Nous sommes les Polonais (fragmenty powieści)

– Wróciliście... – Zima nawet nie patrzy w naszym kierunku, gdy wchodzimy do zatłoczonego pokoiku. Wkurwiają go te nasze nocne eskapady. Po tym, jak Renata dała mu kosza, chce się nas pozbyć z mieszkania wynajmowanego od Żyda – Reisefibera. Jutro rano mamy się stąd wyprowadzić. Warunek: Zima odda mi sto trzydzieści euro. Tyle zostało z mojej miesięcznej wypłaty. W sam raz na wyprawę do Paryża.
– Co wy tam robicie przez tyle czasu? – Zima zaciąga się marihuaną. Wzrok utkwił w ekranie laptopa. Odtwarzał się na nim jakiś nagrany cyfrowym aparatem filmik. W rolach głównych – Zima i jego przydupasy z Zadupia Niewielkiego na Pomorzu.
Gdyby to był film, właśnie tak powinna wyglądać jego pierwsza scena. Tyle że to nie był film, to była emigracyjna rzeczywistość. Nie sądziłem, że określenie „emigrant” będzie kiedykolwiek odnosiło się do mnie. Emigracja kojarzyła mi się banalnie – z tą romantyczną migracją Mickiewicza i innych wieszczów. Moja była znacznie bardziej przyziemna, bo zarobkowa.
– Pieprzymy się, ile wlezie – prowokowałem go. – Tutaj mamy za mało prywatności – zrobiłem aluzję do nowych mieszkańców – Głupczasa i Bumera.
Zima dotąd był jedynowładcą w tym stadku hip-hopaków. Zima Warchoł i jego Garbarnia. Zajmowali się hip-hopem. Ale kręcili też niewielkie filmiki. Chyba tylko niczego nie malowali.
Nie udało mu się mnie podporządkować. Myślał, że mu łatwiej pójdzie. Ot, biedny polski pisarz. Nie wiedział, że kiedyś grałem w piłkę. Byłem wówczas, mimo młodego wieku, liderem zespołu. Grałem na pograniczu faulu. Potem robiłem lewe interesy we Lwowie. Nieźle sobie radziłem w handlu podrabianymi kartami telefonicznymi we Wrocławiu, gdzie pracowało dla mnie trzydzieści kilka osób. Trafił twardy gość (za takiego się uważałem) na twardego gościa (o sobie tak mniemał Zima).
– Nie wysypiasz się, a potem odpierdalasz fuszerkę w robocie – mówił, jakby to on był właścicielem garbarni i skupu skór, a nie Reisefiber.
– Nie wysypiam się, bo... Zrozum, trudno zasnąć, jak się do ciebie przytula taka laska jak Renata... – zerknąłem na moją kobietkę. Cieszyła się, że wreszcie się stąd wynosimy. Przez ostatni miesiąc znajdowała się w trudnej sytuacji. Nie mogła znaleźć pracy – jedyne rozsądne propozycje dostawała od właścicieli burdeli. Siedziała więc przez cały dzień w domu, nie mogąc się doczekać, kiedy wrócę z roboty. Pospiesznie brałem prysznic, żeby zmyć z siebie odór bydlęcych skór, na których znajdowały się resztki rozkładającego się mięsa. Jadłem kolację i wychodziliśmy na spacer po okolicy albo jechaliśmy autobusem do centrum. Do kasyna. Pozostałych denerwowało, że rozmawia tylko ze mną. Szczególnie dwóch zajmujących sąsiednie pokoje Czarnogórców. Obaj byli po czterdziestce. Jeden – Nusko, był kiedyś żołnierzem jugosłowiańskich służb specjalnych. Siedmiokrotnie rozwiedziony, ciągle zajmował się jakimiś podejrzanymi interesami. Renia wpadła mu w oko – usiłował zaprosić ją na dyskotekę. Drugi – Suljo, znacznie mniej przedsiębiorczy, a może uczciwszy, był ciągle bezrobotny. Złożył Reni propozycję małżeńską – żeby zdobyć polski paszport. Wyśmiałem go. Jedyna samica w wilczym stadzie. Z Zimą omal się nie pobiliśmy – bez przerwy rzucał jakieś głupie uwagi pod adresem mojej dziewczyny. Gdy kazałem mu się zamknąć, zaczął robić dziwne miny, które miały mnie wystraszyć (na marginesie – rzeczywiście mogły, bo wyglądał jak Szkieletor z kreskówki o wojowniczych żółwiach ninja). Zastanawiałem się, czy złamać mu kopniakiem lewy czy prawy obojczyk. Po trzech tygodniach harówy i dobrej wyżerki moje mięśnie prężyły się jak w czasach, gdy trenowałem piłkę nożną albo podczas przeszkolenia na Ukrainie.
– Byliśmy w kasynie – zdradziłem wreszcie nasz sekret, bo i tak rano się stąd zmywaliśmy.
– W kasynie? – zapytał Lemurek.
Kamera powinna najechać na zdziwioną twarz zastępcy Zimy. Dla tych chłopaczków z Zadupia Niewielkiego kasyno było czymś, co mogli znać jedynie z telewizji, o ile w ogóle w swych krytych strzechami, gaconych gazetami chałupach posiadali telewizory. Pootwierali szeroko ze zdziwienia gęby o niepełnym uzębieniu. Od pewnego czasu mówiłem im, że wcale nie muszę pracować w skupie skór. Że jestem tutaj, bo przeprowadzam na sobie pisarski eksperyment. Zima i jego ziomale byli dla mnie równie egzotyczni jak Zapotekowie z Jukatanu, odurzający się peyotlem.
– Wygraliście coś? – Zima niczym Suchy z mojej rodzinnej wsi na wszystkim chciał zarobić.
– Owszem. Co, niestety, nie zwalnia cię z obowiązku wypłacenia moich pieniędzy...
W wilczym stadzie nie było miejsca dla dwóch basiorów.
– No i co tak chichoczesz? – Zima kopnął Bumera, który oglądał go biegającego po ekranie w podartych majtkach. W hierarchii stada Bumer stał najniżej. – Nie jestem taki słodki... – zaintonował Zima jeden ze swych hiphopowych przebojów. Marzył, że założony przez niego zespół podbije polski rynek. Miał w komputerze wiele skomponowanych kawałków. Nawet niezłych. Tyle że Zimie brakowało dystansu do siebie i do swojej muzyki.
– W kuchni czeka na was kolacja – powiedział Lemurek, który zdawał się uczciwszy od swego szefa, choć w zupełności przez niego zdominowany.
– Dzięki. Chodźmy... – wyprowadziłem Renatę z naszego, jeśli tak można go było nazwać, pokoju. – Pewnie wrąbali nam jakieś LSD i potem będą się nabijać, jak odlecimy – powiedziałem, kiedy zbiegaliśmy po schodkach do kuchni. Po co my tutaj w ogóle przyjeżdżaliśmy? Robota w skupie skór od początku mi się nie podobała. Załatwił mi ją znajomy ze studiów we Wrocławiu.
Schodząc po schodach, patrzyłem na idącą przede mną Renatę. Rozmyślałem o sytuacji, jaka wydarzyła się zaraz na początku naszej znajomości – na kilka dni przed wyjazdem do Francji. Zadzwoniła do mnie i chciała się dowiedzieć, co robię.
Ta sekwencja retrospektywna wyglądałaby następująco:

– Powariowali – złości się Renata, ściskając telefon w dłoni. – Wszyscy moi przyjaciele są wściekli, że spotykam się z tobą, a nie z którymś z nich...
– To znaczy? – pytam, siedząc przy maszynie do pisania. Spoglądam na zapisaną do połowy kartkę. To fragment opowieści o moim dzieciństwie.
– Paweł, kolega, napisał mi w SMS-ie, że poleciałam na ciebie ze względu na kasę. Że studiowałeś prawo, to pewnie masz dużo forsy. Jesteś pisarzem, producentem filmowym, dużo podróżujesz...
– Powiedz mu, że oprócz kasy decydujące znaczenie miał rozmiar mojego fiuta. Dodajmy do tego jeszcze uczucia – i mamy klasyczny trójnóg. Wszystko, co mężczyzna powinien dawać kobiecie... – mówiłem, starając się obrócić wszystko w żart. – A tak w ogóle: jakim prawem on cię ocenia, skąd on się w ogóle wziął? Spotykałaś się z nim? Nieważne. Jutro do ciebie przyjadę. Siedzę u Małego-Chudego i piszę... – odłożyłem komórkę.

