Na krańcach mapy, czyli kłopot z tożsamością* / An den Rändern der Landkarte oder der Kummer der Identität*

Przede wszystkim musimy przyjąć, że tożsamość jest zjawiskiem definiowanym i definiującym. Tożsamość określają ci, którzy przyjmują ją jako swoją lub obcą, natomiast tak pojęta tożsamość definiuje jednocześnie wypowiadających się o niej. Dlatego też obiektywizacja wspomnianego zjawiska jest niezmiernie trudna, właściwie niemożliwa do przeprowadzenia. Wygląda to trochę tak, jak w przypadku tożsamości osobistej – musimy uzyskać jej świadomość, a zatem musi się stać elementem naszej scalającej się jaźni. Krótko mówiąc – nie istniejemy bez tożsamości. Czy sprawdza się to też w odniesieniu do problemów makro?
Najpierw trzeba określić zakres zjawiska. Okazuje się bowiem, że pojęcie tożsamości będzie zmieniać swój zakres w zależności od skali – począwszy od tożsamości jednostkowej, poprzez rodzinną, okoliczną, regionalną, aż po makroregionalną czy, w dalszej kolejności, narodową. Gdyby tak spojrzeć na tożsamość lubuską, zrodzi się kilka, ciekawych jak sądzę, konstatacji.
Lubuskość rodziła się długo i w bólach. W roku 1945 było tu województwo poznańskie i wrocławskie. I wielu przyjezdnych, z których, wedle różnych szacunków, około 45% to byli przybysze ze wschodnich, utraconych w wyniku II wojny światowej, ziem II Rzeczypospolitej. Ci ludzie nie zostali przesiedleni – tym ludziom zabrano wszystko, nie tylko materialnie, ale przede wszystkim psychicznie – stracili zewnętrzne wyznaczniki tożsamości – ziemię, cmentarze, rodzinne przekazy, a nawet specyficzną mowę, kształtowaną w tyglu międzykulturowych kontaktów – zachowali tylko wspomnienia. Zamiast o przesiedleniu lepiej mówić o wypędzeniu, a jeszcze lepiej o zbrodni przeciwko ludzkości. Przyjechali nie na Ziemię Lubuską, lecz na tereny, które jeszcze miesiące temu były niemieckie, a Niemcy określali je jako Nową Marchię i Śląsk Północny. Przybysze nie mieli pojęcia, że gdzieś tu jest Ziemia Lubuska, cóż dopiero lubuskość. Inni, około 20%, przyjechali z pogranicznej Wielkopolski. Dla nich też była to wyprawa w nieznane, aczkolwiek już nie tak bardzo. Poznaniacy kojarzyli tereny nadodrzańskie, oczywiście jako część Niemiec. Kiedy tu przybyli, wiedzieli, że nie są na swoim, ale chociaż kultura, przede wszystkim materialna, nie była im obca. O Lubuszu też raczej nie mieli pojęcia. W roku 1950 zaordynowano na tych terenach województwo zielonogórskie, co wiązało się z błyskawicznym awansem Zielonej Góry z cichego i małego, choć urokliwego miasteczka gdzieś na krańcach Dolnego Śląska, do ośrodka wojewódzkiego. Gorzów miał mniej szczęścia, paradoksalnie, gdyż przed wojną był miastem niemal dwukrotnie większym od Zielonej Góry, a więc wartym obrony, a co za tym idzie – i wielkich zniszczeń. Dość powiedzieć, że stolicą nowego województwa zostało miasto, które nigdy w skład historycznej Ziemi Lubuskiej nie wchodziło. Tak dotrwaliśmy do reformy roku 1975, kiedy to zielonogórskie podzielono na gorzowskie i… zielonogórskie właśnie. Z perspektywy czasu wypadnie stwierdzić, że była to dla regionu dobra decyzja, pozwoliła bowiem bez skrępowania rozwijać się północy. Tyle tylko, że i nowa stolica – Gorzów Wielkopolski – z historyczną Ziemią Lubuską też nie miał nic wspólnego. I wreszcie stan dzisiejszy – od 1999 roku. Województwo lubuskie. To nie pomyłka – lubuskie. Pytanie tylko, dlaczego? Czy dlatego, że taka była wola polityków, by jakoś pogodzić ambicje dwóch największych miast w regionie, czy też może inaczej – nazwa pojawiła się dlatego, że wykształciła się taka tożsamość? Rzecz warta jest zbadania.

