To jest wojna - Opowiadanie z cyklu „Brama”

Kiedy usłyszałem, że zabili Sosnę, nie mogłem w to uwierzyć. Zawsze myślałem, że to ja pierwszy zdechnę, a chłopaki z Sosną będą nieśli moją trumnę. Czasami wyobrażałem sobie scenę własnego pogrzebu i mowy, jaką on by wygłosił. Poważne, spuszczone głowy chłopaków, ręce splecione na wysokości pasa, wieńce i charyzmatyczny głos człowieka, który był moim przyjacielem. Gdy o tym myślałem, wiedziałem, że na zawsze pozostanę w sercach ludzi, którzy byli moimi braćmi. Stało się jednak inaczej.

O wszystkim dowiedziałem się od Młodego. Wychodzili z pubu po 23, na parkingu stała beemka, a w niej dwóch asfaltów z Libii. Śmiecie przyjeżdżali tu kilka razy do roku, zajmując się przerzutem dziewczyn na Zachód. Wiedzieli o tym wszyscy, ale syjonistyczna policja nie robiła z tym nic. Do fury podszedł Sosna i stanął przy drzwiach kierowcy. Zaczęło się, kiedy czarnuch otworzył drzwi i próbował wysiąść. Sosna zajebał z mae-geri i kierowca zalał się juchą. Zanim wyciągnął brudasa z beemy, sprzedał mu jeszcze dwa profilaktyczne proste. Czarny zaczął nawijać coś po murzyńsku i drzeć się jak zarzynany bawół, ale wtedy doskoczyli nasi chłopcy. Podeszwy tańczyły po czarnym parkiecie, a śrubki od glanów nasączały się krwią. Po kilku sekundach już tylko rzęził, a Młody powiedział, że to pewnie jakieś zaklęcia wudu. W tym czasie druga małpa wypadła przez drzwi i zaczęła spierdalać.
– Dawaj go! – ryknął Sosna i chłopcy ruszyli za nim, pozostawiając nieprzytomnego Murzaja. Po kałużach zaczął strzelać ciężki odgłos podeszew w pościgu za ginącym za zakrętem brudasem.
– Jest w bramie! – zawołał Oskar, który pierwszy wbiegł za róg. Za nim byli pozostali. Kiedy wpadli do bramy, zobaczyli, jak brudas mocuje się z klamką od drzwi z domofonem, prowadzącymi na klatkę schodową. Jak tylko ich zobaczył, rzucił się do dalszej ucieczki, ale drogi na dziedziniec broniły zamknięte na kłódkę wrota. Wtedy odwrócił się do nich i wyciągnął z kieszeni klamkę. Nasi otoczyli go szczelnym łukiem. Napięcie rozładował Sosna, który uśmiechnął się do opony i powiedział:
– Po co ci ta pukawa, jebana kaszanko? Nie wziąłeś ze sobą może oszczepu?
Chłopaki, trochę uspokojeni, zaczęli się śmiać. Agrafka dopiął flek pod szyję, zbliżył się do bambusa pół metra. Wtedy asfalt w niego wycelował.
– Odłóż to, pierdolony pedale, bo cię tu, kurwo jedna, powiesimy! – rozkazał Sosna, wyłamał się z szeregu chłopaków i zrównał z Agrafką. Położył rękę na jego ramieniu i z uznaniem pokiwał głową. Potem przeniósł wzrok na brudasa, którego drżąca ręka kołysała broń na wysokości szerokiego mostka Sosny. Nasz dowódca ruszył do przodu i wtedy stało się to, czego nikt się nie spodziewał.
Pogrzeb Sosny miał być jutro. Pięciu naszych zostało aresztowanych. Młody był tylko obserwatorem, poza tym miał 16 lat, więc szybko go wypuścili. Tylko w domu od ojca dostał wpierdol, ale nie powiedział o tym ani słowa. Kiedy zdawał mi relację z zajścia, na jego gładko ogolonej głowie zauważyłem ślady uderzeń. Spytałem, czy były problemy na komisariacie, a on zaprzeczył ruchem głowy.