Ten dupek odwiedził ją wieczorem. Zadzwonił wcześniej, żeby mu oddała trzy stówy, które jej kiedyś pożyczył. Na karty do telefonu, żeby mogła do mnie dzwonić... Wzięła od mamy i mu oddała. To był dla niego pretekst, żeby się z nią spotkać. Powiedział, że ją kocha od chwili, kiedy ją poznał. Zażądał, żeby się z nim całowała. Nie chciał jej wypuścić z auta. Zagroził, że naopowiada mi różnych bzdur. Gdyby ten frajer wystartował do mnie z jakimiś rewelacjami, od razu dostałby kopa w mordę.

– Powiedział, że mogę się spotykać z tobą, ale z nim też muszę. Nie chciał mnie wypuścić z samochodu... – powtarza. – Siedziałam i płakałam...
– Nie włócz się sama wieczorem, pamiętaj! A teraz, jeżeli dasz radę, spróbuj zasnąć. ...Aha, na wszelki wypadek wyślij mi SMS-em numer telefonu do tego imbecyla...
Po chwili przychodzi SMS. Odpisuję, żeby niczym się nie martwiła.
Do szantażysty dzwonię o czwartej rano.
– To ja, twój nowy przyjaciel – mówię gardłowo. W takiej sytuacji należało być maksymalnie nieprzyjemnym. – Masz przejebane... – od razu daje się poczuć coś jakby smród – to chyba facet z drugiej strony narobił w gacie. – Wsadzę cię do pierdla. Za usiłowanie gwałtu. Już dziś rano przyjedzie do ciebie do domu albo do pracy policja. Studiowałem prawo. Mój kolega pracuje jako prokurator w Puławach. Nie będzie żadnego problemu. Każę zamknąć cię na dołek i ruchać przez czterdzieści osiem godzin. Zobaczysz, co to znaczy zmuszać kogoś do miłości... – rozłączam się przekonany, że przejdzie mu ochota na amory z moją dziewczyną.

Minęło parę miesięcy i znowu zagrażał nam kolejny frustrat – Zima.
– To co zrobimy? – zapytała Renia, spojrzawszy na garnek ze smakowicie wyglądającą zawartością, chyba leczo. – Jestem strasznie głodna…
„Nous sommes les Polonais! Nous sommes les Polonais!” – jak jakiś hiop-hopowy refren pobrzmiewało w mojej głowie.
Wywaliłem prawie całą zawartość garnka do sedesu. Resztą umazaliśmy talerze i zasiedliśmy do stołu. Chichotaliśmy przy tym jak spiskowcy.
– Śniło mi się dzisiaj, że chodziliśmy po Nałęczowie i przeprowadziliśmy ankietę „Czy jest Pan/Pani Żydem i gdzie uczęszcza do kościoła” – powiedziała.
– To pewnie z powodu Reisefibera taki sen... – udawałem, że zajadam się leczo, machając w powietrzu widelcem.
– Wszyscy podawali fałszywe informacje. Doszliśmy do wniosku, że nie są prawdziwymi Polakami, tylko się tutaj ukrywają. Weszliśmy do zakładu fryzjerskiego, bo postanowiłam obciąć włosy. Była tam jakaś babcia z wnukiem. Dziecko biegało po poczekalni z kablem, z którego iskrzył prąd. Zaatakowało mnie. Odpędziłam je jak natrętną muchę...
– Myślę, że to podświadomy lęk, że zajdziesz w ciążę – zinterpretowałem sen.
– Sięgnęłam po jedno z leżących na stoliku czasopism, żeby poszukać odpowiedniej fryzury. Okazało się, że to czasopismo erotyczne, z akcesoriami. Następne – również. Zabraliśmy jedno, żeby obejrzeć w domu. Wtedy fryzjerka skończyła strzyc babcię. Spytałam, czy mogę ją przeankietować. Zgodziła się, zaprosiła nas do sąsiedniego pomieszczenia. Zrobiła po kawie. Do pokoju weszła trójka jej małych dzieci: córka i dwóch chłopców bliźniaków. Wyglądali jak młodzi Kaczyńscy z filmu O dwóch takich, co ukradli księżyc. Córka była jak królewna, chłopcy jej usługiwali. „Jestem Żydówką – przyznała się fryzjerka. – Chodzę do bóżnicy w Puławach”. Podziękowaliśmy, że miała odwagę się przyznać.
– I co, smakowało wam? – Zima zakrada się do kuchni, żeby sprawdzić, jak nam idzie.
– Rewelacja! – mówię z drwiną niezauważalną dla hip-hopaka. – Jak ty coś ugotujesz, to palce lizać! – podpuszczam go, a on uśmiecha się wyrozumiale. Zupełnie nie chwytał drobnych złośliwości, które wymienialiśmy z Renią pod jego adresem. Zima siada przy stole i uśmiecha się przyjaźnie. Popijałem spokojnie herbatę, która zastępowała mi kolację, myśląc o tym, że na początku daliśmy się zwieźć temu uśmiechowi.

– Jedziesz sobie do Paryża, a my musimy jutro dłużej zostać w pracy... – Zima popatrzył na mnie z udawanym żalem. Robota rzeczywiście była okropna. W składzie skór pracowali Francuzi, Polacy, trafił się Czarnogórzec, Macedończyk, Serb, Szkot, Irlandczyk. Tygiel narodowościowy. W pracy rozmawiałem po francusku, angielsku, rosyjsku (z byłymi Jugolami), rwanym niemieckim, no i oczywiście – po polsku. Praca tutaj była ciężka, ale dało się przywyknąć. Segregowaliśmy skóry, soliliśmy je, a następnie trafiały do garbarni. Niektóre ważyły tyle co ja – siedemdziesiąt kilogramów. Najbardziej odpowiedzialne ze wszystkich było stanowisko selekcjonera. Gdy mnie tam skierowano, wszyscy byli pewni, że przyuczanie zajmie kilka dni. Tymczasem już po kwadransie pojąłem dość skomplikowany system rozróżniania skór na osiem klas – w zależności od koloru, wielkości, wagi oraz ilości dziur. Zrobiło się takie zbiegowisko, że zjawił się nawet właściciel składu. Uznano mnie za geniusza. Może i byłem nim w porównaniu z tymi nieukami z różnych krajów, pracujących w trudnych warunkach (hałas, smród, wilgoć) za jałmużnę.
– Zima, co cię obchodzi nasze życie? – warknąłem niby basior na basiora. Akurat zjawiła się reszta stadka. Zasiedli w saloniku przed telewizorem. Włączyli polską Vivę, która ciągle nadawała polskie hip-hopolo.
– Pewnie, że obchodzi – Zima zaczął jarać jointa. Nie było Czarnogórców, zatem mógł to robić w kuchni. Zwykle palili w pokoju – czasem było tam tak najarane, że nie można było spać. – Mówisz, że jesteś pisarzem, nakręciłeś film. W takim razie dlaczego tutaj pracujesz? – popisywał się przed swoim stadkiem.
– Żeby być dobrym pisarzem, muszę zbierać doświadczenia – zacząłem tonem, jakbym miał spotkanie autorskie. – Czy byłbym prawdziwym głosem pokolenia, gdybym nie wziął udziału w takim przedsięwzięciu? To jakby zagrzewać do walki powstańczej, a potem nie wziąć w niej udziału, jak Mickiewicz. Kpić z narodowowyzwoleńczych bojów, samemu siedząc za oceanem, jak Gombrowicz. Albo krytykować system komunistyczny, będąc od niego bezpiecznym – przykład Miłosza. Przywdziałem dziadowskie szaty jak król Kazimierz Wielki, żeby sprawdzić, jak żyje polski lud. Sprawdziłem. I już wystarczy.
Moja gadka musiała ich znudzić, bo jeden po drugim znikali w kuchni i saloniku. My także udaliśmy się na górę – wyspać się. O ile w takich warunkach było to możliwe. Zima wręczył mi trzy papierki – po dziesięć euro.
– Miało być sto trzydzieści... – odrzekłem z rezygnacją. Nie dość, że bez przerwy mnie oszukiwał, potrącał za jedzenie, mieszkanie, to jeszcze teraz nie chciał mi wypłacić tej marnej reszty. Trzydzieści euro za trzy tygodnie pracy! Za weekend zarabiałem w Kazimierzu Dolnym na moich książkach sześćset–siedemset złotych! Nie było sensu się kłócić – wziąłem kasę.
– Książę, może zapalisz z nami? – zaproponował Lemurek. Przez spędzony tutaj czas nauczyłem się nazw kilkunastu gietów, ale nie chciałem palić. Zdecydowałem się wziąć kilka machów od Lemurka – jedyny wyglądał, jakby żałował, że się stąd zmywamy.
– Mówisz, że mieszkałeś przez cztery lata we Wrocławiu... – ciągnął Zima, zerkając na monitor laptopa, na którym widać było, jak wciąż biega w porwanych majtasach. I ta muzyka hip-hop! Już dość miałem tych bitów!
– My też mieliśmy tam sporo ziomali... – zarechotał Niemilec, który był jakimś pobratymcem Zimy. – Choćby King...
– Pamiętacie, jak go kiedyś wywieźliśmy do lasu? – zapytał Zima, przypalając kolejnego skręta. – Grand sugar, świetna rzecz... King miał dobry towar, ale za dużo kantował...
– Znaliście Kinga? – zerknąłem na Zimę. Więc to przez nich King wypadł kiedyś z biznesu, trafił do pierdla. Jak zaczął ich szukać, to okazało się, że słuch po nich zaginął.
– A ty też go znałeś? – Zima, mimo marihuanowego otępienia, natychmiast wyłapał mój błąd. To chyba z powodu tych kilku machów się wygadałem.
– Trochę... – starałem się zbagatelizować sprawę. King dawał dziesięć tysięcy złotych za wskazanie miejsca pobytu Zimy i spółki. Renia wyczuła mój niepokój, bo przyglądała mi się w milczeniu. Zapanowała grobowa atmosfera. Hip-hopaki niby to słuchali Firmy czy też innych grajków, a przecież zerkali to na mnie, to na swego basiora, gotowi skoczyć mi do gardła na jedno jego warknięcie. Postanowiłem obrócić wszystko w żart.
– No, panowie, żarty się skończyły! Ja i Renata jesteśmy z CBŚ. Rozpracowujemy waszą grupę od roku... Wiemy już wszystko, co chcieliśmy wiedzieć... – mówiłem poważnym, spokojnym tonem. Wymieniłem spojrzenia z Renią – milczała. Jak wtedy, kiedy parę dni temu wybraliśmy się do dyskoteki. Ochroniarze, widząc mnie w czarnej skórzanej kurtce, z trzydniowym zarostem, krótko ogolonego, nie wpuścili mnie, zanim nie sprawdzili, czy nie mam broni. Wzięli mnie za przedstawiciela rosyjskiej mafii. Hip-hopowcy zbaranieli.