Teraz spojrzenie z innej strony. Jeśli weźmiemy do ręki mapę Polski, stwierdzimy, że Ziemia Lubuska leży gdzieś tam, mniej więcej, w pobliżu – ale dokładnie to nie wiadomo. Może zresztą jest to Jelenia Góra, a może lubelskie? Polska miała i ma ogromne kłopoty z definicją tych terenów, a także ludzi tu żyjących. Proszę wybaczyć osobiste wspomnienie, ale jest ono symptomatyczne. Otóż w roku 1977 w Turnieju Miast (był wtedy taki program telewizyjny) wystąpił Żagań i inna miejscowość, nie pomnę już która. Jako młody chłopak biegałem pomiędzy wozami transmisyjnymi i namiotami rozłożonymi na dziedzińcu Pałacu Talleyrandów. Największe wrażenie wywarł na mnie piosenkarz (dość znany, lecz proszę wybaczyć, dziś już nie pamiętam jego nazwiska), który o Żaganiu, i o całym regionie, śpiewał: „Jest miasteczko ponad rzeczką / sympatyczne dość miasteczko / dalej preria, a za prerią / Mary End / To jest, tak, nie zgadlibyście / Dziki Zachód, oczywiście!”. Zabawne, wtedy śmiali się wszyscy. Najgorzej jednak, że takie widzenie na wiele dziesiątków lat zamazało właściwe proporcje i ogląd sytuacji w Polsce, sytuując nas na owym mitycznym, i z definicji barbarzyńskim, zachodzie. Władze w Warszawie uznawały za stosowne forsować dość ryzykowną tezę o „piastowskości” tych ziem, stawiając co i rusz pomniki tysiąclecia, ale z wypełnianiem założeń treścią miały już niejakie kłopoty. No dobrze, Mieszko I czy Bolesław Chrobry, może jeszcze niektórzy śląscy Piastowie (na czele z „niedobrym” Bolesławem Rogatką, co to przegrał na rzecz podstępnych Niemców Ziemię Lubuską, tym razem tę prawdziwą), ale co zrobić z prawie 600 latami obecności tu Niemców (i Czechów). Tego nie dawało się przeskoczyć i dlatego dzieci, które tu uczyły się historii regionu, musiały odnosić się do Mieszka I, a to przecież było tak dawno… Co innego bowiem taki pałac w Łańcucie, a co innego pola pod Cedynią. Tu historia na wyciągnięcie ręki, a tam historia bardzo „wyciągana”, do wierzenia, a nie do sprawdzenia. Dlatego też przez około 50 powojennych lat wykształcił się dość niebezpieczny, choć wyraźnie narzucany „patriotyzm lubuski”, polegający na pomijaniu większej części historii regionu i konstruowaniu wersji „to ziemie genetycznie piastowskie, a dziś budujemy ich polską tożsamość”. Na szczęście takie widzenie odchodzi już w przeszłość, przynajmniej na naszym terenie. Teraz bardziej zrozumiały staje się stosunek „reszty” Polski do terenów nad Odrą i Wartą. Stosunek, mam wrażenie, taki sam dziś, jak przed 50 laty. Musimy sobie bowiem uświadomić, że Ziemia Lubuska, pojęta jako sztucznie skonstruowany region, od początku skazana była na ogromne problemy. To prawda, tak zwanych Ziem Odzyskanych było sporo, ale zauważmy: Warmia i Mazury, Śląsk Opolski, Dolny Śląsk, a także Pomorze Zachodnie – to krainy historyczne. Nawet jeśli zmieniły właścicieli, nawet jeśli utraciły dawną tożsamość, to budowanie nowej jest znacznie ułatwione, jak to pięknie pokazał na przykład Andrzej Zawada w książce Dolny Śląsk – ziemia spotkania. Dlatego ludzie, którzy znaleźli się tam po II wojnie światowej, stają się Ślązakami, Pomorzanami czy Mazurami. Ziemia, a także jej historia, określa w jakiś sposób ich tożsamość. Tymczasem tutaj jest o wiele trudniej, bo nawet ziemia utraciła swą definicyjną wartość. Można powiedzieć, że Ziemia Lubuska to swego rodzaju eksperyment, rzecz rzadko spotykana, a jeszcze rzadziej opisywana. Stworzono sztuczny region, wrzucono weń zebranych zewsząd ludzi i powiedziano: radźcie sobie. Potem, po wywiezieniu co cenniejszych rzeczy oraz cegły na odbudowę stolicy (choć nie odnajdziemy tu aż takiego barbarzyństwa jak w Nysie, która powinna zażądać wielomiliardowych odszkodowań od Warszawy za ukradzioną infrastrukturę), pozostawiono region samemu sobie (przed laty krążył nawet szyderczy dowcip: „Co to jest lubuskie? Lasek, piasek i Lembasek” – choć akurat Jan Lembas był dobrym gospodarzem). Toteż do dziś właściwie Lubuskie pojawia się w ogólnopolskich mediach w zasadzie tylko w kronice policyjnej. No bo cóż tu może być ciekawego?

