Syberia mojego dzieciństwa / Das Sibirien meiner Kindheit

Urodziłem się na Litwie w kwietniu 1941 roku, w miejscowości Józefowo, na dalekich kresach wschodnich, tuż przy granicy z Łotwą. Wiedliśmy dostatnie życie, ponieważ rodzice byli właścicielami ziemskimi. Moja mama, Janina (ur.w 1923 r.), była wówczas młodą, piękną kobietą.

Ojciec, Konstanty Kowaluk (ur. w 1912 r.), zagorzały przeciwnik Rosjan, związany był z ruchem partyzanckim, walczącym o niepodległość Litwy. Z tego powodu w latach 1943-44, gdy na Litwę ponownie weszli Rosjanie, zmuszony był się ukrywać. Dwa lata później podjął decyzję o ucieczce. Było to już po wojnie, gdy któregoś dnia, całą rodziną (rodzice, ja i mój młodszy brat) jechaliśmy saniami przez las, udając się do miejscowości Jałukszta na Łotwie. Realne niebezpieczeństwo stanowiły wilki, których pełno było na tych terenach. Udało nam się jednak uchronić przed atakiem głodnych zwierząt i dotarliśmy na miejsce cali i zdrowi.

W Jałukszcie, jako 6-letni chłopiec, rozpocząłem naukę szkolną. Tam też urodziła się moja siostra, Julita (1946 r.)

Niestety, ucieczka na Łotwę nie powiodła się. Pamiętam noc, gdy aresztowano mojego ojca. Było to zimą, 1948 r. Obudziło nas głośne pukanie kolbami do drzwi. Ojciec nie spał. Tego wieczoru prześladowały go złe przeczucia i spodziewał się, że zostanie zabrany do niewoli. Żołnierze rosyjscy wtargnęli do domu i rozpoczęli rewizję. Strach, przerażenie, lament, płacz – to przeżycie bardzo mocno utrwaliło się w mojej pamięci. Również i dlatego, że gdy prześladowcy znaleźli drewnianą skrzynkę z moimi zabawkami, byłem pewny, że to drewniana broń, która tam się znajdowała, stała się powodem aresztowania ojca. Miałem wówczas 7 lat, ale to przekonanie, jak potworny wyrzut sumienia, towarzyszyło mi jeszcze przez wiele lat.

Ojciec dostał wyrok śmieci. Potem ułaskawiono go, ale wywieziono do ciężkiego więzienia w Workucie, za kołem polarnym, gdzie pracował w kopalni węgla. Mieliśmy się zobaczyć dopiero za 25 lat.

Po około 3 miesiącach aresztowano także matkę. Ja, mój brat Edmund i siostra Julita, zostaliśmy u babci i dziadka w Julianowie, na Litwie, dokąd wróciliśmy po zabraniu ojca.

Ale i nasz los był przesądzony. W nocy, 17 maja, obudził mnie rosyjski żołnierz, który peGepeszą zrzucił ze mnie kołdrę i krzyknął „Wstawaj riebionok!”. Moja 15-letnia ciocia, siostra mojej mamy, w pośpiechu przygotowała mnie i moje rodzeństwo, zaprzęgła konie i odwiozła na stację kolejową pod eskortą rosyjskich żołnierzy. Na stacji widziałem tłumy płaczących, rozpaczających ludzi. Byli tam także dziadkowie ze strony ojca oraz dwaj bracia cioteczni, którzy już drugi raz mieli zostać wywiezieni na Syberię. W małym okienku wagonu dla zwierząt zobaczyliśmy mamę. Była przerażona i za wszelką cenę chciała, żebyśmy zostali, ale my, stęsknieni, pragnęliśmy być przy niej. Nie miało to jednak znaczenia. Nasze nazwiska znajdowały się na liście wywożonych i nie mogliśmy uniknąć naszego losu.

