Deklaracja (nie)podległości

Jestem właścicielem niewielkiej działki, na której stoi mój wymarzony, mały, biały domek. Grunty, które posiadam, leżą, jak zresztą wszystko – i to nie gołosłownie, ale dosłownie – na terenie potencjalnie bogatego kraju. Ten kawałek jałowej ziemi to wszystko, co mam i co pełen dumy kocham. Wokół mojego kraju, za granicą intelektualnie i kartograficznie wyznaczoną, wszyscy sąsiedzi mają się zgoła całkiem dobrze. W moim kraju, chlubiącym się dobrobytem, czuję się jednak, jakbym to ja był goły. Bynajmniej nie jak nagi król, raczej jak święty turecki. Co prawda, nie znam żadnego (kto zna?), więc gdyby ktoś dociekał, od razu mówię, nie wiem, jak wygląda święty turecki i na wszelki wypadek udaję Greka. Takiego bardziej antycznego filozofa, współczesny – z powodu niepewnej sytuacji gospodarczej – raczej nie byłby zbyt pewny siebie. Król to zawsze król – choćby dlatego, że przy zielonym stoliku może legalnie bić damę albo położyć się na waleta. Cóż, przy nich jestem raczej biedny jak mysz. Powinienem napisać: jak mysz kościelna, ale mając wzgląd na rozdział państwa od Kościoła, rozdzieram szatę i umywam ręce.
Zastanawiając się, co mógłbym zrobić, aby polepszyć swój status lub przynajmniej poprawić sobie humor, wysłuchałem z uwagą najświeższych wiadomości. Olśnienie przyszło jak wystrzał z Aurory wchodzącej do portu w Sewastopolu. Nazajutrz, jako jedyny obywatel zamieszkujący swoją małą ojczyznę, ogłosiłem referendum (albo plebiscyt – jeśli ktoś woli). Jako jedyny zresztą wziąłem w nim udział. Byłem zaskoczony stuprocentową frekwencją, dzięki której bez przeszkód przegłosowałem ustanowienie autonomii na całym terytorium. Od razu przyjąłem status republiki. Chcąc być konsekwentnym, utworzonemu w ten sposób podmiotowi postanowiłem nadać formę państwowości z wszelkimi prawnymi i formalnymi konsekwencjami. Będąc suwerenem, dokonałem wyboru do jednoosobowego, aczkolwiek dwuizbowego parlamentu, a następnie – przedstawicieli najwyższych władz. Zostałem jednocześnie prezydentem i premierem, na zmianę co dwie kadencje (od czego są dwie półkule mózgowe), rządem i opozycją zarazem, obywatelem (czyli ludem) mojego małego kraju i… aparatem władzy (kontroli i ucisku). Po zaprzysiężeniu nie miałem najmniejszych trudności z ogłoszeniem deklaracji niepodległości mojego kilkuarowego państwa. Dzień, w którym tego dokonałem, ustanowiłem najważniejszym świętem państwowym mojego kraju. Z okazji tego święta jako jedyny przedstawiciel władz wydałem dekret przyznający wszystkim obywatelom całe mnóstwo przywilejów i godności. W końcu u siebie mogę robić, co tylko mi się podoba. Za coś też poddani muszą kochać swojego władcę i dobroczyńcę.
Wszystko to jednak nazbyt pięknie wyglądało i naszły mnie niespodziewanie obawy. Pomyślałem, że teraz ktoś może czyhać na moje małe państewko, które jako przykład niezależności i dobrobytu stało się łakomym kąskiem dla wielu autokratów, dyktatorów, carów, tyranów, zaborców, możnowładców, barbarzyńców, kiboli i najzwyklejszych chuliganów. Uwzględniając skomplikowaną sytuację geopolityczną, konflikt lewej i prawej półkuli, lewego i prawego profilu, poczynając od ucha do ucha, oka prawego i lewego, prawej ręki i lewej nogi, drugiego boku, okazywałem się całkowicie bezbronny. Czując, jak bardzo jestem zagrożony, szczególnie ze strony swojego dotychczasowego protektora, zaraz następnego dnia wystosowałem dyplomatyczną notę do trzech wielkich mocarstw z propozycją utworzenia unii interkontynentalnej i przyłączenia mojego państwa do jednego z nich na zasadzie federacji. Miałem ku temu bardzo mocne argumenty. Co prawda nie posiadam dostępu do morza ani wielkich bogactw naturalnych, ale jako enklawa znajdująca się w strefie Schengen stanowiłem bardzo atrakcyjną ofertę, dla przynajmniej dwóch z nich. Zaznaczam, że nie posiadam ani jednej autostrady, stadionu narodowego, międzynarodowego lotniska, wojsk ochrony pogranicza, portu, floty czarno- ani białomorskiej, ani rzecznej, ani niedorzecznej, tarczy antyrakietowej (z dawnych czasów została mi rakieta bez naciągu), broni atomowej (choć posiadam arsenał jądrowy), stacji orbitalnej (aczkolwiek zdarza mi się wchodzić na orbitę i robić kosmiczne jaja). Poza tym – tajnych służb, wywiadu, kontrwywiadu, ABW, CBA, BMW, ABC, USD i USB.