Usiadłem na ławce i popatrzyłem na puste aleje parkowe. Z nieba prószył deszcz, wilgoć docierała pod kołnierz mojej kurtki. Wyciągnąłem z plecaka piwo i położyłem plecy na oparciu ławki. Przed oczami wciąż miałem Sosnę. Na mojej twarzy osiadała wrześniowa wilgoć, przez gardło płynął gorzki posmak chmielu.
– Gdybym tylko z nimi wtedy był – pomyślałem – wszystko wyglądałoby inaczej. Powinienem z nimi być, wtedy i zawsze. Czy to nie oznaczało, że byłem zdrajcą? Wiem przecież dobrze, że od czasów studiów mogłem być z nimi częściej. Zwłaszcza z Sosną. I że cierpiał za każdym razem, kiedy mówiłem, że mam dużo nauki.
Kurwa mać, pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Byłem wtedy gówniarzem o dwa lata starszym od Młodego i w uliczce dopieprzyło się do mnie czterech meneli. Zaczęli najpierw na mnie bluzgać, potem jeden z nich kopnął mnie w plecy. Odwróciłem się i zajebałem mu. Tyle że zostało ich jeszcze trzech. Klapsy spadały ze wszystkich stron, zupełnie nie wiedziałem, co się dzieje. Nagle koło mnie zaczął się jakiś wir, usłyszałem krzyki i na ziemi obok mnie wyłożył się jeden z tych, co mnie tak napierdalali. Usłyszałem oddalające się w panicznej ucieczce kroki. Podniosłem głowę i zobaczyłem nad sobą ogoloną głowę chłopaka w moim wieku. Podał mi rękę i powiedział:
– Sosna jestem. Żyjesz?
I tak to się z nami zaczęło.
Teraz on nie żył, a ja siedziałem samotnie na ławce mojego rodzinnego miasta, w najpiękniejszym państwie na świecie. Upiłem łyk z puszki i podparłem głowę na dłoni. Ponad głową świergotały wróble, które nigdy stąd nie odlecą. Nawet w najostrzejszą z zim, przystrojone w szary mundur piór, ćwierkać będą na oblodzonych soplami gałęziach, niezależnie od tego, jakie tropikalne wygody zaproponują im nad Nilem. Tak bardzo wiele mu zawdzięczałem. Był moim przyjacielem i jednym z niewielu bohaterów naszych czasów – jedynym, jakiego znałem.
Nasza przyjaźń nie narodziła się w ławce szkolnej, nie chodziliśmy razem na basen, nie jeździliśmy na wspólne wycieczki rowerowe. Łączył nas jeden duch i jedna wiara – wiara w lepsze jutro i wiara w Polskę. W to, że kiedyś uda się tu stworzyć kraj w pełni wolny i suwerenny, niezależny od komunistów, syjonistów czy Brukseli. Marzyliśmy o Polsce, w której dzieci będą mogły bezpiecznie chodzić do słowiańskiej szkoły, uczyć się naszej historii bez zakłamania, nie będą faszerowane ani narkotykami, ani propagandą. Mieliśmy nadzieję, że drapieżny żydowski kapitalizm zostanie starty z powierzchni ziemi, a w rządzie zasiadać będą uczciwi Polacy nieskażeni żydowsko-komunistycznymi korzeniami. Chcieliśmy polskiego prezydenta, kierującego się interesami rodaków, a nie rozkazami z Kremla czy innego miejsca na Ziemi. Pragnęliśmy pracy w Polsce dla Polaków, w Polsce wolnej od żebrzących Rumunów i przenoszących AIDS pedałów. Kraju szanującego i pielęgnującego tradycje, wartości miłości i braterstwa.
Przymknąłem oczy i dokończyłem piwo. Wyobraziłem sobie, że jest rok 1939, wrzesień. Siedzę z Sosną w okopie. Pada deszcz. Mgła. Oddechy przykucniętych żołnierzy. Chłodna stal karabinu. Z oddali słychać odgłos zbliżających się czołgów. Na hełmie Sosny orzeł z koroną. Na twarzy koncentracja i szlachetna duma, w oczach powaga. Patrzymy na siebie w milczeniu. Zaraz się zacznie. Muzyka karabinów maszynowych, pierwsze krzyki rannych.
