. To była jedna z tych chwil o charakterze uczty, dawała poczucie dobrobytu, spokoju, zadowolenia, który trwał później jeszcze jakiś czas, kilka miesięcy, aż zjedliśmy wszystkie owe wątrobianki, salcesony, kiełbasy, wędzone boczki, mięsa wszelkiego rodzaju, szynki i mielonki. I nastawały dni raczej zwyczajne, nieco chude, pod względem wyżywienia już raczej monotonne.
Z rzeźnikiem Kaczmarkiem łączy się tragiczna historia. Z pochodzenia był Niemcem i pod koniec lat sześćdziesiątych uzyskał odpowiednie dokumenty na wyjazd do swojej rodziny w Niemczech Zachodnich. Papiery miał już w ręku, wystarany paszport w swojej kieszeni. Na pewno bardzo żył tą ważną dla siebie sprawą. Na kilka dni przed wyjazdem zginął, zimową porą, w wypadku samochodowym.

Czesław Sobkowiak