Wyruszyliśmy w podróż do dalekiego, zimnego kraju pociągiem, w obskurnym, brudnym wagonie. Było ciasno i zimno. Za toaletę służyła dziura w podłodze, przysłonięta prowizoryczną kotarą. Nie mieliśmy praktycznie nic do jedzenia. Czasem dawano coś do picia, sporadycznie jakąś kaszę czy gotowaną kukurydzę, Wszyscy byliśmy głodni i zmarznięci. W górnych partiach Uralu temperatura spadała do –20 stopni C. Pociąg stale się psuł i często na postojach oczekiwaliśmy, co będzie dalej. Jeden z nich przeżyliśmy cudem. Była noc, a mróz był wyjątkowo dokuczliwy. Mama uprosiła pracownicę stacji, żeby pozwoliła nam schronić się w malutkiej stróżówce, sama zaś, by nie zamarznąć, biegała wokół budynku. Gdyby nie zapobiegliwość mamy, to tej nocy wszyscy pewnie umarlibyśmy z zimna.

Po 3 tygodniach przyjechaliśmy do Krasnojarska. Tam załadowano nas na statek Stalin i zawieziono do miejscowości Stiepanowka, 300 km od Krasnojarska. Około 1000 osób ze statku wyrzucono na brzeg rzeki, przy cmentarzu. Tam, pod gołym niebem spędziłem moją pierwszą noc na zesłaniu. Choć był to początek lata, zimno dokuczało okropnie. Po rzece jeszcze płynęła kra. Na drugi dzień ulokowano nas w prowizorycznych „mieszkaniach”. Były to jakieś komórki, magazyny. Dostaliśmy schronienie w pomieszczeniu, które przypominało stolarnię. Dopiero wówczas zaczęto dla nas budować drewniane baraki i w ciągu kilkunastu dni mogliśmy się do nich przeprowadzić. Baraki były surowe, nieogrzewane, bez żadnych mebli. W środku znajdowały się tylko tzw. nary, czyli posłania zbite z desek i umieszczone na drewnianych palach. Tam spaliśmy wszyscy razem, przykrywając się tym, co mieliśmy ze sobą.

Jeszcze wtedy byli z nami babcia i dziadek. Mama została od razu zabrana do pracy w tajdze. Oddalona od nas kilkanaście kilometrów, odwiedzała nas raz na kilka dni, przynosząc, co mogła do jedzenia. Był to zazwyczaj kawałek chleba, bo ten należał się tylko osobom pracującym, czasem kilka ziemniaków. Mama, idąc do nas przez tajgę, ryzykowała życiem. Kiedyś całą drogę słyszała, jak tuż obok skrada się niedźwiedź, czekając na właściwy moment, by zaatakować. Ale modliła się i Bóg pozwolił jej uniknąć śmierci. Innym razem, znów ryzykując życiem, przedzierała się łódką przez niebezpieczne kry, płynące po Jeniseju. I tym razem uszła z życiem.

Pierwszej zimy na Syberii zmarła babcia, wkrótce po niej dziadek. Od tego momentu ja i moje rodzeństwo byliśmy sami. Nikt się nami nie zajmował. Miałem wówczas 8 lat, mój brat 6, a najmłodsza siostrzyczka – 2. Musieliśmy samodzielnie znajdować sobie pożywienie i organizować drewno na opał. Jako najstarszy z rodzeństwa czułem się odpowiedzialny za młodsze dzieci. Szybko uczyłem się radzenia sobie w tych warunkach. Całą trójką chodziliśmy w górę Jeniseju, czasem nawet 5–6 km, by zdobywać drewno na opał. Rzeka wyrzucała go bardzo dużo. Wystarczyło tylko zbudować tratwę i spłynąć nią w dół. Któregoś razu, gdy moja matka, wraca jąc z tajgi, zobaczyła całe swoje potomstwo na środku ogromnej rzeki, zemdlała z przerażenia. W tym rejonie Jenisej rozlewał się nawet na szerokość jednego kilometra.



