Nad wodą opowiadanie

Kroplom wody, liściom i wiatrowi
Bociany poleciały już na swoje sierpniowe, dla nich ważne, sejmiki. Była niedziela. Mocno jeszcze grzało słońce, ciągle grzało, zachęcając do spędzenia choćby kilku godzin w cichym krajobrazie. Tknęło mnie przeczucie, że jeśli teraz z Pauliną nie wyskoczę na łono natury, to może tego roku już nie być tak dobrej okazji. Muszę natychmiast dokądś pojechać, pomyślałem i powiedziałem tak do samego siebie. Zapomnieć o kłótniach polityków, o katastrofie smoleńskiej, kolejowej, trąbach powietrznych, zerwanych dachach na Mazowszu i Mazurach, aferach, śledztwach, pomnikach, tablicach pamięci, rachunku za gaz i wodę, żywności modyfikowanej, bankrutującej Grecji i Ameryce, spadających samolotach, strasznej śmierci jakiejś studentki w Krakowie, Iranie, okropnej katastrofie kolejowej, o górnikach strajkujących w chilijskiej kopalni miedzi. Wyprawa, i to zaraz, bez odkładania jej na jakikolwiek inny dzień, nad Jezioro Linie, wydała mi się najlepszym pomysłem. Jakby miała być niezawodnym remedium także na wszystkie moje osobiste problemy.
Jezioro nie jest aż tak bardzo odległe. Trzeba tylko w Kargowej, za stacją benzynową, skręcić w kierunku Babimostu. W połowie drogi, po lewej stronie, w dolinie, wśród pięknych drzew buczyny, sosny, olchy, wśród lip i baldachimów klonów i akacji już każdy znajdzie żywe lustro wody. Pojechać tam koniecznie. Poczułem, że chętnie znajdę się w miejscu, które znam. I gdzie kiedyś bywałem. Lubię wracać do ścieżek, polanek, zarośli i kęp trawy. Im więcej je znam i mam w pamięci, tym bardziej chcę je odwiedzać. Jak człowieka, którego długie niewidzenie wzbudza we mnie nostalgię, a nawet dotkliwy ból. Taka moja słabość. Niekiedy spotykałem tutaj znajomych mi ludzi, przybyszów z różnych stron, niemal zamyślonych wędrowców, zakłopotanych podobnymi nastrojami jak moje. Tak jest w Liniach, nad tą wodą, w której cichych pluskach, falowaniu, zapachu i smaku, i w zmieniających się tonacjach barw dobrze bez reszty się zanurzyć. Dowiedziałem się trochę o faunie i florze tego jeziora, jego bagienności, głębokościach i rzeczce, a raczej kanale, który z niego wypływa i łączy się z Jeziorem Wojnowskim. W ekscytujące opowieści o bogactwie ryb, węgorza, szczupaka, karpia wsłuchiwałem się z zapałem jeszcze w dzieciństwie. Rozbudzały moją wyobraźnię, gdy mi ojciec wieczorami opowiadał. Stąd rybacy nie wracali nigdy do swych odległych domów z pustymi rękami. Jaką to radością napełniał się i nasz dom, kiedy patrzyliśmy z braćmi na miskę pełną ryb. Czekało się na kolację, ach, jakże się czekało. Mimo że chciałem oderwać się od zgiełku świata i wszystkich jego cywilizacyjnych przedmiotów, popatrzyłem na domową biblioteczkę i niemal odruchowo wrzuciłem do foliowej torby książkę, aparat fotograficzny i na wszelki wypadek długopis, na wypadek, gdyby mi przyszło i chciało się tam coś na kartce zapisać. Jedno lub dwa zdania. Słowo. Czasami zbawienne. Wielkie A. Nie zamierzałem przyzwalać sobie na zapomnienie Słowa. Jego magiczności. Punktu, który urasta do niebotycznego wymiaru. Jego niosących skrzydeł, które mają zdolność pojawić się w najmniej spodziewanej okoliczności. Ach, wiem już o tym. Poeci na całym świecie wiedzą. Wtedy świat staje się jasny, wysoki, piękny jakby był objawiony. Więc pojechałem nad małą-wielką wodę, cichą, senną, zachowaną między lasami, nie po to, by rozproszyć całą swoją wewnętrzność. I zdać się na cokolwiek. Ale jednak coś odnaleźć.