Chłopaki z Zadupia Niewielkiego na Pomorzu zerkają po sobie niepewnie. Pierwszy, jak przystało na przywódcę stada, reflektuje się Zima.
– Jak naprawdę jesteście z Cebosiu – w jego głosie pobrzmiewa niepokój – to was zajebiemy.
– Czy ty wiesz... – śmieję się – co ja mam w torbie?
Wskazuję wzrokiem na stojącą przy materacu torbę podróżną.
Pauza...
– Pewnie jakąś gazówkę... – wreszcie Bumer odważa się coś powiedzieć.
– Gazówkę?! – drwię, szperając w torbie, a oni śledzą moje ruchy jak sparaliżowani. – Gazówkę? – grzebię wśród ciuchów i notesów. – Oto co mam! – wyciągam triumfalnie szczoteczkę do zębów.

Ostatecznie skurwiel oddał mi kasę i pojechaliśmy z Renią stopem do Paryża.
– Zielona wróżka – powiedziałem, gdy wreszcie wsiedliśmy do właściwej linii RER. – Właśnie tak niektórzy nazywali absynt. Kto go pił, czuł się magicznie.
– A co to znaczy Montmartre? – zapytała Renia.
– Wzgórze Męczenników – odrzekłem. Kiwnąłem głową, bo z kolei spytała, czy zobaczymy jutro wieżę Eiffela. W jej okolicy, niedaleko stacji kolejowej stała wysoka wieża – przekaźnik telefonii komórkowej. Kiedyś udało się jej wdrapać prawie na wierzchołek wieży. Ponawijałem trochę, że takie wchodzenie na wieżę symbolizuje rozwój. I że gdybym był na jej miejscu, napisałbym opowiadanie zatytułowane Dwie wieże.
– I co, wierzysz, że Georges coś ci załatwi? – martwiła się Renia. Spędziliśmy we Francji już ponad miesiąc i nie odłożyliśmy ani grosza. A Renia chciała zarobić trochę kasy na studia. Ja z kolei byłem spłukany po nakręceniu filmu Stacja Mirsk i wydaniu własnym sumptem debiutanckiej powieści. Wzruszyłem ramionami, bo co mogłem jej obiecać? Georgesa poznałem, sprzedając książki z chodnika w Kazimierzu Dolnym. Był polsko-francuskim żydkiem. Prowadził w Kazimierzu galerię, w której sprzedawał francuskie obrazy. Drugą galerię miał w Paryżu. Namawiał mnie, żebym spróbował kariery we Francji. Chwalił się kontaktami z tutejszymi wydawcami. No to będąc w Paryżu, zadzwoniłem do niego i umówiłem się na spotkanie. Za kilka dni. Wolny czas wykorzystywaliśmy na włóczenie się po stolicy Francji.
– Jak byłam mała, mama pracowała w PKP i mieliśmy darmowe bilety. Zjeździliśmy cały kraj, wiesz, bardzo to lubiłam... – przyglądała się jadącym w metrze ciemnoskórym dziewczynom. Miały długie, kolorowe spódnice. Cyganki z Puław?
– Na wzgórzu Montmartre obcięto kiedyś głowy trzem męczennikom – wykorzystywałem wiedzę, którą udało mi się zdobyć przez lata ślęczenia nad książkami, zwłaszcza bedekerami. – Przez długi czas ludzie omijali to miejsce. Tutaj tylko łopotały skrzydła wiatraków i rozwijała się hodowla winorośli. I właśnie to ostatnie sprawiło, że wzgórze stało się atrakcyjne...
– Dlaczego? – Renia wierzyła, że jestem kimś wyjątkowym. Nie zauważyła, że moje życie to ciągłe pasmo niepowodzeń? Jakże niewspółmierna z moim wygórowanym mniemaniem o sobie była rzeczywista sytuacja, w jakiej się znalazłem. Brak kasy, brak wykształcenia, brak pomysłu, co dalej z moim życiem. Czy już w chwili urodzenia w biednej rodzinie pod Świętym Krzyżem byłem skazany na porażkę? Przypisany do świętokrzyskiej ziemi? Może niepotrzebnie tak się brałem za bary z życiem, mocowałem – czy aby finał nie był z góry przesądzony?
Nie odpowiedziałem od razu – zauważyłem, że spodobała się dwóm Murzynom, siedzącym naprzeciw nas. Posłałem czarnym groźne spojrzenia, bo poczułem się zazdrosny. Odwrócili wzrok, zaczęli rozmawiać o meczu, jaki niedawno rozegrało miejscowe PSG z Olympique Lyon.
– Siostry zakonne, uprawiające winorośl, wytwarzały z niej wino. Ponieważ w Paryżu alkohol był obłożony podatkiem, Montmartre stało się miejscem, gdzie można było się tanio napić... Na przykład absyntu…

