Polszczyzna pod respiratorem

Słowa – lepkie kruszyny wydobywające się z otworu człowieczych ust, obtoczone drobinkami śliny i niestrawionego jedzenia. Zaplątane gdzieś w długą wstążkę języka, której nikt nie zawiąże na włosach kilkuletniej dziewczynki. Tryskające z ruchliwych warg niczym pociski z zardzewiałej broni bojownika z Ameryki Łacińskiej. Słowa z duszą i ciężarem kamienia oraz łagodne, o fakturze przypominającej ulubiony budyń dzieciństwa. Nabrzmiewające strachem jak piersi nastoletniej dziewczyny, która pewnego dnia zachodzi w ciążę, pęczniejące minutami i godzinami jak jej brzuch. Słowa ogolone z godności jak młody rekrut z majtkami pełnymi strachu i woni bezpiecznego dzieciństwa przy maminej spódnicy. Słowa z jadeitowym wnętrzem i jubilerskim szlifem, inkrustowane cennymi kryształkami dobra. Słowa brudne, wykopane przemocą z ust, pełne gleby zmieszanej z krwią, wijące się po ziemi w poszukiwaniu kawałków bandaża i dotyku czułości. Kiwające się na krawędzi mównic, wysokich katedr i stołów jak zapomniane sieroty, z brudnym, wystrzępionym flakiem szmat, który kiedyś był misiem – przytulanką. Słowa – śruby, wwiercające się głęboko w strukturę czaszki, by potem dostać się do gąbczastej materii mózgu, penetrujące oraz inwazyjne. Nie powiedzą „przepraszam” i nie wysyczą „sorry!”. Słowa bekające prostacko prosto w delikatne nosy naszych kobiet, prychające jak narowiste konie, pełne zgnitego mięsa brutalności i bzyczące natrętnie muchami. Tylko chwycić za łapkę na owady i… Pac! Pac! Pac! Wyrazy przypominające świeże wymioty i wywołujące torsje, pełne nitek śluzu oraz cząsteczek jadu. Pełzające po duszy jak suche jaszczurki i badające nasze uczucia dwutorowym językiem. Skaczące jak sprężyny po ludzkiej pamięci, żyjące krócej od codziennego wydania lokalnej gazety i wieczne jak granit pomnika. Słowa bezimienne, z zakneblowanymi ustami, uśmiercone strzałem w tył głowy i pochowane w masowym grobie. Słowa odważne, biegnące wprost na atakującego wroga, wykrzyczane i wyszarpane z duszy, położone na chybotliwych szalkach wagi losu.

W Słowniku frazeologicznym języka polskiego opis i definicja dotycząca wyrazu „słowo” zajmuje aż trzy i pół strony1. Okazuje się, że są słowa święte, wiążące, złote, wstępne, bez pokrycia, ostatnie, banalne, wielkie i pospolite. Można zmrozić komuś słowa na ustach, zapomnieć słów w ustach, słowa cisną się na usta, wpływają z ust, zamierają na nich, dźwięczą w uszach, nasuwają się, płyną równo, bez przeszkód, ciurkiem, z łatwością2. Pojawiają się przysłowia dotyczące słów – „Mądrej głowie dość dwie słowie”, „Słowo się rzekło, kobyłka u płotu”, „Słowo wróblem wyleci, a powraca wołem”3. Słowa przedostały się także do religii – Ewangelia według św. Jana zaczyna się od tych jakże znanych zdań: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. Wszystko przez Nie się stało”4. Słowo – czyli greckie Logos jest tutaj synonimem samego Boga. Tym samym okazuje się, że może ono stać się nawet Bogiem, tak wielka jest jego moc i siła, tak wielkie zdolności do metamorfozy przechowuje w swym odwiecznym bycie.

