Winne sprawy (fragment)

Urodziłam się w samo Winobranie. Było ono zresztą jedynym akcentem, który pozostał z winnej tradycji po komunistycznej czystce w naszym – nomen est omen – winnym grodzie. Mama mówiła mi, że wieczorem słychać było jakieś mocno zaciągane śpiewy pod oknami dawnej porodówki na rogu alei Niepodległości, kiedy ona wyciskała mnie na ten najlepszy ze światów. Nie były to śpiewy mojego ojca, bo on śpiewał czystej wody tenorem.
W tych czasach, kiedy zakłady organizowały swoim pracownikom życie również poza godzinami pracy, znalazło się coś odpowiedniego i dla śpiewającego taty: chór przyzakładowy. Ale śpiewać w chórze wolno było tacie tylko do momentu mojego przyjścia na świat. Potem śpiewał już wyłącznie dla mnie. Ja zaś wprawdzie nie weszłam ze śpiewem na ustach w nowe życie, ale za to zaraz po udanym klapsie zakwiliłam – zgodnie z wypowiedziami świadków – jednoznacznym sopranem. Winobranie niezmiennie powracało corocznym pochodem winobraniowym, który różnił się od pierwszomajowego kolorami i postaciami, choć twarze czasem mi się myliły.
Ponieważ kultura picia wina nie była w tych czasach w Polsce kulturą panującą, wino nie interesowało również i mnie w żadnym gatunku i z żadnych owoców, choć dobrze znałam zapach wina z czarnej porzeczki, którego produkcję w ilościach przeznaczonych do użytku wyłącznie prywatnego ojciec doprowadził do perfekcji. Dopiero kiedy w ramach zerowej praktyki studenckiej wylądowałam w Lubuskiej Wytwórni Win (oczywiście owocowych), coś, jakby pierwsze przeczucie, zaczęło przedzierać się do mojego całkowicie trzeźwego mózgu. Do dziś dziękuję losowi, że oszczędził mi wejścia w życie dorosłe na owocowo-winnym kacu. Pierwszy kontakt z tym specyficznym trunkiem zakończył się bowiem jego dość wstrzemięźliwą celebracją w piwnicy wytwórni jednym kieliszkiem „Liścia Laurowego”. Kto po przeczytaniu tego zdania wzruszy się i dyskretnie otrze łzę z oka, powinien mieć świadomość, że nie będzie w tym odosobniony. Całe pokolenia nie tylko zielonogórzan sprawdzały moc naszego trunku, nie pytając nigdy o rocznik, pochył i wystawienie stoku czy jakość gleby. Wystarczyło, że było już zimne, gdyż jak wiemy, w butelki rozlewane było ono świeże, jeszcze ciepłe. Już same opary wina powodowały lekki zawrót głowy, a co dopiero ich płynne źródło?!
A było tyle gatunków do wypróbowania! Jabłkowe, porzeczkowe, jagodowe czy truskawkowe, a nawet wspomniany wermut. Trochę jednak chyba żal tych win, prawda? Nasze wina owocowe były prawdziwymi unikatami – nikt na świecie ich nie znał. A u nas każdy przedstawiciel klasy robotniczej i mas pracujących mógł sobie nawet na nie pozwolić. Nie wszystkie jednak, jak na przykład wermut „Bachus” cieszyły się specjalnymi względami, bo taki pan Bolek, czyli miejscowy „kwach” (czytaj: fachowiec od płynów alkoholowych wszelkiego rodzaju i przeznaczenia), tych „perfumów” pić nie chciał. – No tak, inne perfumy owszem, ale te inne miały więcej wolt, o czym wiedziało każde dziecko.