Mimo to wszystkie mocarstwa okazały się żywo zainteresowane przyłączeniem mojej autonomicznej mikroenklawy do swojego państwa albo przynajmniej obszaru wpływów. Co najmniej jedno z nich deklarowało chęć całkowitego włączenia mojego niepodległego kraju do swojego terytorium, obiecując wiele, wątpliwych z punktu widzenia pozostałych mocarstw, strategicznych korzyści. Stąd oba pozostałe dążyły przede wszystkim do zatrzymania mojego kraju poza strefą zasięgu tego pierwszego. Wszystkie wzięły więc udział w dynamicznej aukcji, przebijając podczas licytacji oferty rywali argumentami coraz cięższego kalibru. Rozpętała się zimna wojna. Póki co, na szczęście, jeszcze nie trzecia światowa. Kiedy zamrożone zostały wszystkie stosunki i relacje, mogłem podjąć decyzję. Wybrałem szybko i zdecydowanie federację z najbliższym sąsiadem, i to wcale nie dlatego, że złożył najlepszą ofertę. Uznałem, że mimo wszystko lepiej mieć swojego za płotem, a wroga za oceanem niż odwrotnie. Co prawda ten pierwszy to też wróg – ale swój!
I rzeczywiście, od razu mogłem odetchnąć, czując się otoczony szczególną opieką i ochroną. Jednak mimo ogólnego zadowolenia z osiągnięcia celu oraz z wszystkich moich politycznych i strategicznych dokonań, już następnego dnia od samego rana poczułem się nieswojo. Przez noc w oknach założono kraty, dla mojego bezpieczeństwa oczywiście. Przed domem ktoś postawił budkę wartowniczą, podobno, żeby strzec mojego terytorium przed intruzami z zewnątrz. W ogrodzie zaczęli się kręcić jacyś obcy ludzie w dziwnych, zielonych uniformach i żaden z nich nie przypominał wyglądem ogrodnika. Kiedy chciałem wyjść, żeby kupić coś do zjedzenia, okazało się, że mój sklep przenieśli już do innej dzielnicy, lokal zaś przebranżowili na monopolowy. W szafie nie znalazłem swoich ubrań, nie mogłem więc pójść do pracy, musiałem zostać w domu i spędzić cały dzień w pasiastej jak drelich więzienny piżamie. W lodówce za to odkryłem wczorajszą kanapkę, więc było coś na dobry początek. Po południu dostałem podwyżkę zasiłku dla bezrobotnych. Co prawda nie dostałem jeszcze żadnych pieniędzy, ale nie mogąc wyjść do sklepu, właściwie ich nie potrzebowałem. Na koniec dnia w telewizji zamiast ulubionego kabaretu nadali długie i nudne orędzie mojego nowego protektora. Czując się patriotą, pomyślałem, że początki zawsze są trudne, kłopoty przejściowe, a wielkie cele wymagają poświęceń. Nie takie trudy przetrwaliśmy za okupacji czy w stanie wojennym. Mimo wszystko byłem szczęśliwy, że moja ziemia jest częścią wielkiego mocarstwa. Bo co to znaczy te parę niedogodności, gdy ma się takie gwarancje bezpieczeństwa i można być tak bardzo, bardzo dumnym.
(Miało być dumnym, nie durnym. Zaraz, przecież jest dumnym. O w mordę...!)

Piotr Zemanek