Słowa mogą być także zastosowane w zmaganiach wojennych, są znakomitym orężem. Jeremi Przybora jest autorem jakże znanego zdania: „Słowa rozpalone nienawiścią podpalają nie gorzej niż zapałka”5. W Księdze Hioba możemy zaś przeczytać: „Ileż potęgi jest w słowach szczerych!”6. Emil Cioran w Złym demiurgu napisał: „Marzę o języku, którego słowa, niczym pięści, gruchotałyby szczęki”7. Pisarz Joseph Conrad wołał: „Daj mi właściwe słowo i odpowiedni akcent, a poruszę świat”8. Pozostając przy terminologii wojennej – może więc być słowo i twierdzą, co strzeże kultury i dziedzictwa narodowego danej społeczności. Jest niczym pies agresywnej, obronnej rasy, strzegący posiadłości swego pana. I tak samo jak ten czworonóg może zostać usidlone kagańcem – moralności, opinii publicznej, prawa natury. W podręcznikach do nauki historii nie brakuje przykładów na poparcie tej tezy. W warunkach polskich ani procesy rusyfikacji, ani germanizacji nie zdołały pokonać słowa polskiego. Czasami zniekształcały je, modyfikowały, bywało, iż nawet wypaczały, ale nie zdołały doprowadzić do eksterminacji polskości. Wystarczy wspomnieć choćby strajk dzieci wrzesińskich, broniących mowy ojczystej.

Kobiety niańczące wyrazy

Na ogół zaszczytny obowiązek zaszczepienia w młodym pokoleniu miłości rodzimego języka spoczywał na polskich kobietach. Bezustannie zmęczone, senne, z podkrążonymi oczyma, ledwo widoczne zza sterty ubranek do cerowania i stosu brudnych naczyń do mycia, musiały znaleźć czas na wstrzyknięcie w żyły swoich pociech roztworu polskości. Uchodziły za te, które mają „moc kształcenia dusz, pobudzania do rzeczy wielkich, przekazywania […] pierwszych i niezbędnych pojęć”9. To matka miała za zadanie nauczyć dzieci ojczystej historii, opowiedzieć o „wielkich i ważnych wydarzeniach oraz znakomitych i sławnych bohaterach narodowych”10 oraz przedstawić im podstawy posługiwania się językiem polskim, rodzinnymi tradycjami i obyczajami, religią chrześcijańską. „Swoje uczucia narodowe niewiasty polskie mogły manifestować między innymi przez uczenie się i szanowanie języka polskiego. Nie powinny wyjeżdżać za granicę, by tam się uczyć, lecz miały poznawać rodzinną mowę i język w kraju przez czytanie dzieł jędrnych i poważnych, a przez uczciwą i solidną naukę i pracę miały ugruntować przywiązanie do nieszczęśliwej ojczyzny”11. Poza tym „język ojczysty powinien stać się dla nich najcenniejszym skarbem, który trzeba ochraniać i hołubić. Tylko nim należało się posługiwać12. Tak więc „w warunkach narzuconych przez zaborców za punkt honoru uważano doskonałą znajomość języka polskiego, zaś posługiwanie się obcymi językami w mowie i piśmie traktowane było jak hańba i zdrada narodowa”13. Wśród ówczesnych patriotów krążyło wiele utworów w tak zwanych odpisach, które pobudzać miały do większego patriotyzmu: „Nie ubiegajmy się o to, co obce, pielęgnujmy polskie cnoty, obyczaje i mowę narodową […]”14. Kobiety – oprócz pracy w kręgu rodziny, powinny w ówczesnych czasach oddawać posługi także społeczeństwu, między innymi przez wspomaganie ochronek dla dzieci. I tam znów miały pobudzać miniaturowego ducha patriotyzmu podlegających im maluchów, „zająć wychowańców w sposób łatwy i przyjemny przez cały dzień, wdrażać pierwsze pojęcia przez zabawę, nauczyć poznawania liter, pierwszych początków czytania, baczyć na etyczną stronę duszy dziecka i na fizyczny jego rozwój”15. Wierne ojczyźnie kobiety powinny także opowiadać maluchom pokrzepiające bajki z morałem, a także nauczyć je śpiewać piosenki codzienne i pieśni o charakterze religijnym16.