Najgorsze były zimy. Śnieżyce, trwające po kilka dni, zasypywały baraki. Z trudem mogliśmy się z nich odkopać. Pomiędzy barakami robiliśmy przejścia – tunele, wysokie na 3 metry. Kiedyś o mały włos, podczas kopania takiego tunelu zginąłby mój brat, ponieważ zasypała go gruba warstwa śniegu. Kierując się intuicją, przerzucałem śnieg, znalazłem go wreszcie po pół godzinie. Na szczęście żył i spokojnie czekał na pomoc. Brat bardzo mi ufał. Do dziś jeszcze wspomina ten wypadek i zawsze powtarza, co wówczas myślał – „Ryszard mnie uratuje”. Zimą bardzo dotkliwy był także głód. Aby oszukać żołądek, jedliśmy śnieg. Plagą były wszy i pluskwy. Używaliśmy różnych sposobów, ale nie było możliwości pozbycia się ich.

W 1949 r. mamę przeniesiono do pracy przy hodowli świń, bliżej naszego miejsca pobytu. Przynosiła czasem trochę paszy dla świń i gotowała z niej osobliwą potrawę. Do dziś pamiętam wyjątkowo obrzydliwy jej smak i zapach, ale głód był silniejszy. Głód wywoływał czasem dziwne halucynacje. Leżąc w łóżku, wydawało mi się, że widzę zbliżającego się do mnie starszego mężczyznę z tacą pełną nieznanych mi owoców. Po latach okazywało się, że te owoce rzeczywiście istnieją i mają swoje nazwy. Zaś postać z moich głodowych omamów okazała się uderzająco podobna do przypadkowo znalezionego portretu Ojca Pio.

Z czasem nasze życie na Syberii stawało się znośniejsze. Mama potrafi ła gotować, miała też zdolności plastyczne, zarabiała więc u Rosjan, pracując w kuchni, szyjąc, wycinając fi - ranki z gazet. Dostawała za to jedzenie i drobne pieniądze.

W 1952 roku wywieziono na Syberię także moich dziadków z Julianowa oraz siostrę mojej mamy. Zesłano ich do miejscowości Jemielianowo, 25 km od Krasnojarska. Mamie udało się uzyskać zgodę na wyjazd do Jemielianowa i dołączenia do rodziny. To był najlepszy okres w czasie naszego pobytu na Syberii. Nasza rodzina była silna. Każdy z nas wykonywał określone zadania. Babcia zajmowała się gospodarstwem, dziadek budował baraki, mama i ciocia pracowały w piekarni, dzięki czemu mieliśmy chleb. Ja potrafi łem zakładać sidła, więc polowałem na zwierzynę. Z zajęcy i susłów mieliśmy mięso i skóry. W lasach rosło mnóstwo jagód i grzybów. Czasem, mimo zakazu, udawało się zorganizować wyprawę do Krasnojarska. Ryzykowaliśmy, ale dzięki temu można było od czasu do czasu zaopatrzyć się w cukier i inne produkty żywnościowe. Na niewielkiej działce sadziliśmy ziemniaki, a tuż przy baraku, na małych grządkach uprawialiśmy ogórki.

Dzieci chodziły do rosyjskiej szkoły. Tak upłynęły lata do 1956 roku.

Po śmierci Stalina pojawiła się możliwość powrotu do Polski. Musieliśmy oczywiście zorganizować sobie podróż na własny koszt, więc sprzedawaliśmy, co się dało, by zdobyć pieniądze na pociąg. Do kraju ściągnął nas wuj, żołnierz wileńskich oddziałów AK, wcześniej więziony w Kazachstanie. Od grudnia 1956 r. zamieszkaliśmy na ziemiach odzyskanych, w Złotoryji.

Byliśmy bardzo szczęśliwi. Złotoryja była ładnym miasteczkiem, niezniszczonym w czasie wojny. Polski rząd przyznał nam zapomogę i mieszkanie. Pracy też nie brakowało. Przez pierwsze dwa lata świętowaliśmy powrót z piekła do raju. Chcieliśmy się nacieszyć, wybawić, wypocząć, najeść do syta. Po okresie euforii rozpoczął się jednak długi i trudny czas integrowania z nowym środowiskiem.