Gdyby teraz skupić się na mieszkańcach regionu – sprawy okażą się jaśniejsze. Przede wszystkim ważny stanie się przekrój społeczny tych, którzy tworzyli od początku tkankę tutejszych miast i wsi. Owszem, zdarzały się wyjątki, ale w większości byli to ludzie niezbyt dobrze wykształceni i rzadko mający doświadczenie w pracy administracyjnej. Ci bardziej wykształceni wsysani byli przez większe ośrodki, nie tylko władzy i administracji, ale też nauki i kultury. Czy ktokolwiek, mając do wyboru osiedlenie się we Wrocławiu, jechał dalej do Zielonej Góry, choć podróż pociągiem trwała wtedy dużo krócej niż dziś, bo poniemieckie torowiska były dobrze utrzymane? Albo całe wsie, przenoszone w leśne ostępy lubuskiego – nawet gdyby nie chcieli, ludzie ci musieli skupić się na bieżących potrzebach, a nie na wykształceniu. W miastach i miasteczkach było podobnie, a przedwojenny technik elektryk osprzętu lotniczego od razu zostawał szefem rejonu energetycznego, bo wiedział, jaki kabel połączyć z jakim (ten przykład też podaję z autopsji). Owszem, pozostało nieco autochtonów, ale oni byli, brutalnie niekiedy, wypierani i zmuszani do emigracji do Niemiec. I jeszcze jedno – edukacja i wiara. Pamiętajmy, że polski system szkolny i polskie struktury kościelne tworzyły się prawie że na pustyni. Szkolnictwa polskiego przed II wojną tu w zasadzie nie było, Kościół istniał, tyle że przede wszystkim protestancki. Dla ludzi zasiedlających region było to wyzwanie nie lada – brak kadry, pomocy szkolnych, podręczników, wątłe i nieustabilizowane struktury kościelne. W tej sytuacji przyjmowano wszystko, co narzucała rządząca partia – i uznawano jako swoje. Przecież innych odwołań do tradycji nie było, bo jeśli nawet w przestrzeni prywatnej kultywowano dawne zwyczaje, to w przestrzeni publicznej nie było na nie miejsca. Nie bez znaczenia było też stworzenie z regionu „niezatapialnego lotniskowca” Układu Warszawskiego – w końcu w lubuskich lasach, miastach i miasteczkach było najwięcej w Polsce garnizonów wojska, nie tylko polskiego. Pogardliwa, choć niesprawiedliwa nazwa „Czerwonej Góry” nie wzięła się z niczego.

