Corrida Opowiadanie z cyklu BRAMA

Tak, to był piątek, pamiętam na pewno. Za oknem ciągle padał deszcz, a ja od dwóch godzin tępo gapiłem się w monitor. To musiał być piątek, bo wczoraj był przecież czwartek. Dopijałem kolejną herbatę, a kręgosłup łupał jak zwykle, gdy za długo siedzę w jednym miejscu. I właśnie wtedy, tzn. gdzieś w tym czasie, gdy patrzyłem w ten monitor, zadzwoniła komóra.

– Słucham – powiedziałem. Oczywiście to była Nadzia, na ekranie komórki wyświetliło się jej imię.

– Jacek, idziesz dzisiaj? – jej głos zawsze mnie irytował. Nie znoszę kobiet mówiących przez nos. Na całe szczęście przez telefon w trakcie całej rozmowy nie widać rozmówcy, ale już i tak widziałem oczami wyobraźni, jak zwężają jej się te dziurki w nosie i chrząstka winduje do góry. Głupia, piskliwa kurwa, zawodzi jak chór kastratów.

– Gdzie? Przecież dzisiaj jest... – odpowiedziałem i zamyśliłem się.

– No właśnie, sobota! – wykrzyknęła radośnie.

– Cholera – pomyślałem. Ma rację, czasami jej się to zdarza. No bo jeżeli wczoraj był piątek, to dzisiaj musi być sobota.

– Taak – rzuciłem przeciągle. – Jasne, że tak – dodałem pewniej. Będę u ciebie o 19.

– Nie spóźnij się tylko – zamruczała ostrzegawczo.

– Postaram się – uciąłem.

– Kochasz mnie jeszcze? – zapytała prawie poważnie.

– Nie wiesz tego?

– No to pa.

– Pa.

Kurwa, kolejna sobota, powiedziałem półgłosem i spojrzałem na cassio, było kilka minut po 16. Za godzinę będzie Wojtek. Choćby świat się walił i B–52 bombardowały miasto, za 50 minut przyjdzie Wojtek. Przywlecze ze sobą Polara i Monię, wyciągnie flachę i zacznie polewać. A potem będzie opowiadać, że w pracy szef ich znowu okrada, że kupił sobie nowego Forda, no i że wiadomo, skąd miał na niego forsę. Monia zacznie się kleić do Polara, więc powiem, że jasne, że drugi pokój jest wolny. A Wojtek będzie polewał dalej, bo przecież trzeba się spieszyć, bo możemy nie zdążyć, chociaż spóźnić się nie da.

Obmyłem twarz nad umywalką i sięgnąłem po żel. Trzeba przecież jakoś żyć, pomyślałem, wcierając zieloną maź we włosy. Trzeba się z kimś spotykać, gdzieś wychodzić, inaczej się zwariuje. Zacząłem się przebierać i w ogóle doprowadzać do porządku, cokolwiek by to miało znaczyć. Bo przecież porządek musi być. Porządek. Ja sam staram się bardzo o jego utrzymanie, przywiązuję ogromną wagę do porządku, aby być porządnym, aby być w porządku. W końcu tak naprawdę poza nim niewiele człowiekowi zostaje. Rozsmarowałem krem na twarzy i wtarłem go starannie w skórę. Była sobota, a ja miałem iść na imprezę do Corridy, lokalu, klubu, świątyni, jak kto woli. Nikt jednak nie miał, nie ma i mieć nie będzie żadnej wątpliwości, że Corrida to kwintesencja życia. Była sobota jak każda inna sobota, ale ta, podobnie jak i inne, miała być wyjątkowa, zajebista, po prostu wyjebana w kosmos. Wziąłem stojące na półce perfumy i rozpyliłem je po ciele. Byłem zmęczony, wycieńczony na samą myśl o tym, że dzisiaj czeka mnie kolejny wieczór, wieczór z Nadzią, Wojtkiem, Polarem i Monią. Cała ta ekipa najzwyczajniej w świecie mnie irytowała, powiem więcej, ciężko wkurwiała. Miałem ich dosyć. Wszystkich, ale zwłaszcza Nadzi. Poznałem ją trzy tygodnie temu, oczywiście w Corridzie. Była napiżdżona i biała jak noce Dostojewskiego. Przylał jej jakiś solar Sycylijczyk z wioski pod Warszawą, więc skasowałem go bez ulgi biletowej. Od tamtego momentu ona mnie kocha, on unika i wszyscy są uśmiechnięci jak na zdjęciu rodzinnym. Pizda tak wyła, że w końcu odwiozłem ją domu. Nieważne. Jesteśmy razem i tylko to się liczy. Pytanie tylko – w jakiej punktacji i dla kogo.

