Szczęście

W szpitalu byłem przed osiemnastą. Walę prosto na izbę przyjęć. Wchodzę nieśmiało, bo tutaj jestem pierwszy raz, więc nie wiem co i jak. Zatrzymuję się w pół drogi między drzwiami a biurkiem, nogi same stają. Moja wyciągnięta ręka znieruchomiała. Patrzę i oczom nie wierzę: co widzę? – tego samego konowała, który mi przed południem wypisał skierowanie, które teraz trzymam w dłoni. Jeszcze się waham, jeszcze mam wątpliwości: ten sam czy nie ten, chyba ten sam. On też zdziwiony, że mnie widzi, może jeszcze bardziejniż ja, że widzę jego. Ledwie powiedziałem dzień dobry, a on od razu naskoczył na mnie: dlaczego tak późno?! Jak to późno, myślę sobie, to na godzinę miałem być? Ważne, żeby dzisiaj. Władek z Tadkiem zatrzymali mnie trochę przy sklepie, potem doszedł Janek i tak nam zeszło. Dobrze, że chłopak zabrał mnie stamtąd, bo dopiero jutro bym przyjechał. A on drze na mnie gębę, że tak późno. Mówię mu, że sprawy jeszcze miałem do załatwienia. A on: jakie sprawy? Najważniejsze jest zdrowie. Co mu będę tłumaczył i tak nie zrozumie. Ledwo zdążyłem na ostatni autobus. No i jestem. A on na to, że widzi, że jestem. Upierdliwy jakiś taki się zrobił od czasu, com go u nas ostatni i zarazem pierwszy raz widział. I znowu jak na policji: nazwisko, imię, zamieszkały... Gdy już to wszystko miałem za sobą, pielęgniarka zaprowadziła mnie do pomieszczenia, w którym kazała się przebrać. Byłem już w pasiastej piżamie, wyblakłej i poszarpanej, kiedy wrzucała moje łachy do papierowego worka. Gdy go sznurowała, tom sobie przypomniał o papierosach. A ona wrzask podniosła taki, jakbym dobierał się do niej. Nie! Żadne papierosy! Leczyć się przyjechałem! No i zostałem bez fajek. Jak tu przeżyć będzie? Zmartwienie od samego początku. I prawie w tym samym momencie pielęgniarka chwiać się na wszystkie strony zaczęła, wyginać to w lewo, to w prawo. A jej co?! Ledwom pomyślał i naraz nogi mi zmiękły. W głowie się zakręciło, że nie mogłem się połapać, czy ona, czy ja zaczynam tańczyć. W ostatniej chwili złapałem za brzeg stolika, on się przesunął i klapnąłem na krześle. Nie wiem, czy ono tutaj stało, czy mi kto podsunął. Ostatnie, co zapamiętałem, to rozdziawiony dziób i wybałuszone oczy tej, która mi nie dała papierosów…
Kiedy na chwilę wróciła mi pamięć, leżałem na jakimś stole, a białe fartuchy biegały wokół mnie jak przy kim ważnym. Z lewej, z prawej, nad głową, gdzie nie spojrzę – wszędzie białe fartuchy. Jedne przy drugich, coraz ciaśniej, coraz więcej, biało mam przed oczami, oddalają się, oddalają…
Strasznie chciało się mi palić po obudzeniu w łóżku. Na sąsiednim leżał jakiś facet. Usiłowałem go spytać, a język stanął mi kołem, jakbym pił przez całą noc. Nie mam władzy nad nim. Co się, kurwa, porobiło? – myślę, nawet nie mogę zapytać o papierosa. Słyszę swój bełkot jeno, prawej ręki nie mogę podnieść, ki diabeł, czy mi przywiązali? Lewą kiwam do tego z łóżka i przytykam dwa złożone palce do ust. Zrozumiał. Mówi, że nie ma, że tu nie wolno palić. Jak zobaczy lekarz albo pielęgniarka, to – łapie się za głowę i robi załamujący gest ręką – to wywalą na zbity pysk. Cały dzień bez papierosa! O piwku mogę tylko pomarzyć! Jak żyć? Jak żyć?! Na drugi dzień w czasie obchodu próbuję spytać, co mi jest, ale nic z tego. Jąkam się, stękam, bełkoczę jak przygłup jaki. Lekarz mówi, że będzie dobrze, że miałem dużo szczęścia. Że mogło być gorzej... Jak gorzej! Bez palenia, bez picia, jak może być jeszcze gorzej, myślę sobie, bo to nic nie kosztuje, znaczy się myślenie. One tak zawsze, kurwa, mówią, że będzie dobrze. Ojciec leżał w szpitalu, pojechałem do niego, pytam, co z ojcem, czy mu lepiej, a ten mnie pociesza, że wszystko będzie dobrze, żebym spokojnie wracał do domu, za dwa dni ojciec wyjdzie. I wyszedł – nie za dwa, tylko po jednym dniu… nogami do przodu. A ten tutaj mówi mi, że mogło być gorzej?! W to ich gadanie nie wierzę. Gadają byle gadać. Mówię, że z trudem mogę wstać, ani się podeprzeć na ręce, ani nogę podnieść, ani powiedzieć co po ludzku, a on mnie podtrzymuje na duchu i mówi, że mam szczęście, że inni po wylewie to ani ręką, ani nogą, i mowę tracą, a ja wyszedłem z tego obronną ręką. Coo?! Kurwa! Miałem wylew, dopiero do mnie dotarło. Ja pierdolę! I zaraz pomyślałem, że może rzeczywiście spotkało mnie szczęście?
Wieczorkiem przy pomocy sąsiada wyszedłem na korytarz. Szło mi się całkiem dobrze, tylko z boku majtała mi lewa ręka i trochę zostawała noga. W kiblu wyniuchałem znajomy, przyjemny zapach. Nigdy dotąd dym tak mi nie pachniał. Nawciągałem się go do oporu, ale wtedy jeszcze bardziej ssało w żołądku. Pomyślałem, że zaczekam, pewnie ktoś tutaj przyjdzie. I co? Miałem rację! Nie trwało długo, kiedy usłyszałem dychawiczny kaszel. Aha, pewnie ty idziesz do mnie. Za chwilę go zobaczyłem. Zgięty w pół dusił się i parskał, myślałem, że flaki mi przed nogi wypluje. Nerwowym ruchem wyciągnął paczkę mocnych, pstryknął kamień w zapalniczce, błysnął płomień, ten się pochylił, pociągnął, że policzki mu się zapadły do środka i kaszel ustał jak ręką odjął. Wyprostował się, spojrzał i pyta, czy zapalę. Jakbym miał na czole wypisane cierpienie. Człowieku, z nieba mi spadasz, chciałem powiedzieć, po rękach bym go całował za jedną fajkę. Ale tylko kiwnąłem głową, że tak. Ręka mi się trzęsła, kiedy wyciągałem z paczki, delikatnie, by nie wykruszyć tytoniu, białe słupki. Musiałem palić łapczywie, bo gdy wychodził, dał mi jeszcze jednego. Patrzyłem na tę bielutką bibułkę i myślałem, żeby zostawić na jutro, ale coś mi podpowiadało, że może się złamać, tytoń wykruszyć… – wyobraźnia podsuwała same nieszczęścia. Wypaliłem tego drugiego, by tragedii nie prowokować i znowu żyć mi się zachciało.

Edward Derylak