Praca w Wytwórni nie należała do bezpiecznych. Łatwo można było nadwyrężyć staw ramieniowy przekładając butelki – pełne! – z taśmy do skrzyń, ogłuchnąć pracując przy myjni butelek, przeziębić się nadzorując rozładunek ciężarówek, przywożących opróżnione już butelki do zakładu, albo zostać nałogowym wąchaczem własnych... kaloszy. Kontrola jakości wina na końcowym etapie produkcji polegała na wypatrywaniu w napełnionych butelkach zanieczyszczeń, które przeoczone, mogły zdecydowanie obniżyć jakość szlachetnego trunku. Ponieważ pas produkcyjny tworzył w miejscu kontroli pionową pętlę, wino wędrowało przez niecałą minutę korkiem w dół ponad kolanami i kaloszami, czyli obuwiem ochronnym kontrolera. Chwila nieuwagi i już wylewające się z butelki niewystarczająco zamkniętej estetycznym i praktycznym plastikowym korkiem ciepłe wino trafiało do kaloszy. W ten sposób można było wprawdzie przemycić trochę trunku do domu, ale – szczerze mówiąc – po co?
Nazwy zielonogórskich win wzbogaciły nasz język codzienny. Niech przykładem będzie tu piękna, kaligraficznie pociągnięta nazwa krajowego wina, której do dzisiaj zawdzięczamy określenie „wina patykiem pisanego”. A ileż piękna w swej prostocie miał swojski „Kwiat jabłoni”? Egzotyczne, obcojęzyczne nazwy zapraszały do pogłębiania wiedzy geograficznej. „Monte Verde” przypominało po włosku, że jesteśmy w Zielonej Górze, „Barkarola” wywoływało pytanie, jakiego Karola i czy go trzeba znać, ale chyba tak, skoro ma bar. A tymczasem było to wino białe owocowe słodkie – o, bardzo proszę. Dopiero potem wiedziona ciekawością, czy słowo to ma może jeszcze jakieś inne, może egzotyczne znaczenie, dowiedziałam się, że barcarola to taniec hiszpański, a dokładnie majorkański.
Gdyby zasięg oddziaływania rynkowego naszych średnioprocentowych produktów wyszedł poza granice kraju, naklejki tych owocowych wyrobów mogłyby spokojnie konkurować z reklamą zagranicznych wyrobów alkoholowych prostotą, wyborem motywu, lekką, ale dla nas całkowicie zrozumiałą aluzją, zanim zachodnia reklama stępiła krajowy instynkt estetyczny w latach dziewięćdziesiątych. Aż trudno dziś pogodzić się z faktem, że reklamą tak bardzo kiedyś gardziliśmy, podejrzewając, iż za nią krył się zawsze trefny towar. Towar dobry oczywiście mógł, a nawet musiał obronić się sam. Z dzisiejszej perspektywy stwierdzam, że nie były i nie są to bezpodstawne podejrzenia.
Dziś zapadła w ruderę siedziba dawnej Wytwórni czeka z godnością i stoickim spokojem na kompletny rozpad, bo rozbierać jej najwyraźniej nikomu się dotychczas nie chciało. Teraz po wpisaniu jej do rejestru zabytków, zmarnieje na pewno. A budynek pamięta przecież jeszcze czasy niemieckie. Wręcz trudno uwierzyć, że się ostał. Chyba tylko pegeerowska nadprodukcja jabłek uratowała go po powojennej zawierusze. A potem jakoś to szło.

* * *

Pewnego dnia na wieczorze poświęconym polskiej literaturze w samym środku pięknego akwizgrańskiego muzeum zagadnął mnie starszy pan. Po kilku zdaniach nie wytrzymał i zapytał mnie, skąd pochodzę.
– Z Zielonej Góry, aus Grünberg. Ja, nicht aus Hirschberg. To jest Jelenia Góra.
Polska fonetyka stanowi dla Niemców jedną z większych przeszkód, zniechęcających ich już na początku do nauki naszego języka. Wielu dźwięków nie są w stanie usłyszeć, nie mówiąc o ich wymowie. Dlatego z uporem maniaka powtarzałam Grünberg in Niederschlesien, gdyż tak brzmiała pełna nazwa miasta przed wojną, choć powiązania z Dolnym Śląskiem miasto miało przejściowe.