Z tym wszystkim musieliśmy sobie dać radę. Odbudować infrastrukturę, stworzyć instytucje, określić drogi rozwoju. A tu jeszcze chcecie wykształcenia jakiejś „lubuskości”! Pokolenie, by dojrzało, potrzebuje około 25 lat. Jeśli ktoś urodził się tu w roku 1945, dojrzałość osiągnął w roku 1970. Wtedy przyszło na świat pokolenie drugie, które w dorosłość wkroczyło w okolicach roku 1995. Jedno pokolenie, i do tego jeszcze obciążone genetycznie wspomnieniami domowymi, miało stworzyć lubuską tożsamość? Wolne żarty. Dopiero dorasta pokolenie trzecie, za kilka lat zacznie kształtować tkankę regionu. Rozliczać mieszkańców tych ziem można za jakieś dwadzieścia lat, nie wcześniej. Dlatego tutaj tożsamość nie jest stanem – jest procesem. Jak sądzę, powinno to być eldorado dla socjologów – obserwacja kształtującego się społeczeństwa. Zielonogórscy badacze, a także politolodzy, historycy i, od niedawna, literaturoznawcy pilnie obserwują wspomniane procesy i starają się je opisać. Zresztą nie sami, Europa z uwagą przygląda się tożsamościowym zjawiskom, w przeróżnych miejscach prowadząc intensywne poszukiwania. Dziwnym trafem najczęściej zjawiają się u nas, argumentując to właśnie fascynującymi procesami formacyjnymi. By nie być gołosłownym – na Wydziale Humanistycznym naszego uniwersytetu właśnie realizowany jest program europejski tożsamości miejsc – pod kierunkiem uniwersytetu w Caen pracujemy my oraz nasi przyjaciele z Helsinek, Porto, Gyoer i Moskwy. To chyba najwłaściwsza droga.

Jest więc lubuska tożsamość czy jej nie ma? Gdyby przyjrzeć się poszczególnym elementom składającym tożsamość, okaże się, że odpowiedź nie może być jednoznaczna. Z pewnością mamy jakiś konstrukt teoretyczny, jakieś domysły lubuskości. Nie odważyłbym się jednak powiedzieć wprost, że mamy hipotezę lubuskości. Trudno byłoby ją zweryfikować, albowiem czas, jaki upłynął od jej ufundowania, okazuje się zbyt krótki. Dokładnie dziesięć lat temu pisałem na łamach „Pro Libris”: „Tożsamość kulturowa Ziemi Lubuskiej wciąż się tworzy. Ten proces potrwa jeszcze długo, być może stulecia. Nie łudźmy się więc, że mamy coś takiego, jak kulturę regionalną. Dopiero możemy ją mieć. Wszystko będzie zależeć od naszych dzisiejszych poczynań”. Myślę sobie, że niczego w tej wypowiedzi zmieniać nie trzeba, a dzisiejsze inicjatywy kulturalne, nie dotyczą jakiejś „kultury lubuskiej” – ale są elementem budowania, wieloletniego budowania tożsamości miejsca – rozpoznania będą więc siłą rzeczy indywidualne i naznaczone tożsamością odziedziczoną.

Mam tylko nadzieję, ale nie jest ona już tak bezwarunkowa jak kiedyś, że nasze późne wnuki jednak na Ziemi Lubuskiej będą kształtować swe losy. Chociaż – może to będzie Śląsk Północny?

* Referat wygłoszony podczas konferencji „Miejsce i tożsamość” (Zielona Góra, 15-16 listopada 2011).


Sławomir Kufel

 

Als Erstes muss man davon ausgehen, dass die Identität ein definiertes und ein definierendes Phänomen ist. Die Identität wird von denen definiert, die sie als eigen oder fremd wahrnehmen, und gleichzeitig werden diejenigen, die sich zu der Identität äußern, von ihr selbst definiert. Deswegen ist eine Objektivierung dieses Phänomens äußerst schwierig, um nicht zu sagen: unmöglich. Es ist etwa so, wie bei der persönlichen Identität – man muss sich ihrer bewusst werden, sie muss also zu einem Bestandteil unseres sich vereinigenden Ichs werden. Kurzum – ohne Identität gibt es uns nicht. Stimmt das auch in Bezug auf die Makro-Probleme?