Nie można zaprzeczyć, że budowanie w dzieciach uczuć patriotyzmu za pomocą cegieł słów było niezwykle ciężkie i wymagało codziennej, czasami monotonnej pracy. Nic zatem dziwnego, iż: „W literaturze są tylko woły, orzą przez osiemnaście godzin na dobę, niezmordowanie. Słowa to ciągły wysiłek” – jak zapisał w Dziennikach Jules Renard17. Bywają jednak i tacy twórcy, których można nazwać „le narcisse de l’écritoire” – co po francusku oznacza narcyza kałamarza, czyli autora, który ceni sobie wszystko, co tylko napisze18. Zdaniem Paulo Coelho – „Pisanie nie polega jedynie na wyrażaniu myśli, to także głęboka zaduma nad wymową danego słowa”19. Kobiety nie mogły jednak oddawać się w tamtych czasach luksusowi pisania. Pisarstwo uchodziło bowiem za zajęcie typowo męskie, a damy, które odważyły się chwycić za pióro na ogół pochodziły z wyższych sfer – przede wszystkim arystokracji. Ich pisanina była traktowana jako kaprys, zabawa, nieomal smakowite ciasteczko – ptifurka, które jest, a za chwilę już go nie ma. Przepadło, zniknęło w chciwych ustach łakomczucha. Klementyna Tańska była jedną z pierwszych publicystek, które utrzymywały się z wymachiwania piórem i stawiania na papierze liter, kolejną – Narcyza Żmichowska, która swoje utwory starała się zaopatrzyć w przekaz patriotyczny20. Słowa były więc twierdzami, bastionami polskości również w drobnych, delikatnych dłoniach kobiet i nic nie traciły ze swej mocy i możliwości wpływania na czytelników.

Współcześnie postawa nieomal miłosnego przywiązania tylko do jednego języka, słodko brzmiącej mowy rodzimej, nie znajduje wielu naśladowców, choć jeszcze kilkanaście lat temu było inaczej. Badania CBOS z roku 1997 wykazały, iż 63 procent mieszkańców naszego kraju nie znało żadnego języka obcego, w roku 2009 było takich osób zdecydowanie mniej – już tylko 53 procent21. Z roku na rok rośnie zainteresowanie nauką języka angielskiego – badania z roku 2009 pozwoliły stwierdzić, iż 24 procent potrafiło posługiwać się językiem angielskim, a 20 procent rosyjskim. Warto także przypomnieć, że co trzeci ankietowany przyznał się do znajomości przynajmniej jednego języka obcego, co dziewiąty – dwóch języków, a trzy procent badanych – deklarowało znajomość przynajmniej trzech języków obcych22. Ankietowani okazali się być wyposażeni w szereg umiejętności językowych, potrafili poruszać się we współczesnym świecie, tej globalnej wiosce Ludluma. Czy da się jednak stworzyć świat posługujący się jednym określonym językiem, używający tych samych słów na określenie pewnych stanów emocjonalnych? Czy słowa rodzimego języka mogą przestać być swoistymi twierdzami ochronnymi? Okazuje się, że prawdopodobnie nie byłoby to dobrym rozwiązaniem. Zdaniem filozofa Leszka Kołakowskiego – „Wierzyć w uniwersalność europejskiej tradycji nie znaczy jednak bynajmniej głosić ideał świata ujednostajnionego, dzielącego wszędzie te same gusta, te same wierzenia (czy raczej żadne), ten sam sposób życia, czy wręcz ten sam język. […]”23. Jednocześnie myśliciel ten dodawał: „Technologiczna ekspansja Zachodu oznacza zarazem obumieranie dziesiątków małych jednostek kulturalnych i języków, a jest to proces, z którego doprawdy nie ma powodu się cieszyć. Nie ma nic radosnego w tym, że wielka rodzina języków indoeuropejskich, gałąź celtycka, umiera na naszych oczach nieodwracalnie, jak się zdaje, mimo wszystkich wysiłków, by jej wygasanie zatrzymać. […] Nawet języki starych kultur, jak arabski lub hindi, ustępują pola językom europejskim na nauczaniu nauk nowoczesnych, nie dlatego, rzecz jasna, by były niezdolne do nadrobienia dystansu, ale dlatego, że chodzi o szybkość i współzawodnictwo. Żałosne widowisko, którego korygować nie mamy prawie sposobu”24.

