Czerwona róża

Spis treści
Czerwona róża
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Wszystkie strony
Nade mną migotały gwiazdy, a we mnie drzemała bezsenność. Jeżeli tylko miałbym odrobinę siły, zdobywałbym się na cynizm, ale cynizm był już dawno poza mną. Była godzina 4.20 rano, a ja od kilku godzin chodziłem po Mieście. Zdecydowałem się na pisownię tego miejsca wielką literą, choć przeceniałem jego rolę. Celem takiego zabiegu było, zdaje się, nadanie mu pewnej rangi.
Na chodnikach, śmietnikach i dachach kiosków leżał śnieg. Nie tylko zresztą tam. Wszędzie było dużo śniegu, z wyjątkiem oczywiście ulic – co jakiś czas przejeżdżał po nich samochód. Były to najczęściej taksówki lub wozy policyjne. Kto inny jeździłby w grudniu o czwartej nad ranem? Powieki miałem wyjątkowo ciężkie, ale wiedziałem, że nawet jeżeli wrócę do wynajmowanej kawalerki, nie usnę. Trwało to już ponad sześć tygodni, ale tego nigdy nie można być do końca pewnym. Poza tym miałem coś do zrobienia. Jeżeli już zdecydowałem się wyjść z zamieszkiwanego sześcianu, musiałem mieć powód. Inny aniżeli ten, że kawalerka zwiesza się nade mną sufitem i wystawia głowę żyrandola w celu pożarcia mnie.
Latarnie rzucały bladą poświatę, która osiadała na białej pościeli. I tylko za mną wlokły się ślady ciężkich butów, ślady, które nie pasowały do bajki o Kopciuszku, zasypywane przez prószący śnieg, wymazywane przez niebo. Szedłem już wiele godzin, choć mogły przecież być to także dni, bo tam, gdzie nie ma snu, nie istnieje również jawa.
Na jednej z wygaszonych wystaw sklepowych zauważyłem manekiny, które za kilka godzin miały rozpocząć pracę, prezentując zimową kolekcję odzieży, lecz teraz jeszcze stały nieporadnie, dźwigając kolorowe pętle szalików i kajdany rękawiczek. Przystanąłem na chwilę i przyjrzałem im się uważniej – nie było tam już nic prócz niebieskiej ściany, a ja zrozumiałem, że jest to Rozstrzelanie cieni Wróblewskiego i że po każdym dziennym spektaklu, po wielogodzinnym wybiegu, manekiny czeka śmierć. Pomyślałem więc, że pewnie chciałyby być bohaterami jakiejś książki lub przynajmniej jednej kartki w pamiętniku, nawet jeśli pisany byłby tylko w czyimś umyśle.
Czekał mnie jeszcze kawałek drogi, ale wiedziałem przecież, że w końcu dotrę do tego żółtego namiotu, podobnego lub chociaż zupełnie innego od tych, jakie mieli perscy kalifowie podczas odległych podróży.
Postanowiłem nadłożyć drogi, by pójść przez park. Drzewa skąpane były w srebrze i wiedziałem już, że to nie ja idę, ale one, że to są przecież entowie zbierający się na naradę. Stałem więc, a one maszerowały lasem jak w którejś ze sztuk Szekspira, kompas księżyca wskazywał drogę. Kiedy już wszystkie odeszły, pozostawiły po sobie ławki podobne do łóżek, ale było pięć, może dziesięć stopni poniżej zera, w każdym razie zbyt zimno, aby mógł leżeć na nich jakiś człowiek. Tylko odarta z banderoli butelka z ukruszoną szyjką zamarzła na jednej z nich.
Nieśmiałe wstęgi pomarańczy zaczęły już powoli rozcinać niebo, niosąc ze sobą świeżość niechybnie nadciągającego dnia. Na razie wciąż nie były widoczne, czułem jednak, jak wypełzają zza horyzontu mary sennej i przeobrażają się w jasne gąsienice smug. Niedługo zaczną ryć, a wtedy ziemia zadrży i będzie to znak, że mogą już jechać tramwaje, a kostki bruku przeciągną się leniwym dreszczem. Dla mnie jednak czas nie miał znaczenia, od dawna już nie zwracałem na niego uwagi, choć tak naprawdę wiedziałem, że to on zapomniał o mnie i poszedł dalej, gdy ja pozostałem w pętli.