– Obserwuj – wskazałem wzrokiem artystów na Placu du Tertre. – Może w tłumie kiepskich pacykarzy wypatrzysz nowego Picassa? Jarmark sztuki. Kupujcie portrety! Kupujcie pejzaże! Tacy jak Picasso bawili się tutaj, głodowali, i zastawiali swoje dzieła w lombardach – mówiłem, gdy przeciskaliśmy się wśród turystów. Zauroczeni miejscem, nie czuliśmy zmęczenia długą podróżą oraz rozczarowaniem, jakie sprawił mi ten dupek, Georges. Zaliczka w euro – to byłoby coś! W wyobraźni widziałem, jak moja książka podbija europejski rynek, jest hitem wydawniczym, jak Kod Leonarda da Vinci. Georges miał załatwić wystawienie Stacji Mirsk w jednym z paryskich teatrów. „Może nawet uda się dotrzeć do przedstawicieli francuskiej kinematografii…”, tak mówił przez telefon. Może nawet do Romana Polańskiego, który od afery z nieletnią prostytutką mieszkał w stolicy Francji.
Nad okolicą górowała biała bazylika – Sacre-Coeur. Wiedziałem z informatora, że biel budowli to efekt zastosowania kamienia z Chateau-Landon, który pod wpływem deszczu wydzielał kalcyt, bieląc mury. – Kiedyś weźmiemy tam ślub – wskazałem głową w kierunku bazyliki, gdy przystanęliśmy w jednym z licznych zaułków. Przycisnąłem Renię do ściany i zacząłem całować.
– Ała... – jęknęła. – Coś mnie ukłuło w tyłek...
– Coś cię ukłuło w tyłek i to nie byłem ja? – Wziąłem ją za rękę i poprowadziłem do Cafe Tabac des 2 Moulins, gdzie kręcili Amelię. Weszliśmy do baru, który miał wystrój jakby z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.
– Zobacz, ten sam musztardowy sufit co w filmie... – wskazałem wzrokiem. – Chodźmy do toalety – szepnąłem mojej dziewczynie do ucha. – Jest koedukacyjna...
Absynt kupiliśmy od sprzedawcy na targu. Spod lady.
– To prawdziwy absynt? – dopytywałem się.
– Prawdziwy! – zapewnił. – Sporządzony według starych reguł. – Może kupi pan także aparaturę? – wskazał na ażurowe łyżeczki i inne akcesoria.
Wydawał się na tyle przekonujący, że nabyłem dwie butelki i potrzebne do rytuału przyrządy. No bo czego się nie robi, żeby się skonfrontować z tym, co się wyczytało w podręczniku o modernistach?
– Z czego robi się absynt? – zapytała Renia, kiedy skierowaliśmy się do pobliskiego parku.
– Przede wszystkim z kwiatów i liści piołunu oraz anyżu, z dodatkiem kopru włoskiego i hyzopu… – odrzekłem. O modernistach wiedziałem wszystko. I prawie wszystko mi się w nich nie podobało – od sztuki począwszy, a na stylu życia skończywszy.
Kiedy Renata zapytała, dlaczego jest zielony, wyjaśniłem, że to kwestia barwnika.
– A to prawda, że ma właściwości… jak to się nazywa… No, psychoaktywne?
– Przekonamy się…
Rozsiedliśmy się na ławeczce w parku. Do jednej części alkoholu dodałem trzy części lodowatej wody, co spowodowało jego zmętnienie. Dosypałem ażurową łyżeczką cukru.
– Woda go rozpuści – wyjaśniłem. Cukier miał zmniejszyć gorycz.
Zaczęliśmy się raczyć trunkiem. Ach, życie wbrew schematom! Codzienna pogoń za pieniędzmi – won! Wątpliwa kariera – precz! Piliśmy, a wtedy zacząłem widzieć tych, których podziwiałem. Zjawili się w czwórkę: Baudelaire z kobietą, Stasio Przybyszewski z Dagny Juel. Przybyszewski, chociaż najsłabszy artystycznie z nich wszystkich, przewodził tej gromadce.
– Słyszałem, że teraz w Polsce nie ma dobrych pisarzy… – „Meteor” wydął pogardliwe swoje wąskie jak u kobiety usta.
– Nie ma … – potwierdziłem.
– Bo nie piją absyntu! – wtrącił Baudelaire i wszyscy gromko zarechotaliśmy.

Rozmawialiśmy o literaturze do późnej nocy. W końcu zauważyłem, że ludzie, z którymi siedzimy, to wcale nie Przybyszewski i Baudelaire z kobietami, a Murzyni i Murzynki z pociągu. Renia chyba wcześniej to spostrzegła, bo nic nie mówiła, tylko spała, oparłszy głowę na moim udzie.
– Mieszkacie tutaj? – zapytałem, jakby dopiero pierwszy raz ich ujrzawszy. A osuszyliśmy już obie butelki zielonego trunku.
– Tutaj są tańsze mieszkania niż w centrum Paryża – Murzyn, którego uważałem za Przybyszewskiego, błysnął białymi zębami, w których odbiły się refleksy pobliskiej latarni.
– Jesteście artystami? – zadałem drugie pytanie, jeszcze głupsze od pierwszego.
Popatrzyli po sobie i parsknęli gromkim śmiechem.
– Można tak powiedzieć – odrzekł ten, którego uważałem za Baudelaire’a. – Artystami życia…

– Co tworzycie? – nie bardzo rozumiem, co do mnie mówi. – Jakiś performance?
– Pilnujemy, żeby dobrze pracowały – wyjaśnia Przybyszewski. – Na Polach Elizejskich. – Wskazuje wzrokiem na dwie dość ładne, ale bardzo szerokie w biodrach Murzynki. – Jak się ich nie pilnuje, to kurwy strasznie oszukują. I są leniwe…
– A ty też jesteś alfonsem? – pyta rzeczowo Baudelaire. – Twoja kobieta jest bardzo do rzeczy, w dodatku to blondynka – przygląda się śpiącej Reni z zainteresowaniem. – Blondynki we Francji są w cenie…
– Nie, to moja dziewczyna… – wyjaśniam, trzeźwiejąc. – Renia, obudź się, czas na nas – zerkam na zegarek – właśnie mija północ. – Za kwadrans mamy ostatni pociąg do Paryża – wyjaśniam Murzynom, chociaż wcale nie jestem przekonany, że tego dnia jest jeszcze jakiś pociąg.
Renia budzi się i spogląda półprzytomnym wzrokiem na towarzyszy naszej libacji.
– Musimy wracać do hotelu – podnoszę się i pomagam wstać dziewczynie.
– Zostańcie jeszcze – nalega czarny Przybyszewski. – Na początku była chuć… – chwyta moją kobietę za rękę.
Uderzam czarnucha butelką po absyncie w łeb, aż sypią się szkła. Traci przytomność. Drugi próbuje mnie dusić, ale w ręku trzymam już drugą butelkę – dostaje w głowę, tyle że butelka się nie rozbija. Poprawiam mu kopniakiem w nos.
I zostawiliśmy tych męczenników na wzgórzu, przy lamencie ich kurew.

– Czuję się trochę jak w pierwszym wagoniku roller-coaster… – uśmiechnęła się Renia, gdy przejeżdżaliśmy przez Paryż „14-stką” – według informacji najnowszą, najszybszą i w ogóle „naj” linią metra. – Pamiętasz, jak do Nałęczowa przyjechało wesołe miasteczko? – chichotała. Namówiła mnie na przejażdżkę na roller-coasterze. Nienawidzę karuzeli i tym podobnych – wsiadłem tylko dlatego, żeby nie wyjść na mięczaka. Niestety, gdy to diabelskie urządzenie zaczęło się kręcić, zwymiotowałem na innych pasażerów.
Staliśmy tuż przy szybie, z której rozciągał się niesamowity widok na tunel. Był to jedyny w Paryżu pociąg, którego nie prowadził motorniczy. Wrażenie było kosmiczne – od jakiegoś czasu byłem wielbicielem literatury science fiction i wszystko, co było cokolwiek bardziej skomplikowane od konstrukcji cepa, wzruszało mnie powabem gwiezdnej nowoczesności.
– Miałam sen – powiedziała Renia. – Szłam przez Puławy w kożuchu, który mi kupiłeś. Była ze mną Futrzak, moja przyjaciółka. Obie miałyśmy włosy ufarbowane na czarno, zaplecione w długie, grube warkocze. Nosiłyśmy spódnice – wielobarwne, długie po kostki. Byłyśmy Cygankami… – urwała, bo pociąg zatrzymał się na kolejnej stacyjce – na całej linii wszystkie drzwi otwierały się automatycznie. Wysiedliśmy, żeby się przesiąść do linii numer „1”.
Zdumiewająca funkcjonalność. Właściwie z każdego miejsca było blisko do jakiejś stacji – wszędzie widniały strzałki, które kierowały na odpowiedni peron. Trzeba było tylko znać docelowy kierunek – nazwa ostatniej stacji była przypisana strzałkom. Na peronie znajdowała się też elektroniczna tablica, która pokazywała czas przyjazdu najbliższych pociągów.
– A ile osób czyta książki! W Warszawie jest ich zdecydowanie mniej… – nie przestawałem się zachwycać. W metrze były zamontowane automaty, do których wrzucało się po kilka euro i wypadała książka – kupiłem Ulissesa Joyce’a we francuskim przekładzie.
– Może dlatego, że warszawskie linie są za krótkie – wtrąciła cierpko Renia; nie lubiła, kiedy przestawałem jej słuchać.
Z głośników leciały kawałki z musicalu Notre-Dame de Paris z Garou w roli Quasimodo. Powiedziałem o tym Renacie, która kompletnie nie znała francuskiego.
– Aha, pamiętam – powiedziała Renia. – Chociaż bardziej wolę książkę Hugo.
Pewnie chodziło jej o wątek miłosny archidiakona Frollo i tej pięknej Cyganki, chyba Esmeraldy.
– Quasi-mondo, oto jak można nazwać Paryż – powiedziałem. – Ten dzwonnik to pokraka, ktoś, kto wzbudza odrazę, a jednocześnie szacunek. Jak Paryż. – Lubiłem się tak wymądrzać – jakim cudem Renata mogła ze mną wytrzymać?
– Z Quasimodów cenię sobie tylko tego włoskiego noblistę… – Renia znów się ze mną przekomarzała. – Zobacz, w metrze jest cała masa małych sklepików… – zmieniła temat. – O Boże, co za ceny! Niech tam, w oczekiwaniu na pociąg można sobie przynajmniej pooglądać wystawy…
Metro – współczesny labirynt Minotaura. Raczej – Metrotaura. Rozglądałem się za kimś, kto spełniałby taką rolę.
– Wróciłyśmy do Puław z Kazimierza Dolnego, gdzie żebrałyśmy na rynku. Szłyśmy, zadowolone, bo naciągnęłyśmy turystów na mnóstwo kasy. Nagle podbiegł jakiś chłopak i wyrwał mi torebkę. Byłam przerażona – bałam się, że ukradł mi telefon, pieniądze, dokumenty. Sprawdziłam kieszenie. Znalazłam telefon i pieniądze. Mimo tego zadzwoniłam na policję. Zanim przyjechali, okazało się, że ukradziono mi stary dowód i nieważną legitymację szkolną. Nie były mi już potrzebne – nosiłam twoje nazwisko. Zniknęłyśmy stamtąd przed przyjazdem policji – oni nie znoszą Cyganów. Poszłyśmy na targ. Futrzak kupiła sobie czerwoną bluzkę za trzy złote sześćdziesiąt groszy. „Też sobie kup – namawiała mnie – zobaczysz, będzie ci pasować”. Nie chciałam, bo nie lubię rzeczy z targu. Poza tym bałam się wyciągnąć portfel – wydawało mi się, że śledzi mnie chłopak, który ukradł mi torebkę. „Chodźmy stąd!” – powiedziałam do Futrzaka i wróciliśmy do naszego taboru. Ty byłeś królem naszej grupy. Siedziałeś przy ognisku i patrzyłeś na mnie... – uśmiechnęła się.
– To znaczy, że nadchodzi w naszym życiu czas żebrania – taka była moja interpretacja jej snu.