Słowa mogą wypadać z ludzkich ust szybko jak pociski z karabinu maszynowego, mogą ranić rozmówcę i pozostawiać z bolesnymi śladami, doprowadzić go do wykrwawienia. Słowa mogą też koić ból pojedynczego człowieka lub grupy ludzi, potrafią działać niczym znieczulenie i szamański okład z magicznych ziół oraz chleba z pajęczyną. Mogą także być niczym twierdza – budowana z cegieł słowo po słowie, zdanie po zdaniu. Zaprawą jest ślina, poziomicą – ludzkie doświadczenie, a kielnią – koniec języka. Słowo nałożone na słowo, podmiot na orzeczenie – szybko rośnie mur obronny przed atakami lingwistycznych wrogów oraz logopedycznych szaleńców. Bywają także słowa-zagadki, słowa- -Frankensteiny ulepione z różnych, czasami nawet niepasujących do siebie elementów. Zdaniem filozofa Leszka Kołakowskiego, wyrazy te pojawiają się przede wszystkim w żargonie dziennikarskim, przenikają do prasy i innych środków masowego przekazu, by ostatecznie uwić kokon w umysłach zwykłych ludzi. Wśród takich słów wyróżnił szczególnie jedno – „europocentryzm”. Cierpliwie wyjaśniał czytelnikom swojego eseju Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturalnego: „Słowo samo należy z pewnością do tej obfitej klasy pojęć skomponowanych jak worki na śmiecie. Wiele jest takich słów wygodnych, których beztrosko i o definicję się nie troszcząc używamy i do których upychamy zazwyczaj pewną ilość absurdów jawnych, niewartych zwalczania, pewne stwierdzenia faktycznie prawdziwe czy fałszywe, pewne oceny nadające się lub nie nadające się do obrony, przy czym dobry użytek słowa polega na tym, że skupiając niszczycielską uwagę na absurdach mgliście z nim skojarzonych, atakujemy idee, które nie tylko na obronę zasługują, lecz których obrona może okazać się kluczowa dla losów cywilizacji. Są to zatem słowa par excellence ideologiczne, lecz nie dlatego, iż zawierają składniki normatywne, ale dlatego, iż funkcja ich na tym polega, by nie dać rozdzielić kwestii logicznie niezależnych, a treść normatywną utaić w pozornych stwierdzeniach opisowych”25. Jakie to są zatem słowa? Ciekawość czytelnika została pobudzona, z niecierpliwością skoncentrowaną w źrenicy poszukuje on odpowiedzi wśród kolejnych wersów eseju Leszka Kołakowskiego: „Lista takich słów w żargonie dziennikarskim jest dość długa; obok europocentryzmu mieszczą się tam, po stronie czarnej, słowa takie jak elityzm lub liberalizm, a po stronie białej – takie jak egalitaryzm, sprawiedliwość społeczna, humanizm, wyzwolenia i tym podobne”26.

Co dzieje się ze słowami, które dany autor wydobył z wnętrza swego drogiego wiecznego pióra, zwykłego długopisu, pogryzionego ołówka czy zakurzonych klawiszy na komputerze? Zgodnie z teorią informacji amerykańskiego matematyka i inżyniera Claude E. Shannona – trafiają w formie komunikatu do odbiorcy, oczywiście pod warunkiem, że po drodze nie natkną się na szumy, wszelkiego typu zakłócenia. Wwiercają się w uszy drgające nerwowo w poszukiwaniu wiedzy, zostają zapisane na pomiętych kartkach, w notesach, w formie plików komputerowych. Jeden z bohaterów powieści Eugeniusza Paukszty Przejaśnia się niebo ujął to tak: „Wielcy ludzie zawsze notują swe myśli gdzie bądź. Treść ważna”27. To notowanie słów może mieć jednak również charakter negatywny. Wówczas zapisane wyrazy stają się niczym groźny, poszczekujący agresywnie pies sąsiada – chcą nas ugryźć, zranić. Tak było na przykład w powieści Znak żółwia Eugeniusza Paukszty. Wujek jednego z bohaterów książki – starannie, z pedantyczną dokładnością zapisywał wszelkie poniesione na niego wydatki: „Zapisywał dokładnie koszty mojego utrzymania. Pranie, jedzenie, książki, bilet do kina, mydło… Że kiedyś to zwrócę, z jego strony to tylko pożyczka”28.