Wyszedłem z łazienki, siadłem na fotelu w pokoju gościnnym. Nie chciało mi się iść z nimi, z nią, z nikim, nie chciało mi się iść TAM. Niedługo przecież przywlecze się Wojtek i – żeby oszczędzić fundusze – będziemy pić TUTAJ, szybko i do przodu. Naprawdę to będzie jazda, nie wiadomo dokąd, ale jazda bez trzymanki. A gdybym nawet nie otworzył drzwi, nie odezwał się, to i tak niczego nie zmieni. Tyle że ja będę do tyłu o jedną bibę. Poza tym, co tu pierdolić, z Wojtkiem znamy się od gówniarza. Rodziny się nie wybiera, przyjaciół tym bardziej. Z Wojtkiem dorastałem w jednym bloku: wspólna podstawówka, szkoła średnia, kiedy ja poszedłem na studia, a on zaczął pracować w zakładzie. Wspólne puszczanie pawi, napierdalanie kolesi z innej dzielnicy, wypady na cielęcinki. Pytam więc: jak mógłbym nie przepadać za tym prostakiem, ruchaczem wszystkiego, co nie spierdala na drzewo?

Wyciągnąłem zippo i odpaliłem szluga. Zaciągnąłem się mocno i rozsiadłem się w fotelu na dobre. Właściwie to powinienem być szczęśliwy – strzeliło mi do łba – połowa gości w moim wieku dałaby sobie wyciąć nerkę, żeby przelecieć Nadzię. Pewnie niejedna laseczka wyrwałaby jej wszystkie kłaki, żeby iść dzisiaj wieczorem ze mną do Corridy, więc w czym, do chuja, rzecz? Nie jestem przecież niedojebkiem, desperatem z greenpeace czy inną ciotą. Nie płaczę, że świat jest zły, a ludzie mnie nie kochają. Nie spowiadam się dziwkom, że żona po urodzeniu dziecka zrobiła się za luźna.

Będą za 20 minut. Sprawdziłem, czy już jestem OK, czy buty są wyczochrane na wysoki połysk, czy sznurowadła nie są prześmigane, t-shirt i bluza w stanie właściwym, skóra bez zagięć. Ku uciesze mojej całej niepospolitej estetyki odkryłem, że jestem rulez. Reszta czasu jakoś zleciała i wreszcie zadzwonił dzwonek.

– Się masz, Jacek! – ryknął Wojtek, kiedy otworzyłem drzwi.

– Się masz – odpowiedziałem.

– Siemka – przywitała się Monia.

– Siemka – przywitał się Polar.

– Turlajcie się – odparłem (kurwa, jakie „odparłem”, odpiera się pizgnięcie bramkarza). – Turlajcie się – powtórzyłem i wpuściłem ich do środka.

– No, co tam u ciebie? – spytał, jak zwykle nerwowy, Wojtek i wszyscy zaczęli się rozdziewać z nakryć.

– A jak ma niby być? Pomału, jak na razie do przodu – odpowiedziałem, gdy wchodziliśmy do kuchni.

– No to spoksik, bo wiesz, u nas szef tak w chuja wali, że kiedyś to się naprawdę z chłopakami wkurwimy. Ja jebię, jak on nas na wszystkim tnie... – Wyłączyłem się. Nacisnąłem w mózgu przełącznik z napisem off i chciałem mieć już ten jego bełkot za sobą. Potem Wojtek wyciągnął litra. Szkło, wlewanko, wszystko w tempie. Polar miał furę, robił za kierowcę, więc wiadomo, że pić może mniej. Po jakiejś chwili popatrzył na mnie, na drugi pokój, na Monię. Skinąłem głową. Monia uśmiechnęła się do mnie, złapała Polara i pociągnęła za sobą. Wojtek właśnie opowiadał jakiegoś joke’a, ale rozbawił tylko siebie. Co tu właściwie można dodać, flaszka się suszyła, wreszcie wróciła Monia, wrócił też i Polar. Szarpnęli po karniaczku, dorżnęliśmy wódę i wszyscy byli już gotowi na eskapadę. Teraz trzeba jeszcze zahaczyć o moją dupę i możemy się już bujać do pałacu, do serca miasta, do Corridy, na dwór parkietowy.

W końcu zeszliśmy na dół, wpakowaliśmy się do gabloty. Polar odpalił muzę, co i tak nie zagłuszyło gadania Moni, której rzuciło się na ekspresję.

– A wiecie co? – zaczęła. – Wczoraj oglądałam taki film o samobójcy i wiecie co? On się zabił. Ale nie od razu, próbowali go najpierw ratować. Tylko on dziwny był jakiś taki. Taki... No, wiecie... No i on powiedział w szpitalu, że tak naprawdę, to on to z miłości tak. Nieszczęśliwej totalnie. I on tak mówił o życiu i o różnych rzeczach, ale że ta miłość to właśnie taka najważniejsza. Takie miał oczy ładne, jak husky...

– Daj trochę głośniej, leci mój kawałek – powiedziałem, ale kiedy Polar zaczął kręcić przy regulatorze głośności, o pół tonu w górę poszła też Monia.
Znów się wyoutowałem. Nie na długo jednak, na tylnym siedzeniu byli ze mną Wojtek i, co jasne, Nadzia.