 

Lassen Sie uns zuerst den Umfang des Phänomens erkennen. Denn es stellt sich heraus, der Begriff der Identität verändert seinen Umfang je nach der Skala, um die es sich handelt – von der Identität des Einzelnen, über die Familie, die Gegend, die Region bis zur Heimat und weiter – zur Nation. Schaut man von diesem Blickpunkt auf die Lebuser Identität, dann kommen einige interessante, wie ich glaube, Schlussfolgerungen auf.

 

Die Lebuser Identität hatte eine lange und schmerzvolle Geburt. Im Jahre 1945 war das Land unter die Woiwoschaften Wrocław und Poznań geteilt. Und unter viele Ankömmlinge, von denen, je nach Schätzungen, ca. 45% aus dem Osten kamen, aus den von Polen infolge des 2. Weltkrieges verlorenen Gebieten. Diese Menschen wurden nicht umgesiedelt – sie wurden beraubt, nicht nur ihres materiellen Erbes, sonder vor allem des psychischen – sie haben die äußeren Faktoren ihrer Identität verloren: den Boden, die Friedhöfe, die Familiengeschichten und sogar ihre einzigartige Sprache, die sich im multikulturellen Schmelztiegel gebildet hat; ihnen blieben nur ihre Erinnerungen. So soll hier nicht so sehr von einer Umsiedlung die Rede sein, sondern über Vertreibung, ja über ein Verbrechen gegen die Menschlichkeit. Sie kamen nicht zum Lebuser Land, sondern auf Gebiete, die noch vor Monaten deutsch waren, und von den Deutschen als Neumark und Nordschlesien bezeichnet. Die Ankömmlinge hatten keine Ahnung, dass das hier das Lebuser Land sei, geschweige denn, was eine Lebuser Identität sein solle. Andere, ca. 20 %, kamen aus dem grenznahen Großpolen. Auch für sie war das eine Reise ins Unbekannte, wenn auch nicht in einem solchen Ausmaß. Die Einwohner von Posen hatten eine Ahnung vom Oderraum, natürlich als einem Teil Deutschlands. Als sie hierher kamen, war ihnen die Kultur, vor allem deren materielle Aspekte, nicht unbekannt; nichtsdestoweniger wurden sie, nicht „zu Hause” zu sein. Auch von Lebus wussten sie kaum etwas. Im Jahre 1950 wurde auf diesen Gebieten die Bildung der Woiwodschaft Zielona Góra beordert, woraufhin die ruhige und kleine, wenn auch gemütliche Stadt irgendwo am Rande Niederschlesiens zum Zentrum einer Region aufwuchs. Da hatte Gorzów – Landsberg – weniger Glück, denn es war vor dem Krieg eine Stadt von doppelt so großen Ausmaßen wie Zielona Góra, schien also einer Verteidigung – und damit der Verwüstungen – wert zu sein. Kurzum, damit wurde zur Hauptstadt der neuen Woiwodschaft ein Ort, der niemals Teil des historischen Lebuser Landes war. So blieb es bis 1975, als die Woiwodschaft Zielona Góra in zwei andere – Gorzów und... Zielona Góra geteilt wurde. Rückblickend muss man feststellen, dies war für die Region eine gute Entscheidung, denn so konnte sich deren nördlicher Teil ohne Hindernise entwickeln. Schlimm war nur, dass auch die neue Hauptstadt – Gorzów Wielkopolski – mit dem historischen Lebuser Land nichts zu tun hatte. Und so kommen wir zu den heutigen Zeiten – zum Jahr 1999. Woiwoschaft Lebus. Nein, es ist kein Irrtum: Lebus. Die Frage ist nur: warum? War das einfach nur der Wille der Politiker, die den Ehrgeiz der zwei größten Städte in der Region unter einen Hut bringen wollten, oder kam es anders – die Bezeichnung kam auf, weil sich eine neue Identität entwickelt hat? Es verlohnt die Mühe, sich dessen näher anzunehmen.