Starszy pan chyba jednak nie słuchał zbyt uważnie, gdyż pokiwał głową i dodał:
– Aha, Riesengebirge, Sudety.
Już chciałam mu skoczyć do gardła. Mój lokalny patriotyzm choć dodaje mi siły, niestety czasem zabiera rozum. Nie wiedziałam, jak dotrzeć do jegomościa o siwych włosach i może nietęgim słuchu. W końcu udało mi się znaleźć cechą rozpoznawczą miasta:
– W Zielonej Górze uprawiano za czasów niemieckich winogrona. Wino! – dodałam głośniej, sicher ist sicher.
Twarz starszego pana rozjaśniła się:
– Ach ja, tak, Grünberger Wein, zielonogórskie wino – i roześmiał się ucieszony, że znaleźliśmy wspólny mianownik. – Trochę kwaśne – dodał.
Ja też się uśmiechnęłam – i dodałam:
– Kwaśne, bo kwaśne, ale piliście je wtedy do upadłego. A ponadto miało być dobre na upały.
Pan Klaus Rossberg pamiętał, czego my nie pamiętamy, a najwyżej znamy z zapisów w źródłach historycznych. Tak, znał nasze wina. Jakie nasze? – przeszło mi przez myśl. Nasze to one na pewno nie były. Po chwili dołączył do nas kolejny starszy pan dzierżący dwa kieliszki białego mozelskiego.
– Och, proszę wybaczyć, ale dla pani nie wziąłem, nie wiedziałem. Niech pani weźmie mój, zaraz przyniosę jeszcze jeden.
– Nie, dziękuję – powstrzymałam go przed zbędną wędrówką wśród gości spotkania. Nie znoszę mozela. I wszystko mi jedno, czy ktoś jest z niego dumny, czy nie. Mozelskie wina, szczególnie te podawane na podobnych imprezach, są niestety nieprzedniego gatunku i smakują tak, jakby tę odrobinę słodyczy ktoś w nich zostawił z miłosierdzia. Jest to bowiem słodycz zdradliwa – pewnie nie znosi miłosierdzia – gdyż po chwili w ustach zamienia sią w ocet. Aż zęby mnie zaswędziały na wspomnienie pierwszych prób konsumpcyjnych. Owszem, są na pewno i dobre wina mozelskie, ale nie chciałam sobie niszczyć wątroby w poszukiwaniu odpowiedniego gatunku i rocznika, i szybko przerzuciłam się na włoskie.
Z tacy przechodzącej obok nas kelnerki chwyciłam kieliszek wody mineralnej, rocznik bieżący:
– Pozostanę przy wodzie, muszę wrócić do domu samochodem.
Panowie pokiwali ze zrozumieniem głowami.
– Posłuchaj Frank, ta pani jest z Zielonej Góry. To chyba gdzieś niedaleko twojego domu?
Nastawiłam ucha. Może teraz właśnie zaczyna się prawdziwa historia?
– Co pani powie? To pani jest z Grünberg? A ja proszę sobie wyobrazić – też. A właściwie z okolicy. Mhm, jak się nazywa Rothenburg...?
– Ten od tych Rothenburgów? – Klaus chce się upewnić, a ja świecę oczami. Jakich Rothenburgów? Nie śmiem zapytać, sprawdzę potem w internecie.
Tymczasem szukamy odpowiednika polskiego.
– No tam, niedaleko, jak się jedzie do Zillichau – męczy swoją pamięć starszy pan.
– Do Sulechowa? – pomagam.
– Ha, Czerwieńsk – rozpromienia się Frank. – Tak, tak go Polacy nazywali. Mieszkaliśmy koło lasu, już prawie w lesie. Ale jak w czterdziestym czwartym front się zbliżał, to rodzice zabrali nas i cały dobytek i uciekliśmy za Odrę. Do Frankfurtu.
