Chorzy na raka

Dziadek leżał zwinięty jak embrion na wiecznie posłanej kanapie. Nad nim Matka Boska bezsilnie rozkładała ręce, a Chrystus patrzył z politowaniem. Ona ofiarowała mu śnieżnobiałą lilię, a On rozpromienione serce. Dziadek nie potrzebował już kwiatów ani otwartych serc. Był ciągle pijany od kroplówek. Pragnął… – nie wiem czego mógł pragnąć. Mogę tylko snuć przypuszczenia, że więcej morfiny. Dziadek wiedział, że tym razem nie pokona raka siłą woli. Nawet nie próbował. Jedną wojnę już wygrał, i co? Włosy mu odrosły, ale pozostał smutek. Smutek wszechobecny zawieszony w metalicznym, rozgrzanym i przesiąkniętym duszącym fetorem moczu powietrzu. Nieruchomy punkt, na który patrzyłam, lekko się poruszył. Dał się słyszeć tępy, krótkotrwały jęk. Wtedy zapłakałam.

Wpatrzona w jałowe oczy dziadka spowite mgłą bielma, myślałam: „oto jestem świadkiem agonii pięknych idei” i czułam się zupełnie bezsilna wobec nienamacalnej potęgi zwiastującej ich niechybną zagładę.

Nie byłam pewna, czy idee odchodzą wraz z ludźmi, czy pozostają, by oczekiwać na spełnienie? Patrząc na cierpienie dziadka, traciłam wiarę w człowieczeństwo, w jego sens. Czułam, jak ulatuje ze mnie siła, która niegdyś pozwalała mi wierzyć w twórczą moc istnienia. Oto na moich oczach dokonywał się akt składania życiu najwyższej ofiary. I choć to ofiara całopalna, skrzydła Feniksa nie zmieniły barwy. Płomień objął i je. To znak, że Feniks nie odrodzi się na nowo. Miłosierna i okrutna zarazem Matka Ziemia stała już u drzwi gotowa upomnieć się o każde ziarnko prochu, z którego przed siedemdziesięcioma trzema laty zostało wskrzeszone to rozpadające się na atomy ciało. Ona nam daje, Ona odbiera. Potrzebuje nawozu, by stwarzać nowe życia. Co się stanie z ideami? Jeśli idee mieszkają w ciele, staną się cząsteczkami nowej materii. Jeśli ich domem jest dusza… Cóż, wówczas można by mieć nadzieję, że wraz z nowym strumieniem energii zasiedlą jakieś ciało, które właśnie wzrasta w ciepłym i wilgotnym wnętrzu matczynego łona. Ta myśl to mój daimonion. Tej myśli będę się trzymała. Może właśnie na tym polega nieśmiertelność? Wieczna wędrówka idei w eterze. Właściwie zastanawiam się, dlaczego naukowcy nie pracują nad wynalezieniem szczepionki przeciwko ideom, przynajmniej tym najbardziej szkodliwym. Może myślą, że są bardziej efemeryczne niż wirusy czy bakterie? Nie sposób ich spreparować. Tymczasem one spokojnie sobie mutują i wywołują śmiertelne choroby na masową skalę. Infekują ludzkie umysły i wyzwalając zabójcze toksyny, sieją spustoszenie w organizmie. To łatwo dostępna broń masowego rażenia. Nosiciela uodparnia na cierpienie, a dziesiątkuje nieświadome miliony istnień ludzkich, z których najpierw wysysa wolę życia.

