Drzewo

Pojawił się niespodziewanie, nikt nie wiedział, skąd przyszedł, kim był. Mówiono, że dawniej, kiedy panowała jeszcze sprawiedliwość ludowa i wszystko było wspólne, był prezesem spółdzielni produkcyjnej czy usługowej. Podobno, kiedy czasy się zmieniły, z pierwszej pozycji spadł na dalekie, nic nie znaczące miejsce w społeczeństwie, stracił wpływowych znajomych, apanaże, służbowy samochód. Nie pozostało mu nic, poza wysokim mniemaniem o sobie i starą teczką z Bardzo Ważnymi Papierami. Te dokumenty – tak myślał – z pewnością mi się przydadzą. Tam jest wszystko, cała moja przeszłość, dyplomy, odznaczenia, krzyże i medale. Nie wypuszczał jej z rąk. A raczej z ręki, lewej, w prawej dzierżył bowiem sztandar.
Trudno było mu zaakceptować zmiany, wyruszył więc w poszukiwaniu nowych zadań, nowego siebie. Okoliczności wokół niego zmieniały się, mijały pory roku, przechodziły deszcze, burze i pielgrzymki, demonstracje i pochody, a on uparcie szedł, wypinając pierś z poszarzałymi medalami, wymachując sztandarem, z którego zostały tylko jakieś marne, szaro-bure strzępy. Jedynie drzewce było mocne, przydawało się teraz głównie do opędzania od spotykanych po drodze bezdomnych psów.
Przygarbiony i przykurzony, niemal wtopił się w tło, szedł coraz wolniej, pokrzykiwał coś, pouczał, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. W końcu zatrzymał się, nie zauważając tego. Rzeczywistość zmieniała się nadal, a on tkwił w jednym miejscu. Wrósł w ziemię głęboko, nogi zrosły się w pień, pokryły grubą skórą, podobną do kory starego drzewa, palce stóp były teraz niczym długie, sięgające w głąb korzenie. Żywił się, pobierając wodę ze złóż podskórnych, a kto wie, może i głębinowych. Korpus miał stwardniały, potężny, koszula, okrywająca dawniej jego ciało, wrosła w nie całkowicie. Szyja i głowa połączyły się w jeden organ.
Nie miał już rąk. Kończyny górne, tak przydatne w aktywnym życiu, przyrosły do pnia wraz z teczką i sztandarem. Widniejący na nim rysunek orła, pięknego, białego ptaka z dumnie rozłożonymi skrzydłami, dziś już w niczym nie przypominał pierwowzoru. Owszem, zdarzało się, że bawiące się nieopodal dzieci lub zakochane pary, które pod nim siadały, zauważały pewne podobieństwo do wizerunku orła, jednak miejscowy ornitolog zdecydowanie odrzucał te sugestie. Orzeł? Ależ skąd! To przecież sowa śnieżna, Bubo scandiacus – mówił. I może miał rację, bo jeżeli on zmienił się w drzewo, nawet o tym nie wiedząc, to orzeł mógł się przeistoczyć w puchacza. Co prawda tylko symbolicznie, ale jednak.
Włosy, targane niegdyś przez wiatr, wydłużyły się, stwardniały, zgrubiały, stając się podobne do gałęzi. W istocie, był teraz drzewem. Nie wiedząc jednak o tym, nadal miał do wszystkich pretensje, wydawał polecenia. Jego słaby, niewyraźny głos brano jednak najczęściej za zawodzenie wiatru lub pohukiwanie sowy. Matki straszyły nim nieposłuszne dzieci, mówiąc, że jak nie zjedzą śniadania, to przywiążą je do „Drzewa-Sowy”, jak go teraz nazywano. Starsi bali się przechodzić obok, twierdząc, że tam straszy, że słyszą głosy, co przecież było prawdą.
Trwałby tam nie wiadomo jak długo, gdyby nie zmiany, które zaszły w związku z nowym planem zagospodarowania przestrzeni. Działka, na której stał, została sprzedana zagranicznemu inwestorowi i miano tam wybudować pierwszy w okolicy sklep wielkopowierzchniowy. „Drzewo-Sowę” ścięto. Wynajęty do tego zadania młody drwal, starsi odmówili bowiem wykonania zlecenia, do dziś opowiada, że gdy przyłożył do pnia piłę motorową, drzewo zaczęło odgrażać się, że ja wam pokażę, wy mnie jeszcze popamiętacie i tym podobne. Upadając, jęknęło i, jak mówi, celowo uderzyło go najgrubszą gałęzią w głowę. Nieszczęśnik zaklina się, że słyszał przy tym szyderczy śmiech, choć w okolicy nikogo nie było. Nie uwierzono mu, wiadomo, dostał w głowę, to mu się klepki poprzestawiały. W dodatku sam sobie był winien, pracował bez kasku ochronnego, więc i odszkodowania nie dostał, a policja zdecydowanie wykluczyła udział osób trzecich w tym zdarzeniu.
Z pozyskanego z „Drzewa-Sowy” drewna wykonano deski, a z nich drzwi wejściowe do sklepu, stolarz zauważył bowiem, że słoje układają się w oryginalny wzór, coś jakby litery, pismo, ba, całe zdania. Ktoś podobno odczytał początek jednego z listów zaczynający się od słów: „Uprzejmie donoszę, że prezes naszej spółdzielni jest zło…” – dalej tekst był nieczytelny. Widziano nawet liczne pieczątki i podpisy, większość składała to jednak na karb wybujałej wyobraźni czytających.
Hipermarket otwarto z wielkim hukiem, były baloniki, fajerwerki, degustacje, promocje, ale nie cieszył się on powodzeniem. Klienci podchodzili do wejścia i wracali, niewielu odważyło się przekroczyć próg. Po okolicy rozeszła się wieść, że drzwi są złośliwe. A to nie dadzą się otworzyć, a to przytrzasną komuś nogę, to znów zamkną się zbyt szybko, uderzając delikwenta w tylną część ciała. Nie pomogły naprawy i regulacje, sklep zaczęto omijać. Kiedy obroty spadły do zera, zamknięto. Popadł w końcu w ruinę, chuligani powybijali szyby, w dzień odbywały się libacje, nocami zaczęli się zbierać bezdomni. I trwa to do dziś, bywalcy „Baru pod Sową”, bo tak go wszyscy nazywają, wchodzą tam jednak przez dziurę w ścianie, mówią, że przez drzwi się boją, że słychać tam ciągle jakieś jęki i zawodzenia. Ale kto by tam wierzył pijaczkom.

Władysław Edelman