Miałem 16 lat i byłem dzikim chłopcem. Pamiętam moment, gdy zwyczajem nabytym na Syberii, przywitałem nowy rok, wystrzeliwując z łuku płonącą strzałę. Natychmiast zrozumiałem, że mogłem spowodować pożar. Dotarło do mnie także, że znajduję się już w świecie, w którym rządzą inne prawa.

Poszedłem do polskiej szkoły, ale było mi bardzo ciężko. Posługiwałem się ubogim językiem, miałem luki w wykształceniu, komunistyczni nauczyciele traktowali nas jak Rosjan. Nie było zrozumienia ani chęci pomocy. Bardzo mnie to zniechęcało. Szukałem swojego miejsca na ziemi.

W moim dalszym życiu napotykałem trudności, z których wiele wynikało z faktu bycia zesłańcem. Nigdy jednak tego nie ukrywałem, choć nieraz byłem z tego powodu narażony na szykany. Zawsze chciałem żyć w prawdzie i zgodzie z własnym sumieniem.

Surowa Syberia i związane z nią przeżycia z dziecięcych lat ukształtowały mój charakter i osobowość. I choć wspomnienia te chciałoby się zepchnąć w najdalszy kąt pamięci, zapomnieć, przemilczeć, pominąć – nie wolno tego czynić. Dziś jako człowiek dojrzały muszę prawdę tę przekazywać następnym pokoleniom, w nadziei, że żywa pamięć o krzywdach, jakich doznaliśmy, wpłynie na dalsze losy ludzi. Jestem Prezesem Polskiego Związku Sybiraków w Słubicach.

Ryszard Kowaluk





Ich wurde geboren in Litauen, im April 1941, in dem Ort Józefowo, weit im Osten, an der Grenze zu Lettland. Wir genossen ein wohlhabendes Leben, denn meine Eltern waren Landbesitzer. Meine Mutter Janina (geb. 1923) war damals eine schöne, junge Frau.

Mein Vater, Konstanty Kowaluk (geb. 1912), ein knallharter Gegner der Russen, war mit den Partisanen verbunden, die für die nationale Unabhängigkeit Litauens kämpfte. Aus diesem Grund musste er sich verstecken, nachdem die Russen das Land in den Jahren 1943-44 wieder besetzten. Zwei Jahre später entschied er sich für die Flucht. Der Krieg war schon vorbei, als wir, die ganze Familie (meine Eltern, mein jüngerer Bruder und ich), auf Schlitten durch einen Wald in die Ortschaft Ilūkste in Lettland fuhren. Eine reale Gefahr stellten dabei die Wölfe dar, von denen es auf diesen Gebieten nur so wimmelte. Es ist uns allerdings gelungen, einen Angriff der hungrigen Tiere abzuwehren und wir kamen gesund und munter an Ort und Stelle an.

In Ilūkste begann ich als Sechsjähriger mit dem Schulbesuch. Dort wurde auch meine Schwester Julita (1946) geboren.

Doch die Flucht nach Lettland war vergebens. Ich erinnere mich an die Nacht, als mein Vater festgenommen wurde. Es war im Winter 1948. Wir wurden durch lautes Klopfen der Gewehrkolben an die Tür geweckt. Mein Vater schlief nicht. An diesem Abend war er von bösen Vorahnungen geplagt und erwartete, in Haft genommen zu werden. Die russischen Soldaten drängten ins Haus und begannen mit der Durchsuchung. Angst, Entsetzung, Wehklagen, Jammer. Dieses Ereignis hat sich mir stark eingeprägt. Auch weil die Bedränger eine Kiste mit meinen Spielsachen fanden und ich überzeugt war, das Holzgewehr, das sind darunter befand, Grund für die Verhaftung meines Vaters war. Ich war damals 7, aber diese Überzeugung begleitete mich noch wie ein ungeheuerlicher Gewissensbiss noch lange Jahre danach.

Mein Vater wurde zum Tod verurteilt. Dann wurde er begnadigt, aber zum schweren Gefängnis in Workuta, hinter dem Polarkreis, verbracht, wo er in einem Kohlenbergwerk arbeiten musste. Ich sollte ihn erst in 25 Jahren wiedersehen.

