Zapiski

Różne

Otrzymuję różne książki. Przychodzą pocztą, bo zamawiam, czyli staram się o nie, albo ktoś przysyła. Na niektóre natrafiam przypadkowo. I odkładają się na półce lub stole. W każdej znajduję zazwyczaj coś bliskiego, więc po prostu zachęcają do napisania kilku zdań. Czasami ze względów osobistych, biograficznych.

Mój Jaromierz

O moim gnieździe-dzieciństwie, czyli o Jaromierzu, nigdy nie zapomniałem. Zaraz gdy z rodzicami wyprowadziłem się do Zawady, zacząłem, zwłaszcza latem, ale i zimą, odwiedzać tę moją sielską krainę. Pamiętam, pewnego razu, w środku zimy chciałem pojechać do szkolnego kolegi Edka Sikucińskiego. Wsiadłem do pociągu i zamiast w Kopanicy wysiadłem jedną stację za wcześnie, czyli w Kargowej. Z dość ciężką torbą, w mroźny dzień, przyszło mi pieszo dotrzeć do zaśnieżonego Jaromierza. Mocno byłem zmęczony, a nawet wyczerpany. Latem jeździłem tam rowerem. Coś ciągnęło i ciągnie. Pośród łąk i pól odnajduję wyjątkową ciszę. Tylko tam ją słyszę, nigdzie indziej. Wtedy odpoczywam. Niedawno namówiłem nawet Mirkę Szott i Janusza Łastowieckiego na studyjno-dokumentacyjny wyjazd właśnie tam. Powstały nagrania i zdjęcia. I tekst. Tam wygłosiłem, gdy siedzieliśmy na skarpie, swoje credo artystyczne. Samo tak jakoś przyszło. Chciałem bardzo, by i oni zobaczyli tę wieś i poczuli ducha tego miejsca. Czy to się stało? To była jedna z piękniejszych moich życiowych przygód. Odwiedziłem wtedy samotnie żyjącego na gospodarstwie mojego kolegę Renia Wawrzynowicza. Z Jaromierzem zmagałem się w swoich prozach, ale osiągnąłem tylko cząstkowy efekt. Próbowałem kiedyś nawet nakłonić Tadeusza Mąkosę, by napisał monografię miejscowości, ale nie udało się. I cóż, okazuje się, że jednak w jakimś stopniu moje poniekąd marzenie spełniło się za sprawą Julianny Kaczmarek z domu Kulesza, która to spisała dość skrupulatnie dzieje i obraz Jaromierza w opublikowanej książce Jaromierz moja wieś. Napisana nie w stylu eseistycznym, szerokim, jakby się chciało, nie na miarę epopei, ale jest jednak wartościowe to dokonanie. Publikacja ta powinna być w każdym domu tej wsi. Chronologia książkowa pokrywa się – można rzec – z biegiem życia autorki. Toteż generalnie w 13 rozdziałach zapisała ona fakty i wydarzenia czasów powojennych, od roku 1945 do 2013. Korzystała z różnych źródeł, by treść skompilować. Z jednej strony pożytkowała się własną pamięcią, ale cenne okazały się też „wspomnienia osób starszych”, notatki, zapiski, protokoły, księgi, zdjęcia zachowane w biurzesołeckim oraz w „Kronice Publicznej Szkoły Powszechnej w Jaromierzu”. Wykonała z myślą o swojej rodzinnej wsi pracę bezcenną. Właśnie ten styl dokumentacyjny ocala osoby i ich społeczne role. Autorka pokrótce np. zrelacjonowała, jakby protokolarnie, poszczególne lata szkolne. Notuje uroczystości, liczbę uczniów, podaje coroczne składy komitetów rodzicielskich. Niby to mało zajmujące suche fakty i wyliczenia oraz nazwiska już często wyłącznie historyczne. Wzruszyło mnie, kiedy dwukrotnie autorka wymieniła nazwisko mojego ojca, pełniącego społeczną funkcję. Został utrwalony jego ślad. Wiele z zapisanych wydarzeń obejmuje moja pamięć. Doskonałe pamiętam wybuch 12 września 1962 roku dużego pożaru, który strawił trzy domy i stodołę pełną zboża. Ale i tragiczną śmierć w wojsku – jak czytam – niewyjaśnioną Jerzego Modra, będącego jedynym synem swoich rodziców. I inne zdarzenia (autorka wynotowuje liczne tragiczne śmierci, podając ich daty) i obyczaje. Nie wszystko w tej książce jest zapisane, bo nie jest ona ściśle kroniką. Jest to jednak jakieś elementarne kompendium o życiu wsi Jaromierz na przestrzeni lat, czyli dowiadujemy się o działalności Koła Gospodyń Wiejskich, Ochotniczej Straży Pożarnej, kapliczce (przy której wieś się modliła), zespołach sportowych, cmentarzu ewangelickim (widziałem i Mirka widziała zdewastowane tablice nagrobne z XIX wieku), o wiejskim, społecznym wysiłkiem wykonanej elektryfikacji (co pamiętam, to był rok 1958) czy wyremontowanej salce wiejskiej. Wiele tematów, nazwisk, faktów. Sporo zdjęć – co bardzo ważne. Salkę też pamiętam. Były tam urządzane zabawy, którymi z kolegami bardzo się ekscytowaliśmy. Teraz czasami myślę, że chętnie tam przeczytałbym kilka swoich wierszy, wspomniałbym dawny swój czas (w dzieciństwie tam napisałem swój pierwszy wiersz), ale nikt się nie kwapi w Jaromierzu, by mi dać taką możliwość. Zresztą w swej książce autorka ani jednym słowem o mnie nie wspomina. Trochę żal.
Julianna Kaczmarek, Jaromierz moja wieś.
Urząd Gminy Siedlec, Jaromierz 2016, 112 s.