– Fajnie dzisiaj wyglądam? – zapytała, eksponując obcisłą nową bluzeczkę.

– Dla mnie spox – powiedziałem i pozwoliłem sobie na półuśmiech. – W ogóle wyglądasz nieźle.

– Jak było dzisiaj w arbajcie? – rzuciłem.

– Czy możesz nie pytać mnie o robotę, kiedy wreszcie mam fajrant? Przecież jedziemy na balety. Czasami jesteś na serio wkurwiający. Musisz zawsze spierdolić mi nastrój? – w jej głosie mieszała się złość z głębokim brakiem akceptacji dla mojego niestosownego zachowania.

– Słuchaj, jak nie masz ochoty rozmawiać, to powiedz. A jak nie masz nastroju na zabawę, to może chcesz wrócić do domu? – Wiedziałem, że ją podkurwiam. Nawet gdyby jej rodzinę listonosz pokroił i powysyłał w częściach po całym świecie, poszłaby do Corridy. Pewnie założyłaby tylko żałobne czarne podwiązki.

– Ty jesteś nienormalny – zaczęła, ale Wojtek przyszedł z odsieczą.

– Dajcie sobie spokój, co? Jacek, nie dziw się jej. Pewnie jej szef to taki sam kutas, jak i mój. Może nie aż taki, bo ten mój, to naprawdę wielgachny kawał skurwysyna, ale może też jest kutasem. Zrozum Jacek, takie jest życie. Łapiesz?

– Jasne, że łapię, nie ma tematu.

– No, przecież się nie gniewam mój ogierze – ja pierdolę, pierwszy raz poszła na jakiś kompromis, aż się zapowietrzyłem. – Tylko nie mówmy już o dzisiejszym dniu.

Polar tak podrasował radio, że dalszej gadki już nie było słychać. Muzyka rzeczywiście łagodzi obyczaje. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Polar zaparkował na chodniku i wysiedliśmy z fury. Byliśmy u celu podróży, u bram ziemskiego Edenu, przed nowoczesnym budynkiem wykonanym ze szkła i metalu na zlecenie współczesnych Medyceuszy. Drogi do pałacu broniło dwóch postawnych gwardzistów, dwa ogolone karki, pierdolone, na wpół ucywilizowane trolle. Mieliśmy banknoty, wyglądaliśmy konkretnie, więc dla nas droga była wolna, ale przed wejściem stały ekipy różnych ziomali, którzy starali się skądś wytrzepać jakieś siano na wjazd. Inni nie dostąpili tego zaszczytu, bo nie byli na bieżąco. Pikuś, jeśli chodziło o brak firmowej metki przy bluzie czy niewejściowy fryz. Następnym razem bardziej się postarają, coś wykminią. Niektórzy jednak mieli zbyt zjebane facjaty, żeby nimi świecić w lokalu. Już tak to jest, że ktoś wygląda tak, jakby go wszyscy jebali i jeszcze tego nie klei. Jak nie załapie tego od razu lub po pierwszym wpierdolu, to nie załapie nigdy. Jeżeli wyglądasz jak pipa, masz dwa wyjścia: wyrywasz gdzie indziej (może w świetlicy szkolnej albo na czacie) lub musisz mieć tyle cashu, żeby żaden jebany kark nawet na ciebie wzroku nie podniósł za wysoko. Ale nas ten problem walił. Byliśmy tym, co jest tutaj pierwszą ligą, może nie najwyższą z półek, ale nigdy pewne problemy nas nie dotyczyły. Fakt ten powinien mnie dowartościować, pokazać mi, że to ja jestem naprawdę na górze, że jestem kimś.

Nie chciałem tam iść, była sobota, chociaż powinien być ciągle piątek. Może gdyby ten wieczór był jutro – pomyślałem – znalazłbym wreszcie ochotę, żeby się tu przywlec. Gdyby był piątek, może mógłbym zachorować i nie trafić tu nigdy. Była jednak sobota, a w życiu jest tak – jeżeli raz wylecisz z obiegu, już nie wrócisz. Tak to jest.

– Dużo dzisiaj wiary – odezwał się Wojtek. – Zupełnie niezłe towarki.

– Idziesz jakąś przygruchać za wejście? – spytał Polar i włączył alarm w bryce.

– Gówniary, zwykłe dziwki. Stać cię na więcej, Woj – wtrąciła Monia, wydymając wargi i podnosząc lekko głowę do góry.

Szmatka Monia sama chciałaby mieć teraz kilka lat do tyłu. Teraz jest stabilna, bo od dwóch miechów jest z Polarem i, co jasne, wszystkie inne ma za zdziry, a przecież to właśnie Monia zawsze była przechodzonym ruchadełkiem, które dowolnie rżnął prawie każdy, kto chciał.

