Kot jako maszyna nie całkiem prosta

Gdzieś we wszechświecie koty buduje się z układów scalonych, „naciepanych” w nich modułów mruczących, organów miauczących i sensorów świetlnych. Konstruktywistom, mechanistom i futurystom nie takie rzeczy się śniły...
W odległej przeszłości zdarzyło się, że ludzki wirus grypy zmutował się z kocim. Po krowach, kaczkach, łosiach i reniferach świat nie chciał więcej ryzykować i powybijał wszystkie milutkie, kocie futrzaki (co za różnica, że to te parchate roznoszą toksoplazmozę i insze parchy?). Po wielu wiekach udało się odtworzyć model behawioralno-facjatyczny kota; oparto się na wyjątkowo szczegółowych danych. To mityczne stworzenie miało cztery pary nóg (dwie prawe, dwie lewe, dwie przednie i, naturalnie, dwie tylne), jego miękkość wskazywała na brak kręgosłupa; zastosowano tu alternatywę – chitynowy pancerz obleczony jedwabistym futerkiem. Chciano wdrożyć w życie plan odnowy gatunku felis domesticus. Niestety, genetyka nie przychodziła z pomocą. Tkanki kotowatych osiągały na czarnym rynku zawrotne ceny, produkcja kilkusetkrotnie przewyższała zyski, więc zaprzestano akcji „Kocia Wątróbka”.
Teraz już tylko wszystko zależało od bioinżynierów i robotyków. Ci pozbawieni spontaniczności i życiowej energii naukowcy postawili na funkcjonalność, choć nie mieli pojęcia, co właściwie będzie to oznaczać w przypadku kotów. Do układu scalonego dociepano moduł mruczący, organ miauczący (zdaje się, że pominięto kluczową sprawę – Co tak naprawdę oznacza miauczenie? W czasach, gdy ludzie porozumiewają się telepatycznie, przestali używać onomatopei) i dwa połączone szeregowo sensory świetlne. I jeszcze tylko projekt pancerza...
Musimy sobie zdać sprawę, że postęp gwałtownie zredukował bioróżnorodność. Stąd, opierając się jedynie na starodrukach i podaniach, nasunęło się wiele wniosków, które niejaki Pikle Wsłoiku zebrał i opublikował. Ludzkość dowiedziała się między innymi o istnieniu latających myszy (gackus domesticus) czy latających myszoludzi (batmanus humanoidus), stąd prosta droga do wyodrębnienia kotowatych: z puszystym ogonkiem (vieviurus ingentis), z gustownym kołnierzykiem (lew z misiowymi uszami i w galowym stroju) i szpica miniaturowego.
Z takich to poszlak wyłonił się jako taki obraz. Stworzono matrycę, z której wychodziły roboistoty o szpiczastych uszach, długim ogonie, biegające, skaczące i na kolana wskakujące. Niemal od razu przez lud przeszła fama. Nawet reklama byłaby niepotrzebna (ludzie dawno już nauczyli się ochrony przed sugestią podprogową i zagrywką psychologiczną). W niedługim czasie każdy chciał mieć robokota (nie nadano im niestety chwytliwej nazwy rynkowej; przypuszczalnie naukowcom brak było weny, co potwierdzili numerami serii: FLD0938 etc.).
Rozpoczęto masową produkcję z małymi modyfikacjami umaszczenia (najpierw wszystkie były metaliczne, co wprowadzało spore zamieszanie).
I tak człowiek oswoił się z nowym kotem. Przyzwyczajał się pomału do świecących w nocy oczu, miauczenia, gdy stwór głodny i do dziwnej przypadłości (śpi to to trzydzieści godzin na dobę; resztę czasu odpoczywa). Przez myśl mu nawet nie przeszło, że już niebawem nastąpi armageddon...
Wszystko zaczęło się zaraz po tym, gdy na rynek wypuszczono model FLD1203. Z początku na kiwające się uszy i zmienione (jakby żywsze) spojrzenie nikt we Wspólnocie Ośmiu Planet nie zwrócił uwagi. Przeoczono tak małe anomalie behawioralne. Okazało się to jednak brzemienne w skutkach. Z początku właściciele zachwycali się niezwykłą miękkością ruchów u niektórych zwierzaków (inne były przekarmione, przez to zabawnie niezdarne), intrygował ich skrajny autyzm, jak mniemano, zainstalowany w wersji podstawowej (w rzeczywistości nikt nie myślał nawet, by obciążać chorobą umysłową robozwierzę).
Przeciwnicy technicznych nowinek, w szczególności hodowcy psów (te bowiem, choć już zmutowane nieco, przed rozpoczęciem produkcji FLD były człowiekowi najbliższe), dopatrzyli się kilku nieścisłości w stylu: robokoty nie mają snów, więc pewnie nie mają i duszy, są fałszywe i nie mają palców. Oczywiście największe zamieszki wywołała kwestia palców, choć równie ważną sprawą było łączenie faktów i wniosek, jakoby roboty miały swą wrodzoną świadomość i niezależność.
Nowo powstały dział reklamacji zarzucony był listami od nabywców kotorobotów, jakoby nie tego się spodziewali. Jak się okazało, każdy kot stał się inny od drugiego robota. Ciężko było w naszym poukładanym świecie upilnować tak nieprzewidywalnych, chaotycznych stworzeń.
Ogłoszono stan wyjątkowy. Wizytatorzy ze Wspólnoty Ośmiu Planet postanowili zapobiec ewentualnemu kataklizmowi i wystosowali list otwarty o utylizacji wszystkich osobników FLD. Niechciane koty miano wyrzucać na bruk, by służby porządkowe mogły je zatłuc.
Stare podania mówiły o XXI wieku i kotach buszujących po śmietnikach, parchatych i poturbowanych. Dzisiaj takich już się nie uświadczy. Być może dlatego, czując lodowaty powiew rychłej masakry, ludzkość oprzytomniała. Sam Pikle Wsłoiku opublikował esej na temat kochanych, urokliwych, miłych FLD1203, sztuk dwie, z którymi zaczął porozumiewać się telepatycznie. Mimo osobliwych zachowań kotorobotów zaakceptowano ich humory, przymilanie się na przywitanie i czułe wbijanie pazurów w nogę. Można powiedzieć, że w jakiś niewytłumaczalny dla nas sposób ludzie pokochali FLD i od tej pory nazywali je po prostu kotami.
Nie było co prawda happy endu, gdyż wiele z roboistot poszło na przemiał (z robocich części robiono zazwyczaj baterie słoneczne i podzespoły kapsuł kosmicznych). Jednakże większość kotów (naprawdę niechętnie jeszcze używam tej nazwy jako novum) zatrzymana została przez właścicieli i wiedzie dostatnie życie (co inteligentniejsze osobniki dostały prawo dziedziczenia po domownikach, a obecnie, nie bacząc na zaszłości, Wspólnota pracuje nad uchwałą pozwalającą pilotować kotom mniejsze maszyny).
Jakby nie patrzeć, koty czczone były od Starożytności. Wynika z tego, iż musiały mieć w sobie coś naprawdę magicznego.
Nasza populacja odkrywa to „coś” na nowo...
 
Dana Cieplicka