Widok był mi znany. Uderzyło mnie rześkie powietrze z cienistego wnętrza, z płuc lasu. Ożywczy tlen. Wszystkie odmiany seledynu wstąpiły w moje źrenice. Zarazem dotarły zapachy butwienia liści. Bez trudu objawił się swojski impuls tej ziemi. Błysnęło lustro jeziora. Jakbym oglądał magiczny film. Ludzie na trawie, na kocach, chłoną ostatki lata, pocą się w słońcu, w półcieniach, w sierpniowym zaduchu, drzemią prawie, później wstają, otrzepują się z jakichś dokuczliwych owadów lub mrówek, drobin trawy, o czymś gadają, zanurzają swe stopy w płytkiej wodzie, opłukują się z potu i pyłu, zapobiegliwie kładą ręce na brzuchach, by zamaskować ich nieforemność, tłuszcz, nadwagę, wielkie żołądki. Regularnie jedzą swoje urlopowe i wczasowe obiady oraz kolacje. Napychają jamy gębowe i żołądki ciężkim jadłem, kiełbasami, obficie i bez ustanku. Popijają kawami, sokami, piwami. Mężczyźni głośno odprawiają alkoholowe ceremonie. Kobiety dziobią małymi łyżeczkami porcje lodów. Spędzają tak czas wakacji. Jakoby bardzo pomyślnie i właściwie. Stać ich na to. Niektórych stać. Idą do swoich domków, pokoi, leżą chwilę na tapczanach i trawią pokarmy. Śmieją się głośno. Włączają telewizory. Słychać z daleka ostentacyjny śmiech, który drażni. Taki niestosowny nad tym jeziorem, jego spokojem i lśnieniem. Znowu wracają na to samo plażowe miejsce, na koce, i ciągle wypoczywają od jakichś już chyba niedających się nawet nazwać trudów i zmęczeń. Od zmęczenia regularnym jedzeniem. Nikt nie bierze do ręki niczego, żadnej książki, jakiejkolwiek książki, poezji, filozofii, by swojemu odpoczynkowi nadać zarazem myślową formę. Nadać istnieniu duchowy kształt. A wystarczyłoby kontemplować choćby jedno zdanie pisarza, proroka, mędrca czy filozofa lub poety. Wolą się nudzić. Ktoś wolnym krokiem przechodzi wśród ludzkiego natłoku. Ubogi. Widać to w całej jego postaci. Usiadł na rozłożonej gazecie, ugiął nogi, patrzy w dal, milczy. Jak ten ostatni, który ma być wedle obietnicy pierwszy. I otworzą się drzwi królestwa. Może rozmyśla o życiu bez pracy, bez stałej pensji, o jakichś swoich niedostatkach i krzywdach, które go spotkały i także teraz tutaj pognębiają. Wie, już wie, że na sprawiedliwość nie może liczyć. W tym świecie nieludzkim ludziom wiedzie się dobrze. Nie mają skrupułów. Skupia teraz wzrok na białym żaglu, który wędruje daleko po jeziorze. Tam, na łódce beztroscy, młodzi zaznają przygody lata. Nad nimi obłoki. Zrób coś dla świata, miejsce dla rosy, najwyższy czas uwolnić zapach maciejki i białych lilii, usuń się w sen, ustąp miejsca ćmom, ich włochate pyszczki łakną światła spadającej gwiazdy.