Nach etwa 3 Monaten wurde auch meine Mutter festgenommen. Ich, mein Bruder Edmund und meine Schwester Julita blieben bei Großeltern in Julianów, in Litauen, wohin wir nach der Festnahme meines Vaters gingen.

Aber auch unser Schicksal war entschieden. In der Nacht auf den 17. Mai wurde ich von einem russischen Soldaten geweckt, der meine Bettdecke wegwarf und schrie: „Aufstehen, Junge!”. Meine 15-jährige Tante, die Schwester meiner Mutter, bereitete mich und meine Geschwister in Eile für die Reise vor, spannte die Pferde ein und beförderte uns zur Bahnhaltestelle unter Begleitung der russischen Soldaten. Auf dem Bahnhof sah ich Unmengen von weinenden, verzweifelten Menschen. Darunter auch die Eltern meines Vaters und zwei Vetter, die schon zum zweiten Mal nach Sibirien verbracht werden sollten. In einem kleinen Fenster eines Viehwaggons sahen wir unsere Mutter. Sie war entsetzt und wollte um jeden Preis, dass wir bleiben, doch wir waren so sehnsüchtig, dass wir unbedingt bei ihr bleiben wollten. Dies hatte aber sowieso keine Bedeutung. Unsere Namen befanden sich auf den Transportlisten und wir konnten unser Schicksal nicht wählen.

Wir fuhren zu einem fernen, kalten Land, mit einem Zug, in einem abscheulichen Waggon. Es war eng und kalt. Als Toilette diente ein Loch im Fußboden, verdeckt mit einem provisorischen Vorhang. Wir hatten kaum was zum Essen. Ab und zu bekamen wir etwas zum Trinken, seltener etwas Grütze oder gekochten Mais; alle waren hungrig und durchgefroren. In den oberen Teilen Urals sank die Temperatur bis zu –20 Grad Celsius. Der Zug hatte immer wieder Pannen und wir mussten warten, was dann kommt. Einmal blieben wir dabei nur wie durch ein Wunder am Leben. Es war nachts, der Frost war besonders heftig. Meine Mutter erbat eine Eisenbahnerin an der Haltestelle, dass wir Schutz in einem kleinen Wachtraum suchen durften, während sie selbst, um nicht zu erfrieren, um das Gebäude herumlief. Ohne ihre Betriebsamkeit wären wir in jener Nacht elendig vor Kälte gestorben.

Nach 3 Wochen kamen wir in Krasnojarsk an. Dort verschiff te man uns mit dem Schiff Stalin nach Stepanowka, ca. 300 km von Krasnojarsk entfernt. Etwa 1000 Personen wurden von dem Schiff direkt ans Ufer neben dem Friedhof herausgeworfen. Dort, unter freiem Himmel, verbrachte ich meine erste Nacht in Sibirien. Der Sommer fi ng gerade an, doch es war schrecklich kalt. Auf dem Fluss sahen wir noch Eisschollen. Am zweiten Tag wurden wir in provisorische „Wohnungen” einquartiert. Es waren kleine Räume, irgendwelche Speicher. Wir wurden in einem Raum beherbergt, der an eine Tischlerwerkstatt erinnerte. Erst dann begann man mit dem Bau hölzerner Baracken für uns, so dass wir nach ein Dutzend Tagen dorthin umziehen konnten. Die Baracken waren ungeschliff en, unbeheizt, unmöbliert. Es gab dort nichts außer den sog. Naras, d. h. Betten aus Holzbrettern auf Pfählen. Dort schliefen wir alle zusammen, gedeckt mit allem, was wir mit uns hatten.