Słowa z podkulonym ogonem

Słowa nie zawsze mają współcześnie tyle mocy, by uchodzić stale za solidnie zbudowane, mocne twierdze polskości w ogniu hartowanej. Być może powinny trafić pod szpitalny respirator? Zresztą jakże mają takimi być, skoro tak wiele osób odmawia słowom znaczenia w XXI wieku. Polskie słowo jest coraz słabsze, blednie, ma pewnie anemię – powinno trafić pod wzmacniającą kroplówkę ustawy o języku polskim z roku 1997. Skąd taka diagnoza? Może pan doktor postawił błędną? Niestety, wyniki ankiet wykonanych przez Pracownię Badań Czytelnictwa Biblioteki Narodowej, we współpracy z TNS OBOP przeprowadzone w listopadzie 2010, a upublicznione w lutym 2011 – nie nastrajają optymistycznie. Okazało się bowiem, iż jedynie tylko ponad 40 procent mieszkańców naszego kraju miało w ostatnim roku kontakt z książką29. Z kolei aż 57 procent badanych w wieku 30-39 lat nie przeczytało w ciągu ostatniego roku ani jednej książki30. Oznacza to, że w naszym kraju rośnie pokolenie czytelniczych analfabetów. Nie trzeba już przeprowadzać akcji wynaradawiających, germanizacji czy rusyfikacji – skoro sami stronimy od aktywnego używania rodzimego języka. Co stanie się z nim w przyszłości? Już pisarka Anna Kamieńska zadawała sobie trwożliwie pytanie: „Cóż może powiedzieć ktoś opuszczony przez słowa?”31.

Jaki nasuwa się wniosek? Czyżby polska mowa była zagrożona, czy język polski stanie się martwym, włożony do zapomnianej, ciemnej, ponurej szary, pełnej fruwających moli? Bohaterowie książek Eugeniusza Paukszty bardzo często podejmowali walkę z niesfornymi literami, buńczucznymi słowami, które nie dawały się okiełzać na papierze. Niektórzy nawet ledwo posiedli umiejętność zapisania swojego imienia i nazwiska. W powieści Przejaśnia się niebo ojciec Budniak tak wypowiada się o swej córce Stefie: „Głupia? Pewnie, że jej wiele brakuje, szkół nie ma, z biedą się teraz potrafi podpisać, nagryzmolić parę ubogich zdań”32. Pewne problemy, choć zapewne o wiele mniejsze, ma z pisaniem także pułkownik, jeden z bohaterów powieści Buntownicy: „Lakował pieczęcie, zebrało się sporo tych pism […]. Przeciągnął ramiona. Przez czas niewoli odzwyczaił się od pisania, nużyło go teraz”33. Wśród wielu bohaterów stworzonych przez pisarza, byli jednak tacy, którzy doceniali wagę słowa, widzieli w nim twierdzę i obronę przez zapomnieniem, pędzącym, miażdżącym wszystko walcem historii. Warto w tym momencie przypomnieć choćby Pawła z powieści Wrastanie, który snuł takie to refleksje o tworzonym przez siebie pamiętniku: „Patrzę na zeszyt i myślę: Na co ci Paweł to pisanie potrzebne? Ludzie mówią, że teraz nic, tylko gębę trzymać zamkniętą na skobel. Co zaś dopiero pisać… Ale ciągnie od tamtego czasu, jeszcze sprzed wojny, kiedy to w Wiciach namówiono mnie, żeby coś posiać na konkurs pamiętników chłopskich. Ty potrafisz, nauki liznąłeś, działacz jesteś społeczny, dużo wiesz i widziałeś… Bogać tam prawda, ale napisałem. Wyróżnili, wydrukowali. Od tego czasu lubię notować swoje i nie swoje sprawy, łatwiej mi przy tym myśleć”34. Okazuje się zatem, że pisanie jawi się wielu twórcom jako swoista forma terapii, próba ułożenia chaosu myśli i naskórkowych czy głębszych wrażeń. „Dużo czytałem w tym czasie, trochę jakby uporządkowało się we łbie”35. Wspomniany już Paweł wspominał na gęsto zapisanych przez siebie kartach: „Pan Tadeusz zawsze radził, żebym pisał, notował, że to najlepszy materiał, dokument na przyszłość”36. I znowu autora ogarnia zwątpienie, niemoc twórcza: „Głupota, że w ogóle piszę, nieszczęścia wyzywam. Ale wciąga mnie, myślę też, że dopomoże w końcu zrozumieć, na jakim świecie jestem”37. Przed śmiercią ma życzenie, by jego syn z owych pamiętników wyciągnął dla siebie wiedzę wspartą doświadczeniem: „[…] gdy umrę, niech ten zeszyt i wszystkie poprzednie spakuje razem i dobrze schowa. A odczyta dopiero, jak dorośnie, jak skończy naukę. Nie wcześniej. I wtedy niech bierze przykład z tego, co w ojcu było mądre i dobre, a głupstw ma nie naśladować”38.

