Od świtu do zmroku. Super stars

„Wam będzie lepiej”, mówiła mama, pochylona nad rzędami spoconych truskawek. „Wam będzie lepiej”, mówił tato, siadając po nocnej zmianie przy stole. Tak, miało być lepiej. I nawet przez chwilę odnosiło się takie wrażenie. Wtedy, gdy zdjętą z klatki kanarka karmazynową tkaninę pokrył kurz. Dlaczego zatem wciąż czuję się tak, jakby mój umysł był zniewolony?

Odpowiedzieć na to pytanie próbował Czesław Miłosz, który dołączył już do gwiezdnej unii, niestety, ale jakże żywe są jego słowa, że „strach [...] jest cementem społeczeństw znanym od dawna”. Z drugiej strony, strach ożywia naszą wyobraźnię, która błądząc w labiryncie niepewności, szuka kłębka. Wiadomym jest bowiem, że ten pokona strach i wyjdzie z labiryntu, kto znajdzie kłębek, a nie ten, kto stojąc u wrót, pociąga za sznurek. Na pocieszenie mogę dorzucić fakt, że nawet beton, do którego potrzebny jest cement – czyli strach – ulega upływowi czasu, kruszejąc.

Skoro czas płynie, cement wietrzeje, a my stajemy się coraz to odważniejsi, podobno, czy możemy powiedzieć, spoglądając w głąb siebie, że jesteśmy wolni?

Ze smutkiem muszę stwierdzić, iż nie jest to możliwe. Wyzwolenie, chwilowe, z pęt totalitaryzmu, stalinizmu etc. tylko pozornie czyni nas wolnymi, gdyż zrzucając jedne pęta, wplątujemy się w nowe. A może paradoksalnie nowe „-izmy”, które bardziej lub mniej świadomie przyjmujemy, czynią nas wolnymi?

W końcu przyszło nam żyć w globalnej wiosce. Są tacy, którzy twierdzą, że „Sen o zjednoczonej unii nie ma żadnych widoków na realizację; z twardych jajek nie robi się omletu”. Być może ów omlet nie jest smaczny, ale faktem jest, że stanowimy jego część.

Czy da się go zjeść bez obawy, że przypłacimy to bólem brzucha? Cóż, odpowiedzi mogą być dwie: optymistyczna lub pesymistyczna. Kiedy siadam do śniadania jestem optymistką. Mam głowę wypełnioną pomysłami, co najważniejsze, wiem jak je zrealizować, bo dysponuję wyobraźnią i gruntowną wiedzą. Jestem więc osobą kreatywną. Nie odkryłam nic nowego. Wszak już Albert Einstein głosił: „Imagination is more important than knowledge” (wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy). Ja tylko pragnę dodać, że warunkiem koniecznym efektywnego korzystania z kreatywności jest WOLNOŚĆ.

Spoglądając na biało-czerwoną flagę i żółte gwiazdy na chabrowym tle, widzę bardzo optymistyczny obraz: morze czerwonych maków i białych złocieni pod gwieździstym, chabrowym niebem. Właśnie. I nagle „pod” zdecydowało o tym, że po odejściu od stołu nie jestem już optymistką.

Jak widać, zwietrzały jest cement, którego użyto do konstrukcji fundamentów, na których próbujemy budować wizję globalnego optymizmu i nasze naiwne hine et nute (tu i teraz) przypomina nam, że nie będzie żadnego potem. Jak więc zdobyć prawdziwą wolność, by wiedza i wyobraźnia mogły skutecznie integrować się, czyniąc nas kreatywnymi w działaniach podejmowanych z myślą o przyszłości?

Jak głosił Cyceron, „musimy być niewolnikami praw, abyśmy byli wolni”. Zatem nasz status jest niezmienny? Wciąż tkwimy w tej samej klatce? Zmieniają się tylko kolory farby, którą ją malujemy?

Warto by się nad tym zastanowić.

Zrobiło nam się chabrowo, choć nie na pszenicznych polach, o nie. Zrobiło nam się super! O TAK! Gdzie nie spojrzeć, wszędzie gwiazdy! Po prostu super stars! Mojemu dziadkowi aż kręci się w głowie. Dlatego nie wychodzi z domu. Bo i po co miałby wychodzić? W końcu pola nie musi uprawiać, bo wszystko może kupić w sklepie po drugiej stronie ulicy. I to wszystko jest najwyższej jakości! Do wychodka iść nie musi, bo ma w domu, ładny, wykafelkowany aż po sam sufit. Nie martwi się, że szambo wyleje zimową porą, bo mu rurę do kanalizy podłączyli i jest już teraz zupełnie spokojny, bo to wszystko w oczyszczalni oczyszczą i woda w rzece nie będzie mętna. Wiadomo, ekologia! Szkoda tylko, że dziadek już się nie może tym cieszyć, bo na ryby nie jeździ od dawna.

Siedzi więc dziadek w kuchni za stołem przy zgaszonym świetle. Po cóż miałby palić światło? Lampa stercząca przy ulicy świeci prosto w okno. To wystarcza, żeby celować w przyciski na pilocie. Nie myślcie, że po to, aby oglądać migające obrazki. W końcu dziadka już nic nie jest w stanie zaskoczyć, nawet najlepsza krwawa sieczka, sypiąca się z każdego serwisu informacyjnego. Dziadek widział prawdziwą krew. Dziadek pamięta jej smak. Zatem po co mu pilot? Ot tak, dla zabicia czasu, którego zrobiło się zbyt dużo, dla dziadka.