Otworzyłem oczy i uśmiechnąłem się do siebie.
To były czasy... Potrafiliśmy żyć i umierać. Potrafiliśmy walczyć. Było o co. I nikt nie miał wątpliwości, że warto ginąć za wyższe wartości. A teraz nawet Skalski umiera w zapomnieniu i wszyscy mają to w dupie, o ile oczywiście wiedzą, kim w ogóle był.
Wcisnąłem play w walkmanie. Ze słuchawek popłynął dobrze mi znany refren Ekspansji z piosenki Walcz do ostatniej kropli krwi:
„Nie daj się, wciąż przed siebie idź.
Walcz, walcz, do ostatniej kropli krwi.
Pokaż, że i ciebie na coś stać.
Jest na coś stać.”
Zawiązałem mocniej białe sznurówki przy glanach i wstałem z ławki. Wyrzuciłem pustą puszkę po piwie do kosza i wyszedłem z parku. Na dziewiętnastą byłem umówiony z naszymi w Twierdzy Orłów – tak nazywaliśmy miejsce naszych spotkań: piwnicę w zamkniętej dziesięć lat temu fabryce.
Na miejscu byłem kilka minut przed czasem – przeskoczyłem ogrodzenie oddzielające ulicę od placu, na którym niegdyś dumnie dymiła fabryka, a w niej ciężko pracowali robotnicy. Teraz pozostał tylko szary szkielet polskiego przemysłu, efekt polityki złodziei i Żydów. Popatrzyłem przez chwilę w porozwalane okna, w których jeszcze gdzieniegdzie pozostawała zamglona szyba, i przebiegłem przez plac w kierunku zamkniętych na kłódkę metalowych drzwi. Wyciągnąłem klucz i przekręciłem go w zamku, który ustąpił po lekkim chrząknięciu. Zatrzasnąłem drzwi za sobą i po ciemku zszedłem po schodach. Na dole szybko odnalazłem włącznik światła i dwie gołe żarówki oświetliły pomieszczenie – nasz sztab, klub, siłownię, po prostu Twierdzę Orłów.
Przypomniało mi się, jak żeśmy to wszystko zaczęli razem urządzać. Najpierw tylko ja z Sosną, potem szybko dołączyli inni: Kondor, Marek, Buźka i Agrafka, koledzy Sosny z technikum, a w rok po nich Justysia, Karolkuś i Adam. Kiedy do nas przystał Oskar i Młody, wszystko było już gotowe, łącznie z zamykaniem na górze i ugadaną sprawą z dozorcami.
Pierwszą rzeczą, jaką żeśmy tu z Sosną przytargali, była biało-czerwona flaga, na której widniał krzyż celtycki, portret Marszałka i cztery krzesła ode mnie ze strychu. Później doszły kolejne sprzęty: stół, stary magnetofon, regał na książki, worek treningowy, ławeczka, sztanga...
To właśnie tutaj Sosna wprowadzał mnie w całą ideę skinheads. Dawał konkretne lektury, potwierdzające zasadność narodowego ruchu. Słuchaliśmy Legionu i Konkwisty 88, rozmawialiśmy o historii Europy i żydowskiej zgniliźnie pożerającej społeczeństwa, które musiały się przed nią bronić od Torquemady po Hitlera.
Czułem, że dopiero wtedy zaczynam żyć. Świat, dotychczas porozrzucany, zaczął nabierać klarowności, wszystko zaczynało układać się w jedną, spójną całość. Byliśmy kwiatem polskiego rycerstwa, powołanym do wyzwolenia kraju z władzy komunistycznych czerwonych świń, tak jak powołany był Roland do obrony Królestwa. Życie nabrało dla mnie nowego sensu, w którym zapanował ład i porządek.
Tylko że teraz nie było już z nami naszego przywódcy.
Rzuciłem plecak pod ścianę, zawiesiłem kurtkę na oparciu krzesła. Podszedłem do worka treningowego i zacząłem w niego tłuc. Lewa, lewa, raz, dwa, trzy i prawy sierpowy. Kiedy już mocno się zgrzałem, wyciągnąłem z plecaka drugiego browca. Był mocno spieniony, ale czego nie robi odpowiednie przygotowanie. Od razu po jego otwarciu przyłożyłem usta do chłodnego aluminiowego otworu.