I kiedy tak niosłem swoje niespełna siedemdziesiąt kg, parę zapuchniętych oczu i kilka zdrowych czy chorych organów, ale także przecież i inne rzeczy, zrobiło mi się lekko i jak na łyżwach poruszałem się po kałużach lodowisk, bo z każdą minutą byłem coraz bliżej miejsca, gdzie spoczywała czerwona róża. Widziałem ją także teraz, zimną, stojącą na mrozie pośród wielu innych kwiatów, czekającą wciąż na mnie. Przesuwałem się więc od jednej kałuży do drugiej, od drugiej do trzeciej jak po nici i tak dalej, i dalej, a przecież bliżej i bliżej celu.
Podczas tej wędrówki towarzyszyły mi fragmenty pejzaży, skrawki obrazów, wycinki spostrzeżeń i odłamki myśli. Miasto nie miało żadnej architektury, żadnego kształtu ogólnego. Byłem zmęczony i wiedziałem, że segmenty ulic muszą złożyć się w taką mozaikę, która doprowadzi mnie do końca drogi, jakakolwiek by ona była, przez jakiekolwiek manowce wiodła. Mijałem kamienice i bloki, a one mijały mnie, choć pozostawiały po sobie mglisty ślad popękanych tynków z zaciekami tych wszystkich dramatów, jakie rozgrywały się pod ich skórą. Balkony – pokoje bez ścian – ukazywały żebra balustrad i organy wystawionych na żer rdzy sprzętów. Foliowa torebka poderwana do lotu wiatrem nabrała powietrza w płuca, by po kilku niezdarnych kołowrotkach osiąść i odetchnąć na chwilę w przyczajeniu przed światem, a ja wciąż szedłem dalej, dźwigając na plecach półświt i kołowrotek myśli. Pomyślałem wtedy, że jeżeli się zatrzymam, on zatrzyma się także pozbawiony jakiejkolwiek energii, więc wyobraziłem sobie różę, ale jej obraz wypierany był przez wiersz, dawno już czytany, niemal zapomniany, w którym mogło to być również imię umarłej dziewczyny. Dualizm ten nie chciał mnie już opuścić i miałem go ze sobą, gdy wreszcie dotarłem do żółtego jak kanarek namiotu.
Tę całodobową uliczną kwiaciarnię prowadziła na zmianę z mężem czterdziestodwuletnia kobieta o spracowanych rękach i zmęczonej twarzy. Miała na imię Ewa, a jej syn od długiego już czasu leżał w szpitalu. Potrącony na pasach przez zbyt szybko jadący w przyszłość samochód, teraz pozostawał w stanie śpiączki. Rodzice, niczym gwardia honorowa, na zmianę stali przy jego ułożonej starannie na poduszce głowie i spoglądali z lękiem na jego nogi, czy przyczajona tam śmierć nie zacznie przesuwać się w kierunku jasnej, dziecięcej jeszcze czuprynki. Łukasz oddychał równomiernie, a jego serce uderzało jednostajnie życiem. Rodzice wsłuchiwali się w tę najpiękniejszą z muzyk, nawet wtedy gdy jedno z nich właśnie znajdowało się w kanarkowym namiocie.
Stała w zbyt ciężkiej kurtce puchowej i w wełnianej czapce.
– Poproszę jedną czerwoną różę – powiedziałem do niej.
– Z tych wysokich? – spytała, spoglądając na czarny plastikowy wazon, w którym gnieździły się smukłe, przyprószone brokatem kwiaty.
– Nie, z tych obok. Mogę sam wybrać?
– Oczywiście.
Dojrzałem ją od razu. Była taka, jakiej obraz tutaj przyniosłem, a może jeszcze piękniejsza. Owinięta płatkami, wtulona sama w siebie, spoglądała na mnie nieśmiało. Wyciągnąłem ją spośród innych, wyróżniłem dotykiem, delikatnie ujmując pod kwiatem.
Zapłaciłem za jej uwolnienie i spojrzałem na moją kwiaciarkę.
– Proszę się nie martwić, pani Ewo, Łukasz na pewno z tego wyjdzie.
– Jaki Łukasz? – spytała.