Czytam słowa, które nie dają mi spokoju. Ile tu możliwości zastanawiania się, które nie niszczy dziecięcości człowieka, a nawet podnosi ją na najwyższy piedestał. Ale oni, ci coraz liczniejsi ludzie na materacach, leżakach, rozleniwieni spacerowicze, roznegliżowani, od wszystkiego chcą być jak najdalej. Pogrążają się wyłącznie w swoich światach i nie próbują nawet zaznawać innej strony istnienia. Widać to po wielu twarzach. Starają się zapomnieć o własnym życiu. Bezmyślność i nuda wyciska w rysach ich twarzy swe piętno. Nie uświadczysz w tym widoku marzenia ani tęsknoty. Głównie niechęć do siebie i innych. Tu, nad wodą, przez chwilę mogłoby być inaczej. Zdania czytane i przemyśliwane wśród trawy, piasku, wobec kamienia, mchu, uderzane lśnieniami jeziora, nabierają uroku, cichości, prawdy, więc można byłoby je smakować, rozsiadywać się z nimi, chodzić z nimi, w towarzystwie roślinnych zapachów, różnorakich świateł, kolorów, ruchu liści, szelestu, falowania lustrzanej, zielonej, turkusowej czy błękitnej powierzchni wody. To wszystko tu jest. Jakby kosmos. Wszechświat w kropli rosy. Bóg na wyciągnięcie ręki. Cudowna harmonia, wobec której mój niedosyt traci na znaczeniu. Toteż chodząc po tych pejzażach leśnych, żywicznych, polnych, sielskich, łąkowych, kwiecistych, makowych, chabrowych, po igliwiu, i wśród błyszczących jezior, pływając po nich łódką, łowiąc ryby, dotykając ziemi, kory sosny, brzozy mógł w swoim czasie Paukszta sporo stron napisać.
Na przeciwległym brzegu ktoś na cały regulator włączył radio. Nie radio – poprawiła mnie Paulina – tylko megafon, który wrzeszczy. Czterech młodzieńców podniosło się i pobiegło grać w siatkówkę. Rodzinka jakaś wypożyczyła rower wodny i wolno sobie zwiedza pobrzeża wodnego akwenu. Podpłynęli do łabędzia. Przywitali się. Ten się nie płoszył. Ktoś zawołał, ktoś przebiega po piasku, by z impetem rzucić się w wodę, wywołując ogromny plusk i aplauz towarzystwa, ktoś wysoko w górę rzucił patyk, zapalił papierosa, natychmiast uderzył mnie duszący jego zapach, dym z marlboro, w oddali ptak dziwnie zaśpiewał, może zawołał, może załkał, zamachał skrzydłami, pies przyniósł patyk, śmignęła, jak tylko śmignąć potrafi, jaskółka. Lekko upadał liść klonu. Miła ta rozmaitość, która nieco rozprasza uwagę w czasie czytania, ale też przydaje lekturze jakiś rodzaj arystokratycznego luksusu. Tu bycie wyróżnionym z całego otaczającego kręgu, w którym się tkwi, jest zapewnione. Szukałem oczami kogoś, kto też czytałby, ale nie znalazłem. Na lnianych płótnach tylko rozłożone kanapki, porcje kiełbas, musztarda, chleb, placek. W plastikowych butelkach kolorowe napoje. Słyszałem gadanie o jedzeniu, piciu, obyczajowe dowcipy, popisywanie się tych, co się dorobili i swoją lekkością wewnętrzną próbują mierzyć całą rzeczywistość. Do tego sprowadza się życie. Popatrzyłem znowu na niemłodego już mężczyznę, siedzącego na gazecie, który nic nie jadł, bo niczego nie przyniósł ze sobą. Żadnej torby, tylko puste ręce. Był inny od wszystkich. Zamyślony. W jego samotności i odrębności było coś z poety. Gdyby umiał pisać poezję, to byłaby to bardzo ważna poezja. O tym wszystkim, czego inni nawet nie dotykają. I chyba nie chcą wiedzieć. Wolność im służy do zdeptania słabszych.
