Merkuryanie

Ta nietypowa jednostka chorobowa pojawiła się na Ziemi niedługo po tym, jak utajone odkrycie Einsteina wyszło na jaw. Okazało się, że było dużo prostsze niż piętrzące się zawiłości fizyki kwantowej. Uzasadnione były obawy jego umysłu, bowiem naukowcy zaczęli tworzyć w jałowych warunkach zupełnie nowe, kolejne setki nowych „fizyk”. Każde z powstałych środowisk miało inne, imponujące właściwości, inne prawa, które po maksymalnie kilku latach implodowały, tworząc punktowe czarne dziury…
Zamiast zatem wysyłać naprzeciw nowym planetom załogi i stacje załogowe, naukowcy całego świata musieli ostro główkować, jak zbierać małe czarne żarłoki do worków i wysyłać w jak najdalszą podróż bez biletu powrotnego…
Bezsilność naukowców powiodła ich ku przeszłości, ku człowiekowi, który projektował niemożliwe – Leonardowi da Vinci. Fakt, że wielki wirtuoz dziedzin wszelakich przewidział machinę i na tę okoliczność, nie zaskoczył już nikogo z jajogłowych.
Po trzech latach nieustannych prób i zupełnie niepotrzebnych staraniach ulepszania katapulty inżynierowie odtworzyli w końcu projekt Leonarda z dokładnością co do milimetra w odniesieniu do pierwowzoru. I udało się. Pęczniejące czarne dziury zaczęły znikać w odmętach kosmosu.
Merkuryanie pojawili się równolegle na wszystkich kontynentach. W różnych częściach świata podawano matkom niemowlęta, które miały wypisany na twarzy wyraz niebotycznego zdziwienia – i pozostawały z nim na resztę życia. Dzieci rodziły się ze zmutowanym genem, który łączono z przystosowaniem organizmu do grawitacji panującej na Ziemi. Około 1/3 ziemskiego przyciągania przypada na kilogram ciała/ kamienia/ pyłu/ skały, na Merkurym.
Dzieciom tym było od małego za ciężko. W każdym sensie, jaki może nam przyjść do głowy. Ich narządy były zbyt ciężkie jak na ziemskie warunki – oznaczało to zmuszenie ich do bardzo powolnego trybu życia i ograniczenie niszczącego je metabolizmu.
Chemicy zaproponowali specyfik, który zmniejszał odczucie tych przykrych dolegliwości, odciążając układy wewnętrzne. Jednak nie zmieniał on natury „chorych”, a zaburzał jedynie wrodzone działanie ich organizmów. Merkuryanie chodzili zwykle zobojętniali, powolni i „przyćmieni”, prowadząc w efekcie podwójnie trudny, lecz konieczny tryb życia.
Poza stwierdzeniem, iż organizmy Merkuryan posiadają większe skupiska komórek w organach, a mitochondria tych komórek są trzykrotnie większe od normalnych, naukowcy nie mogli stwierdzić żadnych innych różnic w ich organizmach.
Po jakimś czasie nastał wielki kataklizm – w planetę uderzyła asteroida o ponad półtora kilometra średnicy. Uderzona przez nią Australia rozbiła się na pół, uszkodzenie płyt tektonicznych zachwiało wszystkimi kontynentami. Wody oceaniczne zalały trzydzieści procent zamieszkałych terenów, a wulkany zbudziły się. Jądro planety przeżyło poważny wstrząs. Przyciąganie ziemskie znacznie osłabło.
Merkuryanie opuścili ośrodki badawcze, lecznice naukowe oraz szpitale utrzymujące ich przy życiu. Zasiedlili wszystkie dostępne pojazdy kolonizacyjne i opuścili Ziemię.
Merkury stał się domem nowego ludu.
Ich dom miał nowe niebo i nową ziemię.
Św. Jan zbudził się cały w pąsach i spocony od wielkiej gorączki. Koszmarny sen zapisał – tak jak umiał.

Anna Witkowska