To prawda. Nie zawsze wszystko ze mną i z Sosną układało się tak, jak powinno. Po technikum zacząłem studiować historię, wtedy też nasza więź zaczęła się powoli rozluźniać. Poznałem nowych ludzi i do Twierdzy Orłów przychodziłem rzadziej. Poza tym to właśnie wtedy Sosna zwerbował Karolkusia, jego dziewczynę Justynę i brata Justyny – Adama. Karolkuś nie miał pojęcia o idei skinheads, był za to kibolem i uwielbiał się napierdalać. Justysia go kochała, więc przychodziła także, a za nimi Adam. Nie lubiłem ich, nie potrafiłem szanować. Gdyby ktoś zapytał ich, kiedy były rozbiory Polski, nie umieliby na to pytanie odpowiedzieć. W Twierdzy zawsze jednak coś się działo i było gdzie usiąść. Dlatego tu byli. Kiedyś więc wziąłem Sosnę na bok i powiedziałem:
– Po chuj nam ci idioci? Przecież oni nie są tacy jak my. Karolkuś to zwykły dresiarz, a nie rasowy wojownik. Sosna, co ty odpierdalasz? A Justyna? Kurwa, przecież ona nie ma o niczym pojęcia. Sosna popatrzył na mnie uważnie i powiedział z naciskiem:
– Potrzebujemy szeregowych żołnierzy, nawet takich, którzy nie do końca rozumieją sens naszych działań.
– To zajebiście, Sosna, dobrałeś sobie naprawdę zgraną drużynę. Jak długo z tobą będą?
– Dłużej niż ty, Darek – odpowiedział i odwrócił się do mnie plecami.
Wyszedłem.
Później było jeszcze gorzej. Miałem sesję egzaminacyjną, zacząłem wychodzić z ludźmi z grupy na piwo. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, o polityce, o Polsce. I znowu wszystko zaczęło być wieloznaczne. Różne ujęcia tematu, rozmaite stanowiska. Byłem wściekły na siebie i na Sosnę, na cały zasrany świat. I na Żydów. Chodziłem jak zbity pies, nie wiedząc, co się wokół mnie dzieje, a w moim wnętrzu wciąż rosło uczucie pustki. Spotkania z chłopakami stały się rzadkością, w ogóle mało wychodziłem z domu, czasami tylko na trening krav magi, żeby się wyżyć. Trwało to blisko rok.
Wszystko zmieniło się ponad dwa tygodnie temu, na urodzinach Sosny. Kupiłem mu na Allegro rzecz, o której marzył: niemiecki bagnet z 1939 roku. Impreza była, rzecz jasna, w Twierdzy Orłów, przyszli wszyscy. Lało się trochę wódki, siłowaliśmy się na rękę. Przez większą część wieczoru milczałem, a Sosna podziękował mi tylko za prezent i nie odzywał się do mnie także. Kiedy wszyscy zaczynali się zbierać, Sosna powiedział, że odprowadzi mnie do domu.
Szliśmy ciemnymi uliczkami po brudnych dzielnicach miasta, na dworze uderzało duszne powietrze sierpnia. Maszerowaliśmy krok w krok, ale żaden z nas się nie odezwał. Co jakiś czas Sosna rzucił mi tylko przelotne spojrzenie, a ja patrzyłem przed siebie. Kiedy zbliżaliśmy się do mojego bloku, Sosna zaproponował to, na co czekałem od dawna:
– Chodź, weźmiemy jeszcze po jednym piwie i staniemy za rogiem.
– Jasne.
Browary kupiliśmy w całodobowym monopolu i poszliśmy usiąść na schody przed remontowanym kinem. Otworzyłem piwo i oparłem się o poręcz, a Sosna usiadł na najwyższym schodku.
– Zaczynamy cię nudzić, co? – spytał Sosna, chociaż obaj wiedzieliśmy, że to nieprawda.