Poszedłem do lasu, zerwałem liść, myślałem: już nie ma liści ani lasu, poczułem ból, serce bije, myślałem już, człowiek nie ma serca. Czytam to, co ktoś napisał. Przyjechaliśmy z Pauliną nad tę wodę, która układa teraz także te zdania. Pobocza drogi i lasu gęsto, ciasno obstawione pudłami aut. Z boku, w cieniu iglastych gałęzi, usadowiły się punkty gastronomiczne. Które z dala zwabiały wszelakiej maści smakoszy kolorowymi szyldami. Dzieci bawią się prawdziwie beztrosko, tylko one tak potrafią, tu i ówdzie towarzyszy im piesek, mały lub duży, rasowy, mocny labrador, zadbany lub najzwyczajniej tu i ówdzie kundel. Niektóre pieski nawet ochoczo wkraczają do wody. Przelatuje nisko motylek. Dziewczynka podskoczyła, ale nie udało się jej go złapać. Pobiegła więc po plastikową piłkę. A chłopiec za nią. I bawią się. Mamusia schowała się za ciemnymi przeciwsłonecznymi okularami. Dodają jej twarzy symptomów tajemniczości te intrygujące okulary. W pobliżu, dwa metry dalej, inna kobieta ze swoim mężczyzną, milczą – tak pomyślałem. Ona w wysoko zaawansowanej już ciąży. Od razu dostrzegalna. Gładzi swój wielki, nabrzmiały, obnażony brzuch. Smaruje go kremem. Długo, po całej powierzchni. Jest jednak odważna. Prawie podbrzusze tak dotykać. Kiedy wstała, wydał mi się ten jej brzuch jeszcze większy. Kilka lat temu swój stan starałaby się tuszować w specjalnej, luźnej, obszernej sukience. Teraz już żadna kobieta tego nie robi. Jakby nawet celowo odsłaniają ciężarne brzuchy. Idą ulicą i je manifestacyjnie pokazują. Erotyczność się upubliczniła. Tu, nad jeziorem, niektórzy, chcąc się uwolnić od nadmiaru ludzi, kierują się na pomost wchodzący w świecące lustro. Tam konfesyjny kontakt z wodą, powietrzem, światłem i przestrzenią mają zapewniony. Ich myśli zapewne podążają ku bezkresnemu niebu albo nieokreśloności istnienia. Nieco dalej, na ścieżce, narzeczeńskie pary trzymają się za ręce, nad czymś skupione, taktowne, jakby nie wiedziały, co ze sobą zrobić, co powiedzieć, jakie wybrać odpowiednie słowo, jaką tonację głosu. Idą zgodnie niespiesznym równym krokiem, podobnie pary młodych, dopiero co upieczonych małżeństw. Też zachowują się ciągle uroczyście i trochę nieśmiało. Znienacka pojawiają się cykliści. Pędzą całe rodzinki w komplecie. Inni spacerują wolno, bardzo wolno, ich ciała kołyszą się, w milczeniu, wszystko ze sobą mając już omówione, cele życiowe, zarobki i wydatki, aż do znudzenia, może są zadumani nad czymś, trzymają w ręku pęki naciętych na brzegu jeziora trzcin.
Moje oczy oglądają dość chciwie, mniej lub więcej, na tyle, na ile tylko to jest możliwe, ciała młodych kobiet. Łowię je swoim wzrokiem, ładne twarzyczki, kształty, włosy, wydatne wypukłości piersi, pośladki, uda, nogi, pachwiny opięte ściśle, przemyślnie, by odsłonić wszystko co korzystne, ale za dużo jednak nie odsłonić, nie pokazać, każąc się więcej domyślać niż zobaczyć lub odwrotnie. Nęcące są ciała dziewcząt traktujących owe biustonosze raczej swobodnie, symbolicznie. Jakie to proste i oczywiste. Pięknym, rozleniwionym łaniom, jak powiada Kazik, żaden strój potrzebny nie jest. Mógłby nie być potrzebny. Tylko nagość. To dopiero byłaby rewolucja. One są właśnie takimi łaniami, młodymi kózkami, sarenkami na trawie. I jak tu się ich widokami nie zaciekawiać. Przekonywałem się o tym. Nawet Króla Salomona niejedna z tych bogiń mogłaby wprawić w stan zachwytu. Twoje policzki między sznurami bisioru, twoja szyja w ozdobnych łańcuchach, oczy twoje jak gołębice. Dziewczęta, dziewczyny, panienki naprężające swoją młodość. W półsiedzącej lub półleżącej pozie wysuwają powabne, młode biusty do przodu, niemal pokazowo, podpierając się na dłoniach za plecami, na łokciach się wspierając, zapewne intuicyjnie, prawie jak na wystawie, oczywiście plażowej wystawie, tak prężą swe ciała. Spragnione. Tej ostentacyjnej młodości, świeżości i sprężystości nic ponadto nie jest potrzebne. Niczego im nie brakuje.