Dzielnica la Defense, gdzie się udawaliśmy, to była trzecia zona, ale bileterka wyjaśniła nam, że można wysiąść jedną stację wcześniej i przespacerować się do Grande Arche de la Defense. W ciągu paru dni obejrzeliśmy centrum Paryża, teraz przyszła kolej na jego przedmieścia.
Zauważyłem, że przygląda nam się starszy facet, który wyglądał na Cygana z Opola Lubelskiego, ale równie dobrze mógł być Arabem albo Mulatem – nie nauczyłem się jeszcze odróżniać na pierwszy rzut oka przedstawicieli licznych tutaj nacji. Mężczyzna chyba zauważył mój wzrok, bo podszedł do nas.
– Twoja dziewczyna ma złote włosy… – uśmiecha się. – My, Romowie, zawsze kochaliśmy złoto. W dawnych czasach nasze kobiety przyozdabiały się wielką ilością naszyjników ze złotych monet, nawlekały je na złote łańcuchy i pozwalały im dyndać na swych pięknych ciałach jak warkoczom czosnku. Trzeba było nie lada wysiłków, żeby dobrać się do ich cycuszków, kołyszących się pod tą masą żółtego metalu... – rechocze rubasznie. – A mężczyźni! – ciągnie. – Jakież to sztuczki wyprawialiśmy z naszym złotem niegdyś w Bułgarii czy w Rumunii! Kilkanaście złotych monet owiniętych w materiał i zaszytych w eleganckiego węża, włożone do spodni, sugerowało, że ma się tam organ godny słonia! Wyobraźcie sobie – stary Cygan zerknął lubieżnie na moją Renię – jak zdumiona była cygańska laseczka, kiedy zdjęła te spodnie... – ponownie zarechotał. – Inna sprawa, że ciężko czymś zaskoczyć cygańską laseczkę, bo ona widziała już wszystko, a poza tym to nie rozmiar imponuje rozsądnym kobietom, raczej technika, wyczucie i wigor... – kontynuował swoje przemyślenia niby jakiś Lew-Starowicz. – Dokąd zmierzacie?

– Do Grande Arche de la Defense – odrzekłem, bo mimo rubasznego zachowania jakoś nie budził mojej nieufności. – Szukamy taniego noclegu.
– Zapraszam was do naszego obozu...
– Jak to do obozu? – oczami wyobraźni ujrzałem cygański tabor znany ze starych obrazów i fotografii.
– Przekonacie się – starzec był tajemniczy. Podczas drogi opowiadał nam o zwyczajach swego narodu. – Dawniej wszystko było prostsze. Weźmy na przykład znaki, którymi się posługiwaliśmy. Były rysowane patykiem na ziemi albo kawałkiem węgla na ścianie i to wystarczało. Kiedy zdarzyło ci się przebywać z dala od taboru twojego szczepu, pozostawiałeś za sobą ślady, że tędy szedłeś lub żeby udzielać istotnych wskazówek tym, którzy szli po tobie...
– O czym mówiły te znaki? – wtrąciłem, gdy wysiedliśmy na dworcu pod Wielkim Łukiem. Pod tym monumentem-biurowcem znajdował się węzeł komunikacyjny z końcową stacją metra nr „1”. Były jeszcze dworce – kolejowy i autobusowy. Jako eksprymus wiedziałem ponadto, że Wielki Łuk stał na linii będącej przedłużeniem Paryskiej Osi Historycznej, zaczynającej się od Luwru, a kończącej się na Łuku Triumfalnym. W Wielkim Łuku mieściły się galerie wystawiennicze, biura i instytucje państwowe, jak również tarasy widokowe – to zauważyłem już po wyjściu na powierzchnię.
Na przykład „tutaj są hojni ludzie, przyjaźnie nastawieni do Cyganów”, albo „już okradliśmy to miejsce” – mówił stary Cygan, gdy przemierzaliśmy dzielnicę la Defense. Centrum biznesowe, wystawiennicze, rozrywkowe, transportowe. Na jej terenie znajdowało się także kilkanaście apartamentowców.
– Były też znaki informujące, gdzie jest woda dla koni, gdzie są świnie i kurczaki do ukradnięcia albo że w tym mieście mieszka wielu głupców, którzy wierzą w przepowiadanie przyszłości. Można też było zostawić informacje użyteczne dla wróżbiarzy, którzy przybyli tu po tobie: „ta kobieta chce mieć syna” albo „ten staruszek wkrótce umrze”.
– Dlaczego tutaj nie jeżdżą samochody? – Uderzył mnie kosmiczny spokój tego miejsca.
– Całkowita izolacja ruchu pieszego od kołowego… – wyjaśnił rzeczowo nasz przewodnik. – Wiecie, do niemal wszystkich wieżowców można dojechać drogami wewnętrznymi znajdującymi się w podziemiach?
Popatrzyliśmy z Renią po sobie, jak byśmy słuchali Cygana z Kazimierza Dolnego – pilnowali swoich żon wróżących na rynku naiwnym warszawiakom.

– Wątpicie w moje słowa? – obrusza się stary Cygan. – Dlaczego? Wiem, co mówię, wierzcie mi. Jak mogłoby być inaczej? Kiedy coś wam mówię, mówię wam dlatego, że wiem, iż to prawda. Jestem już zbyt stary, żeby kłamać. A to, co tutaj mówię, mówię przede wszystkim do siebie, a dopiero potem do was. Okłamałbym was bez wahania, gdyby mogło mi to przynieść jakąś korzyść. Ale teraz? Tylko absolutna prawda. O, tutaj mieszkają ludzie z mojego taboru – wskazuje wysoki nowoczesny budynek, który wygląda jak dekoracja do Gwiezdnych wojen.
– Niemożliwe... – mówi Renata, gdy tłumaczę jej na polski słowa naszego przewodnika. – Ten staruch tutaj mieszka? Pewnie jest tutaj sprzątaczem?
– Twoja złotowłosa dziewczyna mi nie wierzy? – domyśla się. – Patrzy na starego Perhana i nie wierzy, że jest bogaty. A czy wy wiecie, że ja byłem kiedyś Królem Wszystkich Cyganów?

Wjechaliśmy windą na ostatnie piętro budynku. W urządzonym z niesamowitym przepychem wnętrzu stary Cygan klasnął w dłonie i zjawiły się dwie kobiety w średnim wieku.
– To moje żony – wyjaśnił. Powiedział do nich coś po cygańsku. – Zaraz przygotują obiad. Będziecie moimi gośćmi – powiedział. – Rozgośćcie się, a ja pójdę się przebrać.
Nie mieliśmy nic przeciwko – w ramach oszczędności od rana jedliśmy tylko bagietki. Nie wiedzieć czemu, po głowie zaczęła mi się błąkać piosenka Maryli Rodowicz. Zacząłem ją pogwizdywać: „Dawne życie poszło w dal, dziś na zimę ciepły szal”…
– Co to? – dopytywała się Renia.
– E, taka tam stara piosenka… – Rozglądałem się po mieszkaniu. Było bardzo nowoczesne, a jednak znajdowało się w nim wiele wykonanych starymi technikami wyrobów kowalskich. Dzieła sztuki złotniczej. Metalowe naczynia. Drewniane meble – wykonane w nieznanym dla mnie stylu. Wszędzie naustawiano drewnianych mis, łyżek, sit, koszy, był nawet żłób dla konia i świńskie koryto. I wiele wyrobów stolarskich. Miałem wrażenie, jakbym się znajdował w muzeum kultury i sztuki cygańskiej.
– Widzę, że podziwiasz moje zbiory – gospodarz wraca przebrany w tradycyjny cygański strój – zwiewny i niezwykle barwny. – Staramy się ocalić od zapomnienia życie naszych przodków. Zapraszam na taras.
Rozsiadamy się w wiklinowych fotelach. Z tarasu rozciąga się widok na cały Paryż.
– Wszystko się zmienia. Cyganie także musieli się zmienić. Mój szczep mieszka w całym tym wieżowcu. Wszyscy pracują w banku, który założyliśmy dwadzieścia lat temu.