Przysiadłam. Znam mnóstwo takich historii. I nie chce mi się znowu słuchać kolejnej, więc delikatnie przesuwam temat rozmowy, wskazując głową na kieliszek z winem.
– Ale co z tymi winami? Znał je pan? No, bo chyba nie pił ich pan w tym wieku?
Obaj roześmiali się. Mieli wtedy po naście lat, nie za wiele, bo nawet pod sam koniec wojny na front ich nie zabrali.
– A co tam. Podpijało sią trochę, jak ojca nie było, a mama była w ogrodzie. W końcu nie byliśmy dziećmi – jakby na wspomnienie tych przeżyć Frank wypiął pierś, co Klaus skwitował mrugnięciem oka. Ale może był to tylko tik.
– Jakie wina piło się w tamtych czasach? Reńskie? Zielonogórskie?
Frank zachichotał:
– No nie. Reńskie były na specjalne okazje, a zielonogórskie, że tak powiem, na co dzień. Albo jak goście przyjechali i trzeba im było zaprezentować lokalne specjały.
– Smakowało?
– A gdzież tam! Kwaśne było. Najkwaśniejsze w całych Niemczech, ale latem dobre na upał. Chociaż nie wszystkie. Były też i dobre. Ale te były droższe. Albo musujące. Jak lemoniada! Lecker, smaczne! – Słodkie?! – nieznacznie mnie rzuciło.
– Ależ skąd? Wytrawne – żachnął się – ale z bąbelkami, takie lubiliśmy. Te można było wykradać w kuchni wtedy, jak goście byli. Ojciec kupował je u Gremplera, w mieście.
Grempler, no tak. Jasne, każdy znał Gremplera. Chyba przesiedzę całą noc w internecie, żeby się doinformować. Frank jakimś sobie znanym sposobem zauważył po wyrazie twarzy moją lukę w wykształceniu i dodał, jakby na pomoc:
– Bo wie pani, to u niego wyprodukowali pierwsze wino musujące w Niemczech. Jeszcze w połowie dziewiętnastego wieku. Ojciec opowiadał mi to z dumą, jak już mieszkaliśmy w Niemczech Zachodnich. Nie mógł uwierzyć, że już tam nie wrócimy. Mama też nie. A lubiła to nasze wino.
Smutno mi się robiło, że nic nie wiem o winach zielonogórskich, z których ponoć pół Niemiec śmiać się miało. Bo kwaśne, jak mówią, również rozśmiesza.

* * *

Po przyjeździe do Zielonej Góry od razu pomaszerowałam na ulicę Moniuszki. Coś tam chyba jeszcze musi stać w miejscu Winiarni z tamtych czasów? Jasne. Rudery są, nawet okazałe. Teraz świecą w blasku zachodzącego słońca, ale nijak nie chcą być malownicze.
Przysiadam na ławeczce wśród topoli. Wracam w moją przeszłość tak krótko związaną z tym miejscem i powoli zapominam, co się wokół mnie dzieje. Nagle słyszę jakieś chrobotanie, ciche trzaski łamanych gałązek. To pewnie Grempler wstał z grobu i chodzi wśród ruin. Chodzi, dziwi się i nie może zrozumieć, kto i dlaczego tak okrutnie sią na nim zemścił. Na nim i na całym winiarstwie w jego Grünbergu. A ja dziwię się, że też sama mam wspomnienia z tym miejscem. I z winami, choć zdecydowanie innymi niż te od Gremplera.
Robi się ciemno. Stopniowo stapiam się z otoczeniem i zapominam się w nim. Znów słyszę jakieś hałasy. Słychać parsknięcia koni, chrzęst uprzęży. To podjeżdża kilku konnych. Za nimi masa starych i młodych, na wozach i pieszo. Wozy terkoczą głośno, ich koła zrobione z drewna łoskoczą niemiłosiernie, otłukując kamienie. Ludzie mówią jakimś dziwnym językiem. Niederdeutsch czy niderlandzki. Niby niemiecki, ale jakiś inny. Są odziani w stare, długie do ziemi szaty. Dlaczego tak wyglądają? Czy to film? O czym? O średniowiecznych osadnikach wysłanych przez cesarza Fryderyka Rudobrodego na Wschód – projekt Drang nach Osten?