– Wyrwę coś w środku, ale mogę wpuścić jakąś szesnastkę, jak się postara – wyznał Wojtek, a następnie zaczesał włosy do tyłu. – Spotkamy się w środku, loża ta co zwykle?

– Jeep, nie inaczej – powiedział Polar. – Jak będzie fajna, to weź jej numer telefonu, callnę do niej – ze śmiechem wtrącił Polar, ale Monia zmierzyła go tylko nienawistnym spojrzeniem i wycedziła przez zaciśnięte zęby:

– Słuchaj, przecież jak chcesz, to możesz też iść sobie do tych wszystkich dziwek.

Polar zamyślił się przez chwilę i przypatrzył się Moni.

– Eeee, wiesz co, wolę instruktorkę niż amatorkę.

Monia zdawała się triumfować, ale wtedy odezwała się Nadzia:

– A Jacek to nie patrzy na żadne inne, bo ja jestem wyjątkowa, prawda, Jacuś?

– Prawda – odpowiedziałem i dodałem w myślach: bo niby po co, wszystkieście kurwy jednakie.

Skierowałem się w stronę wejścia, podobnie zresztą jak pozostała czwórka. Wyciągnąłem z kieszeni plik banknotów, odliczyłem wymaganą kwotę i dałem jednemu z bramkarzy. Drugi z nich trzymał w ręku stempel, którym oznaczył moje prawe przedramię, jak oznacza się konie. Teraz, na dzisiejszy wieczór należałem do tej stajni, do najbardziej prestiżowej stajni w mieście i byłem jej ogierem.

Zacząłem schodzić po schodach, mijając zapłakaną i napierdoloną dziewczynę podtrzymywaną przez dwie inne pipy, które pewnie uważała za swoje przyjaciółki. Dziewczyna wyglądała jak zwłoki zabalsamowane nędznym samoopalaczem. Siedziała na schodach rzucana spazmami paniki, bo co ona teraz zrobi, przecież on był dla niej całym światem, wszystkim, ona tak go kochała, a on ją zostawił. Znałem te wszystkie tandetne historie, bo to była jedna i ta sama historia, ale pomyślałem: nie martw się, przecież przyjdzie następny gość, zdejmie te twoje różowe stringi, zerżnie cię, a później będzie całym twoim światem, wszystkim, co będziesz mieć.

Nie wiem dlaczego, ale miałem zajebistą chcicę zajebać jej tak, żeby spadła z tych schodów z całym tym jej wyciem, ale tylko przyspieszyłem kroku. Na dole ściągnąłem skórzaną kurtkę i podałem kolesiowi w szatni. Nie różnił się niczym od tych ćwoków na górze i, tak jak i oni, korzystał z ustnych usług gimnazjalistek, chcących zażyć trochę prawdziwego nocnego życia. Bez słowa zabrałem od niego numerek i ruszyłem na salę. Obok mnie pojawił się Polar, a za nim Monia z Nadzią.

– Mam ochotę naprawdę dzisiaj ostro poimprezować – poinformował mnie Polar i przytulił do siebie Monię.

– Masz ochotę na naprawdę wykurwistą imprę? – zapytał Monię, która była teraz najszczęśliwszą pizdą pod słońcem.

– Nooooo – pokiwała głową Monia, a ping–pongi mało jej z orbit nie wylazły.

– A ty, Jacek? Nabrałeś trochę humoru? Bo ja dzisiaj nie mam ochoty na pogrzeb – powiedziała Nadzia i klepnęła mnie w dupę.

– Idziemy do loży – odpowiedziałem. Dzisiaj – dodałem w myślach – dzisiaj nie masz ochoty? Jakbyś mogła, to przez siedem dni w tygodniu byś tu przyłaziła. Dzisiaj, kurwa mać, dzisiaj, tak?

Corrida, to jest właśnie Corrida. Na parkiecie wyginały się, wytrząsały i macały lolitki w różnym wieku, wszystkie stylizowane na ponętne siedemnastki. Siedzący w kabinie samochodu marki Porsche didżej K.O. obracał i miksował talerze, a jego kurtka odbijała laserowe refleksy i słała je w eter. Było naprawdę w chuj głośno i wiara bawiła się zacnie. Ometkowani kolesie szukali brania, dupensje rwania i wszystko było pod kontrolą. Na pytanie, pod czyją kontrolą, uśmiechnąłem się do siebie. Przypominało to wszystko gody: samiec pokazywał swoje kolorowe piórka, a kiedy już znalazł obiekt swojej chuci, robił, co się da, żeby ją zaruchać, a samiczki negliżowały się i kusiły na wszystkie możliwe sposoby. Błyskotki ze szlachetnego metalu mile widziane po obu stronach migotały w świetle kolorowych lamp. Przy barze siedziały kiperki w poszukiwaniu darmowego drinka, do niektórych już podjeżdżali goście, by za cenę dwóch, trzech drinków urobić laskę na noc.