Wechseln wir nun die Perspektive. Schaut man auf die Landkarte Polens, so sieht man, dass das Lebuser Land irgendwo, dort, in der Nähe liegt, aber wo genau – das bleibt ungewiss. Übrigens, ist das nicht dieses Jelenia Góra oder die Woiwoschaft Lublin? Polen tat sich, und tut sich immer noch, schwer damit, diese Gebiete zu definieren und die hier lebenden Menschen zu bezeichnen. Verzeihen Sie mir an dieser Stelle eine persönliche Erinnerung, sie ist aber symptomatisch. Denn im Jahre 1977 nahm Żagań an der damaligen Fernsehshow „Städteturnier” statt, samt einem anderen Ort, an den ich mich nicht mehr erinnern kann. Als junger Bursche lief ich zwischen den Übertragungswagen und den Zelten auf dem Hof des Wallensteinschen Schlosses. Den größten Eindruck machte auf mich ein Sänger (ziemlich bekannt, aber, verzeihen Sie mir, heute weiß ich nicht mehr, wer genau es war), der über Żagań und die gesamte Region folgende Worte sang: „Es steht am Ufer eines Flusses eine kleine Stadt, eine sympathische Stadt, danach kommt die Prärie, Mary End / Es ist, ja, das hättet ihr nicht erraten, der Wilde Westen, na klar!”. Lustig oder? Damals haben wir alle gelacht. Schlimmer war aber, dass eine solche Sichtweise die Verhältnisse für Jahrzehnte und die Sicht der Lage in Polen verwischt hatte, indem wir in diesen mythischen, erklärtermaßen barbarischen Westen verschob. Die Funktionäre in Polen glaubten, die etwas riskante These über den „Piasten- -Ursprung” dieser Ländereien verbreiten zu müssen, sie stellten hier und da ein Denkmal der „Tausend Jahre polnischer Geschichte” dieser Gebiete auf, hatten aber so manche Probleme, dieses Programm mit Inhalten zu füllen. Na gut, da gab es zwar Mieszko I. oder Bolesław den Tapferen, es dürften vielleicht noch einige schlesische Piasten genannt werden (mit dem „bösen” Bolesław II., der das Lebuser Land, diesmal das richtige, an die heimtückischen Deutschen verloren hatte), aber was soll man mit den beinahe 600 Jahren der deutschen (und tschechischen) Anwesenheit machen? Das konnte nicht beiseite gelassen werden und so mussten sich die Kinder in dieser Region an Mieszko I. beziehen, und das war doch so lange her... Der Palast in Łańcut ist doch etwas ganz Anderes, als die Felder bei Cedynia. Die eine Geschichte scheint auf der Hand zu liegen, die andere eher an den Haaren herbeigezogen zu sein, zum Glauben, nicht zum kritischen Überprüfen. Daher gestaltete sich in den ca. 50 Nachkriegsjahren eine etwas gefährliche, wenn auch eindeutig aufgezwungene „Lebuser Heimatliebe”, bestehend darin, dass man den Großteil der Regionalgeschichte beiseite gelassen hatte und die Version konstruiert „genetisch gehörten diese Gebiete zu den Piasten, heute bauen wir ihnen eine polnische Identität auf”. Glücklicherweise gerät heute diese Denkweise in Vergessenheit, wenigstens auf unseren Gebieten. Umso verständlicher wird das Verhältnis des „übrigen” Polen zum Oder- und Wartheraum. Ein Verhältnis, das sich, wie ich glaube, seit 50 Jahren nicht geändert hat. Man muss sich nämlich vor Augen führen, dass das Lebuser Land, diese künstlich gestaltete Region, von Anfang an großen Schwierigkeiten ausgesetzt war. Es stimmt schon, er gab viele sog. „wiedergewonnene Gebiete”, es bleibt aber zu bemerken: bei Ermland und Masuren, bei Oppelner Land, Niederschlesien oder Westpommern handelt es sich um historische Regionen. Auch wenn sich der Eigentümer geändert hat, auch wenn die Ländereien ihre alte Identität verloren haben, so war der Aufbau einer neuen Identität, wie dies Andrzej Zawada in seinem Buch Dolny Śląsk – ziemia spotkania wundervoll aufgezeigt hat, viel einfacher. So konnten auch Menschen, die sich dort nach dem Zweiten Weltkrieg angesiedelt haben, sich als Schlesier, Pommern oder Masuren bezeichnen. Das Land, seine Geschichte, bestimmt ihre Identität auf eine ihr eigene Art und Weise. Hier ist es viel schwieriger, denn auch der Boden hat seine definierende Rolle verloren. Man kann sagen, das Lebuser Land ist eine Art Experiment, ein selten anzutreffendes und noch seltener beschriebenes Phänomen. Man hat eine künstliche Region geschaffen, Menschen von allerlei Gebieten hereingebracht und gesagt: Findet euch zurecht. Anschließen wurde die Region, nachdem man die wertvollsten Gegenstände und Ziegelsteine für den Wiederaufbau von Warschau ausgeführt hatte (auch wenn man hier auf solche Barbarei, wie etwa in Nysa, nicht gestoßen hat; der letztere Ort soll von Warschau Entschädigungen in Milliardenhöhe für die dort gestohlene Infrastruktur verlangen), sich selbst überlassen, dem Volksmund nach konnte man hier bloß Wälder, Sand und billiges Brot antreffen. So wird die Lebuser Woiwodschaft in den polenweiten Medien eigentlich bis heute nur in den Kriminalchroniken erwähnt. Denn was soll es hier schon interessantes geben?