To, co mówił, zupełnie nie przystawało do romantycznego stereotypu Cygana – wiecznego włóczęgi i złodzieja. W międzyczasie jego kobiety przyniosły jedzenie na drewnianych misach i podały drewniane noże, widelce i łyżki.
– Ludzie nazywają tę potrawę „cygański kociołek” – wyjaśnił Perhan. – Kiedyś przygotowywaliśmy dania tylko z tego, co znaleźliśmy na polach. Z tego, co ukradliśmy. Kabaczek, strąki papryki czerwonej, zielonej i żółtej, ziemniaki, pieczarki, cebula, pomidory, łyżka cukru, gotowane mięso, dwie łyżki oleju, ziele angielskie, listek laurowy, cząber, sól, pieprz, natka pietruszki, szklanka rosołu... – wymieniał. – To bardzo proste składniki, a jakie smaczne! – zachwalał.
Potrawa kojarzyła mi się z daniami z kuchni węgierskiej czy rumuńskiej, ale może to dlatego, że przecież wiele szczepów romskich zamieszkiwało dawniej tamte tereny.
Gdy kończyliśmy jeść, zjawili się niespodziewani goście – stary i młody. Perhan przedstawił nas jako swych przyjaciół, a o tamtych powiedział, że to przedstawiciele Rady Cyganów z Amsterdamu. Byli właścicielami dużego kasyna na południu Holandii.
– Perhanie, musisz znowu zostać naszym królem – poprosił po francusku młody człowiek, typ znany mi z Puław i Opatowa, gdzie chodziłem do liceum.
– Chłopcze, mam już po dziurki w nosie tego wszystkiego. Władza po prostu mi obrzydła. Nadszedł czas, bym odszedł na dobre. Chcę dożyć tutaj reszty swoich dni.
– Perhanie, nie poradzimy sobie bez króla. Radziliśmy sobie przez pięć lat, ale teraz sprawy za bardzo się komplikują. Wielcy spośród Romów chcą wybrać nowego władcę. Nie będą już dłużej czekać. Jeżeli naprawdę nie chcesz wrócić, jesteśmy gotowi wybrać kogoś innego na twoje miejsce.
– W dawnych latach na ziemi nigdy nie istniał ktoś taki jak Król Wszystkich Cyganów… – wyjaśnił mi Perhan, gdy się przysłuchiwałem ich rozmowie. – To był tylko wymysł Romów, aby mydlić oczy gaje, albo może wymysł samych gaje, którzy chcieli sobie mydlić oczy, bo często tak właśnie robią. Mieliśmy królów – prawda – całe ich mnóstwo: w każdym szczepie, w każdej wędrującej grupie. Musiał być przecież ktoś w rodzaju przywódcy, ktoś inteligentny, silny, z wyczuciem sprawiedliwości, ktoś, kto miał autorytet w grupie, i potrafił ją skupić wokół siebie, żeby mogła stawiać czoło przeciwnościom losu, zwłaszcza że wędrowaliśmy przez wrogie kraje z ich dziwnymi prawami. Ale król? Jeden potężny Król Cyganów, który sprawowałby władzę nad milionami wędrujących Romów, rozproszonych po wszystkich zakątkach Ziemi? Taki ktoś nigdy nie istniał…
Znów pogwizdywałem swoją piosenkę, którą tak bardzo lubiła moja matka: „Cztery kąty i okna ze szkła”…
– Bardzo ładna melodia – Perhan przerwał na chwilę swoją opowieść. – Nie nudzę pana? – A gdy zaprzeczyłem ruchem głowy, kontynuował:
– Byliśmy wtedy biednymi ludźmi. Śmieciami Ziemi, brudnymi, niechlujnymi włóczęgami, którym nikt nie ufał, a ponieważ gaje obawiali się nas, zawsze nas zaczepiali, przyglądali się nam uważnie i zadawali mnóstwo głupich pytań. To był ich sposób, aby dopasować nas jakoś do schematów swego nudnego życia. Kiedy przybywaliśmy w nowe miejsce, musieliśmy się starać o pozwolenia na osiedlenie się, jakieś dokumenty potwierdzające obywatelstwo i inne bzdurne papiery. Nie mieliśmy szacunku dla tych wszystkich żądań, bo niby dlaczego miałoby nas obowiązywać prawo gaje, skoro mieliśmy swoje, dużo lepsze? Ale jednak Ziemia stanowiła ich terytorium, ich było wielu, a my nieliczni, oni byli bogaci, a my biedni, oni mieli władzę, a my nie mieliśmy nic. Zatem musieliśmy grać w te ich głupie gry. Mówiliśmy im po prostu to, co chcieli usłyszeć. Był to najprostszy i najbardziej skuteczny sposób radzenia sobie z tymi ich Zbigniew Masternak wszystkimi kretynizmami. A gdy jeden z naszych taborów przybywał do ich miasta, chcieli przede wszystkim wiedzieć, czy jest wśród nas jakiś przywódca, który mógłby nas kontrolować i powstrzymać przed szerzeniem chaosu w mieście.
„Kto tu rządzi?” – pytali. „Nasz król, oczywiście” – odpowiadaliśmy – albo książę, hrabia, markiz, w zależności, jaki tytuł najbardziej im pasował. „To ten mężczyzna” – wskazywaliśmy człowieka, który wcale nie był rzeczywistym wodzem szczepu. Prawdziwy wódz trzymał się raczej z tyłu, aby gaje nie mogli go wziąć jako zakładnika albo zaszkodzić mu w inny sposób. Wysyłaliśmy kogoś, kto wyglądał na króla – wysokiego, barczystego Roma z błyszczącymi oczami i długimi wąsami, który mógł być nikim w szczepie, ale za to dobrze wypadał, rozkazując donośnym głosem i grając rolę bardzo ważnego człowieka. On właśnie mówił gaje wszystko, co chcieli usłyszeć. „Tak, jesteśmy praworządnymi chrześcijanami i nie będziemy wam sprawiać żadnych kłopotów. Zostaniemy tutaj tylko na chwilę, naprawimy wasze garnki, naostrzymy wasze noże i odjedziemy w dalszą drogę”.
I tak rozchodziły się wieści, że najlepszy sposób radzenia sobie z Cyganami to porozmawiać z ich królem. Inaczej równie dobrze można porozmawiać z wiatrem, falami i piaskiem na plaży. Oczywiście, wcześniej czy później musiało paść pytanie, czy istnieje Król Królów, władca wszystkich szczepów. Tak, naprawdę mamy wielkiego króla – mówiliśmy im. Dlaczego nie? Skoro sprawiało im to przyjemność, a oni chcieli wierzyć w takie bzdury: że jesteśmy jednym narodem rozproszonym po świecie, że mamy swojego króla, tak jak oni mają swojego, i że jego słowo jest prawem dla naszych szczepów. Bardzo ich podniecały i trwożyły nasze tajemnice. Mieliśmy własne zwyczaje, swój język. Przychodziliśmy i odchodziliśmy nocą. Przepowiadaliśmy przyszłość. Byliśmy kieszonkowcami, kradliśmy kurczaki i jeśli tylko nadarzyła się okazja, porywaliśmy też małe dzieci i wychowywaliśmy je na Cyganów. No i mieliśmy króla, który kierował nami w tej sekretnej wojnie, jaką wiedliśmy przeciw całej cywilizowanej ludzkości. Wierzyli w te wszystkie brednie. Powiedz gajo jakąś głupotę, a on będzie to przerabiał, upiększał, powtarzał, aż stanie się ona dla niego najprawdziwszą z prawd.
Kiedy gdzieś w jakimś miejscu kilka szczepów schodziło się razem na jakieś święto, gaje wyobrażali sobie zaraz, że wybieramy nowego króla. Czy wybieracie nowego władcę? A my robiliśmy bardzo poważne miny – tak, tak, nasz stary król umarł, a my wybieramy najsilniejszego, najmądrzejszego i najlepszego z nas na następcę. Czasami nawet faktycznie przeprowadzaliśmy parodię elekcji, jeśli można było coś na tym zyskać. A potem mówiliśmy gaje: oto nasz nowy król. Nadawaliśmy im dziwne imiona, które w naszym języku brzmiały obraźliwie. Im bardziej sprośne słowa wymyślaliśmy, tym lepsza była zabawa. Znajdowaliśmy jakiegoś przystojnego Roma, zazwyczaj z próżnią zamiast mózgu, nosiliśmy go na rękach jako króla Cyganów, a on uśmiechał się łaskawie. Gaje byli pod wrażeniem – płacili spore pieniądze, żeby być świadkami koronacji, płacili za robienie zdjęć, za przyglądanie się naszym śpiewom i tańcom w tradycyjnych strojach, a my krążyliśmy miedzy nimi i opróżnialiśmy ich kieszenie. Nie dlatego, że byliśmy kryminalistami, ale dlatego, że chcieliśmy ukarać ich za ich głupotę. I gaje odchodzili potem wielce zadowoleni, bo widzieli koronację cygańskiego króla. W końcu jednak przyszedł czas, że naprawdę wybraliśmy króla. To było dziesięć lat temu. To ja nim zostałem. Pod moimi rządami Cyganie wkroczyli w nową epokę.
– Dlaczego zrezygnowałeś? – zapytałem, chłonąc jego słowa.
– Nie wszyscy chcieli realizować mój plan. – Popijał herbatę.
– A jaki to był plan? – dopytywałem się.
– Chciałem, żebyśmy się zajęli organizacją lotów kosmicznych. Stworzyli gwiezdną flotę, która zagwarantowałaby ruch międzyplanetarny. I co ty na to?
– Tylko koni, tylko koni, tylko koni, tylko koni żal – zanuciłem.