Tak, to jest właśnie Corrida. Tu wszyscy są bohaterami wieczoru, wszyscy są na arenie. Czerwoną płachtą jest pożądanie, a role byków i torreadorów wciąż się zmieniały – goście pizgający się o dupę to rzadkość, ale często było odwrotnie. Czasami facet przyjebał panience, bywało jednak, że panienka wypłaciła kolesiowi. Ciągła pogoń i nienasycenie, arena życia, mocne wrażenia, hera, koka, extasy, pulsująca krew i południowy temperament. Tu było naprawdę gorąco, parzył wnoszony tu towar, gorące były ciuchy Cyganów, parę rzeczy nie dało się określić co do temperatury, ale szło się domyślać.

Dotarliśmy do loży, obita zieloną skórą wersalka była szeroka i wygodna. Może to nie rydwan Kommodusa, ale większość pozycji można było na niej odstawić. Nadzia zasiadła z piskiem i odrzuciła głowę na oparcie, a ja ściągnąłem ze stolika przed wersalką kartkę z napisem rezerwacja i podpaliłem ją płomieniem zapalniczki. Tlący się papier wrzuciłem do popielniczki i zapytałem:

– Nadzia, co dla ciebie?

– Kawasaki! – wykrzyknęła.

Polar po krótkiej chwili, którą poświęcił na oglądanie prawego bicepsa, powiedział:

– Idę z tobą Jacek, poczkaj na mnie.

Monia klapnęła obok Nadzi, a my z Polarem poszliśmy po drinki.

Za barem stał frajer z postawioną na sztorc platyną na włosach. Zamówiliśmy sprzęt i ze szkłem wróciliśmy do naszej loży. Nadzia była już urobiona na amen. Nie łapała nic z tego, co działo się wokół. Byłem zły jak sam skurwysyn, bo nie wiedziałem, czy pizdę zabrać do chaty, czy zostawić w tym stanie. Dwa tygodnie temu, jak zaskunowała w Corridzie zupełnie, zawinąłem ją do siebie, a rano, kurwa, mało mnie nie zajebała, że zabrałem jej pół zabawy i żebym się nie wpierdalał, bo to jest jej broszka. Zanim zaczęliśmy być ze sobą, wiem, że bywała nieprzytomna, na niejednej dżamprezce częstowali się nią kolesie. Ale co mnie, do chuja, mogła obchodzić jej przeszłość, co obchodzić może mnie jej przyszłość? Tak naprawdę to miałem ją głęboko w pompie, podobnie jak wszystkie inne suki na świecie.

– Pierdolę to – powiedziałem – Polar, idę jeszcze się odlać, zamawiam taryfę i jadę z Nadzią na chatę.

– Jasne, ale wrócisz? – zapytał Polar

– Nie, nie wracam, wóda mi nie podchodzi dzisiaj. – Właściwie to zajebiście, że Nadzia tak się zaprawiła – pomyślałem. Mam przynajmniej resztę wieczoru ze łba. Obejrzę film na DVD i zapalę sobie trawę. I tylko rano pizda będzie darła ryja.

– Jak chcesz – rzucił Polar – ale biba dopiero się rozkręca.

– Odbiję sobie następnym razem – odpowiedziałem z udawanym żalem.

Polazłem przez parkiet do klopa. Kiedy byłem na środku sali, mignęła postać znanej mi dziewczyny. Nic się nie zmieniła. Miała proste blond włosy i poruszała się naprawdę dobrze. Koło niej zawijały się jakieś dwie cipki ubrane na różowo. Zbliżyłem się do niej lekkim wężem i zacząłem:

– Cześć, Aga. Co tu robisz? Od kiedy jesteś w mieście? – spytałem i zacząłem przy niej niezgrabnie tańczyć. Alkohol robił swoje.

– Jacek? – zdziwiła się, nie przestając poruszać się w rytm muzyki. – Ile to już lat?

– Pięć – odpowiedziałem.

– To kawał czasu. Jak się bawisz? – spytała.

– Czy ja wiem? Chyba nie jest najgorzej – odrzekłem raczej niepewnie. – A ty? Zostajesz tu do rana?

– Za pół godziny wychodzę. Jutro mam samolot.

– Wracasz do Anglii?

– Tak, przyjechałam odwiedzić starych.

– To cztery ulice stąd. No, chyba, że się przeprowadzili.

– Nie, wciąż tam mieszkają.

– Słuchaj, jak chcesz, to mogę cię odprowadzić, tylko coś załatwię.

Popatrzyła na mnie lekko rozbawiona.

– Jeżeli chcesz.

– Będziesz na parkiecie?

– Jasne – powiedziała. Złapała jedną z tych różowych cip za rękę. Zaczęły tańczyć jakiś układ.