– Wyrosłeś z tego? Dałeś się przekonać kilku książkom Żydków, że nie ma czegoś takiego jak wspólny syjonistyczny interes? Uśpiła cię propaganda, co? Nasłuchałeś się głosu tych, którzy w nic nie wierzą. Przyjąłeś ich słowa za prawdziwe i teraz wydaję ci się śmieszny – kontynuował. Czułem się jak na przesłuchaniu.
– Darek, co się z tobą dzieje? Mieliśmy walczyć, wytrwać, a ty odpierdalasz dezercję. Nie lubisz Karolkusia, bo jest debilem? Ja też go nie lubię. Ale jest nam potrzebny, kiedy nadejdzie czas przewrotu, czas puczu. I wtedy potrzebna będzie siła, bo ze słabym nikt się nigdy nie liczył.
– Sosna, jakiego puczu? Jakbyś nie zauważył, to mamy demokrację – powiedziałem nieswoim głosem. To, co mówiłem, to nie były moje poglądy. Nie wiem, jakie one miałyby być. Wszystko wirowało mi w głowie, więc po prostu mówiłem coś, w co wierzyłem, coś, w co nie wierzyłem. – Co chcesz zmienić? Polskę? Ale jak? Napierdalając Wietnamczyków, bo otworzyli budkę z żarciem? Chcesz zrobić rewolucję dla obywateli wbrew tym obywatelom? Uszczęśliwiać ich na siłę? Czy nie myślisz, że to oni powinni decydować, kto ma nimi rządzić?
– Kurwa, ale naród jest głupi. Potrzebuje przebudzenia i silnego przywódcy.
– A może to narodowi dasz prawo do decydowania o tym.
Wtedy Sosna postanowił dać mi lekcję. Taką, którą zapamiętam do końca życia.
– Chodź za mną – powiedział i błyskawicznie wstał. – Pokażę ci, jaki jest ten twój demokratyczny naród.
– A ty jesteś inny?
– Obaj jesteśmy.
– Nie wydaje mi się.
– No to się przekonasz.
Sosna szedł pewnym, twardym krokiem w stronę rockowego pubu, a ja byłem tuż za nim. Często nazywaliśmy to miejsce wylęgarnią szmaciarzy albo pedalskim klubem. Było już naprawdę późno, ale na zewnątrz na murku siedziały cztery osoby, trzech chłopaków i jedna dziewczyna. Sosna podszedł do nich i strzelił dwa razy czerwonymi szelkami. Rozmowy na murku ucichły. Tamci ubrani byli w sposób, który nazwaliby indywidualnym, a ja po prostu subkulturowo-gównianym. Zgniłozielone bluzy i koszulki, plecaki z naszywkami metalowych i punkowych kapel, porozdzierane spodnie, symbole konopii indyjskiej i pacyfki. Byli mniej więcej w naszym wieku i wyglądali na mocno zdenerwowanych. Sosna imponował posturą, a w jego oczach paliły się niebezpieczne ogniki.
– Co jest, cioty? – zapytał spokojnie. – Jak mija wieczorek?
– W porządku – odpowiedział jeden z nich, chłopak z poskręcanymi w dredy włosami.
– A jakbym tak ci pierdolnął, to też byłoby w porządku? – zapytał Sosna. – Co na to powiesz, cwelu?
Wszyscy milczeli, czekając na dalszy rozwój wypadków, w powietrzu wisiało wysokie napięcie.
– OK, piździuszki – mówił dalej Sosna – jeśli któryś z was stanie ze mną na solo, stoczymy dwie rundki i już nas nie ma, jeśli nie, wpierdol dostaniecie wszyscy. A zacznę od tej szmaty – powiedział i wskazał palcem na przestraszoną dziewczynę.
– A umiesz coś poza tym, że się bijesz? – spytała twardo. – Tylko w tym jesteś taki dobry?
Sosna roześmiał się szczerze i głośno, a ja już wiedziałem, o co mu chodzi.
– No co jest, dziewczynki, panienka musi was bronić? – zapytał Sosna, ignorując jej słowa. – To dziewczyna któregoś z was?
– Tak, moja – odpowiedział cicho chudy chłopak o cienkim głosie.
– No, to chyba ty ze mną staniesz, co? Nie staniesz w obronie swojej pizdy?
– Weź się uspokój – rzucił ten w dredach i wstał z murku.