Paulina starała się nie zauważać mojego zaaferowania. I dobrze. To wszystko, tu gdzie piasek, las, trawa, zapach i woda, i delikatny wiatr, miało płciowy, dotykający zmysłów charakter. Świadome swoich atutów singielki, rozglądały się na różne strony w poszukiwaniu męskich obiektów, mężczyzn po prostu, okazałych, silnych, którzy mogliby je adorować. W ich drobnych gestach, spojrzeniach, w wyrazie twarzy, zabiegach były obecne drgnienia emocji i zmysłów.
Kilka kroków dalej obok leżącego na wznak mężczyzny na kocu siedziała dziewczyna. Pochylała nad jego głową swoją twarz, jego twarz przykrywała swoimi włosami i składała delikatny pocałunek, zaledwie dotykając krawędzi jego ust. Jakby od dawna wiedziała, że to właśnie najlepiej na niego działa. Była młoda, od mężczyzny sporo młodsza, on starszy, dobrze zbudowany, wyglądał na kogoś w rodzaju biznesmena. Znaleźli dla siebie małe ustronie. Auto zaparkowane było daleko. Można się czegoś domyślić, uciekli tu przed kimś dla siebie.
Na niektóre kobiece i męskie ciała jednak patrzyłem z politowaniem, prawie w odruchu niechęci. Były już wyraźnie zwiotczałe, spracowane, nieopalone, blade, mdłe, zużyte, pożółkłe, nieapetyczne, obwisła skóra, tłuste, ciężkie, grube, rozrośnięte tułowia, wzdęte brzuchy z wiszącymi fałdami tłuszczu i nabite mięsem. Ciała starych i podstarzałych ludzi. Wszyscy patrzyli przed siebie, spokojnie, jakby chcieli tak zawsze już tylko patrzeć, daleko, jak najdalej, na błyszczące jezioro, i jeszcze dalej, już tylko czekali, chcieliby stąd wrócić do swych domów odmienieni, w powłokach nowej skóry, napełnieni lekkością, pokrzepiającymi myślami o przyszłości, tak, aby nawet ich lodówki, meble, opakowania z lekarstwami, talerze, sztućce, kanapy, kieliszki i szklanki nie kryły zdumienia z powodu zaskakującej przemiany.
Nieco dalej na plecach nastoletniej dziewczyny zauważyłem wytatuowany krzyż, coś takiego nie tak dawno byłoby nie do pomyślenia, a teraz jest to normalne, zwyczajne, krzyż wkłuty igłą w delikatną jej skórę. Zostanie tam na zawsze i ona umrze razem z nim, tak, między piersiami i nad wzgórkiem łonowym też jakiś napis, rysuneczek drobny, przechodzę, muszę przechodzić, inni też przechodzą, też patrzą obojętnie. Jej koleżanka w okolicy talii, tuż nad pośladkami, prezentowała wytatuowany symetryczny wzór, a na szyi chińskie znaki. Po coś to wszystko lub nie po coś, może zachęcające do czegoś bardzo pikantnego, także na prawym ramieniu tatuaż, szyfr, któremu nie zdążyłem się dokładniej przyjrzeć, jakby gwiazda, tak, gwiazda, zupełnie bez światła, płaska jak nalepka na skórze, mignął mi tylko jej zarys, taka moda, coś to znaczy albo nie znaczy. Ale czy mój to problem? Te nowe rzeczy. Te dziewczyny, co ze sobą robią, będą robić, co chcą robić, coś chcą, już nie czytają, jeszcze przejdą swoje piekła i nieba, straszne straszności. Nie uda się im (ani nikomu) nie zapłacić ceny, gdy je dotknie los. Wcześniej oczywiście wyprą się staroświeckich prawd. Powiedzą ze śmiechem. Ktoś napruty winem i palący jakieś zioła napisał, no, tę grubą starą książkę, taką tam. No wiesz. Cholera! Rozdzierali ją na scenie na kawałki. Księgę. Wrzeszczeli na całe gardła, grali, tańczyli. Ktoś zdjął spodnie, majtki, i wypiął tyłek do publiczności, pokazał swoje genitalia. Według własnego widzimisię i kaprysu. Jak zabawa to zabawa.