I rzeczywiście, Tadeusz, uzdolniony syn Pawła, wcześnie zaczyna kontakt ze słowem pisanym. W domu brakuje książeczek dla dzieci, więc maluch podkrada ojcowskie gazety, odczytuje z nich litery, mozolnie składa w słowa, choć początkowo nie rozumie ich znaczenia. Nie poddaje się jednak, maszeruje dalej po ciemnych ścieżkach wersów, badając je ostrożną, uważną stopą. W tym czasie wśród ludności wiosek czy małych miejscowości pojawiły się ciekawe inicjatywy. Mam wrażenie, że część z nich mogłaby być przetransportowana także do rzeczywistości XXI wieku. Ot, choćby taka – tanie książki można było wówczas kupić u listonosza.

Może więc warto i w czasach nam współczesnych sięgnąć po porady Eugeniusza Paukszty, który ustami Pawła radził, by wciągnąć się w czytanie jak w nałóg i nawet wtedy, gdy roboty powyżej uszu, choć na krótko sięgać chciwą dłonią po słowo pisane39. Mimo iż ten nałóg grozi poważnym uzależnieniem się, warto go w sobie wyhodować. Nie zaprowadzi nas przecież przed oblicze wymiaru sprawiedliwości, nie będziemy oskarżeni o stosowanie dopalaczy – co najwyżej dorobimy się alergii na kurz biblioteczny. Za cenę zdobycia wiedzy warto zdecydować się na katar sienny i częstsze sięganie po chusteczkę higieniczną.