Żartobliwe ballady

Halina Bohuta-Stąpel niewątpliwie jest osobą dającą się w towarzystwie zauważyć. Porównałbym ją do ptaka, który głośno świergoce. Ma w sobie skumulowaną energię, która sprawia, że dobrze sobie radzi w różnorodnych sytuacjach życiowych. Tak ją postrzegam. Ma szerokie znajomości. Po ukończeniu studiów politechnicznych i przepracowaniu kilkunastu lat w zawodzie inżyniera elektryka automatyki nie tylko, że zmieniła profesję i założyła agencję reklamową, to także z powodzeniem odnajduje swoje „ja” w sferze artystycznej: w poezji, muzyce, prozie, aktorstwie kabaretowym. Tylko podziwiać. Do tej pory ukazało się siedem książek jej autorstwa. Pewnie dużo
można byłoby o jej talentach pisać. Wyszła niedawno książka mocno do jej osobowości przylegająca, a mianowicie Szacun, panie Jurandot! Ballady podwórkowe na wesoło. Autorce udało się wygrać w 2017 roku konkurs literacki o tematyce zielonogórskiej, organizowany przez Towarzystwo Miłośników Zielonej Góry „Winnica” i jego owocem jest właśnie zbiór tych ballad, którym nie brak słownego wigoru, lekkości i pomysłowości satyryczno-żartobliwej. Oczywiście bardzo użytecznych w kabarecie, ale można i je czytać. Tematów zielonogórskich w nich sporo. Choć moim zdaniem mogłoby być znacznie więcej. Lekkim, balladowym słowem autorka traktuje prezydenta Janusza Kubickiego (nie narażając się), leśniczego Rosika z Kisielina (nieco laurkowo), Jolantę Pytel, Henryka Krakowiaka, jakichś przedsiębiorców z Konfinu. Są poza tym utwory o Chopinie, Norwidzie, Koperniku, Einsteinie, niezwykłym kanclerzu, Franciszku Józefie. Halina Bohuta-Stąpel chce być tematycznie lokalna i europejska. Sporo udało się. Choć są i potknięcia, bo czasem, jak np. w balladzie Piosenka więzienna coś nie tak idzie z utrzymaniem rytmu. Niektóre utwory poza tym mogłyby być też znacznie krótsze. Żartem nie należy przytłaczać. Zastanawiam się zarazem, czy zamieszczony wstęp o balladzie jako gatunku literackim jest tu akurat potrzebny. Chyba lepiej byłoby, gdyby tej patyny merytorycznej książka była pozbawiona, zyskując przez to na żywości. Ale dodanie subtelnych grafik chętnie chwalę. Są zapisy nutowe, jest dołączona płyta muzyczna. Dużo. Poezji patronuje natchnienie, które balladzie też jest potrzebne, jednak na pierwszym miejscu stoi wiedza. Trzeba dość dogłębnie rozeznać temat, by wykazać się w tekście artystycznym rzetelną jego znajomością. Bo ballada to przecież opowieść o faktach, których się nie wymyśla, a raczej je żartobliwie, lirycznie komentuje. I to wypada w tym zbiorze docenić. Także elegancję edytorską Oficyny Wydawniczej UZ.
Halina Bohuta-Stąpel, Szacun, panie Jurandot!,
TMZG „Winnica”, Zielona Góra 2018, 68 s.

