Krzesło

Po śmierci moich rodziców został pewien zasób rzeczy codziennego użytku. Stały przez lata. Ich widok, ich swojska obecność, kształt i kolor, od samego dzieciństwa towarzyszyły mi w życiu. Były i już.
W swoich szczenięcych latach miałem możność po wielekroć przysłuchiwać się, a w zasadzie dowiadywać, gdzie i w jakich okolicznościach przyszło im je nabywać, a raczej zdobywać. Zdobywać, bo przecież z nikim, z żadnym ich właścicielem nie ustalali ceny, nie płacili pieniędzy, ani nawet nikogo nie pytali o zgodę, czy mogą sobie je tak po prostu na własność zabrać. Jechali z Niemiec do Polski, tak myśleli, byleby tylko jak najszybciej po latach niewoli wrócić z przymusowych robót w ojczyste strony, tego pragnęli najbardziej, nie docierały do nich, choć może i docierały, ale nie dowierzali im, polityczne ustalenia, które zapadły w Jałcie. Mimo lat pracy nie mieli nic. Wczesną wiosną, konnym wozem, przemieszczali się przez opustoszałe z ludności niemieckiej wioski. Odbywali wtedy dość niebezpieczną podróż z Guntersdorfu do Jaromierza, by tu osiąść i gdzie ja się urodziłem. Ta podróż mimowolnie wyposażyła ich w krzesła, stół, szafę, łóżka, sztućce, talerze, jakieś drobne przedmioty potrzebne do życia, także w obraz dość dużych rozmiarów, o religijnym charakterze, który obecnie wisi w moim domu, a wcześniej jakiejś niemieckiej rodzinie dawał posługę duchową wizerunkiem Cieśli z Nazaretu, pochylającego się nad dzieciątkiem Jezus, które na rękach trzyma Maryja Panna. Nad ich głowami przestrzeń zwieńczona jest biało kwitnącymi gałązkami jabłoni. Opustoszałe niemieckie domy były pełne różności. Dla ludzi biednych, a takimi byli wtedy moi rodzice, to były bogactwa. W spiżarniach stały słoiki z wiśniowymi zaprawami. Przysłowiowy obiad czasami dymił na jeszcze gorącej, kuchennej blasze. Jakby w celu nakarmienia tych, co przyjdą. Przybędą. Głodnych, obcych ludzi. Jedni tracili swoje posiadłości, cały życiowy dobytek, inni go obejmowali. Tak decydowała o ludzkich losach historia. Poniemieckich rzeczy z biegiem lat z naszego domu jednak ubywało. Różne przygody je spotykały. Po prostu wykruszały się. Pamiętam jak stary, poniemiecki kredens kuchenny, teraz wiem, że był piękny, ustąpił miejsca współczesnemu kredensowi z płyty paździerzowej, jakoby ładniejszemu wyrobowi masowej produkcji stolarskiej, mimo że był o kanciastych zarysach. Jego argumentem było to, że robił wrażenie nowoczesnego mebla. A przecież naprawdę elegancki był ten niemieckiej roboty. Sporo rzeczy jednak ciągle nam służyło. Były to solidne przedmioty, np. porcelanowy dzbanek do herbaty czy krzesła. Jedne w pokoju sypialnym, a zarazem gościnnym, wyściełane pluszowym materiałem, a inne, proste, twarde jak to w kuchni. Wytrzymały sporo lat. Co jakiś czas odmalowywał je ojciec lub mama, zawsze na biały i brązowy kolor. Ale nawet się nie obejrzałem, kiedy po latach okazało się, że z całego tamtego naszego, domowego wyposażenia, zostało jedno liche krzesło, które było już tylko z kąta w kąt przestawiane i nikt o nie nie dbał. Zostało na koniec wstawiane do graciarni. Całkowicie zapomniane. Osamotnione. W pewnym momencie znalazło się na dworze. Wyrzucone z domu. Poddane działaniu deszczu, mrozu i słońca. Farba złuszczyła się. Łączenia zrobiły się ruchome, więc przestało być stabilne. Już nie do siedzenia. I patrząc na nie, miało się tylko jedną myśl. Na nic się już nie nadaje, naprawiać go nie ma sensu. Nie warto. Rozeschnięte, brudne, zrujnowane krzesło. I na co komu to jedno krzesło. Nic tylko porąbać je i spalić. Chyba w przypływie jakiejś dziwnej refleksji odezwała się we mnie chęć jego ocalenia, czyli uratowania od zagłady. Zacząłem się nim zajmować. Po oczyszczeniu z farby dotarłem do surowego drewna, zobaczyłem stare, pociemniałe słoje sosny posadzonej najpewniej jeszcze na początku dziewiętnastego wieku. Ten zbędny przedmiot powoli zaczął odzyskiwać swoją rację. Zaczął żyć. Z dnia na dzień upewniałem się o słuszności podjętej decyzji. Siedzieli na nim Niemcy, następnie moi rodzice, ja wysiadywałem do później nocy, odrabiając lekcje, pisząc wiersze, a teraz, wiem to, to krzesło w mojej świadomości znaczy na pewno więcej niż to, czym materialnie jest.

Czesław Sobkowiak