Następnego dnia zapuściliśmy się w głąb dzielnicy Clichy-sous-Bois. Cały czas było u nas krucho z kasą – wynieśliśmy się z hostelu, w którym mieszkaliśmy przez parę dni. Słyszałem, że w tej okolicy można było znaleźć jakiś opuszczony lokal i się tutaj zadekować na kilka dni. Od razu uderzyło mnie, że tutejsze bloki mieszkalne znajdują się w żałosnym stanie. Wiele mieszkań było już tak zniszczonych, że je zamurowano. W budynku naprzeciwko widniały rzędy zabitych deskami okien. Wszędzie poniewierały się hałdy śmieci. W pobliżu nie było żadnej apteki, a do sklepów trzeba jechać kilka kilometrów.
Patrzyliśmy, jak barczysty facet w czarnej skórzanej kurtce, kojarzący się z jakimś ukraińskim gangsterem, pomiata młodym Arabem. W pierwszej chwili pomyślałem, że to jakieś bandyckie porachunki.
– Przecież już mnie kontrolowałeś! – oburzył się chłopak. – Sprawdzasz mnie codziennie. Dobrze wiesz, że jestem niewinny. Chcesz mnie sprowokować? Tak? O to ci chodzi? Żeby mieć pretekst do aresztowania? Nie dam ci w mordę, chociaż mam na to ochotę.
Mężczyzna stał się agresywny. Zaczął krzyczeć i wyzywać chłopaka. Popchnął go, groził mu pałką. W końcu rzucił go na ziemię i skuł kajdankami.
– Ten facet to gliniarz… jest z BAC-u… – pociągnąłem Renię za rękę i weszliśmy do jednego ze zrujnowanych bloków. Nie chcieliśmy przyciągnąć uwagi policjanta. Niedawno siedliśmy sobie na trawie w jednym z parków, żeby coś przekąsić i zaraz pojawiła się żandarmeria, żeby nas wylegitymować. Nie wiedziałem, że Francja stała się krajem policyjnym. Nic dziwnego, że na klatce schodowej widniał napis sprayem: „Nienawiść”.
– Z BAC-u? Ale nie z Armenii? – Renia próbowała jak zwykle obrócić całą sprawę w żart, chociaż było widać, że brutalność policji ją zaniepokoiła.
– To brygada antykryminalna – wyjaśniłem. – Wiesz, ubrani po cywilnemu policjanci, którzy rządzą biednymi przedmieściami francuskich miast. Są jak armia okupantów. Przepełnia ich nienawiść do miejscowych. Przechadzają się w pobliżu wejść do dużych bloków i zaczepiają każdego młodego, jakiego zobaczą. Słyszałem o tym od Georgesa, ale nie wierzyłem. Żądają dokumentów, a gdy kontrolowany się przeciwstawi, jest bity i kończy w areszcie. Jakoś nie wspominają o tym media z prorządowego nurtu – powiedziałem do Renaty, gdy obserwowaliśmy z ukrycia, jak młody Arab został wepchnięty do samochodu z zaciemnionymi szybami. Pojazd ruszył z piskiem opon.
W klatce schodowej, w której się skryliśmy, nie było nawet świateł. Winda zdawała się nie działać od lat.
– Zobaczysz, kiedyś tutaj wybuchną zamieszki przeciwko niesprawiedliwości, a zwłaszcza przeciwko brutalności policji.
– I będzie to usprawiedliwiony bunt… – wtrąciła Renia.
Przypomniałem sobie, jak sam miałem kłopoty z policją – z powodu wydania mojej debiutanckiej powieści.
Scena nadaje się do sfilmowania:

– Jutro się pakuję i jadę szukać stancji w Lublinie – mówię do Reni, bo do mnie zadzwoniła. – Tak, tęsknię. Teraz siedzę w domu i piszę.
– Dziś w nocy miałam dziwny sen. Szłam do chatki Żeromskiego. Trafiłam do marketu, w którym mój nauczyciel historii – Skorup – przekonywał, że powinni go zamienić w nową szkołę. Poszłam dalej, przez pola. Po zbożu jechała karetka na sygnale, za nią radiowóz policyjny. Zboże było już dojrzałe. Zaraz za karetką jechała straż pożarna. Gnały w kierunku lasu. Szłam polną drogą. Tymczasem maluchem nadjechał Futrzak. Zabrała mnie do środka. Miała mnie zawieźć pod chatkę Żeromskiego. Drugą ręką malowała plakat, który miał być reklamą nowej szkoły. Na plakacie była przedstawiona uśmiechnięta kropka. „Skup się na drodze, przecież dopiero niedawno dostałaś prawo jazdy! – mówię do Futrzaka. – Daj, ja narysuję ten plakat”. „Nie, muszę sama – zaprotestowała – Skorup mi kazał, bo nie chciałam mu wyrywać włosów z nosa!”. „W takim razie – zatrzymaj się!”. Jedną ręką zatrzymała malucha, a drugą ciągle rysowała. Przeszłam przez jakieś tory w lesie i znalazłam się przy chatce. Składała się z odwróconych tyłem kart. Zastanawiałam się, jak do niej wejść, kiedy nagle zaczęła się palić. Karty sparzyły mi dłoń. I nagle nadjechały karetka pogotowia, straż pożarna i policja. Strażacy gasili pożar, felczer opatrzył mi rękę, a policja przeprowadzała dochodzenie…