Degradacja słowa publicznego

Zdaniem Leszka Kołakowskiego – „Degradacja mowy publicznej, gdyby przyjęta została jako trwały składnik życia i gdyby udała się całkiem, oznaczałaby śmierć każdej zbiorowości, również zbiorowości narodowej i byłoby tak nawet wtedy, gdyby mowa życia codziennego przechowała swój autentyzm. Wówczas bowiem mowa służyłaby przekazywaniu prawdy tylko w prywacie małego życia, ta zaś mowa, która jest niezbędnym narzędziem kulturalnej wspólnoty, przestałaby istnieć, wyparta bez reszty przez co dzień inny, a zawsze trupio sztywny hałas obrzędowych zaklęć i egzorcyzmów. Naród straciłby narzędzie, w którym wypowiada zbiorową swoją świadomość, utraciłby przeto poczucie, że sam jest podmiotem stających się dziejów własnych, czyli – co na jedno wychodzi – przestałby być tym podmiotem faktycznie. Nie twierdzę, że tak już się stało, ani nawet, że już jesteśmy na progu śmierci, ale nacisk, co zmierza do wyjałowienia słowa polskiego i odebrania go Polsce, nie ustaje ani na chwilę i bynajmniej nieskuteczny nie jest”40. I tak przy okazji dodawał ostrzegawczo: „Oto, w jaki sposób wynaradawiać się można niepostrzeżenie prawie, nie tracąc, ściśle biorąc, mowy ojczystej, ale tracąc wartość mowy jako narzędzia narodowego trwania, odzierając mowę publiczną z sensu i oddając w ręce cudze”41. Choć filozof pisał o procesie sowietyzacji w naszym kraju, ujął jednocześnie proces uniwersalny. Mając na uwadze, jak ważne funkcje pełni język w życiu narodu, nazywał go z rozmysłem „spoiwem narodowej świadomości”42. Przestrzegał czytelników: „Kultura narodowa nie jest wszakże złotą sztabą, którą można w ziemi zakopać i po latach nietkniętą wydobyć, nie jest także zabytkiem muzealnym albo biblioteką chwilowo nieczynną. Jest formą aktualnego trwania narodu. Przechować ją można tylko jako kulturę żyjącą, a więc tylko w oporze przeciw degradacji mowy publicznej […]”43.

Degradacji słowa publicznego trzeba zapobiegać – starał się to zresztą zrobić sam Eugeniusz Paukszta. Cenił sobie choćby spotkania z czytelnikami – chętnie nawiązywał z nimi konwersację, która często wykraczała poza tematy książkowe, dotykała także spraw narodowych, politycznych – jak wspominał syn pisarza, Dominik Paukszta44. „Ojciec zawsze bardzo starannie przygotowywał się do tematów, które miał zamiar poruszyć w swojej twórczości. Spędzał dziesiątki godzin w bibliotekach, zapoznawał się z niezliczoną ilością publikacji dotyczących konkretnego tematu. Przede wszystkim szukał informacji u źródeł, u osób, które były autorytetami w danej dziedzinie lub które były w danej dziedzinie profesjonalistami”45. Uznawał, że zawód pisarza to olbrzymia moralna odpowiedzialność. Swemu synowi pozostawił nawet dedykację dotyczącą tych spraw: „[…] Dominikowi, aby pamiętał, że pisarstwo jest zawodem bardzo trudnym, angażującym całe wnętrze ludzkie: serce, duszę, nerwy; że jest równoległym życiem za wielu, wielu innych; że pisarz bardziej może od innych tęskni i potrzebuje tkliwości, czułego słowa, muśnięcia przez włosy, dobrego wejrzenia; że dając wszystko, chce także brać…”46. Słowo czułe mu się marzyło- -jawiło, nie mocarne i odważne, w pełnej zbroi i z szablą w dłoni, ale rachityczne, wiotkie, dobrotliwe.

Cenił każdy napisany przez siebie wyraz, smakował go czasami długo, nim pojawił się nieodwracalnie na kartce papieru i skaleczył czystą przestrzeń swoim cieniem. Takie to było to jego uszanowanie poskręcanych, sprężynujących literek. Przez wiele lat słuchał uważnie przekazów w Radiu Wolna Europa i wzmagał w ten sposób swój pisarski patriotyzm w dżungli sowietyzacji47. To na falach eteru on i wielu jemu podobnych wychwytywało swoje słowa-twierdze, których nie musiało odwozić karetką na sygnale do szpitala, by je zaintubować i umieścić pod respiratorem. W poprzednich latach takie słowa twierdze niczym grody warowne pojawiały się na kartach książek, okolicznościowych odezw czy też były dyskretnie przenoszone z ust do wnętrza ciekawskich uszu. Dzięki nim my Polacy mamy teraz swoją ojczyznę na mapie Europy i ta biało-czerwona łatka, przypominająca nieco krzywy, wyszywany, kolorowy patchwork, jest najbliższa naszej duszy.