Cały ten trek zatrzymuje się o kilka kroków przede mną. Słyszę płacz dzieci i cichy śpiew matek, które próbują je uspokoić, a z dala dochodzą pokrzykiwania prowadzących wozy. Ktoś kogoś przywołuje. – Wir bleiben hier – słyszę. – Tu zostajemy.
Jakiś mężczyzna czule trzyma niewielki tłumoczek w ramionach. Dziecko, myślę. I do tego malutkie. Ale dlaczego takie ciche? Śpi? Mężczyzna kładzie je ostrożnie na ziemi i na chwilę odchodzi. Jak on tak może? Nieludzki! Zaciekawiona wyciągam szyję i zaglądam w tłumoczek. Leżą w nim jakieś gałązki. Tyle czułości dla kilku gałązek?
– Gerda, pass auf die Weinreben auf!
– Ja, Johen, is jut. – Gerda uważa, oczywiście. To ich cały majątek. Kilka sadzonek winnej latorośli. Przygarnęła je do siebie z taką samą czułością jak wcześniej Johen. W jej oczach maluje się niepewność, strach przed nowym, nieznanym. Teraz tutaj zbudują swoje nowe życie. Jakie będzie? A może znowu będą musieli gdzieś wyruszyć, bo zabraknie dla wszystkich chleba?
Nagle słychać krzyk:
– Dieb, Dieb! Meine Weinreben! – Inny mężczyzna woła o pomoc, kilku towarzyszy podróży rusza z nim w pogoń za złodziejem, który pokusił się o kilka małych roślinek. Przestępstwo gospodarcze na miarę czasów. Ich głosy oddalają się.
– He, widziałaś go? – słyszę blisko siebie nieprzyjemny głos starego mężczyzny, który chyba nie stroni od alkoholu.
– Kogo? – wybita ze snu na jawie automatycznie otwieram oczy i spoglądam w górę. Chcę wstać. Siedzę na ławce pod drzewami. Naprzeciw mnie ruiny Winiarni, a przede mną stary, lekko wstawiony obywatel. Patrzy na mnie i najwyraźniej czeka na odpowiedź. Wydaje mi się znajomy. Ale skąd ja mogę znać takiego faceta?
– Co się tak gapisz? – Facet ma rację. Porządna panienka nie patrzy na panów. Nie wiadomo, jak to zinterpretują. Powoli przechodzi mu wstępne napięcie, spięty wyraz twarzy łagodnieje.
– Napijesz się? – dorzuca pokojowo. Chyba mu brakuje towarzysza do kieliszka, względnie butelki.
– Dziękuję za ofertę, ale może innym razem.
– Jasne, każdy tak mówi. Kiedyś to piliście. Wszyscy! – Wskazał głową na ruiny Winiarni. – Nie mogli się doczekać nowej partii „Patyka”. – Machnął ręką i odbił butelkę.
Spojrzałam w stronę Winiarni. Jakiś błysk, jakby promień światła przebił się przez moją niepamięć. Czy to może pan Rysiu? Ten sam grymas niezadowolenia. Znam go. Przecież on pracował na eksporcie. Tam gdzie były lepsze wina. Wina deserowe, które naprawdę smakowały. Powoli wstaję. Chyba jednak sobie pójdę.
– Do widzenia! – mówię na odchodne.
Zawsze należy się ładnie pożegnać. Nigdy bowiem nie wiemy, kiedy i jakich warunkach spotka się kogoś ponownie. Odchodzę, ale odwracam się raz jeszcze, jakbym chciała się upewnić, że nie stoi tam Johen z sadzonką winnej latorośli w ręce. Kiwam głową i dziwię się samej sobie. Co za historia? I to nawet bez oparów wina owocowego!
Renata A. Thiele