Sosna wyprowadził krótkiego strzała na wysokości szczęki dredziarza i ten spłynął momentalnie.
– Nie było pozwolenia, by wstać – odrzekł spokojnie. – A teraz porozmawiamy poważnie – dodał i wyciągnął zza pleców otrzymany ode mnie bagnet.
Bluzgał ich konkretnie i długo. Powiedział, co myśli o ich rodzinach do trzeciego pokolenia wstecz, określił większością obraźliwych słów, jakie znałem. Jebał ich coraz bardziej, a w nich była coraz większa rezygnacja. Kazał im zedrzeć naszywki i podeptać, a potem jednemu z nich odlać się na nie. Ten zrobił to, kiedy do szyi Sosna przystawił mu bagnet. Mógł zrobić z nimi dosłownie wszystko, ale wiedział, że przecież już wiem, że rozumiem.
– Dobra, wypierdalać – rzucił do nich na koniec. – Szybciej, bo się rozmyślę.
Kiedy znikali za kamienicą, Sosna ukucnął i złożył razem otwarte dłonie.
– Jeszcze godzinę temu ich rockowi idole byli dla nich bogami. Pierdolili o wolnej miłości i mieli przekonania, że to, w co wierzą, jest ważne. I wykłócaliby się z tobą, że nie masz racji, jeśli myślisz inaczej. Paliliby przy tym papierosy, mówili o swoich poglądach i o tym, że to jest dla nich najważniejsze. Ten chudy wypierdoleniec co jakiś czas pocałowałby tę swoją lalę, a ona byłaby przekonana, że on zrobi dla niej wszystko. A mnie wystarczyło piętnaście minut, żeby pokazać, że jej miodzio chłopiec kocha ją tylko w komforcie oparów haszu, że dredziarz nie ma przyjaciół i nawet jakbym ożenił go z bagnetem, oni by nawet nie drgnęli. Darek – kontynuował – czy myślisz, że oni byli w szoku? Że się jutro, za tydzień, za rok otrząsną i przyjdą mi dojebać? Nie, oni o tym zapomną albo sobie to jakoś inaczej wytłumaczą.
Sosna pokiwał głową i wstał.
– Idź już do domu – rozkazał – i weź go ze sobą – dorzucił, podając mi rękojeścią bagnet SS. – Dasz mi go, kiedy znowu będziesz gotowy.
Chwyciłem broń, wsunąłem za prawy but i przykryłem go nogawką bojówek. Popatrzyłem jeszcze na Sosnę i odszedłem. W gardle ściskał mnie żal, pod oczami gromadziły się łzy. Tak wyglądała ostatnia rozmowa z moim przyjacielem.

Na schodach za sobą usłyszałem kroki. Odwróciłem się i zobaczyłem schodzących po nich chłopaków. Marek podniósł dłoń do czoła w salucie, a Młody wystrzelił w powietrze prawą rękę. Podrzuciłem dłoń w geście powitania. Byli wyraźnie przybici. Marek wszedł do sali ze spuszczoną głową, Młody włożył ręce do kieszeni.
– Gdzie państwo młodzi? – spytałem ironicznie.
Marek wzruszył ramionami. Pewnie za chwilę będą, powiadomiłem ich.
– Dobra – powiedziałem – zaczynamy bez nich, jest punkt dziewiętnasta.
Marek wyciągnął flaszkę ze swojego marynarskiego worka, Młody wyjął drugą z bocznej kieszeni spodni. Trzecią wyciągnąłem ja. Odkręciliśmy butelki i stuknęliśmy się nimi ponad głowami.
– Chwała i cześć poległym wojownikom – rzekł Marek.
– Ku chwale ojczyzny – dodał Młody.
– Nie zapomnimy o tobie nigdy, Sosna – powiedziałem od siebie.
Wypiliśmy po siarczystym łyku.
– Co robimy? – spytał Młody.
– Jutro idziemy na pogrzeb – odpowiedziałem wymijająco. – Zamówiłem wieniec.
– Ale co dalej? – ponowił Młody, któremu łamał się głos.