 

Würde man sich allerdings auf die Einwohner der Region konzentrieren – so klärt sich Vieles auf. Denn vor allem wird die soziale Herkunft derjenigen wichtig, die die Grundlagen der neuen Gesellschaften in den hiesigen Dörfern und Städten bildeten. Man kann natürlich von Ausnahmen nicht absehen, aber doch handelte es sich meistens um Menschen ohne Ausbildung und selten mit Erfahrung bei der Verwaltungsarbeit. Die besser Ausgebildeten wurden von den Verwaltungszentren angesaugt, nicht nur von den Behörden, sondern auch von den wissenschaftlichen oder kulturellen Einrichtungen. Würde denn jemand, der genauso gut in Wrocław leben konnte, weiter fahren, nach Zielona Góra, auch wenn die Reise damals kürzer dauerte als heute, weil die deutschen Gleise noch im guten Zustand waren? Oder man nehme ganze Dörfer, die in die Mitte der Lebuser Wälder umgesiedelt wurden: Auch wenn sie wollten, hatten sie keine Zeit für die Ausbildung, sie mussten sich auf die laufenden Angelegenheiten konzertieren. In den kleineren und größeren Städten ging es ähnlich zu, ein Elektriker mit mittlerer Ausbildung, Spezialist für Flugzeugzubehör aus der Vorkriegszeit, konnte sofort zum Chef der Region des Stromlieferanten werden, nur weil er wusste, welches Kabel zu welchem am besten passen würde (auch ein Beispiel aus meiner Erfahrung). Naja, so mancher Deutscher war hier zwar geblieben, sie wurden aber, manchmal mit brutaler Gewalt, verdrängt und zur Ausreise nach Deutschland gezwungen. Und noch etwas: die Ausbildung und der Glaube. Wir dürfen nicht vergessen, sowohl die schulischen wie auch die kirchlichen Strukturen mussten hier von nicht auf errichtet werden. Ein polnisches Bildungswesen hat es hier eigentlich nie gegeben, eine Kirche war da, aber vor allem evangelisch. Für die hierher ansiedelnden Menschen war das eine klare Herausforderung – kein Personal, keine Lehrhilfen oder Schulbücher und unstabile kirchliche Strukturen. So wurde alles, was von der regierenden Partei aufgezwungen, gern angenommen und als positiv bewertet. Es gab ja keine anderen Traditionen: Auch wenn man die alten Sitten im Privatkreis weiter pflegte, so hatten sie keinen Platz im öffentlichen Leben. Auch die Umwandlung der Region in einen „unsinkbaren Flugzeugträger” des Warschauer Paktes darf nicht unerwähnt bleiben – es stationierten in den Lebuser Wäldern, Städten und Dörfern besonders viele Soldaten – und das nicht nur polnische. Die so verächtliche, wie ungerechte Bezeichnung „Rotberg” kam doch nicht von ungefähr.