Odwróciłem się i wróciłem do loży. Nadzia leżała zresetowana. Wyciągnąłem ją z Polarem na zewnątrz i zadzwoniłem po taxę. Na górze ekipy się poprzerzedzały. Dwaj bramkarze tańczyli kujawiaka nad jakimś najebanym gostkiem, który był na tyle głupi, by kozaczyć bez pleców. Kolejna zaryczana pizda krzyczała do drugiej, żeby się wszyscy od niej odpierdolili. Grano te wszystkie szopki po raz kolejny, a ich aktorzy mieli ciągle nadzieję, że następnym razem coś się poprawi.

– Wiesz, Polar, zawitam tu jeszcze, jak odwiozę Nadzię.

Polar popatrzył na mnie takim wzrokiem, jakby rozumiał wszystko. Rozumiał mnie, ten głupi napakowany sześcian, pierdolony pustak. Uwielbiałem właściwie wszystkich moich znajomych. Każdy, kurwa, każdy wiedział o mnie więcej, niż ja sam o sobie, każdy mnie znał, rozumiał. I wszyscy dookoła wiedzieli, jak i kiedy powinienem postąpić, bo przecież mnie znali od jebanej podszewki. I Polar, kończący w tym roku prawo, też wiedział o mnie więcej, niż ja sam. Miał już gotową interpretację wszystkiego, ten jebany cwaniak, który połowę egzaminów pojechał na amfie, a drugą przepłacił, poeta od czasu do czasu (wtedy, gdy się zakochał), wierny czytelnik pism o kulturystach akceptował mój wybór, bo przecież też był facetem i wiedział, wiedział na pierdolony bank, że tak jak i on mam chcicę wrócić, zaruchać i zarzucić jeszcze kilka drinków.

– Nic nie powiem Nadzi – powiedział Polar konfidencjonalnie.

Nadjechała taryfa... Wsiadłem z nieprzytomną Nadzią i podałem adres. Uregulowałem rachunek po dotarciu pod właściwą klatkę schodową i powiedziałem do ciula za kierownicą:

– Pan poczeka, ja będę wracał.

Jakoś dotarłem do swojej dziupli. Położyłem Nadzię na łóżku i wyszedłem. Wsiadłem do taksówki i wróciłem do Corridy. Chciałem pogadać z Agą, powspominać czasy liceum. Chodziliśmy do jednej klasy, a ja zawsze bardzo ją lubiłem. Była równa i chyba dobrze się dogadywaliśmy. Pamiętam, jak kiedyś rozmawialiśmy o tym, co chcemy robić w przyszłości. Ja tak naprawdę nie miałem o tym pojęcia, ale Agnieszka miała już sprecyzowane plany. Chciała wyjechać do Londynu, gdzie mieszkała jej ciotka, i tam pójść na studia. Mówiła, że w Polsce przez wiele lat nie będzie żadnych perspektyw, a ona nie będzie czekać do starości w nadziei, że coś tu zakwitnie. Poza tym, trzeba mieć, żeby coś zrobić. Podobała mi się ta myśl. Kiedy to mówiła, miała na sobie zieloną sukienkę z wyhaftowaną gwiazdką. A potem poleciała. Słyszałem od jej kuzynki, że poznała jakiegoś Angola, że rzuciła studia, zaczęła pracować. Była w jakichś związkach, ale wszystkie się rozpadały. Więcej, niestety, o niej nie udało mi się dowiedzieć, ale pomyślałem, że dzisiaj wreszcie będę mógł z kimś pogadać inaczej i powspominać czasy szkoły średniej.

Po okazaniu pieczątki na przedramieniu bramkarz wpuścił mnie do Corridy. Szybko zbiegłem po schodach i zacząłem rozglądać się po parkiecie. W końcu ją zobaczyłem, ciągle tańczyła z tymi dwiema różowymi nimfomankami. Podszedłem więc do niej i spytałem:

– I co, idziemy?

– No, chyba już czas – odparła. – Możemy iść.

Wychodząc, natknęliśmy się na Wojtka, którego Polar na pewno zdążył wprowadzić w mój plan pokątnego jebanka. Wojtek uśmiechnął się do mnie szeroko i wywalił jęzor na niewyparzoną mordę. Pokręciłem tylko głową i wyszliśmy na zewnątrz. Wieczór był raczej ciepły i tylko wiatr lekko smagał nas w plecy.

– Dawno przyjechałaś?

– Dwa dni temu.

– I jak ci się żyje w Anglii?

– Nie narzekam, ty chyba też nie, co?

– Nie mogę.

– Jaki skromny... Słyszałam, że pracujesz w Primexie, tam chyba zarabiasz zupełnie nieźle.

– Trzeba mieć, żeby coś zrobić?

– Co masz na myśli?

– Pamiętasz ten park? Wtedy, jak poszliśmy na flek z biologii i Romek tak się spił, że...

– Wiesz, nie myślę za bardzo o Polsce. Nie ciągnie mnie do tego kraju. Wszyscy tu tylko narzekają.

Ogólna bieda i syf. Ale tobie się udało. Obrotny się zrobiłeś, co?

– Na to wygląda. Na studiach człowiek zaczyna myśleć inaczej.

– Chyba nie masz zamiaru filozofować?

