Mury milczą, ale ludzie nie

A tam to wszyscy oni byli verfluchten Partisanen, nawet Włodzio, Grześ i stara Praskowia, która dwie noce przeszlochała w słomiany siennik swojej pryczy, bo jak ją zabierali, to nie zdążyła wydoić krowy i „...teraz to niewinne bydlątko się zamęczy, ot co”. Praskowia jest dobrze po sześćdziesiątce, ma rumianą, dobrą twarz i mocno spracowane ręce. Nie pojmuje, dlaczego ciągają ją za to, że nie wie, gdzie jest jej stary. A bo to kiedy jej mówił, dokąd lezie? Ot, szedł i już, a jak mu się znudziło, to wracał. To teraz pewnikiem będzie tak samo, ale komendant co i raz ją wzywa do siebie i wypytuje, z pomocą ruskiego tłumacza, gdzie chowają się partyzanci i czy jej stary z nimi trzyma, a pies komendanta tylko łypie na nią żółtym okiem, taki wielgaśny wilczur, czort jewo podieri... Dobrze, że Sońka przeczytała gryps przekazany jej cichcem przez strażnika, w którym sąsiedzi piszą, że krowę wydoili, kurom też coś tam sypną, no to teraz Praskowii na duszy już lżej.

Białostockie więzienie otacza ogród warzywny, latem więźniarki mają robotę, a jak korytarzowa, pani Z., się zagapi, to co i raz któraś z bab marchew sobie schrupie, taką świeżą, prosto z ziemi wyciągniętą. Sońka wściekła się, jak wczoraj rozpoznała, że bezkształtna, szarobura glajda na dnie jej blaszanej miski to rozgotowane do cna końskie kopyto. A marchwi ani ziemniaka to ani śladu, choć ręce w warzywniku urobione po łokcie. Dobrze, że siostra przekazała jej przez znajomego strażnika lniany woreczek z tłuczonymi ziemniakami.

– Tietiejki, daj tietiejki – prosi mały Włodzio i przysiada się do Sońki, choć Helena, jego matka, rozpaczliwie strofuje go, żeby nie żebrał. Ale Włodzio ma dopiero trzy latka i jest głodny, a tłuczone ziemniaki są takie smaczne...
Dużo lepiej ma się Grześ, jego młodszy braciszek, który wcześniejszą o ponad miesiąc datę swoich urodzin zawdzięcza gruntownemu przesłuchaniu swojej matki przez rzeczowego i skrupulatnego komendanta. Helena wróciła do celi dopiero po kilkugodzinnej „rozmowie”, z opuszkami palców u rąk zmiażdżonymi do krwi, a w nocy wzięły ją bóle porodowe. Agafia, wiejska akuszerka, od kilku tygodni przyskrzyniona tu też w charakterze wroga Rzeszy, nie mogła sobie poradzić. Poród był pośladkowy, więc baby uprosiły kapo, niejakiego pana G., aby pozwolił zająć się Heleną żydowskiemu dentyście z bloku męskiego. Nawet taka szuja, jak ten G., ryzykując opieprz albo i co więcej od komendanta, zmiękł, słysząc rozdzierające wycie rodzącej.
No i tak przyszedł na świat mały Grześ – dupą do przodu, czemu trudno się dziwić, zważywszy na okoliczności. Helena, choć sama niedożywiona, ma na szczęście dużo pokarmu, więc mały dużo śpi i daje pospać wszystkim babom z celi, a jest ich ze trzydzieści.
Złe wieści są jak długonogie dziwki, przybiegają wielkim susem z głupawką przyklejoną do durnowatego pyska. A te złe wieści to na przykład informacja od strażników, że znów przyjechał łazik z pięcioma młodymi SS-manami. A to oznacza, że znowu szykuje się dla kogoś „czapa”. Nie wiadomo, czy tych chłopaków, niemalże gołowąsów, biorą na ochotnika czy z nakazu, ale każdy z nich dostaje po robocie tydzień wolnego na odwiedziny swojej Mutter. I każdy z nich wierzy, że erkaem ze ślepakiem wylosował właśnie on i że to nie on, a koledzy rozwalili kolejnego wroga Rzeszy. A gdzieś tak koło południa wparowuje do babskiej celi korytarzowa z wiadrem, burą ścierą, szczotką ryżową i ruchem ręki wywołuje jedną z nich. Tym razem padło na Alutę, ale poprzednio to była Sońka. Pamięta, jak jej serce waliło, gdy wlokła się za korytarzową, choć wiedziała, że tam już nie będzie tego rozstrzelanego i że ona idzie do celi śmierci tylko po to, żeby tam posprzątać. Tylko. Posprzątać. Sońka wylewa połowę wody na czerwoną plamę krzepnącej krwi, szczota idzie w ruch, a potem woda w wiadrze rdzewieje i rdzewieje. Sońka pracuje jak w transie, z tą jedną, jedyną myślą, aby czym prędzej stąd wyjść. Posprząta, bo tak każą, a potem stąd wyjdzie i co ważne – póki co wyjdzie cało.
Bo i póki co komendant rozmawiał z nią kilka razy spokojnie i rzeczowo, bez emocji, przydatny okazał się jej niemiecki na poziomie gimnazjum. Ot, prawie pogawędka, a psisko leżało obok, a cygaro dogorywało w kryształowej popielnicy. Na Sońkę nie mają haka, zupełnie nic, tylko to, że słuchy krążą, jakoby cała wioska współpracowała z partyzantami. Ale, u cholery, żadnych dowodów, no i żadnych dowodów na to, że Sońka jest łączniczką.
Kolejne jej rozmowy z komendantem stają się jednak coraz bardziej nerwowe, Sońka boi się, że kiedyś też wróci do celi z palcami pokiereszowanymi jak Helena w przeddzień porodu, Sońka boi się, że kiedyś ktoś inny uprzątnie z posadzki jej krew i zetrze z ceglanej ściany jej mózg. Sońka boi się, ale jej dwudziestoletni organizm ma ogromne parcie na przeżycie, więc żyje. A czasem, jak ją coś najdzie, to i zaśpiewa. Ale tylko czasem i tylko przy robocie w ogrodzie.