Dziadek miał zaledwie szesnaście lat i wielką wolę życia, gdy zmuszony obowiązkami wobec Ojczyzny, opuścił dom rodzinny. Piękne, zielone lasy nad Seretem, jesienią pachnące poziomkami, rankiem spowite mgłą, przepełnione szumem strumieni i śpiewem zawsze radosnych ptaków, w południe igrające rozproszonymi promieniami życiodajnego światła, o zmroku tajemniczo pohukujące, aż z zachwytu drętwiała skóra. Ojciec i matka mu błogosławili, siostry i mały braciszek płakali. Żal, rozdzierający serce jak radło brunatną połać ziemi na przednówku, żal odczuwał dziadek, gdy przywdziawszy, mundur wyruszył w nieznany mu świat z karabinem i z duszą na ramieniu. Mimo strachu, mimo tęsknoty za rodziną przedzierał się przez front. Oszołomiony wrzawą wojennej zawieruchy strzelał do wroga. Wróg – człowiek, czyli kto? To nie tak miało być. To ziemię mieliśmy sobie czynić poddaną, nie ludzi. Strzelał, ale nie do ludzi. Strzelał do kul, żeby zmienić ich tor, żeby przetrwać, żeby żyć. Co znaczy „żyć”? Oddychać? Słyszeć w skroniach pulsującą krew? Czuć strach, bo się narobiło ze strachu? Dlaczego tak bardzo chcemy żyć? Przecież życie boli. Bolały odmrożenia i pęcherze, które smarował psim tłuszczem. A w trzecim roku wojny o psi tłuszcz było trudno, bo i psy ginęły na wojnie. Ludzie głodowali. W ostateczności zjadali swych odwiecznych przyjaciół, bo to była przyjaźń na śmierć i życie. Bolały kolana i łokcie gnijące od wiecznie ropiejących ran. Bolały poczerniałe zęby wypadające z braku jedzenia. Bolało całe ciało, drążyła je najbardziej złośliwa odmiana raka – wojna. Idea wywołująca tę śmiertelną chorobę jest wszechobecna. Wślizguje się do ludzkich umysłów, penetruje labirynt szarej substancji i czeka. Jeśli umysł w krótkim czasie jej ulegnie, zadamawia się w nim na dobre i złe. Bywa, że poszukiwania są długotrwałe, co osłabia chorobotwórczą ideę. Kiedy jednak trafi na umysł wizjonera-zboczeńca lub wizjonera-szaleńca, przenika do jego krwiobiegu, nim biedak zdąży się zorientować, że jest nosicielem obcego. Ten nowotwór szybko się rozrastał. Pożywki mu nie mogło zabraknąć. Krew lała się strumieniami z pulsujących jeszcze poszarpanych tętnic. Ale to nie krwią żywił się rak. On karmił swoje tkanki ludzką wolą życia. Walka to była okrutna, bo ludzie zażarcie bronili pragnienie istnienia. W końcu tylko to ich trzymało przy życiu. Dziadek też dzielnie stawiał opór. Wielu zabrakło determinacji, bo cierpienie stało się źródłem obłędu. Ludzie nauczyli się znosić ból fizyczny, ale nikt nie chciał być wariatem. Z dwojga złego lepsza była śmierć. Wkrótce między Wisłą a Bugiem uformował się mięsisty odwłok, przygniatając swym ciężarem trzewia i serce. Obosieczne szczypce siekały to, co jeszcze drgało w agonii na wschodzie i na zachodzie. Dziadek wiedział, że nie pomoże tu żadna chemioterapia. Jedyna nadzieja to walka siłą woli. Więc dziadek walczył. Jego wynędzniałe ciało wciąż stawiało opór. Najbardziej uciążliwy był ból duszy, gdy leżał wśród ludzkich zwłok zapomniany przez swoich i wroga. Przytulał ją wtedy resztkami sił do wystających spod bladej skóry żeber. Potem z pomocą Bożą (jak sądzę), czy za sprawą resztek dumy, z powodu błahego, że wciąż czuł się człowiekiem, bo tęsknił i płakał, spoglądając na jedyną fotografię matki, ojca, sióstr i brata ukrywaną w podszewce wojskowego płaszcza, wydostał się z niezasypanego grobu, by zostać dowódcą czołgu.

Dziadek – młynarz, który miłował ziemię jak swą rodzoną matkę, bo ona go karmiła złotym ziarnem, teraz musiał mielić wszystko, co stało na drodze przed jego czołgiem. Z tą tylko różnicą, że z tego, co zmielił, chleba upiec się nie dało.