 

Mit alledem mussten wir fertig werden. Die Infrastruktur wieder aufbauen, die Institutionen gründen, die Entwicklungsrichtungen bestimmen. Und da will man plötzlich, dass noch eine „Lebuser Identität” entsteht! Eine Generation braucht etwa 25 Jahre, um reif zu werden. Wer 1945 geboren wurde, konnte sich erst um das Jahr 1970 als Erwachsener sehen. Dann kam die zweite Generation auf die Welt, die die Reifheit erst um 1995 erlangte. Sollte also eine einzige Generation, dazu noch genetisch mit den Erinnerungen an die alte Heimat belastet, eine Lebuser Identität entwickeln? Da ist der Scherz zu weit getrieben. Erst mit dem Heranwachsen der dritten Generation beginnt ein Gewebe der Region zu entstehen. Abrechnen mit den Einwohnern dieser Gebiete darf man in wenigstens 20 Jahren, vielleicht nicht später. Denn hier ist die Identität kein Zustand, sondern ein Prozess. Meiner Meinung nach – ein wahres Eldorado für die Sozialwissenschaftler: Die Beobachtung einer sich gestaltenden Gesellschaft. Die Grünberger Forscher, aber auch Politologen, Historiker und, seit kurzem, auch Literaturwissenschaftler, haben sich diese Prozesse unter die Lupe genommen und versuchen, sie zu beschreiben. Nicht nur wir übrigens, das ganze Europa erforscht intensiv die Phänomene der Identität, an unterschiedlichen Orten. Erstaunlicherweise tauchen die Wissenschaftler meistens bei uns auf, so faszinierend seien nach ihnen diese Gründungsprozesse. Es reicht hier nur ein einziges Beispiel zu nennen: an der Geisteswissenschaftlichen Fakultät unserer Universität wird zur Zeit das europäische Programm „Identität der Orte” realisiert: Unter der Leitung der Universität in Caen arbeiten wir mit unseren Freunden aus Helsinki, Porto, Gyoer und Moskau zusammen. Dies scheint der richtige Weg zu sein.

 

Gibt es also eine Lebuser Identität oder doch nicht? Schaut man auf die einzelnen Bestandteile einer Identität, dann kann die Antwort nicht eindeutig sein. Es besteht sicherlich ein theoretisches Konstrukt, eine Vorahnung der Lebuser Identität. Den Mut aufbringen und von einer Hypothese dieser Identität reden, könnte nicht doch nicht. Sie wäre noch nicht verifizierbar, denn es ist noch zu wenig Zeit ins Land gegangen, seitdem sie gegründet wurde. Vor genau zehn Jahren habe ich bei Pro Libris geschrieben: „Die kulturelle Identität des Lebuser Landes ist immer noch im Begriff, sich zu bilden. Dieser Prozess wird noch lange dauern, vielleicht ganze Jahrhunderte. Machen wir uns nichts vor, eine regionale Kultur haben wir nicht. Erst können wir sie haben. Denn alles hängt von unseren heutigen Taten ab.” Ich denke mir, ich brauche diese Worte um keinen Deut zu ändern, und die heutigen kulturellen Initiativen beziehen sich auf keine „Lebuser Kultur” – sie bilden aber die Bausteine einer hiesigen Identität, die noch Jahre braucht; die Erkenntnisse bleiben heute individuell und von der geerbten Identität geprägt.

 

Ich kann nur hoffen, sie ist heute nicht mehr so vorbestimmt, wie früher, dass unsere Kindeskinder ihr Schicksal auf dem Lebuser Land weiterbilden werden. Oder vielleicht – ist das hier eines Tages Nordschlesien?






* Der Beitrag wurde während der Konferenz „Ort und Identität” (Zielona Góra, 15.-16. November 2011) vorgelesen.


Sławomir Kufel