Katalog malarstwa Józefa Burlewicza

Któregoś listopadowego dnia zaszedłem do Muzeum i Leszek Kania dał mi egzemplarz katalogu malarstwa Józefa Burlewicza, czyli książkę. Duży to format. Na dobrym papierze dobre reprodukcje, które wykonała drukarnia Chroma w Żarach. Ilustrację na okładce stanowi obraz. Artysta Józef Burlewicz, młody podówczas, stoi w dolnej partii płótna, na płaskiej, jakby ugładzonej, pustynnej ziemi, tuż przy nim dwie sterty czegoś, co pozostało po zniszczeniu. Wokoło szeroka pustka, nad pustką tej przestrzeni góruje ogromna, ciemna, złowieszcza chmura, która chce pochłonąć świat. Wymowa jest mocna, tym mocniejsza, że to obraz namalowany w dawnej epoce i nikt nie ma wątpliwości, że do systemu tej epoki, która minęła, i do lęków, i zagrożeń cywilizacyjnych, które nie minęły, nawiązuje, zresztą nie tylko ten – Wytrwać, ale i Ziemia nasza czy Pozostało po nas i inne. Taki był wtedy klimat, wzmocniony wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce. Kilku obrazom w katalogu towarzyszą wypowiedzi: Muszyńskiego, Ankiewicza, Kani, Leonida Pocziwałowa, Haczka, Kurzawy i również moja, co mnie nieco zaskoczyło. Tak to już dawno kilka słów napisałem. Ale są i wiersze – jeden Janusza Koniusza i kilka Tadeusza Sojki. Nie ma ani jednego wiersza Henryka Szylkina, który wydał zbiór poezji Galeria niepokoju (1984), poświęcony w całości Galerii Malarstwa Józefa Burlewicza w Muzeum. A bardzo go to malarstwo inspirowało poetycko. Jest też duży na końcu rozdział zdjęć. Jedne są z wystaw, a inne pokazują prywatne spotkania zaprzyjaźnionych z malarzem osób. Ten katalog podsumowuje oczywiście dekady lat pracy twórczej malarza mieszkającego od lat w Gryżynie, gdzie przyroda ogromna, piękna i stanowi dla tworzenia dobre miejsce. Artysta czerpie z niej pomysły i natchnienie. Przyroda zaznacza się w jego sztuce, poniekąd pierwszoplanowo. Ten późniejszy etap w sztuce, by pokazać żywioł i tajemnicę ziemi oraz natury, uważam za bardzo ważny. Osiągnął Burlewicz lub zbliżył się do swojego malarskiego sedna, do czystego wyrazu uniwersalnego piękna Ziemi.
Leszek Kania, Burlewicz, Muzeum Ziemi
Lubuskiej, Zielona Góra 2018, 116 s.