Damals waren mit uns noch meine Großmutter und mein Großvater. Meine Mutter wurde gleich zur Arbeit in die Taiga gesendet. Sie wohnte mehr als ein Dutzend Kilometer von uns entfernt, besuchte uns ab und zu und brachte Essen, alles, woran sie kommen konnte... Meistens war das ein Stückchen Brot, denn das stand den Arbeitenden zu, manchmal einige Kartoff eln. Der Weg durch die Taiga war für sie lebensgefährlich. Einmal hörte sie die ganze Zeit einen Bären neben ihr schleichen, der nur den richtigen Zeitpunkt für einen Angriff abwartete. Sie betete zu Gott und konnte dem Tod entgehen. Ein anderes Mal drang sie unter Lebensgefahr zwischen Eisschollen auf dem Jenissei mit einem Boot hindurch. Auch diesmal kam sie mit dem Leben davon.

Im ersten Winter in Sibirien starb meine Großmutter, kurz danach mein Großvater. Von diesem Moment an waren wir, die Kinder, auf uns alleine gestellt. Niemand sorgte für uns. Ich war damals 8, mein Bruder – 6 und mein Schwesterchen – 2. Wir mussten uns Essen und Brennholz selbst besorgen. Als Ältester fühlte ich mich für die jüngeren Kinder verantwortlich. Schnell lernte ich, unter diesen Umständen zurecht zu kommen. Zu dritt pfl egten wir den Jenissei aufwärts zu gehen, manchmal bis zu 5–6 km, um Brennholz zu holen. An den Ufern konnte man sehr viel davon fi nden. Man brauchte nur ein Floß zu bauen und fl ussabwärts zu fahren. Eines Tages konnte uns meine Mutter, auf dem Weg zurück von der Taiga, sehen, alle drei in der Mitte des riesigen Flusses, und fi el vor Entsetzen in Ohnmacht. In dieser Gegend macht sich der Jenissei bis zu einem Kilometer breit.

Am schlimmsten war es immer im Winter. Schneestürme, manchmal mehrere Tage lang, bedeckten die Baracken mit Schnee. Nur langwierig konnte man sich einen Weg bahnen. Wir schlugen uns durch den Schnee durch, der sich an den Durchgängen bis auf 3 m hochtürmte. Einmal wäre beinahe bei dieser Arbeit mein Bruder ums Leben gekommen, er wurde nämlich von einer dicken Schicht Schnee überschüttet. Der Intuition folgend schaufelte ich den Schnee weg, bis ich ihn nach einer halben Stunde gefunden habe. Glücklicherweise war er am Leben und wartete geduldig auf die Hilfe. Der Bruder vertraute mir sehr. Er erinnert sich bis heute an diesen Unfall und wiederholt, was er sich damals dachte: „Ryszard wird mich retten”. Im Winter machte uns auch der Hunger zu schaff en. Um sich den Bauch zu füllen, aßen wir Schnee. Uns plagten auch Flöhe und Wanzen. Wir versuchten alles, konnte sie aber nicht loswerden.

Im Jahre 1949 wurde meine Mutter zur Arbeit bei Schweinehaltung versetzt, so war sie uns näher. Sie brachte manchmal etwas Schweinefutter mit und kochte damit ein eigentümliches Gericht. Ich erinnere mich bis heute an den widerlichen Geschmack und Gestank, doch der Hunger war stärker. Durch den Hunger hatte ich manchmal sonderbare Wahnvorstellungen. Im Bett liegend glaubte ich, dass sich mir ein älterer Mann nähert, mit einer Platte voller Früchte, die ich nicht kannte. Nach Jahren stellte es sich heraus, diese Früchte gibt es wirklich, und sie haben ihre Namen. Die Gestalt aus meinen Wahnvorstellungen erinnerte dagegen verblüff end an Pio von Pietrelcina, dessen Bildnis ich dann zufällig gefunden habe.

Mit der Zeit wurde unser Leben in Sibirien immer erträglicher. Meine Mutter konnte gut kochen und war auch künstlerisch begabt, sie verdiente also bei den Russen in der Küche, durch Nähen oder Ausschneiden von Gardinen aus alten Zeitungen. Sie bekam dafür Essen und Kleingeld.