Ośrodek zdrowia zlikwidowali, ale wybudowali drogę, żeby mógł dziadek szybko dojechać do miasta, jeśli najdzie go ochota na wizytę u lekarza. Nie autobusem, o nie! Też zlikwidowali, bo teraz każdy ma samochód. No, dziadek nie ma, bo jemu po co? I tak by nim nie jeździł, bo dziadek całe życie na czołgu albo na komarku przejeździł. Dziadek był specjalistą od ciężkich maszyn. Gdy skończyły się czołgi, przesiadał się dziadek na młockarnię lub śrutownik. To były maszyny! Przynajmniej, jak taki czołg jechał, to było go słychać i wszyscy z drogi schodzili. No, ale teraz nikt nie musi schodzić z drogi, bo są nowiuteńkie chodniki. Nawet dla rowerów są chodniki.

Wróćmy jednak do dziadka.

Zatem siedzi sobie dziadek w kuchni przy stole i niby ogląda telewizję, przy zgaszonym świetle. Siedzi sam, bo babcia ma swój pokój i nowe łóżko, a i młodzi też mają swoje pokoje. Nie myślcie, że dziadek czuje się samotny. O nie! Wprawdzie dziadek SMS-ów nie pisze, gdyż nie dowidzi, ale w każdej chwili może zadzwonić. Wystarczy, że przyciśnie jeden przycisk, góra dwa i już nie jest sam.

I co? Nie mówiłam? Wszystko jest super!

Nawet dziadkowi taką jedną super star dali ostatnio. Sprawdzili w urzędowych księgach, że dziadek z babcią przeżyli razem pięćdziesiąt lat. Teraz dziadek błyszczy. Szkoda tylko, że nie zauważyli dziadkowego serca, co zaczęło krwawić, gdy mu tę gwiazdę przypięli do piersi. Nie widzieli, bo dziadek potrafi ukrywać ból. Poza tym blask bijący od super star był oślepiający. Nawet gdyby przyćmić ów blask, to i tak nikt by nie zauważył, że dziadek cierpi. Jakże można byłoby się zorientować, która zmarszczka na dziadkowej twarzy jest tą od bólu serca?

Poza tym dziadek jest po drugiej stronie gwiazdy, czyli w ciemności, więc widzi dobrze, jak te uszminkowane panie i ci podkrawatowani panowie mrużą oczy od blasku bijącego od dziadkowej gwiazdy. Po chwili sami są lśniącymi super stars. Migocą, iskrzą, wybuchają światłem i oślepieni wpadają na siebie przypadkiem, depcząc sobie po wypastowanych butach. A kiedy blask gwiazd osłabnie i wzrok przyzwyczai się do półmroku, przecierają nabrzmiałe powieki, spostrzegając siedzącego w kącie dziadka.

Być może nawet zawstydzą się przez krótką chwilę na myśl, że tylko dziadek ocalał z pożogi i nie stał się gwiezdnym pyłem.

Zbyt krótka to była chwila.

I ja czuję się często zawstydzona, gdy widzę autografy „ważnych” tego świata złożone na stronicach opasłych tomów, na których migocą super stars na chabrowym tle, bo dopada mnie wtedy strach. I wyznam, że nie jest to strach, mający moc cementowania społeczeństw. Ten strach powoduje, że czuję się wyalienowana. I nie byłoby to aż tak bardzo przerażające, gdyby okazało się, że jestem jako ta gwiazda północna, która dla zagubionych, wątpiących jest właściwym punktem odniesienia. Ale tak nie jest. Wznoszę wtedy w górę wzrok i podążając za Emanuelem Kantem, powtarzam w myślach „niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”, ale czy w was?

Cóż... Przyjechał dziadek do domu i zamknął w drewnianym pudełku kolejną gwiazdę.

I znów zrobiło się jakoś ciemniej. I trochę mniej bolało. A i wzrok mniej się męczył. Nikt nie wie, że dziadkowe gwiazdy, ukryte w drewnianym pudełku, mogłyby rozświetlić najciemniejszą noc. Tylko po co? Wszak przydrożne lampy przyćmiewają nawet te gwiazdy, które migotają na firmamencie.

Dlatego dziadek jest taki smutny, gdyż wie, że nasze pokolenie pozbawione jest marzeń. Bo jak tu wypowiadać życzenia, gdy nie sposób dojrzeć spadających nocą gwiazd. Wszyscy myślą, że gwiazdy spadają na ziemię. Chodzą więc ze spuszczonymi głowami, by je odnaleźć. I nikt już nie chce słuchać dziadka, choć tylko on wie, że trzeba by zgasić wszystkie światła i cierpliwie czekać z uniesionym w górę wzrokiem, aby zobaczyć swoje marzenia.

Ja je widzę w dziadkowych oczach, którymi patrzy we mnie, gdy go odwiedzam.

„Wszystko się zmienia”, powiedział niegdyś Heraklit z Efezu, nie zawsze na lepsze – dodaję ja – „za wyjątkiem samego prawa zmiany”.

Dziękuję za to, że dziadek jest jak prawo zmiany – niezmienny. Też taka pragnę być, choć bardzo lubię kolor chabrowy.


Renata Diaków