* * *

Trzask zamka w drzwiach celi, sine światło z korytarza, a potem łomot ciała rzuconego na podłogę budzi nawet te, które potrafią spać kamiennym snem. Tym razem musiało być ostro, dziewczyna rzucona na posadzkę celi ma jasne włosy sklejone krwią, a twarz jej jest tak opuchnięta, że zatraciła człowiecze rysy. Kobiety układają ją na jednej z dolnych pryczy, domyślają się, że to ta, o której rozprawiała korytarzowa, że niby złapali jakąś taką młodą z koszem chleba, a pod chlebem miała granaty i szła w kierunku getta. Nie wiadomo, jak się nazywa ani skąd jest, bo nie ma papierów i się nie odzywa. Słyszy, to na pewno, ale chyba jest niema, bo nie gada i nawet przy „przesłuchaniu” się nie darła.

Po kilku dniach ta nowa jest już w stanie się pozbierać, więc razem z innymi idzie do ogrodu, ale nadal się nie odzywa. Jest szczupła, ma smukłe dłonie, pielenie warzyw najpierw idzie jej opornie, ale z czasem jej palce nabierają wprawy i zręczności pianistki. Nadal milczy, choć kobiety próbują ją zagadywać. Nie odzywa się nawet do Sońki, choć ta śpi na piętrze tuż nad nią – zważywszy na stan, w jakim dziewucha tu trafiła, Sońka bez wahania odstąpiła jej swoją parterową pryczę. Po około dwóch tygodniach dziewczyna jako tako dochodzi do siebie, a nawet, szczotkując włosy, uśmiechnie się czasem do Włodzia.

I wtedy znów biorą ją na „rozmowę” u komendanta. Długo nie wraca, Praskowia zaczęła już nawet odmawiać za nią pacierze, gdy ta, po dobrej godzinie, bez jakichkolwiek śladów pobicia, pojawia się w drzwiach celi.
A z męskiego oddziału dochodzą słuchy, że znów przyjechał łazik z piątką młodych z SS.
Ale może to tylko eskorta do jakichś ważnych dokumentów, bo ponoć ktoś widział, jak wnosili do pokoju komendanta wielką, ciężką walizę. No i jest niedziela, niedziela pachnąca w ogrodzie pełnią lata, wieczór jest ciepły, chłód celi zdaje się nie być wcale przykrym, tylko stęchły zapach słomianych sienników drażni nozdrza. Jest spokojnie, mały Grześ śpi, jedynie jakaś natrętna mucha brzęczy nad niedopitkiem zbożowej kawy w blaszanym kubku.
Ta mucha to jedyna żywa istota, która siedzi tu dobrowolnie. Ot, głupia. A kobiety, rozdzielone na małe grupki gadają ze sobą, czasami nawet któraś parsknie śmiechem.
Po kolacji niespodziewanie otwierają się drzwi, do celi wchodzi korytarzowa.
– Zbieraj się – rzuca krótko w kierunku nowej, a ta posłusznie, bez jakichkolwiek oznak zdziwienia wstaje z pryczy i powoli idzie do drzwi.
Na chwilę przystaje, odwraca się i wykonuje ręką w kierunku kobiet ledwie widoczny gest pożegnania.
W celi zalega cisza, ale po chwili więźniarki nerwowym szeptem zaczynają snuć domysły, czy aby nie nadarzył się, nie daj Bóg, na przykład jakiś okazyjny transport do obozu. Atmosfera gęstnieje, ale nadchodząca noc gasi rozmowy, zsyła sen, który dla więźniarek jest namiastką wolności.
Sońka nie może zasnąć, leży z oczami utkwionymi w sufit, jej myśli stają się bardziej dokuczliwe niż brzęczenie tej głupiej muchy, która dała się zwabić zapachem podłej lury, którą nazywa się tu kawą. Ale w końcu i mucha milknie, zapewne przycupnięta w szczelinie drewnianego stołu, a i Sońka zasypia płytkim snem.