Mijały lata, a on obwiązywał szmatami kolejne rany. Nie jadł już słoniny, bo nie było. Teraz została tylko lebioda, ale to wiosną i latem. Zimą musiał się zadowolić psim tłuszczem. Pęcherzy nie leczył, bo nie mógł zdjąć butów, które stały się nierozłączną częścią jego sponiewieranego, wyżartego przez raka ciała. Mimo wszystko nie żalił się nikomu. Zaciskał zęby, te które jeszcze jakimś cudem tkwiły w opuchniętych dziąsłach, nie żeby nie czuć bólu, bo ból był nawet pożądany, bo ból był świadectwem życia, ale po to, by zdławić eskalację cierpienia. Zaciskał zęby, żeby powstrzymać łzy, a to było trudniejsze, bo skąd czerpać siły, by nie runęła tama na rzece, w której woda czerwieńsza była niż krew.

W końcu nadszedł czas, kiedy dziadek mógł zdjąć buty. Kładł się wtedy na pachnącej żywicą ściółce i patrząc na gwiazdy, pieczołowicie je liczył, jakby chciał sprawdzić, czy choć one są jeszcze poukładane według dawnego porządku, bo pośród okaleczonych drzew i ludzkich kikutów nic już nie było takie jak dawniej. Im dłużej rachował, tym większej doznawał ulgi, utwierdzając się w przeświadczeniu, że znany mu kawałek wszechświata trwa w nienaruszonym ładzie. W razie czego będzie można z grafitowej mapy nieba odczytać wzory i przywrócić na ziemi dawny mores. Dziadek znał tę oczywistą prawdę, że dobry Bóg, w swej przezorności, zaszyfrował całą mądrość świata tam, gdzie żadna ludzka ręka, choćby najpotężniejsza, nie dosięgnie. Tylko ten skorzysta z zapisanej w gwiazdach mądrości, kto unosi głowę ponad chmury. Leżał dziadek na rozgrzanym igliwiu, licząc gwiazdozbiory, a pęcherze na stopach się goiły. Zabliźniły się rany, ale tylko te widoczne dla oczu. Te w sercu i w umyśle zmieniły dziadka na zawsze. Pokonał dziadek raka, ale nie pokonał o nim pamięci. Zbyt wiele mu o nim przypominało. Wyjałowione wnętrzności miast, spopielałe wulkany wsi, łysiny pól i łąk, sine plamy po bolesnych nakłuciach, brunatne plamy na skórze, plamy na honorze i milczenie, wszechobecne milczenie świata, w którym najcichszy nawet zgrzyt przyprawiał o skurcz mięśni. Najgorszy jednak był smutek. Smutku nie sposób było usunąć. Został siłą, wbrew woli, wtłoczony do krwiobiegu podczas transfuzji. Na wojnie nikt nie myślał, aby sprawdzać krew wykrywaczem smutku. Dlatego dziadek został naznaczony, a jego brzemię dźwigać muszą jego dzieci i wnuki. Ja też jestem zapłodniona smutkiem. Chociaż wojna się skończyła, dziadek wciąż toczył walkę. Nie mógł się przyjąć na nowej ziemi. Ten przeszczep, choć przedłużył mu życie, uczynił z niego udrękę. Czasem siadał dziadek na tapczanie, na stole stawiał butelkę wódki i uśmierzał ból. Kiedy przekraczał półmetek, zaczynał śpiewać hymny na cześć swojego żalu, ku pokrzepieniu serca. Zaczynał smętną skargą na molową tonację… „nie wolno nam papierosów palić, nie wolno nam gorzałki pić…”. Później następowała milcząca refleksja i atak… „my pierwsza brygada, strzelecka gromada, na bój ruszyliśmy, na życia bój, na bój, na bój!!! ”. Po ataku dziadkowi zasychało w gardle, więc wypijał kolejny kieliszek wódki, a po nim zwykle następowało przenikające atmosferę wzruszenie. Przerywanym głosem, raniąc dźwiękami jak serią z karabinu, toczył rzewną melodię …rozszumiały się wierzby… płaczące, …rozpłakała się… dziewczyna w głos… …nie szumcie wierzby nam, z żalu… aż… serce… rwie… Potem już tylko płakał.

Nie rozumiałam wówczas tego dziadkowego rytuału. Bo jakże można zrozumieć takie cierpienie? Tu rozum był bezsilny. Z takim smutkiem nie dało się walczyć. Jedyne co można było zrobić, to w nim współuczestniczyć.





Renata Diaków