Był taki Nowy Rok (wspomnienie)

Jest połowa listopada 1962 roku. Do końca roku pozostało tylko sześć tygodni. Na maluszka muszę czekać do połowy stycznia. To już bardzo bliski termin, jestem okrąglutka i coraz trudniej mi się ubrać w cokolwiek. Zawiązać buty – to zadanie niewykonalne. Rzepy to późniejszy wynalazek.
Byłam wtedy u mamy, a mąż przebywał w delegacji od kilku miesięcy. Z kończącego się wówczas roku pozostało mi w pamięci kilka wydarzeń. Do dziś widzę siebie siedzącą z uchem przy radiu. Słucham ze strachem wiadomości o konflikcie na Kubie. Wieści były groźne, konflikt zbrojny wisiał w powietrzu, a ja mam wkrótce urodzić maleństwo. Znane mi są skutki II wojny światowej z opowiadań babci, mamy, cioci, lektur szkolnych. Babci i mamie spalił się cały dobytek już we wrześniu 1939, po nalotach na Warszawę. Babcia opuściła przymusowo miasto po powstaniu w 1944. Po wojnie obie nie miały do czego wracać i tak znalazły swoje miejsce w Szczecinie.
Tak więc strach unieruchamiał mnie przy odbiorniku radiowym każdego dnia. Wiadomości ze świata były bardzo skąpe, ale wyobraźnia i wiedza nie pozwoliły mi na lekceważenie sytuacji. Bałam się, ale i tak nie wiedziałabym, co robić. Pamiętam ulgę i uspokojenie wewnętrzne, gdy konflikt kubański przestał straszyć.
Zima zapowiadała się potężna, trwała długo, bo chyba gdzieś do marca. Któregoś mroźnego poranka usłyszałam ćwierkanie wróbla w przedsionku. Bardzo się zdziwiłam, ale wstałam zobaczyć, gdzie on ćwierka. Najwyraźniej prosił mnie, bym otworzyła drzwi. Wyleciał uszczęśliwiony. Nie wiem, w jaki sposób wlatywał do sieni, ale każdego ranka budził mnie o świcie, by go wypuścić. Co wieczór siedział na belce pod sufitem, a ja nie bałam się już, nie byłam sama. Do dziś wróble mają swoje miejsce w moim sercu i ziarna pszenicy w zimie. Kochane ptaszki. Szkoda, że w Zielonej Górze jest ich coraz mniej, gdyż padają ofiarami drapieżnych srok.
Święta Bożego Narodzenia minęły w dobrym nastroju. Mąż, Eryk przyjechał z delegacji i został do Nowego Roku. Sylwestrowy wieczór spędziliśmy wspólnie. Przecież ledwie się toczyłam i w mroźny wieczór nigdzie bym nie poszła, zwłaszcza że do porodu zostały zaledwie dwa tygodnie.
Mieliśmy duży, urządzony prowizorycznie pokój. Za kotarą była ukryta kuchnia węglowa. Dopóki się w niej paliło węglem, w pokoju było ciepło i przytulnie, ale nad ranem ogień przygasał i zamróz szklił się na ścianie. Tej zimy zmarzł mi piękny asparagus, ale też nieprzerwanie temperatury na dworze sięgały -15°C. Nasz dom nie miał ocieplonych ścian ani centralnego ogrzewania.
Wieczór sylwestrowy minął nam spokojnie. Położyliśmy się spać dobrze po północy. Mama też poszła do swojego pokoju. Nad ranem obudziła mnie silna potrzeba wstania. To maleństwo wierciło się nieznośnie w moim brzuchu. Z upiornym bólem głowy z trudnością wstałam, próbując założyć szlafrok, bo w pokoju było już bardzo zimno. Moje szamotanie zbudziło Eryka. Zdołałam jeszcze przejść kilka kroków do drzwi, chwycić się klamki, ale już po chwili zakręciło mi się w głowie i zaczęłam osuwać się. W tym momencie mąż zdążył mnie złapać, bo runęłabym na podłogę. Coś się działo, jeszcze nie wiedzieliśmy co, bo za chwilę także Eryk się zatoczył. Przecież nie piłam alkoholu, a mąż przywitał Nowy Rok małą lampką wina… Wtedy zrozumieliśmy, co się stało i zgroza podniosła nam włosy na głowie – to czad zaczął podstępnie ulatniać się z pieca.
Prawdopodobnie nikt by nas rankiem nie budził. Dopiero mama przyszłaby w środku dnia, zapraszając nas na obiad. Życie zawdzięczamy naszej córeczce, która przyszła na świat za dwa tygodnie. Do dziś pamiętam kłębiący się śnieg za oknem karetki, która przyjechała po mnie nad ranem. Śnieżne zaspy, a w nich koleiny były tak wielkie, że te 15 kilometrów, które dzieliły nas od Zielonej Góry pokonywaliśmy prawie godzinę. Kierowca pytał co chwilę, czy ma jeszcze trochę czasu. Ja modliłam się, byśmy nie utknęli w śnieżycy i zaspach.

Anna Blacha