Nie czułem się jednak tą myślą pocieszony ani na moment upewniony, że jestem w lepszej sytuacji. Zamykałem się w sobie. A nawet gubiłem wewnętrznie. Byłem bardziej samotny. Bliższy pewności istnienia śmierci, która drepcze i tu w tej przyrodniczej beztrosce. Aż strach pomyśleć, że tak blisko drepcze. Szedłem nad tym Jeziorem Linie, zdziwiony i zdumiony, widząc to wszystko, czego kiedyś nie było mi dane zobaczyć, jakby już na marginesie życia szedłem, któremu z coraz większym trudem potrafię podołać i któremu już prawie nikt nie przyznaje racji. Chcieliby, aby nie pokazywać się już ze swoim życiem na oczy. Bo teraz już nie mój czas, ale ich pięć minut. Ich posad i władztwa.
Przystawałem, zwalniałem kroku, nie miałem sił iść żwawo ani nie chciałem, nie tak szybko, bo po co, i dokąd, więc wielu mnie wyprzedzało. Gdzieś chcieli być jak najszybciej, pełnią sił pędzili. Biegli. Jak zdobywcy świata. Takimi to drobnymi szczegółami, używając pospolitego, trywialnego argumentu, obcesowo zagadywał do mnie Czas. Chciałem uwolnić się od natrętnej myśli o śmierci. Za trudnej dla mnie, by przy niej pozostawać choćby chwilę dłużej. Pozostało tylko to jezioro, niezmienne. Dawało mi teraz, tutaj, na skrawku ziemi pod stopami, tylko ono, namiastkę czystego trwania. Uzmysławiało kosmiczny wymiar każdej rzeczy. Myślałem o tym i nie mogłem uwolnić się od niepokoju. Wiem, że to banalne. W tym samym miejscu, przed tysiącami lat, identycznie, lekko, błękitnie odbijało się niebo. Jezioro inne od ludzi, od dzisiejszej mody, przekleństw, przebiegłości, urządzeń technicznych, propagandy, licznych wojen i katastrof, inne ode mnie, od moich myśli popadających w zwątpienie. W nim tkwi zaklęta, tajemnicza wiedza, wieczna legenda, o której nikt z odpoczywających na plaży, i w małej zatoczce, w upatrzonym przez siebie zaułku, między łozami, nawet nie pomyśli. Zresztą jak o tym pomyśleć. I co miałoby z tego wynikać. Z tego, że świeci słońce i słusznie byłoby do niego się upodobnić.
Poczułem ulgę, kiedy Paulina pokazała mi miejsce, które mieliśmy osiągnąć, i osiągnęliśmy, osobne, wolne, nie tak rozległe jak ta wielka nieopodal plaża, pełna ludzi, gwaru, hałasu, śmiechu. Znaleźliśmy nareszcie skrawek żółtego piasku, trochę pustki, milczenie nieba, trawę, zioła, spokój świata, jakieś kwieciste pnącza. Malutka zatoczka witała nas, wolna od krzewów i wodnego, mazistego zielska, z ładnym widokiem na ścielący się na jeziorze blask. Uderzyło mnie mocne, jaskrawe światło, więc musiałem zmrużyć oczy. Paulina rozebrała się i po krótkim rozbiegu rzuciła się w płytką wodę. Mogłem sięgnąć po aparat fotograficzny i na pamiątkę zrobić jej zdjęcie, ale nie zdążyłem. Wzbudziła wokół siebie wielki, wodny rozprysk, tęczowy gejzer piany, który zaraz opadł. Na grubym kocu położyłem książkę, długopis, zeszyt. Cóż tu dla mnie, jaka odpowiedź na pytania, rozterki i poszukiwania sensu. Zmieniałem się po chwili w zamarłego w bezruchu obserwatora szerokiego krajobrazu, drzew, obłoków i horyzontu. Za którym, dalej i dalej nieustannie rozstrzygają się, pomyślnie lub nie, codzienne, ludzkie losy.

(III nagroda w XII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty ph. „Małe Ojczyzny – pogranicze kultur i narodów”, Kargowa 2011)

Czesław Sobkowiak