– Nie, jasne, że nie. Co u rodziców?

– Jakoś, ale nie mamy tematów. Różnica pokoleń. Często chodzisz do Corridy na balety?

– W soboty.

– W Polsce ciągle nie ma tak naprawdę dobrych lokali. Przyjedź kiedyś do Londynu.

– Może kiedyś się wybiorę.

Weszliśmy na podwórko i stanęliśmy przed kamienicą, w której mieszkali jej rodzice.

– A tak w ogóle to twoja dupa nie ma nic przeciwko temu, że odprowadzasz mnie do domu? – spytała i zmierzyła mnie wzrokiem pełnym nieukrywanej kpiny.

Byłem przez nią przekreślony. Wiedziałem, że dalsza rozmowa nie ma najmniejszego sensu. Po pięciu latach nie mieliśmy sobie zupełnie nic do powiedzenia. Być może było tak zawsze? Ona nie pamiętała nic, a może to ja wszystko pomyliłem? Przecież dzisiaj powinien być piątek. Dlaczego dzisiaj znowu była sobota? Może to ja się myliłem – wtedy, kiedyś, teraz? Stała i patrzyła na mnie jak na przegranego gościa, jak na frajera, który ją odprowadza i zachowuje się jak uczniak, więc postanowiła dać mu nauczkę. Wyciągnąłem paczkę papierosów, otworzyłem ją i przybliżyłem do ust, a później zagryzłem zęby na jednej z fajek i wyciągnąłem ją. Ona patrzyła na mnie wciąż w ten sam sposób, a ja stanąłem na szeroko rozstawionych nogach, odpaliłem tego cholernego szluga, zaciągnąłem się, wypuściłem dym, odchylając głowę. Nie mam, kurwa, pojęcia, ale wolę uchodzić za dziwkarza niż za chama. Tak bardzo chciałem, aby się ocaliła, aby przywaliła mi z liścia w papę. Żeby odwróciła się na pięcie i odeszła lub żeby zaczęła płakać. I żeby powiedziała, że nie spodziewała się, że ja jestem taki skurwysyn, że ze mnie jest takie bydlę, taki gnój. Błagałem ją w myślach, żeby się rozzłościła, żeby zaczęła krzyczeć, albo nie, żeby zrobiła się czerwona ze wstydu. Ale ona uśmiechnęła się.

– Aha – powiedziała bez wyrazu.

Aha, kurwa, aha. Był, do chuja pana, taki zespół, A-HA. Aha... Kurwa... Miałem w głowie pustkę i nie wiedziałem, co mam zrobić, co powiedzieć.

– Aga... – wypaliłem. – Od pierwszej klasy liceum miałem ochotę cię gdzieś wyciągnąć. Zawsze miałem cię za najlepszy towar na mieście, a teraz wiem, że nic się nie zmieniło. Jesteś naprawdę zajebistą szprychą. Nie wiem, kiedy znowu będzie okazja, więc może pójdziemy na górę na naprawdę zajebisty seks? Wiesz, gdybym nie miał fury w zakładzie, odwiózłbym cię jutro na lotnisko...

– Sama nie wiem – odpowiedziała.

Była tylko kolejną pizdą z triumfem w oczach. Czy one naprawdę tak muszą się dowartościowywać? Przyciągnąłem ją mocno do siebie i pocałowałem. I wtedy już była moja. Weszliśmy na górę, do jej pokoju. Kiedy było po wszystkim, wyszedłem bez słowa. I co żeście z nas zrobiły, głupie, pierdolone szmaty? Wymieniliśmy kirysy na skóry z metką, konie na białe BMW. Jesteście głupimi dziwkami, wymalowanymi jak ściany na dworcach PKP i tak jak one obrzydliwymi. Przecież to właśnie przez was, przez ciebie, pindo jedna, staliśmy się wydepilowanymi chłopczykami. Zapomniałyście już wszystko i nie pozostała wam żadna klasa, a przecież jestem samcem, zwykłym męskim samcem, który chce być w jakiś sposób wyróżniony. Więc jeżeli chcecie się o nas bić, róbcie to dalej. Jeżeli naprawdę was to kręci, pizdy jedne, pizdo jedna – niech tak będzie, bo przecież to wy zrobiłyście z siebie towar.

Szedłem środkiem ulicy i nie zwracałem uwagi na nic, co dzieje się dookoła. Szedłem przed siebie, jak zawsze przed siebie i wciąż bluzgałem ją za ten wieczór i inne, za wszystkie te soboty, za wszystkie wieczory. Nie to jednak wkurwiało mnie najbardziej, to co bolało, było znacznie głębiej. Nie była to przecież jednak ich wina – pomyślałem – nie była to wina do końca zawiniona, a może to w ogóle nie była żadna wina? Może nie było i nie mogło być mowy o żadnej winie? No bo kto miałby to osądzić?