Już dnieje, gdy budzi ją zgrzyt zamka w drzwiach celi. Ku jej zdziwieniu we framudze drzwi stoi nie korytarzowa, lecz rosła postać kapo, pana G. Mężczyzna przykłada palec do ust i ruchem ręki przywołuje Sońkę do wyjścia. Gdy dziewczyna wychyla się przez drzwi, dozorca oddala się szybko w głąb korytarza, rzucając:
– Macie dla siebie tylko trzy minuty i ani chwili dłużej.
Sońka wychodzi z celi i staje twarzą w twarz z… tą nową! Dziewczyna ma na sobie piękną, jedwabną suknię, pantofelki na obcasie, pachnie bardzo dobrymi perfumami i alkoholem. Na pełnych ustach jest jeszcze trochę szminki, rozwichrzone blond włosy tworzą wokół jej twarzy jasną aureolę.
– Sońka, musimy się pożegnać. I ja muszę ci coś powiedzieć, ale przede wszystkim chcę bardzo serdecznie wszystkim wam... – Głos dziewczyny łamie się, w oczach błyskają łzy, ale bierze się w garść: –.chcę wam podziękować. Ja...
– To ty jednak umiesz mówić? – Sońka nie wierzy własnym uszom.
– Nie tylko mówić, umiem śpiewać i grać na fortepianie. Sońka, ich było pięciu. Najpierw kazali mi grać, to grałam. A potem śpiewać – to śpiewałam. Wiesz, w konserwatorium byłam w klasie fortepianu, ale i wokal...
– Kto ty jesteś ?! Jak masz na imię?! Skąd ta kiecka?... – Sońka nie może złapać tchu.
– Kto ja jestem? Teraz to tylko niemiecką kurwą i zaraz mnie biorą na rozwałkę. Popatrz. – Dziewczyna unosi fałdy sukienki wysoko, do pasa. – Było ich pięciu. Bolało po każdym z nich, a ja, wiesz, ja nigdy jeszcze wcześniej z żadnym chłopakiem, no wiesz... Oni sami pili szampana, ale mi pozwolili napić się wódki, bo po wódce boli mniej.
Sońka z przerażaniem patrzy na zakrwawione pończochy dziewczyny i mocno zakrwawione w okolicy krocza jedwabne majtki.
– Na stole były same łakocie, popatrz, zwinęłam coś dla ciebie, weź to, weź...
Dziewczyna opuszcza fałdy sukni i podaje Sońce zawiniętą w bawełnianą serwetkę białą bułkę przełożoną wielkim plastrem różowej, pachnącej szynki.
– Sońka, zapamiętaj imię moje, jestem Ninka, jutro powinnam skończyć dziewiętnaście lat, ale dla mnie nie ma jutra. Żegnaj, Sońka. A bułkę możesz dać temu małemu od Heleny.

Sońka stoi jak wryta, Ninka ściska jej rękę i dodaje ze złośliwym uśmiechem przez łzy:
– Wytnę im numer. Zanim mnie rozwalą, skłamię: „Ich bin Jude”! Job ich mat’, nie domyją się po mnie do końca życia.

(Opowiadanie na podstawie relacji mojej Mamy z Jej pobytu w białostockim więzieniu w latach 1942/43. Zmieniłam imiona dorosłych, skróty nazwisk odpowiadają prawdziwym nazwiskom, zostawiłam prawdziwe imię jednego z dzieci. Opisane zdarzenia są prawdziwe).

Halina Bohuta-Stąpel