Rozłączam się, bo na podwórko przed moim rodzinnym domem położonym u podnóża Gór Świętokrzyskich zajechał radiowóz. Czy to aby nie policjanci ze snu Reni – przyjechali w sprawie dochodzenia? Zbiegam po schodkach i wyglądam przez judasza. Za drzwiami stoi prawdziwy Judasz – mój kolega z licealnej klasy – Kolia. Towarzyszy mu kaptur Pikuś.
– O, jest – cieszy się kaptur Pikuś. Z osiem lat temu był świeżo upieczonym kapturkiem i przyjechał w sprawie spalonego gołębnika mojego ojca. W naszej okolicy nie działo się zbyt wiele, więc na parę lat zlikwidowano posterunek w Baćkowicach. Przywrócono go w zeszłym roku. Widokiem Kolii byłem zaskoczony. Niezła kariera po studiach prawniczych. Został stójkowym. A śmiał się ze mnie, że ja studiów nie skończyłem.
– O co chodzi?
– Narozrabiałeś w „wielkim świecie” – w głosie Kolii pobrzmiewa zawiść. Z pewnością czytał wywiady, których udzieliłem prasie – tam często pisano, że wyrwałem się z świętokrzyskiej wsi w wielki świat. A Kolia? Zamiast mecenasem został wsiowym gliniarzem. To było znacznie poniżej jego chorobliwych ambicji.
– Niby jak narozrabiałem? – denerwuję się. Dotąd żaden sąd nie postawił mi zarzutów w sprawie handlu podróbkami kart telefonicznych. Ale może wytropili coś jeszcze? Mimo że starałem się być uczciwym obywatelem, polskie państwo nie stwarzało mi zbyt wielu możliwości do godziwego życia. To była przyczyna wszystkich moich kombinacji. A ich efekt? Miałem prawie dwadzieścia siedem lat, a dotąd jeszcze nigdzie nie przepracowałem uczciwie jednego tygodnia.
– Chodzi o PKP – Pikuś posapuje z emocji. Na jego świńskiej, porośniętej jasną szczeciną niby zad prosiaka gębie, odmalowuje się uroczyste napięcie. Wielki detektyw Pikuś wpadł na trop gigantycznej afery, której rozwikłanie przyniesie mu awans na jeszcze większego Pikusia.
– Jak to, o PKP? – obawiam się, że dopatrzyli się jakichś nieprawidłowości w wykorzystaniu dwóch opuszczonych stacji kolejowych podczas kręcenia Stacji Mirsk.
– Jeździłeś na gapę! – cedzi z satysfakcją Kolia. Ci detektywi przyjechali, żeby mi zawracać głowę paroma niezapłaconymi biletami kredytowymi? I to ma być ten wielki świat, w którym narozrabiałem? Kto mógł stać za tą sprawą? Jezusek – wójt mojej gminy. Mścił się, że ośmieszyłem go w swojej książce. Z tego powodu nie kandydował do sejmu. A teraz jego kundelki – posterunek policji mieścił się w urzędzie gminy – przybiegły mnie podgryzać.
– A co was to obchodzi?
– Jechałeś trzy razy... – cedzi Pikuś. – Trzeci niezapłacony przejazd traktowany jest jak próba wyłudzenia. Musimy cię przesłuchać w tej sprawie.
– Dajcie mi kwity, to od razu zapłacę i wypier... – nie kończę tego, co chciałbym powiedzieć. Ze stójkowymi lepiej nie zadzierać – wykończyli już niejednego Janka Muzykanta. A potem szczerzyli bezmyślnie kły. – Nie mam czasu…
– A co robisz? – warczy Kolia.
– Piszę książkę...
– I znów będą to takie brednie, jak ostatnim razem? – okazuje się, że starszy kaptur Pikuś w chwilach wolnych od tropienia złodziei drobiu zajmuje się także krytyką literacką.
– Zostawcie wezwanie na jutro, to przyjadę... – sytuacja wydaje mi się coraz bardziej groteskowa. – Zgodnie z prawem możecie do mnie przyjechać, jakbym się nie zjawił na wezwanie. A przecież nie było nakazu stawienia się...
– Przyjeżdżaliśmy do ciebie przez pół roku, ale cię nie było... – mówi Kolia. W jego tępawych oczach widnieje niechęć.
– Teraz musisz z nami jechać... – piknął Pikuś.
Śmieję mu się w twarz.
– Zamkniemy cię na czterdzieści osiem godzin w areszcie... – grozi Kolia. – Za stawianie oporu podczas aresztowania! – pieni się jak wściekły kundel.
– Jakie stawianie oporu? – śmieję się. – Jakiego aresztowania?
– Tak? – zaperza się Kolia. – Walnę głową w ścianę. Zeznamy, że to ty mnie uderzyłeś... I co wtedy będzie? Nas jest dwóch, a ty sam...
To rzeczywiście było możliwe. Nie zamierzałem jednak spuszczać z tonu.
– Nie pojadę, bo... spójrz tam – wskazuję na pranie rozwieszone na sznurze w sadzie. – Wszystko uprałem...
– Jedź w tym, co masz...– upiera się Kolia i wskazuje wzrokiem na piłkarski dres, który mam na sobie. Jest już bardzo poplamiony, poprzecierany i połatany. Nie spaliłem go jeszcze tylko ze względu na sentyment do młodych lat.
– Zadzwonię do dziennikarzy... – Wściekam się i sięgam po komórkę. Ich postępowanie wydaje mi się niezgodne z prawem.
– Nigdzie nie bedzies dzwonił! Jus my cie zaro tak usadzimy, ze ani piśnies! – wyrwa się po wiejsku Pikusiowi, w końcu pochodzi z Nieskórzowa.
– Włożę mokry sweter i spodnie, na waszą odpowiedzialność... – zdejmuję ciuchy ze sznura przed domem i przebieram się. Wszystko jest mokre, bo lato mamy deszczowe. Ubieram się i wsiadam do auta.
– Nie wojuj, bo niczego nie zwojujes! – popikuje Pikuś, a Kolia gna policyjnym rzęchem po wyboistej drodze przez Nieskórzów do Baćkowic. Dobrze, że nie włączył koguta. – Myślis, ze jesteś łod nos lepsy? – Mam w dupie was i całą tę zasraną okolicę... – cedzę.
– To sie stond wyprowadź, dobrze ci radzę! – dobrze mi radzi Pikuś, a Kolia kiwa głową z aprobatą.
– Z pewnością zniknę na jakiś czas. Ale kiedyś wrócę. Bez wątpienia! – siedząc na tylnym siedzeniu, patrzę w lusterko. Spuszczam wzrok, bo mijamy idących pod sklep Suchego i Ajmsorrego. Zaglądają do środka, żeby zobaczyć, kogo dorwali Pikuś i Kolia.

– Tutaj będzie dobrze – powiedziałem, gdy weszliśmy na trzecie piętro po obdrapanych schodach. Upstrzonych wulgarnymi napisami. Po drodze mijaliśmy gromadki Murzynów, którzy byli tak zaskoczeni widokiem w tym miejscu pary młodych Białasów, że nie reagowali.
– Po co my się tutaj pchamy!? – cały czas syczała mi do ucha Renata.
– Zobaczysz, będzie dobrze! – uspokajałem ją, ale cały byłem spięty. Że też taki głupi pomysł przyszedł mi do głowy!
Weszliśmy do lokalu – był pusty. Miał odrapane ściany. Okno było wybite.
– To tutaj – powiedziałem.

– To jak jeździłeś? – pyta Pikuś, gdy siedzę w obskurnym pokoiku, szumnie nazywanym posterunkiem policji. Sam zasiada przy biurku. Wali grubymi paluchami, nawykłymi do roboty w oborze i w polu, w klawisze maszyny.
– Nie wiesz, jak się jedzie pociągiem? – drwię. – Wsiada się do przedziału i się jedzie...
– A dokąd jeździłeś? – pyta podchwytliwie.
– Do matki... – markotnieję. – Przyjeżdżałem do niej na gapę, bo nie miałem pieniędzy, ratowanie jej zdrowia pochłonęło wszystkie moje dochody… – gryzę się w język, bo niby skąd miałem dochody, skoro nigdzie oficjalnie nie pracowałem. Etatu u Tygrysa nie mogłem sobie wpisać do CV.
– A gdzie jest twoja matka? – detektyw Pikuś tropi wielką aferę.
– Na cmentarzu... – odcinam. – Pokazać ci grób?
Milknie. Upisał się ze dwie strony. Myślę o tym, że jednak moje działania przyniosły jakiś efekt. Zostały dostrzeżone przez wójta i całą resztę. Może to banalne i małostkowe, ale ich oceny były dla mnie ciągle ważniejsze od opinii recenzentów najpoczytniejszych gazet.
– Podpisz protokół... – żąda Pikuś.
Podpisawszy, mówię:
– Pamiętaj, ja kiedyś też spiszę swój protokół z tej sprawy...

Przez całą noc Renata nie mogła usnąć. Spaliśmy w śpiworach. Starałem się trzymać wartę. Ale w końcu zmógł mnie sen. Obudziło mnie zdecydowane szarpnięcie.
– Co tutaj robicie? – ktoś świecił mi latarką w twarz.
– Kto pyta? – starłem się dostrzec, z kim mam do czynienia.
– Policja.
Z jednej strony mi ulżyło, że to nie jakiś właściciel lokalu wrócił się upomnieć o swoją własność, z drugiej – to wcale nie była dobra wiadomość. Zastanawiałem się tylko, jak tutaj nas znaleźli? Czyżby te jebane czarnuchy na nas doniosły?
– Obserwujemy was od dłuższego czasu – powiedział jeden z nich – co tutaj robicie?
– Szukaliśmy noclegu…
– Tutaj??? – rozległ się głośny śmiech. – Te czarne małpy zjedzą was żywcem. – Zabieraj swoją śliczną dziewczynę i zmiatajcie stąd!
Wyszliśmy z nimi z budynku.
– To może podrzucicie nas do centrum?
– A co to, uważasz nas za taksówkarzy? – burknął jeden z nich.
Wzruszyłem ramionami – a już myślałem, że zaskoczy mnie pozytywnie i okaże się lepszy od stójkowych z mojej rodzinnej okolicy.


Zbigniew Masternak