Wiersze bez słów

Otrzymałem w kopercie pocztowej dwa zbiorki: Zatrzymać z czasu chwile i Jeszcze, ładnie wydane, od Jerzego Hajdugi z Drezdenka. Poeta to znany nie tylko w regionie. Poza tym, albo na pierwszym miejscu, jest kanonikiem regularnym laterańskim, który od lat pełni posługę kapelana szpitalnego w Drezdenku. Wyróżnikiem towarzyszącej mu poezji jest delikatny, ściszony głos, który – myślę – w kontakcie z odbiorcą stara się usuwać różne przeszkody, retoryczne i metaforyczne skomplikowania, nadmiary obrazowania, nadmiary słownych elokwencji, które bardzo często poeci czynią, wierząc, że takim sposobem czytelnika przekonają do swojej sztuki. Mamy do czynienia jakby z poetyckimi notatkami. Hajduga ceni sobie w swojej tonacji (w ściszeniu) raczej niedopowiedzenie, oszczędność wyrazu. To wynika ze stosunku poety do rzeczywistości, ludzi, do istnienia świata i codziennych życiowych zdarzeń, w których treści wyczuwa towarzyszenie wszystkiemu, a zwłaszcza podmiotowi, drugiemu człowiekowi, czegoś jeszcze, pozasłownego właśnie, jakiegoś tajemnego sekretu, jakiejś wielkości, inność. Należy zachować umiar, taktowność i nie narzucać swojego „ja”, by nie popaść w nieprawdę. Zaledwie jednak koniecznie coś zaznaczyć. Dać szkic. Czasem poeta idzie tak dalece w zwięzłość, że dopełnienie jej mogłoby być słuszne
i pożyteczne. Jego mowa, owszem, wytwarza kameralny nastrój, klimat zaufania i dyskrecji. I oczywiście, jakiekolwiek epatowanie byłoby tu wręcz barbarzyństwem. Tło tych krótkich wierszy jest metafizyczne, pełne niedopowiedzenia. To tło nie umniejsza znaczenia słów, a raczej nadaje im wagę. Poeta celowo wybiera artystyczne ograniczenie. Słowa sytuując jakby na granicy milczenia „coraz więcej mają / do powiedzenia”. Cóż jest poza nimi, jeśli nie nieskończoność i milczenie. Dzieją się one w jego prywatnym, intymnym, poetyckim świecie, na wyraźnie wyczuwalnej granicy, która tak zarysowana, jak na rysunku z kilku kresek, wytwarza właśnie bardzo znaczące napięcie liryczne, duchowe, ewokujące różne refleksje. W zasadzie w każdym z wierszy, wierszyków czy zdań, konieczność wypowiedzenia rozgrywa się, musi się na nowo rozgrywać. Sytuacje liryczne nie są bowiem jednorodne ani stałe. Ważne jest, żeby im sprostać, a to ciągle wymaga zmiany formy wypowiedzi, zmiany punktu widzenia, tonacji, jednak i gry ze sobą, i poza tym od podmiotu wymaga czegoś bardzo istotnego, a mianowicie wewnętrznej samokontroli, umiejętności wyboru, czyli akceptowania i odrzucania. Nie jest to więc świat monotonny ani ubogi, wręcz przeciwnie. Zawsze inny. Tak chce poeta. Autor zwięźle wyraża ten świat, pisząc np. o samotności niemal od niechcenia: „no chwyciła mnie / cichuteńko na palcach / co do jednego”, o kimś: „na wyciagnięcie ręki / mam nocną lampkę / i ciebie”, albo: zdanie, jakby zasłyszany cytat, który sygnalizuje dramat człowieka: „taka stara i dalej / nie wie / jak się / zachować”. Czytelnik zmuszony jest za każdym razem na moment zastanowić się, także nad kwestiami moralnymi: „lewa ręka nie wie / niech nie wie / o prawej” lub zmiennością losu: „kiedyś rozpalał wieczory / dzisiaj wystarczy / płomyk”. Nie chcę rozciągać tego recenzyjnego opisu. Za tymi jednozdaniowymi wierszami stoi autorskie pragnienie uwyraźnienia treści i dotarcia z nią do odbiorcy. Są więc jak kamyki wrzucane do ogródka milczenia. I to milczenie ma je wzmacniać.
Jerzy Hajduga, Jeszcze, Tercja,
Poznań – Drezdenko 2018, 48 s.; Zatrzymać z czasu chwile, MK, Kraków – Drezdenko 2018, 60 s.