(II nagroda w XII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Eugeniusza Paukszty w Kargowej ph. Małe ojczyzny – pogranicze kultur i regionów)


1 S. Skorupka, Słownik frazeologiczny języka polskiego, Warszawa 2002.
2 Tamże
3 Tamże.
4 Pismo Święte. Nowy Testament, Poznań 1988, (J 1:1-3).
5 cyt. za: www.cytaty.info/temat/slowo/1 [stan na 15.08.2011]
6 cyt. za: aforyzmy.internetdsl.pl [stan na 12.07.2011]
7 Pismo Święte (Hi 6,25).
8 cyt. za: cytaty.eu/motywy/slowo.html [stan na 15.08.2011]
9 H. Perreyve, Do matek i niewiast polskich, Lipsk 1866; cyt. za: M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna… Ideał i wizerunek kobiety polskiej pierwszej połowy XIX wieku (w świetle ówczesnych poradników), Kraków 2010.
10 M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna…, op. cit.
11 H. Perreyve, Do matek i niewiast…; cyt. za: M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna…
12 J. Niemirowski, Błogosławieństwo ojca, czyli nauka w dzień zaślubienia córki swojej, treści moralnej, użytecznej i wcale nowej, ułożone i całemu plemieniu ludzkiemu ofiarowane, Lwów 1848; cyt. za: M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna…
13 I. P. Legatowicz, Prawidła poczciwego życia, czyli zadania rozmaite z różnych autorów, mianowicie greckich i łacińskich wyjęte, do moralnej nauki zastosowane, w porządek ułożone i uczącej się młodzieży obojej płci na pożytek poświęcone, Wilno 1852; cyt za: M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna…
14 Polki do Polek, Kraków 1848, cyt za: M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna…
15 Ż. Grotowski, Rozwój zakładów dobroczynnych w Warszawie, Warszawa 1910; cyt za: M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna…
16 Egzamina w ochronach warszawskich, „Czytelnia Niedzielna” 1861, nr 34; cyt za: M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna…
17 A. Domosławski, Kapuściński non-fiction, Warszawa 2010.
18 W. Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, Warszawa 1968.
19 P. Coelho, Czarownica z Portobello, cyt. za: cytaty.eu/motyw/slowo.html.
20 M. Stawiak-Ososińska, Ponętna, uległa, akuratna…, op. cit.
21 „Gazeta Wyborcza”, 15.04.2011.
22 „Gazeta Wyborcza”, op. cit.
23 L. Kołakowski, Szukanie barbarzyńcy. Złudzenia uniwersalizmu kulturalnego, w: L. Kołakowski, Nasza wesoła apokalipsa. Wybór najważniejszych esejów, Kraków 2010.
24 Tamże.
25 L. Kołakowski, Szukanie barbarzyńcy…, op. cit.
26 Tamże.
27 E. Paukszta, Przejaśnia się niebo, tom II, Wydawnictwo Poznańskie 1976.
28 E. Paukszta, Znak żółwia, Poznań 1986.
29 http://www.rp.pl/artykul/613345.html?print=tak
30 Tamże.
31 cytaty.eu/motywy/slowo.html
32 E. Paukszta, Przejaśnia się niebo, op. cit.
33 E. Paukszta, Buntownicy, tom I, Warszawa 1963.
34 E. Paukszta, Wrastanie, Warszawa 1976.
35 Tamże.
36 Tamże.
37 Tamże.
38 Tamże.
39 E. Paukszta, Wrastanie, op. cit.
40 L. Kołakowski, Sprawa polska, w: L. Kołakowski, Nasza wesoła…, op. cit.
41 Tamże.
42 Tamże.
43 L. Kołakowski, Sprawa polska, w: L. Kołakowski, Nasza wesoła…, op. cit.
44 Wspomnienia o Eugeniuszu Paukszcie, Stowarzyszenie Przyjaciół Gminy Koczała, 2008.
45 Tamże.
46 Tamże.
47 Tamże.
 
Anna Kokot