Falochron

Odtrutka na szczury w postaci małych, napęczniałych kuleczek unosiła się na ciemnej, leniwie falującej wodzie. Biegliśmy z głębi lądu, mijając wydmy z zupełnie zastygłą od braku powietrza roślinnością. Przestrzeń pomiędzy rzadkimi krzewami robiła się gęsta i mglista, jakby pochłaniając materię skrawek po skrawku. Piach pod stopami stał się drobniejszy i bardziej suchy. Nagły widok morza oszołomił nas. Woda była jak ropa. Fale rozbijały się o brzeg, nie produkując w ogóle piany, a ich ciężar żłobił w nabrzeżu wąskie, głębokie rowki.
Na tle czerwono-pomarańczowego nieba majaczył długi, będący jeszcze w budowie falochron. Odległość do niego zdawała się nie zmniejszać, a stopy coraz bardziej zapadały się w piach. Minęliśmy kępki traw, które tworzyły wokół siebie ochronną błonę o wyglądzie powyginanego szkła. Zwolniliśmy, żeby zaczerpnąć tchu, choć ekspansja pustki za naszymi plecami nie ustawała. Wściekłość pulsująca przy skroniach, pełna rozległego strachu frustracja – jak stanęliśmy, tak zaczęły się w nas zapadać. Emocje i odczucia ścieśniły się i wsiąkły gdzieś na wysokości żołądka. Zupełnie jakby były materią w układzie pokarmowym. Nastała w nas pustka tak dziwna, że nie pamiętaliśmy nawet uczucia przejścia z normalności w próżnię. Przeszliśmy wolnym krokiem do długiej, betonowej budowli.
Mężczyzna, z którym przybiegłam na to miejsce, utkwił wzrok w czymś daleko przed nim i zupełnie znieruchomiał z jedną ręką w tyle, jakby świadomie zrezygnował z wszelkiej przyszłości, zagradzając ją także i komuś jeszcze. Nie spojrzałam na niego, robiąc swój własny, pierwszy samodzielny krok. Z leniwej masy wodnej wyłonił się cienki, zupełnie nieprzenikniony, czarny kafel. Rozbił się o niego lecący nisko kormoran. Rozległ się podwójny plusk. Po chwili ciszy zaczęły w niebo wystrzeliwać kolejne kafle, a czarna woda przypełzła niezwykle blisko mojej stopy i zamiast zatrzymać się i cofnąć, po krótkiej pauzie obmyła mój szmaciany but. Wzrok ludzkiej resztki, którą byłam, pozostał na wyżłobieniu w podłożu w kształcie buta.
Ja poszybowałam, mijając wzbijające się w górę wsteczne gilotyny, tnące ptasie szyje.
Mijałam je swobodnie, zostawiając ciemność i gęstniejącą pustkę za sobą.
Byłam szybka jak nigdy, a moje skrzydła jasne.

Anna Witkowska