– A co ma być dalej, kurwa? – odezwał się Marek. – Przecież Sosna nie żyje. Ja tak nie chcę skończyć. Dość bawienia się w partyzantkę. Pieprzę to. Gdybym z nimi wtedy był, pewnie też bym siedział za pobicie, tak jak Agrafka, Oskar, Kondor... Albo to ja bym zginął.
Nigdy nie uderzyłem żadnego z chłopaków. Nigdy wcześniej. I nigdy później.
Stał do mnie bokiem. Wystrzeliłem z dyni, rozcinając mu łuk brwiowy, potem wszedłem z łokciem. Marek zamachnął się niezdarnie, ale byłem szybszy, jak zawsze szybszy jest człowiek, który jest do samego końca przekonany o słuszności tego, co robi. Uderzyłem go w splot słoneczny, poprawiłem na lewą nerkę. Potem weszły nogi. Najpierw kopałem na wysokości kolan, a kiedy jedno z nich trzasnęło jak pęknięta zapałka, uderzenia poszły na korpus. Kiedy Marek chwiał się zwinięty wpół, dopadł go Młody. Zaprawił go hakiem od dołu na maskę, a ja pizgnąłem jeszcze raz kolanem. Wreszcie Marek się wyjebał i zaczął zasłaniać rękami twarz, wijąc się przy tym jak żydowska glista.
– Dosyć! – wydarłem się. – Dosyć – powtórzyłem ciszej. – Już dosyć...
Młody odsunął się od naszego wspólnego byłego towarzysza.
– Dwie flaszki się zbiły – powiedział, wskazując na ciemne plamy na ziemi w towarzystwie porozbijanego szkła. – Ale ja swoją uratowałem – sprostował i z udawanym uśmiechem podał mi wódkę. Pociągnąłem kilka głębszych i oddałem butelkę Młodemu.

Moje skronie pulsowały ogniem, w oczach paliła się nienawiść. W uszach bębnił ciężki jęk rannego towarzysza. Koło mnie, przy oknie, kucał Sosna w mundurze polskiej piechoty. Był rok 1939. Wystawiłem lufę karabinu maszynowego przez okno i zacząłem ostrzał krótką serią. Sosna wsuwał pociski do magazynka swojego pistoletu. Za nami stała radiostacja, z której ostatni rozkaz przed jej zniszczeniem brzmiał: utrzymać stanowisko.

– Darek, oni nie przyjdą? – zapytał Młody, patrząc w stronę schodów.
– Zapuszkowali Adama, więc Justyna będzie miała o to pretensję do nas, a Karolkuś... Tacy jak on zawsze poddają się pierwsi.
– Ale ty... Ty nie, prawda, Darek? Teraz ty się wszystkim zajmiesz? Sosna by tak chciał. Na pewno. Ja zresztą też. A chłopaki wyjdą i będzie jak zawsze. Tylko bez Sosny. Ale jego pożegnamy i będzie w porządku, nie? Darek? Darek?
– Nie będzie w porządku – odpowiedziałem z bólem. – Nigdy nie będzie w porządku.
– Ale... No co ty? Chcesz tę sprawę tak zostawić, tak żeby śmierć Sosny poszła na nic? Przecież sam wykurwiłeś temu zdrajcy. Chcesz to tak zostawić? Darek?
– To nie ma znaczenia, Młody, czego ja bym teraz chciał – powiedziałem i zamyśliłem się.
Jutro w sosnowej trumnie spocznie mój przyjaciel, a wraz z nim część naszej historii, mojej i jego. Ale póki będę żył, on będzie żył także.
Gdzieś tam, za ogrodzeniem naszej fabryki, w najpiękniejszym państwie na świecie, czarnym BMW wciąż jeździ jakichś dwóch pierdolonych czarnuchów.
– Darek... – naciskał zdezorientowany, zdenerwowany Młody.
– Chcesz wiedzieć, czy to tak zostawimy? Powiem ci, Młody. Są jeszcze na świecie ćpuny, kłamliwi Żydzi i jebani Libijczycy, handlujący polskimi dziewczynami. A to oznacza jedno, Młody, tylko jedno. To oznacza, że to jest wojna – powiedziałem i wyciągnąłem z buta bagnet Sosny, do którego noszenia byłem wreszcie gotowy.

Przemysław Grzesiński