Wielka bibliografia Papuszy

W ostatnim dniu roku piszę, wykonuję swoje małe zadanie. Dzisiaj bowiem otrzymałem pocztą z Biblioteki Herberta w Gorzowie wielkie – moim zdaniem – dzieło, właśnie swoiste kompendium wiedzy o poetce cygańskiej Bronisławie Wajs-Papuszy, wydane na kredowym papierze. Ta bibliografia w poszczególnych rozdziałach daje obraz, ocalonej przez Jerzego Ficowskiego, poetyckiej twórczości, opublikowanej w drukach zwartych, ale i obraz wszystkich bardzo licznych publikacji poetyckich w czasopismach, co samo w sobie jest cenne, bowiem bardzo pomocne dla badaczy tej twórczości. Także przynosi ten zadziwiająco obszerny i kompletny Zestaw bibliograficzny wykaz różnorakich opracowań krytycznoliterackich – recenzji, reportaży, wspomnień, wypowiedzi, referatów, artykułów czy esejów, a nawet audycji radiowych. I nie tylko, bowiem Anna Sokólska oraz Danuta Zielińska postarały się w osobnym, bardzo ciekawym i wysoce ważnym dziale „Kult” podać adresy bibliograficzne utworów literackich, które temat Papuszy podnoszą, przyczyniając się do ustanawiania i wzrostu jej legendy. Okazuje się, że wielu poetów w Polsce jej osobie poświęciło swoje wiersze, np. Morawski, Koniusz, Blacha, Furman, Rudiak, Szmidt, Waśkiewicz (także), Igielska, Gierliński i inni, w tym i ja. Ta księga bibliograficzna, złożona z 1121 adresów, skrupulatnie wyposażona w indeksy tytułów wierszy, nazwisk i czasopism, obejmuje też adresowy wykaz muzyki, sztuki, tablic, pomników, filmów, konkursów poetyckich, sal imienia Papuszy, wywiadów, sesji naukowych i innych rzeczy poświęconych legendarnej autorce Bajki. Wykonaną pracę cechuje iście benedyktyńska dokładność (wyobrażam sobie, do ilu źródeł trzeba było zajrzeć, ile kierunków i obszarów poszukiwawczych otworzyć). Robi wrażenie i mam dla jej autorek duże uznanie. Przypomniane zostało zdjęcie cygańskiej poetki, które w dawnych latach zrobił Czesław Łuniewicz. Zastanawiam się nawet, czy jakiemuś jeszcze lubuskiemu pisarzowi będzie poświęcone kiedyś podobne dokonanie, które w tym wypadku – według mnie – ma walory naukowe. Warte docenienia Lubuskim Wawrzynem Naukowym, bowiem legendę Papuszy ta bibliografia literalnie udowadnia. Z tego bogatego kształtu za bardzo nawet nie zdajemy sobie ciągle sprawy.
Bronisława Wajs Papusza: Zestaw bibliograficzny,
Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Zbigniewa
Herberta, Gorzów Wielkopolski 2018, 246 s.

Do praprawnuka

Taki jest adres naszych książek. Ale przyszli potomkowie będą przesiewać wszystko to, co zostawimy. Legendarny Jerzy Gąsiorek-Gąsior napisał i ułożył biograficzną książkę, bogato, wielostronnie ilustrującą jego prywatne i zawodowe życie. Ileż w niej fotografii różnych ważnych postaci. Ileż opisanych epizodów i przygód. Wszystkie wraz z listami obrazują życie autora. Jego obecność i chłonięcie życia. Jego pracę. Podziwiam rozmach tej bardzo osobistej księgi. Intencją jej jest próba zostania na dłużej, czyli przeciwstawienia się przemijaniu. Piękna nadzieja. Przesłanie dedykowane przyszłości. Jednak apeluję do gorzowskich wydawców, przestańcie wreszcie drukować książki na kredowym papierze, bo to sprawia, że są ciężkie. I im grubsze, tym masywniejsze.
Jerzy Gąsiorek-Gąsior, Listy do praprawnuka,
Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna
im. Zbigniewa Herberta, Gorzów Wlkp. 2018, 176 s.

Czas

Czas biegnie i przebiegnie. Trzeba spisać licznik prądu, gazu, wody i zapłacić. Chmury nie wyglądają groźnie. Zimowy poranek może jeszcze rozwinie na niebie i na nizinie jakieś piękno.

Czesław Sobkowiak