Im Jahre 1952 wurden nach Sibirien auch meine Großeltern aus Julianów und die Schwester meiner Mutter deportiert. Ihr Quartier wurde in Jemielianowo, 25 km von Krasnojarsk angesetzt. Meine Mutter konnte die Genehmigung erlangen, nach Jemielianowo zu gehen und sich der Familie anzuschließen. Das war unsere beste Zeit in Sibirien. Unsere Familie war stark. Jeder wusste seine Aufgaben gut zu meistern. Meine Großmutter beschäftigte sich mit dem Haushalt, der Großvater baute Baracken, meine Mutter und Tante arbeiteten in einer Bäckerei, sodass wir immer Brot hatten. Ich wusste, wie man Schlingen legt, so ging ich auf Jagd. Von Hasen und Zieseln hatten wir Fleisch und Leder. In den Wäldern gab es viele Beeren und Pilze. Manchmal konnten wir, trotzt des Verbots, eine Reise nach Krasnojarsk organisieren. Das war ein Risiko, aber dadurch gelang es uns, wenigstens von Zeit zu Zeit, uns mit Zucker oder anderen Lebensmitteln zu versorgen. Auf einem kleinen Grundstück bauten wir Kartoff eln an und gleich neben der Baracke – Gurken in kleinen Beeten.

Die Kinder besuchten die russische Schule. So gingen die Jahre bis 1956 ins Land.

Nach Stalins Tod bekamen wir die Chance, nach Polen zurückzukommen. Die Reise mussten wir natürlich selbst bezahlen, daher verkauften wir alles Mögliche, um das Geld für die Reise anzuhäufen. Nach Polen holte uns mein Onkel, ehemaliger Soldat der Heimatarmee aus Vilnius, der früher in Kasachstan gefangen gehalten war. Seit Dezember 1956 lebten wir in den wiedergewonnenen Gebieten, in Złotoryja (Goldberg).

Wir waren sehr glücklich. Złotoryja war ein schönes Städtchen, während des Krieges nicht zerstört. Von der polnischen Regierung bekamen wir Beihilfe und eine Wohnung. Es gab auch viel Arbeit. In den ersten zwei Jahren feierte wir die Rückkehr aus der Hölle ins Paradies. Wir wollten uns satt freuen, satt spielen, satt erholen, satt essen. Nach der Euphorie kam aber der schwere und langwierige Prozess der Integration mit dem neuen Milieu.

Ich war 16 und ein wilder Bursche. Ich weiß noch genau, als ich nach der sibirischen Sitte das neue Jahr begrüßte, indem ich mit einem brennenden Pfeil in den Himmel schoss. Sofort wurde mir klar, ich konnte damit einen Brand verursachen. Es leuchtete mir auch ein, dass ich jetzt in einer Welt bin, in der andere Gesetze Geltung haben.

Ich ging in die polnische Schule, hatte es aber schwer. Meine Sprache war dürftig, ich hatte Bildungslücken, die kommunistischen Lehrer betrachteten uns wie Russen. Wir stoßen auf kein Verständnis, niemand bot uns Hilfe an. Ich fühlte mich sehr entmutigt. Ich suchte nach meinem Platz unter der Sonne. Auch im weiteren Leben stoß ich auf Schwierigkeiten, von denen viele aus meiner Deportation resultierten. Ich wollte diese aber niemals verbergen, auch wenn das mich oft Schikanen aussetzte. Ich wollte immer in Wahrheit leben und im Einklang mit meinem Gewissen.

Das raue Sibirien und die damit verbundenen Erlebnisse prägten meinen Charakter und meine Persönlichkeit. Und auch wenn ich diese Erinnerungen gerne in die dunkelste Ecke meines Gedächtnisses verdrängen würde, sie vergessen, verschweigen, auslassen – so darf ich das nicht tun. Als erwachsener Mensch muss ich diese Wahrheit vor den kommenden Generationen bezeugen, in der Hoff nung, dass die lebendigen Erinnerungen an das Unrecht, das wir gelitten hatten, das Schicksal der heutigen Menschen beeinfl ussen kann. Ich bin Präsident des Polnischen Vereines der Sibirien–Verbannten in Słubice.


Ryszard Kowaluk