Kto sprawił, że tak było, że jestem tym, kim jestem? Mam dwadzieścia cztery lata i nie ocalałem prowadzony na rzeź. Nikt mnie nie prowadził i nikt nie prowadził innych. Nie prowadził nas Piłsudski, nie znaliśmy Stalina i nic nie wiedzieliśmy o komunistach.

Mam dwadzieścia cztery lata i niezależnie od tego, czy ktoś mnie lubi, ceni – jestem elitą tego kraju.

Kończę ekonomię na prestiżowej uczelni, zarabiam dobrze. Jestem młody, przystojny i kreatywny. Pracuję w reklamie i po studiach też będę pracował w reklamie. Nie znam innych wartości niż giełda. Za kilka lat to ja, Polar i tacy jak my będą decydować o losach tego kraju. Mam dwadzieścia cztery lata i jestem już za stary, żeby mieć pretensje. Nie wiem nawet, do kogo mógłbym je skierować. Z przekonania jestem demokratą. Z przekonania jestem sobą i wybieram pepsi, chcę być wreszcie wolny, więc palę marlboro light.

Mam dwadzieścia cztery lata i nikt nie oddzieli mi światła od ciemności. Prawa rynku decydują o wszystkim, a ja nie dostałem żadnych innych podstaw.

Mam dwadzieścia cztery lata i zazdroszczę wszystkim tym, którzy mają iluzję przynależności do czegokolwiek.

Znajomy pożyczył mi kiedyś książkę o filozofii – nie zrozumiałem jej i nie pamiętam tytułu, nie miałem ochoty siedzieć pół roku, żeby ją zrozumieć, w tym czasie zarobiłem na mieszkanie.

Ten sam kolega zabrał mnie do teatru, grali jednego z tych współczesnych debili, który ze sceny robi burdel, gdzie wszyscy ruchają wszystkich. Slang zbudował cieć taki, jakby gdzieś podsłyszał od kolesi, którzy tak mówią, bo sam jest pryszczaty i rżnie kapucyna przed lustrem. Jak chce posłuchać takich dramatów, niech idzie do Corridy, po co kurwić kolejną instytucję.

Mam dwadzieścia cztery lata i nie wiem nic o Bogu.

Mam dwadzieścia cztery lata.

Chciałem odejść, ale nie wiedziałem od czego.

Chciałem wrócić, ale nie wiedziałem gdzie. Chciałem przystanąć, ale wtedy wyprzedziliby mnie inni. Chciałem zostać, ale nie było z kim. Szedłem więc do przodu, do kolejnej soboty i kolejnej Nadzi, szedłem tam, gdzie świeciła się latarnia morska. Szedłem do Corridy.



Corrida Przemysława Grzesińskiego to drugie opowiadanie z cyklu zatytułowanego Brama, w którego skład wchodzi osiem utworów. Każdy z nich może być odczytany odrębnie jako samodzielny tekst, jednak dopiero lektura całości ukazuje prawdziwe intencje autora. Brama jest bowiem rodzajem obrachunku pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych z przeszłością i teraźniejszością. Kreowany przez autora bohater to wnuk pokolenia Kolumbów, o których Tadeusz Różewicz mówił jako o „ocalonych”, „prowadzonych na rzeź”, „krzyczących w nocy”. To pokrewieństwo dotyczy nie tylko świadomego wykorzystania motywów i obrazów z pierwszego powojennego tomiku poety Niepokój (otwiera go wiersz Róża), ale jest przede wszystkim podjęciem próby wypowiedzi w imieniu generacji młodych spustoszonych wewnętrznie przez swoje czasy. Okazuje się bowiem, że nie tylko koszmar wojny może stać się przyczyną zachwiania wszelkich wartości, lecz pozornie bezpieczny dla nich czas pokoju. Zdawać by się mogło, że pokolenie, które czas wojennej Apokalipsy zna jedynie z podręczników historii, nie powinno mieć trudności w odróżnianiu prawdy od kłamstwa, miłości od nienawiści – bowiem powtórne oddzielenie światła od ciemności zostało już dokonane, przywrócone. Co zatem się stało, że transmisja spuścizny wartości i dorobku kulturowego została zachwiana? Jaki popełniono błąd, że młode pokolenie nie chce, nie może, czy nie potrafi ich przyjąć?
Autor Bramy nie daje odpowiedzi na te pytania. Głos jego bohaterów to głos tych młodych, których oskarża się o sprzeniewierzanie się odwiecznym prawom, o nieznajomość historii i tradycji, młodych nastawionych konsumpcyjnie do świata, wyzutych z wszelkich zasad, nieodczuwających żadnych więzi z minionym, dla nich już archaicznym i niezrozumiałym czasem. I zarazem to głos tych „ocalonych” z pożogi upadku wartości, którzy jednak nie potrafią odnaleźć swojego miejsca wśród rówieśników wyznających z rozbrajającą szczerością: „Mam dwadzieścia cztery lata i… jestem, jaki jestem”.

Przemysław Grzesiński